dr Zbigniew Hałat Felietony w Radio Maryja 2005 - 2016
" 'Pomiędzy Szczęść Boże!' a 'Z Panem Bogiem' ".
W tym miejscu są same teksty i podpisy ilustracji, co ułatwia wyszukiwanie słów w pliku b. dużego rozmiaru obejmującego wszystkie lata.
Illustracje, przypisy, linki (odnośniki) można znaleźć na osobnych stronach.
2005 2006 2007 2008 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2015 2016

ROK 2005

13 października 2005

W maju 2005 r. w Niemczech  po raz 51. zebrała się sprawująca realną władzę nad światem grupa Bilderberg.  Grupie Bilderberg przewodniczy prezes firmy  Suez-Tractebel zajmującej się wytwarzaniem energii, przesyłem gazu i usługami energetycznymi.  W skład tej firmy wchodzi światowy potentat w zakresie budowy i ekspolatacji wodociągów - Lyonnaise des Eaux. Sekretarzem generalnym grupy Bilderberg jest przedstawiciel globalnej wywiadowni gospodarczej Goldman Sachs International.

W majowym spotkaniu wzięli udział prezesi banków, byli i obecni komisarze Komisji Europejskiej, ministrowie różnych krajów, szefowie światowych korporacji, jak Coca-Cola, Shell, BP, Siemens, Ford, DaimlerChrysler, Bauholding Strabag, ThyssenKrupp AG, Novartis, Rothschild, znane osobistości, jak David Rockefeller z banku JP Morgan, Paul Wolfowitz z Banku Światowego, Natan Sharansky, czy Henry Kissinger obok przewodniczącego międzynarodówki socjalistycznej Antonio Guteressa i George Papandreou, prezesa greckich socjalistów, a także Angela Merkel, przewodnicząca CDU. Licznie reprezentowane były opiniotwórcze koncerny medialne: International Herald Tribune, Financial Times, Economist, Newsweek, Le Figaro, Der Standard, Axel Springer, Washington Post,  Die Zeit, a nawet Hubert Burda Media.  Rangi spotkaniu nadawała obecność sekretarza generalnego NATO i przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Polska na spotkaniu grupy Bilderberg była także „reprezentowana” przez pana Andrzeja Olechowskiego, który na swojej stronie internetowej sam przedstawia się jako członek komitetów doradczych: Goldman Sachs, Creditanstalt, Banca Nazionale del Lavoro, International Finance Corporation, The Newmarket. Pan Andrzej Olechowski uczestniczył w obradach grupy Bilderberg  w 1995r. jako minister spraw zagranicznych rządu SLD-PSL, w latach 1996 – 1999 jako prezes firmy Central Europe Trust, w 2001r. już jako lider Platformy Obywatelskiej i były kandydat na prezydenta  RP, zaś w 2003, 2004 i 2005 jako lider Platformy Obywatelskiej. W 1998 panu Olechowskiemu w spotkaniu grupy Bilderberg towarzyszyła pani Hanna Suchocka, minister sprawiedliwości, a w roku 2005 pan Jacek Szwajcowski, prezes Polskiej Grupy Framaceutycznej.

Ponieważ  niektórzy politycy Platformy Obywatelskiej dopuszczają się furiatycznych ataków na Radio Maryja, publicznie podważając wiarygodność niewygodnych im faktów, uprzejmie informuję wrogów wolności wypowiedzi, że informacje o uczestnikach kolejnych spotkań grupy Bilderberg można znaleźć na stronie internetowej (http://www.bilderberg.org/ ), do której BBC przekierowuje osoby zainteresowane swoim artykułem „Bilderberg - szczyt teorii spiskowej” ( http://news.bbc.co.uk/1/hi/magazine/3773019.stm ).  BBC zastrzega się, że nie odpowiada za zawartość zewnętrznych stron internetowych i ja też to czynię, przypominając zwolennikom kneblowania ludziom ust, że Polacy żadnemu totalitaryzmowi nigdy jeszcze nie ulegli, a cenzura narzucana przez prusactwo, carat, hitleryzm i komunizm  odniosła odwrotny do zamierzonego skutek, choć za cenę wielkich ofiar, które symbolizuje męczeńska śmierć ks. Jerzego Popiełuszki, której 21. rocznica przypada we wtorek 19. października.

W pierwszym zdaniu  wspomnianego artykułu BBC można przeczytać: „Grupa Bilderberg, elitarna koteria zachodnich myślicieli  i manipulatorów władzy, była i jest oskarżana o rozstrzyganie o losach świata za zamkniętymi drzwiami.”. W świetle tego rodzaju opinii pojawiających się w światowych środkach masowego przekazu, niech mi wolno będzie wyrazić zaniepokojenie źródłami dziwnej zbieżności ujawnionych dotychczas wspólnych interesów pani Angeli Merkel, obecnie kanclerza Republiki Federalnej Niemiec  i pana Donalda Tuska, kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz roli pana Andrzeja Olechowskiego, stałego bywalca spotkań grupy Bilderberg w wykreowaniu pana Donalda Tuska na kandydata na prezydenta, łącznie z generowaniem sił, w tym medialnych, i środków finansowych na wyborcze przedsięwzięcia Platformy Obywatelskiej, wszak zgodnie z konstytucją RP finansowanie partii politycznych jest jawne.

Ktoś by mógł powiedzieć, że lider Platformy Obywatelskiej Andrzej Olechowski dzięki przynależności do grupy Bilderberg jest gwarantem zapowiedzi kandydata tej partii na prezydenta: „będziemy dumni z Polski". Ktoś inny, że z powodu ewidentnych związków Platformy Obywatelskiej ze sprawcami zrujnowania naszego kraju, głosując na Tuska, Polacy znów padną ofiarą strategii trzech „o”: ogłupić, okraść, ośmieszyć. Zainteresowanym pozostał tydzień na przekonanie wyborców, zwłaszcza tych, dla których nadchodzące wybory prezydenckie mogą być ostatnimi w życiu. Za pomyłkę nad urną zapłacą bowiem, albo odcięciem od możliwości dojazdu do lokalu wyborczego z powodu dalszej likwidacji linii kolejowych lub autobusowych, albo brakiem możliwości korzystania z opieki zdrowotnej ratującej przed przedwczesną śmiercią, bądź pogłębiającą się niepełnosprawnością. Niechby też kandydat grupy Bilderberg z właściwą sobie urokliwą szczerością zapewnił swoich zamożnych i zdrowych entuzjastów, że wystarczy im pieniędzy na dostatnie życie, bo nie pozwoli, aby międzynarodowe koncerny nadal panoszyły się w naszej Ojczyźnie.

27. października 2005

Podczas złotej polskiej jesieni 2005r. demokratyczne wybory Polaków przyniosły zwycięstwo polskiej racji stanu. Zwyciężyła polska racja stanu wolna od gnuśnego kunktatorstwa, zgniłych kompromisów i nachalnego serwilizmu w stosunku do dowolnego ośrodka zagranicznej władzy. Tuż po wyborach zaczęły spadać maski z wielu twarzy. Najemnicy i politycy antydemokratycznych pseudoelit z pogardą odnoszą się do wyboru większości, a powołując się, o zgrozo!, na dobro publiczne, dają upust swojej manii prześladowczej w stosunku do osób nie zgadzających się z ich poglądami. Łamią przy tym wszelkie prawa człowieka i obywatela oraz biją rekordy śmieszności,  wynosząc się ponad innych z racji miejsca zamieszkania, wykształcenia i posiadanych pieniędzy.
 
Już żyjący na przełomie XV i XVI wieku św. Tomasz Morus zwrócił uwagę na fakt, że istnieje jakieś sprzysiężenie bogaczy, dbających o własne tylko korzyści pod pozorem dobra publicznego. Tomasz Morus kanonizowany w 1935r. przez Piusa XI, w roku 2000 został ogłoszony przez Jana Pawła II patronem wszystkich rządzących i polityków. U progu trzeciego tysiąclecia Chrześcijaństwa Ojciec Święty uznał, że postać tego świętego jako patrona polityków przyniesie korzyści dobru publicznemu, co uzasadnił następująco: <<Jest wiele powodów proklamowania Tomasza Morusa patronem mężów stanu i osób życia publicznego. Wśród nich pojawia się odczuwane przez świat polityki i administracji publicznej zapotrzebowanie na wiarygodne wzorce zachowań zdolne wskazywać drogę prawdy w tych czasach dziejów, w których narastają trudne wyzwania i  najwyższa odpowiedzialność. Rzeczywiście, w naszych czasach struktury społeczne są na nowo kształtowane przez innowacyjne siły ekonomiczne, a z drugiej strony, osiągnięcia naukowe w dziedzinie biotechnologii podkreślają potrzebę obrony życia ludzkiego na każdym etapie rozwoju, podczas gdy obietnice nowego społeczeństwa – skutecznie przedstawione zdezorientowanej  opinii publicznej – pilnie domagają się jednoznacznych decyzji politycznych na korzyść rodziny, młodych ludzi, osób starszych i zepchniętych na margines.>>. Tomasz Morus głosił zasady egalitaryzmu, czyli poglądu społeczno-politycznego uznającego za podstawę sprawiedliwego ustroju społecznego zasadę równouprawnienia obywateli pod względem ekonomicznym, społecznym i politycznym.
 
Równość obywateli jest droga wszystkim Polakom od pradziejów, a teraz wymaga od wszystkich stanowczej i bezkompromisowej obrony. Musimy stanąć murem za ludźmi, którym większość wyborców powierzyła swój los. Ich misja będzie niezwykle trudna. Nasi przedstawiciele zastaną w miejscach swojej służby narodowi swąd spalonego papieru, zapchane pojemniki niszczarek dokumentów, wyczyszczone twarde dyski komputerów. Przecież polakożercy z Rzeszy Niemieckiej,  Sowietów, PRL i III RP mieli i nadal mają swoje straszne tajemnice, po których ślad zaginął wraz z życiem i majątkiem ich ofiar. Nasi wybrańcy zastaną w ministerstwach i innych urzędach państwowych liczne zastępy wrogich im urzędników skrycie uprawiających sabotaż, bądź po prostu niezdolnych do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków, bo pochodzących z negatywnej selekcji. Przez pewien czas - oby jak najkrótszy - będziemy składać się na utrzymanie  pałacowych dworzan i załganych autorytetów moralnych, skorumpowanych urzędników i leniwych inspektorów, przestępczych koterii w ośrodkach władzy różnych szczebli i wiernie im służących  propagandystów opłacanych z podatku radiowo-telewizyjnego. Złodzieje w białych kołnierzykach pod krawatem bezczelnie okradający nas z Boga, Honoru, Ojczyzny,  pieniędzy i zdrowia nie czmychną nagle w popłochu, a mając zbyt dużo do stracenia, w tym swoją wolność i  łupy, zrobią wszystko, aby wielkie zwycięstwo Polakom zohydzić. Posługując się ludźmi o mało skrywanej antychrześcijańskiej i antypolskiej postawie,  często przy tym psychicznie niezrównoważonymi, użyją każdej argumentacji i każdej formy walki politycznej zmierzającej do upadku IV Rzeczypospolitej, w której po raz pierwszy od 66 lat  możemy urządzać własny dom po swojemu.
 
Każdy Polak wiąże jakieś szczególne nadzieje z IV Rzeczypospolitą. Moją nadzieją jest spełnienie dewizy ruchu ochrony zdrowia zamieszczanej pod winietą czasopisma Zagrożenia Zdrowia w Polsce. Pochodzi ona z dzieła Cycerona De legibus (O prawach) i brzmi następująco: SALUS POPULI SUPREMA LEX ESTO, co można przełożyć DOBRO LUDU NIECHAJ BĘDZIE NAJWYŻSZYM PRAWEM lub też ZDROWIE NARODU NIECHAJ BĘDZIE NAJWYŻSZYM PRAWEM. Już w naszych czasach zdrowie narodu w następujący sposób definiuje prof. med.  Jan Karol Kostrzewski, twórca polskiej szkoły epidemiologii, zmarły 27. maja 2005r.: zdrowie społeczeństwa ludzkiego jest to nie tylko brak choroby oraz dobry stan zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego jednostek składających się na dane społeczeństwo, ale również harmonijny rozwój naturalny ludności oraz takie warunki otoczenia, które sprzyjają zdrowiu ludności.

3. listopada 2005

Polityka to umiejętność zdobycia i utrzymania władzy państwowej. Bywają politycy, którym sił wystarczy tylko do zdobycia władzy i można o nich powiedzieć, że są skuteczni w zakresie autoreklamy.  A reklama - jak wiadomo - pokazuje tylko jedna stronę monety. Z wyborczej reklamy wynika, że na monecie widnieje orzeł, a po wyborach okazuje się, ze na odwrotnej stronie monety, tam gdzie miała być reszka, jest n.p…„rzeszka”. Zamiast konkretnego nominału, jakiś dziwny układ o każdej z możliwych barw tęczy, spoza których ledwie przebijają się nasze biało-czerwone. Dobrzy obywatele zrobili wszystko, co było w ich mocy: poszli do urn wyborczych i wybrali upragnioną przyszłość. Wyborcom pozostaje ufać, że głosowali na mężów stanu a nie na pętaków. Wyborcy przez jakiś czas cierpliwie poczekają na spełnienie wyborczych reklam, chyba że wyjadą z kraju w poszukiwaniu lepszych, bezpieczniejszych warunków życia i perspektyw dla swojej rodziny. Chyba że z powodu braku pomocy lekarskiej nie dożyją skutecznej realizacji sztandarowego hasła zwycięzców wyborów, jakim była  naprawa ochrony zdrowia.

A jest co naprawiać. Trudno uwierzyć, ale według opublikowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych tegorocznego raportu w sprawie rozwoju cywilizacyjnego przeciętna długość życia stawia nasz kraj na 49. pozycji wśród 175 krajów świata. Z dłuższego od nas życia mogą się cieszyć nawet obywatele  zaliczanych do tzw. Trzeciego Świata krajów Ameryki Łacińskiej, jak Costa Rica, Chile, Urugwaj i Panama oraz zrujnowanych niedawną wojną Bałkanów, jak Chorwacja oraz Bośnia i Hercegowina.

Znaczną część  przedwczesnych zgonów można przypisać warunkom leczenia w szpitalach i przychodniach oraz  dostępności skutecznej opieki zdrowotnej w Polsce. Przez kilkanaście lat władze sanitarne nie potrafiły wyegzekwować postanowień Rozporządzenia Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej z dnia 21 września 1992 r. w sprawie wymagań, jakim powinny odpowiadać pod względem fachowym i sanitarnym pomieszczenia i urządzenia zakładu opieki zdrowotnej. Po przejściu siedmiu „dostosowawczych” nowelizacji rozporządzenie, które miało zapewnić bezpieczeństwo pacjentom i pracownikom służby zdrowia, zostało w czerwcu 2005r. zastąpione nowym. Pomimo upływu wielu lat, postępu technicznego, a przy tym podwojenia się dochodu narodowego,  właściciele - zarządcy przychodni  i szpitali  także w 2005r. głośno krzyczą, że nie są w stanie spełnić wymagań, jakim powinny odpowiadać pod względem fachowym i sanitarnym pomieszczenia i urządzenia zakładów opieki zdrowotnej.

Skutki zaniedbań w tym zakresie ilustruje między innymi porównanie losu pacjentów narażonych na zakażenie wirusami zapalenia wątroby typu B  i  typu C. Dzięki wprowadzeniu w 1993r. intensywnego programu zapobiegania i zwalczania wirusowego zapalenia wątroby typu B do 2004r. roczna liczba zarejestrowanych zachorowań spadła z 13 296 do 1 473. Tylko w ciągu pierwszego dziesięciolecia działania programu można było zapobiec około 85 tysiącom zachorowań na ostrą postać tej choroby i 13 tysiącom postaci przewlekłych. Było to możliwe dzięki istnieniu skutecznej szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. Niestety, szczepionka przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu C nie jest dostępna. W przypadku tej choroby, jak i wielu innych, którymi zagraża nieprzestrzeganie wymogów sanitarno-przeciwepidemicznych, zapobieganie opiera się nie na szczepieniach a na skutecznej sterylizacji sprzętu do zabiegów medycznych, tzw. inwazyjnych, do których należą wstrzyknięcia i inne zabiegi z naruszeniem ciągłości tkanek, endoskopia, dializa. W 1997r., tj. w pierwszym roku niepełnej rejestracji zanotowano 997 zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu C, w roku 2004  - 2 059, a od 1. stycznia do 15 października 2005r. już 2 336.  Dane te w żadnym przypadku nie odzwierciedlają rzeczywistego zagrożenia, gdyż według oszacowań częstość zakażeń wirusem zapalenia wątroby typu C w Polsce sięga 1,5%, co oznacza, że ok. 600 tys. osób może być rozsadnikami zakażenia w szpitalach, przychodniach, zakładach fryzjerskich, kosmetycznych, czy też w miejscach pokątnego wykonywania tatuażu lub zakładania kolczyków. Jednak w odróżnieniu od miejsc nielegalnych usług, które powinny być likwidowane przez policję z równą starannością, jak zagrażające tymi samymi chorobami miejsca wstrzyknięć narkotyków, szpitale i przychodnie są przecież finansowane ze środków publicznych. Co więcej, roszczenia poszkodowanych pacjentów pokrywają z ubezpieczeń. A koszty polis ubezpieczeniowych opłacają z funduszów publicznych.

Do tego dochodzi podległość państwowej inspekcji sanitarnej ministrowi zdrowia, który jako klinicysta ma zwykle blade pojęcie o zdrowiu publicznym i zwykle nie potrafi uwolnić się od żądań  swojego środowiska i rozmaitych grup nacisku żerujących na budżecie państwa. Od 2000r. główny inspektor sanitarny przestał być zastępcą ministra zdrowia do spraw sanitarno-epidemiologicznych i stał się kierownikiem instytucji centralnej administracji, która, zgodnie  z ustawą,  jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru nad warunkami  higieniczno-sanitarnymi, jakie powinien spełniać personel medyczny, sprzęt oraz pomieszczenia, w których są udzielane świadczenia zdrowotne  w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych, zapobiegania powstawaniu chorób, w tym chorób zakaźnych i zawodowych.  Rozwój sytuacji epidemiologicznej wskazuje na zasadniczą trudność sprawowania skutecznego nadzoru w sytuacji, gdy nadzorujący podlega nadzorowanemu.  Jak powiadają, pies nie gryzie własnego ogona.

Ofiarami bezczynności władz są tysiące ludzi. U 80% osób zakażonych wirusem zapalenia wątroby typu C rozwija się przewlekłe zapalenie wątroby,  które u co czwartego przechodzi w marskość wątroby, a ta zagraża pierwotnym rakiem wątroby. Pierwsze objawy zapalenia wątroby typu C to osłabienie, brak apetytu, mdłości, wymioty, bóle stawowo-mięśniowe i stany podgorączkowe. Choroba wymaga unikania wysiłku fizycznego, stosowania kosztownej diety wątrobowej, zażywania leków, co łącznie kosztuje pacjenta minimum 200,-zł miesięcznie. Koszt standardowego leczenia jednego chorego interferonem i rybawiryną sięga 40 tys. zł. W Narodowym Funduszu Zdrowia brakuje pieniędzy na terminowe i skuteczne leczenie nawet tych chorych, którzy zostali  zarażeni w szpitalach i przychodniach mających kontrakty z Funduszem.
 
Prawo i sprawiedliwość nakazują natychmiast naprawić błędy III Rzeczypospolitej.

17 listopada 2005

Zamierzone wyludnianie Polski stoi na czele długiej listy zbrodni antypolonizmu i  wymaga sprawiedliwego osądu. O sprawiedliwość wołają miliony osieroconych rodzin i niezliczone zastępy ludzi żyjących w przekonaniu, że ich życie zrujnowała arogancja i ignorancja władz PRL i III RP. Za technikę wyludniania bardziej podstępną i skuteczną niż zmuszanie Polaków do emigracji należy uznać narażanie ludzi na czynniki chorobotwórcze i odmawianie im pomocy lekarskiej, kiedy zachorują.

W dziele Henryka Pająka i Stanisława Żochowskiego p.t. „Rządy zbirów 1940 - 1990” można znaleźć wierne tłumaczenie z oryginału rosyjskiego ściśle tajnej Instrukcji Nk/003/47 wydanej w Moskwie 2. kwietnia 1947r. Oto fragment tej instrukcji:
Punkt 28. Zwrócić baczną uwagę, by w odbudowywanych i nowych większych i osiedlach nie budowano nowych ujęć wodnych niezależnych od głównej sieci wodociągowej. Stare ujęcia wodne i studnie uliczne systematycznie likwidować.
Następny punkt objaśnia intencje autorów przepisu na zbrodnię:
Punkt 29. „Przy odbudowie i rozbudowie przemysłu dopilnować, aby ścieki przemysłowe spływały do rzek mogących stanowić rezerwuary wody pitnej.
Techniczny przepis sowieckiej okupacji obowiązywał do końca istnienia PRL, a jeszcze w 2003r. zaledwie 40%, spośród wszystkich 2 434 zakładów przemysłowych posiadało oczyszczalnie ścieków o wystarczającej przepustowości, a 181 zakładów  bez oczyszczalni ścieków odprowadzało ścieki do wód lub do ziemi. W 1980 zakładów takich było 341. Do tego należy dodać 211 hektometrów sześciennych nieoczyszczonych ścieków komunalnych odprowadzanych w 2003r. do wód lub do ziemi.

Zgodnie z prawem zakłady wodociągowe powinny stosować techniki uzdatniania odpowiednie do wykrytego poziomu zanieczyszczeń surowca. W przypadku największego zanieczyszczenia rzek i jezior woda wymaga wysokosprawnego uzdatniania fizycznego i chemicznego, w szczególności utleniania, koagulacji, flokulacji, dekantacji, filtracji, adsorpcji na węglu aktywnym, dezynfekcji (ozonowania, chlorowania końcowego). Kiedy uzdatnianie nie jest skuteczne, dochodzi do narażenia wielkiej liczby ludzi na skutki spożycia produktu najbardziej masowego i najmniej bezpiecznego, jakim jest woda z kranu. Dlatego woda wodociągowa musi podlegać badaniom na obecność szeregu czynników chorobotwórczych, w tym będących powodem raka, czyli kancerogenów.

Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem  dzieli czynniki rakotwórcze na pięć kategorii:
1. czynniki uznane za rakotwórcze dla człowieka
   Do kategorii tej zaliczono 78 czynników (grupy czynników).
   Na 11 z nich ludzie są narażeni, spożywając niebezpieczną wodę.
Są to: arsen, azbest, benzen, beryl, chrom 6+, chlorek winylu, dioksyny, kadm,  nikiel, radon, tlenek etylenu
2a. czynniki prawdopodobnie rakotwórcze dla człowieka
      Do kategorii tej zaliczono 63 czynniki (grupy czynników).
      Na 8 z nich ludzie są narażeni, spożywając wodę.
Są to: akryloamid, benzo(a)piren, dwubromek etylenu, epichlorohydryna, formaldehyd, polichlorowane bifenyle (PCB), tetrachloroetylen, trichloroetylen
2b. czynniki o możliwie rakotwórczym działaniu na człowieka
      Do kategorii tej zaliczono 235 czynników (grup czynników).
      Na 25 z nich ludzie są narażeni, spożywając niebezpieczną wodę.
3. czynniki o niedostatecznie udowodnionym rakotwórczym działaniu na człowieka
    Do kategorii tej zaliczono 483 czynniki (grupy czynników).
    Na 29  z nich ludzie są narażeni, spożywając niebezpieczną wodę

Najgroźniejszym zabójcą ludzi jednak tytoń. Zagraża rakiem, chorobami układu krążenia i wieloma innymi zarówno użytkownikom, jak i ludziom zmuszanym do wdychania cudzego dymu, a także nienarodzonym dzieciom. Skazuje na cierpienia domowników osób palących. Miarą sanitarnego zacofania Polski jest brak przeciwdziałania władz torturom, jakie muszą znosić osoby niepalące w miejscach publicznych, w zakładach pracy, urzędach, koszarach i zakładach karnych. Zarówno ofiary nałogu nikotynowego, a tym bardziej ludzie, którzy nie palą, mają pełne prawo domagać się ochrony przed wszechobecnymi czynnikami rakotwórczymi. Kancerogeny w powietrzu, wodzie, żywności i napojach,  kosmetykach, lekach kupowanych bez recepty oraz  zagrażające pacjentom  i pracownikom wielu zakładów są sprawcami codziennych zmagań Polaków z okrutnym wrogiem - rakiem.

W naszym kraju z roku na rok narasta udział zgonów z powodu raka wśród wszystkich zgonów. W dekadzie lat 90. nastąpił  przyrost  udziału odsetkowego zgonów  z powodu nowotworów złośliwych wśród wszystkich zgonów o prawie 5 punktów procentowych. W obecnej dekadzie przyrost ten nabiera tempa i pomiędzy rokiem 2000 i 2002  w całym kraju skoczył z 23% na 24,4%, a w  niektórych województwach  znacznie przekroczył średnią krajową. W 2002r. najwyższy udział zgonów z powodu raka wśród zgonów ze wszystkich przyczyn występował w woj. pomorskim  -  27,9%. Nic dziwnego, że prawdziwi Kaszubi odrzucili kandydata na prezydenta, który zachęcał ich do używania tytoniu.

Epidemii raka w Polsce w żadnym przypadku nie wolno wiązać tylko ze starzeniem się społeczeństwa, skoro ok. 2/5 nowych przypadków raka rozpoznaje się u osób poniżej 60. r. ż. W ciągu trzech lat 1999 – 2001 według niekompletnych danych nowotwór złośliwy zarejestrowano u 119 537 osób, które nie osiągnęły 60. r. ż. Z wyjątkiem najstarszej grupy wieku  nowotwory złośliwe zbierają kilkakrotnie większe żniwo niż każda z trzech  określonych chorób układu krążenia. W samym 2002r. na raka zmarło 87 731 osób,  z czego  22 616 osób, czyli ponad 1/4 nie przekroczyła 59 r. ż.  Na  100 osób do 59. r. ż.  zmarłych w 2002r.  z powodu głównych określonych przyczyn 63 osoby zmarły na raka,  22 z powodu choroby niedokrwiennej serca, 13 z powodu chorób naczyń mózgowych i 2 na miażdżycę. Na 100 osób w wieku lat 60 i więcej  zmarłych w 2002r.  z powodu głównych określonych przyczyn 37 osób zmarło na raka,  25 z powodu choroby niedokrwiennej serca, 21 z powodu chorób naczyń mózgowych i 17 na miażdżycę.

Polska Unia Onkologii podaje, że liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce  należy do najwyższych w Europie, odsetek pacjentów  podejmujących leczenie we wczesnej fazie choroby nowotworowej jest 4-krotnie niższy niż w całej Europie i USA,  zaś odsetek wyleczeń wynosi 30% (cała Europa - 40%, USA - 50%). Gdy zawodzi  wczesne wykrywanie i leczenie  choroby wyniszczającej swoje ofiary i ich bliskich, należy zrobić wszystko co możliwe, aby ograniczyć do osiągalnego minimum zagrożenie  ze strony czynników rakotwórczych.

24 listopada 2005

Tomasz Jefferson, autor Deklaracji Niepodległości i trzeci prezydent USA, mówił o Tadeuszu Kościuszce  „he is as pure a son of liberty as I have ever known" - „on jest najbardziej przejrzystym synem wolności, jakiego kiedykolwiek znałem". Amerykanie często posługują się cytatami z  licznych listów Jeffersona do Kościuszki, np. „głównym celem wszystkich nauk jest wolność i szczęście człowieka” (1810r.) oraz „szczęście i dobrobyt naszych obywateli są jedynym uprawnionym celem rządu i pierwszym obowiązkiem rządzących” (1811r.).

Tadeusz Kościuszko był jednym z pierwszych Europejczyków przybyłych na pomoc amerykańskiej rewolucji i wkrótce stał się jednym z jej najbardziej zasłużonych bohaterów. O wyzwoleniu Amerykanów spod brytyjskiej opresji nie zadecydowała ani wybitna osobista odwaga trzydziestoletniego generała, ani nawet jego niezwykłe zdolności strategiczne. Choć i te cechy Polaka zyskały po drugiej stronie Atlantyku nieprzemijający podziw i uznanie. Największe zasługi Tadeusz Kościuszko odniósł jako inżynier wojskowy, czyli saper. Zasłynął swoją inżynierską wiedzą, projektując umocnienia decydujące o wygranych bitwach, zwłaszcza pod Saratogą, gdzie po wzięciu do niewoli 6 000 brytyjskich żołnierzy, Amerykanie dowiedli swoich możliwości i pozyskali nowego alianta – Francję.

Genialny inżynier Tadeusz Kościuszko powinien być wzorcem osobowym dla młodych Polek i Polaków zastanawiających się nad wyborem przyszłego zawodu. Od pana premiera Kazimierza Marcinkiewicza zależy, czy młodzież szkolna uzyska dobre przygotowanie w zakresie nauk ścisłych, które pozwoli na  konkretne studia dające rzetelną wiedzę i umiejętności przydatne zawsze i wszędzie, zwłaszcza w obecnym - niezwykle konkurencyjnym - świecie.

Przypadający w tym roku 24. listopada Dzień Dziękczynienia wymagał okazania wdzięczności wielu Amerykanom, którzy szczególnie pamiętają o swoim i naszym bohaterze narodowym. Należą do nich członkowie Izby Reprezentantów stanu New Hampshire. Izba ta jest trzecim co do liczebności największym zgromadzeniem parlamentarnym w świecie anglojęzycznym. Co do liczby członków wyprzedza ją tylko Kongres Amerykański i Brytyjski Parlament, ale każdy z czterystu członków izby pobiera raz na dwa lata zaledwie symboliczne wynagrodzenie w wysokości 200 dolarów oraz otrzymuje zwrot wydatków na paliwo.

Wiosną 2005r. Izba Reprezentantów stanu New Hampshire przyjęła rezolucję o ogłoszeniu 12. lutego dniem Tadeusza Andrzeja Bonawentury Kościuszki. Już teraz miasta i osiedla stanu New Hampshire planują na ten dzień pierwsze uroczyste obchody na cześć naszego rodaka. Wnioskodawcami rezolucji byli: pani Caitlin A. Daniuk (studentka, Partia Demokratyczna) i pan David P. Currier (prezes, Partia Republikańska). Mam nadzieję, że polska dyplomacja złożyła stosowne podziękowania na ręce obojga, a jeśli nie, to proszę Polaków po obu stronach Atlantyku o podjęcie tematu.

Kościuszko. Bohater narodu polskiego i amerykańskiego, urodzony na ziemiach dzisiejszej Białorusi, mądry i dzielny, był szanowany przez wszystkich. Jego pomnik stoi przed Białym Domem,  siedzibą prezydenta USA, jego imię nosi najwyższy szczyt Australii.  Otrzymał honorowe obywatelstwo Francji. Jedynie po klęsce pod Maciejowicami ranny Kościuszko był potraktowany w sposób poniżający, przynoszący hańbę jego oprawcom działającym na polecenie Aleksandra Suworowa, generała Katarzyny II. O tej carycy Feliks Bering, autor dzieła „Przekleństwo tronu Romanowów” pisze następująco: „Była kobietą przebiegłą rozpustną, bezlitosną i pozbawioną wszelkich skrupułów. Jej rządy znaczyły kolejne zbrodnie. (…) Ona też stała się grabarzem niepodległości Polski, dławiąc Rzeczpospolitą w kolejnych rozbiorach.”

Dla wielu Tadeusz Kościuszko ucieleśnia zdrowie Polaków. Ratował nas przed zagładą, kiedy inni opuścili ręce. Jego dzieło, już  w naszych czasach, kontynuuje inny Tadeusz…

Mądrzy, dzielni, nieustannie poniżani i zabijani słowem polscy patrioci współczesności muszą natychmiast przystąpić do naprawy naszego wspólnego dobra – Państwa  Polskiego. Miarą zadań jest tegoroczny raport Transparency International, według którego nasz kraj znalazł się wśród 158 sklasyfikowanych krajów świata na 70. pozycji za krajami wolnymi od raka korupcji. Wspólną z nami 70. pozycję mają m. in. kraje afrykańskie, jak Burkina Faso, Egipt, Lesoto, choć inne państwa Afryki znacznie zbliżyły się do pierwszej dziesiątki krajów wolnych od korupcji, do których  należą Islandia, Finlandia, Nowa Zelandia, Dania, Singapur, Szwecja, Szwajcaria, Norwegia, Australia, Austria. I tak Botswana zajmuje miejsce 32., Tunezja - 43., Afryka Płd. – 46, Namibia – 47., Ghana – 65. Do ostatnich na tej liście – Chadu i Bangladeszu – Polskę zajmującą miejsce 70. dzieli zaledwie 88 miejsc. A jeszcze na początku lat 90. byliśmy klasyfikowani na pozycji 22.

Kto zawinił staczaniu się niepodległej Polski do kategorii krajów upadłych? Oczywiście byli to nasi wybrańcy, czyli nasi przedstawiciele wybrani w kolejnych wolnych i demokratycznych wyborach przez tych obywateli, którzy uznali, że mogą mieć wpływ na poprawę swojego losu i poszli do urn wyborczych. Wybierając za siebie i za niegłosujących, ludzie dosłownie oddali swoje życie i majątek w ręce posłów, senatorów i prezydentów.  Toutes proportions gardées należy przypomnieć skutki, jakie dla Niemców miały wybory z 1933r. W powiecie grodzkim Breslau głosowało 85,5% wyborców, z czego 201 309 (49,4%) oddało głosy na NSDAP. W powiecie ziemskim Breslau głosowało 92,2% wyborców, z czego 55 084 (48,0%) oddało głosy na NSDAP, a w sąsiednim powiecie ziemskim Schweidnitz głosowało 94,2% wyborców, z czego 23 551 (42,20%) oddało głosy na NSDAP. Rządy Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec przemieniły zwykłych zjadaczy chleba w bestie i doprowadziły do zagłady nie tylko ich sąsiadów, ale także - choć w mniejszym stopniu - ich samych. Rządy nazistów doprowadziły też do przepadku niemieckiego mienia  na rzecz ich ofiar i dzięki temu do zakończenia dwustuletniego panowania prusactwa w kolebce naszej państwowości – na Śląsku, który przyjął swą nazwę od świętej góry Prasłowian – Ślęży dominującej nad żyzną równiną pomiędzy Wrocławiem i Świdnicą. Wbrew dowodom archeologicznym i historycznym Prusacy jeszcze tuż przed wojną zacierali polskie pochodzenie nazw wielu wsi ślężańskich, nadając im zmyślone nazwy od wędrownych Wandalów – Silingów (Strachów zamieniono na Silingtau, a Sulistrowiczki na Silingtal). Ofiarami nazistów byli też niegłosujący na nich wyborcy niemieccy, np. w Bawarii. W Monachium na NSDAP głosowało 178 419 osób, tj. 37,8% wszystkich głosujących, w powiecie Altoeting pierwsze miejsce zajęła Bawarska Partia Ludowa (11 331 głosów – 46% głosujących), a dopiero drugie NSDAP ( 6 381 głosów – 25,7% głosujących). W 1933 w miejscowości Marktl, powiat Altoeting, było 952 mieszkańców…

1. grudnia 2005

W trzeciej dekadzie wyniszczającej ludzkość pandemii AIDS warto przypomnieć jej początki, których uosobieniem jest postać Brendana O'Rourke. Przyszedł on na świat 5. października 1982r. z wagą urodzeniową nieco ponad 1000 gramów. Dzięki ratującej życie transfuzji krwi mały Brendan został wypisany ze szpitala do domu, gdzie stał się szczęściem swoich rodziców i starszego rodzeństwa w katolickiej irlandzkiej rodzinie z San Francisco. W 1987r. okazało się, że transfuzja krwi była przyczyną zakażenia tego dziecka wirusem wywołującym AIDS.

AIDS, czyli zespół nabytego upośledzenia odporności, otrzymał nazwę w 1982r., roku urodzenia Brendana, a zaledwie rok wcześniej zgromadzono informacje dotyczące 111 przypadków pneumocystydozy i mięsaka Kaposiego, niemal wyłącznie u mężczyzn, z czego 94% było homoseksualistami. Dopiero w 1984r. ogłoszono, że przyczyną AIDS jest wirus, test wykrywający przeciwciała w krwi osób zakażonych został udostępniony w 1985r., a leczenie przedłużające życie osób zakażonych wirusem wywołującym AIDS wprowadzono w roku 1987.

W 1982r. było wiadomo, że AIDS występuje głównie u homoseksualistów, narkomanów  stosujący środki odurzające we wstrzyknięciach, ale także u biorców krwi i preparatów przeciwkrwotocznych stosowanych w hemofilii. W grudniu 1982r. opisano pierwszy przypadek AIDS u biorcy krwi – noworodka, który otrzymał transfuzję krwi pobranej wprawdzie od dawcy zdrowego w czasie oddawania krwi,  ale później zmarłego na AIDS.

Dzisiaj wiemy, że ryzyko zakażenia biorcy krwi pobranej od bezobjawowego dawcy jest niezwykle wysokie i mieści się w zakresie 90 – 100%.  Dlatego niezwłocznie pod udostępnieniu testów wykrywających przeciwciała obecne we krwi osób zakażonych wirusem AIDS wprowadzono obowiązek badania tymi testami wszystkich osób zgłaszających się do stacji krwiodawstwa.

Jednak odpowiedź immunologiczna zakażonego organizmu nie jest natychmiastowa. Jak w przypadku innych zakażeń, przeciwciała można wykryć dopiero po pewnym czasie zwanym okresem „okienka serologicznego”. Zanim wytworzą się przeciwciała wykrywalne testami, krew osoby zakażonej  - choć zawierająca znaczne ilości wirusa - może zostać zakwalifikowana jako nadająca się do przetoczenia i zarazić osoby otrzymujące transfuzje krwi.

Przy założeniu, że okres okienka serologicznego przy zastosowaniu badań rutynowych  liczy tylko 20 – 25 dni, ryzyko zakażeń potransfuzyjnych wirusem wywołującym AIDS szacuje się na  1/676 000 donacji. Badając krew testami reakcji łańcuchowej polimerazy (PCR) można wykryć nie przeciwciała a antygen p24 po 16 – 17 dniach od zarażenia, zaś RNA po 10 – 12 dniach od zarażenia.

Testy te są jednak znacznie droższe, zwłaszcza w zastosowaniu do badania wszystkich krwiodawców i do tego - jak każde badanie dodatkowe w medycynie - w części przypadków zawodne, a nadto z natury rzeczy nie są w stanie wykryć obecności wirusa we krwi dawcy do 10 dni od zarażenia.

W praktyce okres niepewności przesuwa się aż na 12 miesięcy od zarażenia.
Stąd od samego początku pandemii AIDS do chwili obecnej w każdej stacji krwiodawstwa na całym świecie można znaleźć wyraźne i jednoznaczne instrukcje co do tego kto nie może być krwiodawcą.

Polski Czerwony Krzyż informuje niezmiennie: „Krwiodawcą nie może zostać nosiciel wirusa HIV oraz nosiciele wirusów zapalenia wątroby typu B i C, a także osoby zakażone chorobami wenerycznymi. Wyklucza się osoby z tzw. grup podwyższonego ryzyka m.in. narkomanów, homoseksualistów oraz ludzi mających liczne kontakty seksualne z wieloma partnerami. (…) Nie można oddać krwi w ciągu 6 miesięcy po zabiegu operacyjnym oraz w ciągu 12 miesięcy po przetoczeniu krwi lub po wykonaniu tatuażu, przekłuciu różnych części ciała, akupunkturze.”

Brytyjska Służba Krwi przestrzega bardziej dosadnie: „ Nigdy nie wolno ci oddawać krwi, jeżeli jesteś mężczyzną, który współżył z innym mężczyzną nawet z zastosowaniem środków zaporowych. (…) Jeżeli jesteś kobietą, nie wolno ci oddawać krwi przez 12 miesięcy po współżyciu z mężczyzną, który współżył z innym mężczyzną”.

Amerykański Czerwony Krzyż idzie jeszcze dalej: „Nie wolno ci oddawać krwi, jeżeli masz AIDS, twój test na AIDS był  kiedykolwiek dodatni, albo jeżeli uczyniłeś/uczyniłaś coś takiego co sprowadziło na ciebie ryzyko zakażenia wirusem AIDS.

Ryzyko zakażenia wirusem AIDS dotyczy ciebie, jeżeli

    * kiedykolwiek użyłeś/użyłaś igły do wstrzyknięcia narkotyków, sterydów lub czegokolwiek bez recepty lekarza
    * jesteś mężczyzną, który kiedykolwiek miał kontakt płciowy z innym mężczyzną, nawet jeden raz, po roku 1977.
    * kiedykolwiek wzięłaś/wziąłeś pieniądze, narkotyki lub inną zapłatę za współżycie płciowe po roku 1977
    * miałeś/miałaś kontakt płciowy w ciągu ostatnich 12 miesięcy z którąkolwiek wyżej opisanych osób.”

Warto znać te wymagania prawa amerykańskiego, bowiem  - w odróżnieniu od naszego kraju - w USA, w przypadku świadomego narażenia innych ludzi na utratę zdrowia i życia należy się liczyć z nieuchronną karą.

Nawet rzecznicy bardzo wpływowych w wielu krajach grup homoseksualnych, a także politycy żerujący na słabościach ludzkiej psychiki nie ośmielają się w związku z powyższymi faktami medycznymi zachęcać homoseksualistów do oddawania krwi.

Owszem, homoseksualistom należy się współczucie.

International Journal of Epidemiology Uniwesytetu w Oxfordzie, w 1997r. podaje, że “oczekiwana liczba  lat dalszego życia homoseksualistów w 20 r. ż. jest od 8 do 20 lat niższa niż dla wszystkich mężczyzn (…) niemal połowa homoseksualistów liczących obecnie 20 lat nie dożyje swoich 65. urodzin (…) aktywność homoseksualna jest do trzech razy bardziej śmiertelnym zagrożeniem niż palenie tytoniu. Homoseksualiści o 860% zwiększają prawdopodobieństwo zakażenia chorobą weneryczną, zwiększając o 500% ryzyko zarażenia się wirusem wywołującym AIDS.”

W Journal of Epidemiology and Community Health z roku 2004 prof. Mark Bellis i inni badacze z Liverpool przypisują osobom o rozwiązłym trybie życia odpowiedzialność za szerzące się epidemie chorób wenerycznych. Prof. Bellis za rozwiązłych uznaje ludzi, którzy wcześnie podjęli swoje życie płciowe i współżyli z wieloma osobami. Według prof. Bellisa składają się na 10% populacji.

Jedną najbardziej znanych osób, które wybrały rozwiązły tryb życia i przez to wpłynęły na gwałtowne szerzenie się epidemii AIDS był steward Kanadyjskich Linii Lotniczych Gaëtan Dugas, którego nazwano “pacjentem zero”, czyli zapoczątkowującym nową epidemię, związku z czym poświęcono mu książkę i film pt. „A kapela grała dalej”. Szacuje się, że zanim zmarł na AIDS w 1984r. współżył z ogromną liczbą 2 500 mężczyzn. Spośród 248 chorych, u  których rozpoznano AIDS do kwietnia 1982r. aż 40 współżyło albo samym  “pacjentem zero”, albo z mężczyzną, który z nim współżył.

Na tle powyższych informacji należy wrócić do losów małego chłopczyka Brendana O'Rourke, który w 1982r. tuż po urodzeniu otrzymał transfuzję krwi przez co został zarażony wirusem AIDS. Oto po dwóch miesiącach od wykrycia w jego krwi przeciwciał przeciw wirusowi AIDS Brendan znalazł się w tłumie 62 chorych na AIDS oczekujących w bazylice Mission Dolores w San Francisco na wsparcie duchowe błogosławieństwem naszego Ojca Świętego. Spoczywający na rękach tatusia niespełna pięcioletni chłopczyk podobno zawołał na widok Jana Pawła II „Hi Viva Papa”! (Cześć, Viva Papa!). Kiedy Ojciec Święty serdecznie przytulił buzię Brendana do swojej twarzy, chłopczyk chwycił Ojca Świętego za ucho! Rozległy się oklaski, wielu ludzi miało łzy w oczach. Jan Paweł II powiedział do zebranych: „Bóg was kocha. Bóg was wszystkich kocha. Bóg kocha tych, którzy są chorzy, którzy cierpią  z powodu AIDS.”

Zdarzyło się to 17. września 1987r. i ta data jest uznawana przez wszystkich ludzi dobrej woli na całym świecie za przełomową w podejściu do osób zakażonych wirusem AIDS. W tym dniu Ojciec Święty nadał AIDS ludzką twarz, pokazał co trzeba robić z ludźmi cierpiącymi – należy ich przytulić.

Brendan jeszcze raz spotkał się z Ojcem Świętym, tym razem w Watykanie. Z Jego rąk przyjął Komunię Świętą i ponownie został niezwykle serdecznie przytulony.

Brendan zmarł 17. sierpnia 1990r. Z kalendarza na szpitalnej ścianie odliczał dni pozostałe do swoich 8. urodzin, których nie doczekał.

8. grudnia 2005

Oczekując z radością obchodów 15. i następnych rocznic zapoczątkowania wiekopomnego dzieła polskich redemptorystów prowadzonych przez Ojca Tadeusza, Rodzina Radia Maryja, jak każda rodzina, chciałaby gromadzić się co roku w komplecie przed radioodbiornikami, telewizorami, monitorami komputerów podłączonych do internetu, czy wreszcie na miejscu wydarzeń – w Toruniu, mieście Kopernika.

Tytułowe „Fides et ratio” encykliki Jana Pawła II, wiara i rozum, to kopernikańskie źródła skutecznej pracy dla Boga, Kościoła Świętego i Ojczyzny, dobrze znane w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe milionom, milionom ludzi – kropel wzbierającej fali współtwórców i życzliwych świadków Toruńskiej Wiktorii Ojca Tadeusza.

Są też ludzie obojętni, a nawet wrodzy pełnieniu przez polskich redemptorystów skutecznej misji ewangelizacyjnej ściśle powiązanej z wprowadzaniem w życie nauki społecznej Kościoła Katolickiego, a więc misji pokornie i cierpliwie przekładającej na codzienność każdego człowieka zasady doktryny wiary głoszone przez Ojca Świętego Jana Pawła II, kardynała Józefa Ratzingera, obecnie Ojca Świętego Benedykta XVI, posłusznych im biskupów i inne osoby konsekrowane służące Bogu i Ludowi Bożemu składającemu się na 1/6 ludności całego świata.

Istnieniu wrogich zachowań nie można się dziwić. Codzienność każdego z nas to przecież walka dobra ze złem. Walka na argumenty, uczucia, przekonania, wartości, ambicje. Jako chrześcijanie aż za dobrze znamy skutki pychy i nieposłuszeństwa oraz podstępy i moc zła. Przecież upadły anioł - szatan, ośmielił się kusić samego Boga w osobie Jezusa Chrystusa! Dając nam wolność wyboru, Bóg nie tylko uznał nas za swoje umiłowane dzieci, lecz także uczynił nas stroną na polu bitwy dobra ze złem. Wolny człowiek może przychylić się do jednej z przeciwnych opinii, w określonej sytuacji wybrać jedno z dwóch wzajemnie wykluczających się zachowań, przestrzegać wszystkich Przykazań Bożych, bądź też wybrać te, których chce przestrzegać a pozostałe uznać za niepraktyczne w określonej sytuacji, w stosunku do konkretnej osoby, czy na pewnym etapie życia. Każdy wybór podlega jednak ocenie i decyduje o życiu wiecznym człowieka obdarowanego przez Stwórcę wolną wolą. To sam Bóg bez naszego udziału i bez naszej wiedzy sprawiedliwie osądzi tych, którzy prześladują misjonarzy. Do nas należy tylko wykorzystanie odpowiednich instytucji cywilizowanego państwa, których obowiązkiem jest przestrzeganie konstytucyjnych i powszechnie obowiązujących w świecie praw każdego człowieka i obywatela do ochrony przed prześladowaniem, oczernianiem i pomówieniami.

Posługiwanie się medialną nagonką i pałką bojówkarza-pseudodziennikarza nie przystoi wam, „prawdziwi Europejczycy”! To skamielina rodem z hakaty, ochrany, nazizmu i komunizmu. Wstyd i hańba! A nadto odpowiedzialność za skutki czynów ludzi psychicznie niezrównoważonych, w których systematyczne szczucie może wyzwolić pomysł na zbrodnię.

Dlaczego zatem ludzie ufają kłamcom? To oczywiste - nikt nie przedstawia się jako kłamca! Albo lobbysta, albo agent jakiegoś koncernu, obcego państwa, czy ugrupowania, albo akwizytor czy wykonawca kampanii reklamowej jakiegoś produktu. Wiarygodni kłamcy nakładają starannie wypracowane maski. To przecież też znamy z Pisma Świętego. Umiejętność odróżniania kłamstwa od prawdy przychodzi z wiekiem, nieraz o wiele za późno, kiedy nie ma już czasu i możliwości naprawienia szkód będących następstwem czy to łatwowierności, braku okazji na spotkanie z prawdą, czy też awersji do prawdy, awersji narzuconej przez wrogów prawdy.

W tym miejscu wracam do wstępu dzisiejszego felietonu, w którym wyraziłem przekonanie, że Rodzina Radia Maryja, jak każda rodzina, chciałaby gromadzić się co roku w komplecie dla uczczenia kolejnej rocznicy zapoczątkowania dzieła Ojca Tadeusza. Oczywiście zdając sobie sprawę z doczesności naszego ciała, wiemy, że ci, którzy dożyją swoich lat, będą się z nami radować już w Domu Pana, o ile swoim życiem na to zasłużą.

Ale będą też tacy, którzy mogliby być z nami i duszą i ciałem, ale im na to nie pozwoli przedwczesna śmierć lub ciężkie cierpienie tłumione silnymi środkami przeciwbólowymi.

Odwołuję się tu do poprzednich felietonów, w których podkreślałem, że z wyjątkiem najstarszej grupy wieku  nowotwory złośliwe zbierają w Polsce kilkakrotnie większe żniwo niż każda z trzech  określonych chorób układu krążenia, do których należą choroba niedokrwienna serca, choroby naczyń mózgowych i miażdżyca.

Aktualny stan wiedzy medycznej oparty o oszacowania epidemiologiczne opublikowane w październiku 2005r. przez naukowców Szkoły Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvard pozwala przypisać dziewięciu zagrożeniom zdrowia częściowe sprawstwo zgonów z powodu dwunastu typów nowotworów złośliwych:

Picie nawet najmniejszej ilości alkoholu - 5%
Palenie nawet najmniejszej ilości tytoniu – 21%
Spożycie owoców i warzyw poniżej 550 - 650 g/dzień (dotyczy dorosłych) - 5%
Zanieczyszczenie powietrza w domach w wyniku użycia paliw stałych (węgla) bez odpowiedniej wentylacji – 0,5%
Zanieczyszczenie powietrza w miastach pyłem (dotyczy stężenia pyłu zawieszonego z separacją frakcji PM 2.5 powyżej 7,5 mikrograma/metr szesc. i frakcji PM10 powyżej 15 mikrogramów/metr szesc) - 1%
Nadwaga i otyłość, gdy wskaźnik masy ciała przekracza 20 - 22 kg/m2 – 2%
Brak wysiłku fizycznego odpowiadającego co najmniej wartości 400 KJ, gdy czas trwania umiarkowanego wysiłku fizycznego nie przekracza 2 i pół godziny na tydzień,– 2%
Sprzęt do wstrzyknięć w zakładach opieki zdrowotnej przenoszący wirusowe zapalenie wątroby typu B i C – 2%
Współżycie płciowe z mężczyzną przenoszącym wirusy brodawczaka ludzkiego – 3%

Wszystkie powyższe zagrożenia są sprawcami zaledwie 35% wszystkich przypadków raka. Ich działanie potęguje się wzajemnie i wpływa synergistycznie na działanie tysięcy innych substancji i czynników rakotwórczych, do których należą np. azbest i radon.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia w roku 2002r. w Polsce zarejestrowano 85 082 zgony na raka, a obliczona na pięcioletnie przeżycie liczba ludzi żyjących z rakiem wynosiła 283 500. Stąd można wyliczyć co następuje:
Gdyby nie alkohol, 4 254 osoby nie zmarłyby na raka, a 14 175 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie palenie tytoniu, 17 867 osób nie zmarłoby na raka, a 59 535 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie spożycie owoców i warzyw poniżej 550 - 650 g/dzień przez dorosłych, 4 254 osoby nie zmarłyby na raka, a 14 175 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie nadwaga i otyłość, gdy wskaźnik masy ciała przekracza 20 - 22 kg/m2, 1 702 osoby nie zmarłyby na raka, a 5 670 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie brak wysiłku fizycznego poniżej 2 i pół godziny na tydzień umiarkowanego wysiłku fizycznego, 1 702 osoby nie zmarłyby na raka, a 5 670 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie sprzęt do wstrzyknięć w zakładach opieki zdrowotnej przenoszący wirusowe zapalenie wątroby typu B i C, 1 702 osoby nie zmarłyby na raka, a 5 670 osób nie żyłoby z rakiem.
Gdyby nie współżycie płciowe z mężczyzną przenoszącym wirusy brodawczaka ludzkiego, 2 553 kobiety nie zmarłyby na raka, a 8 505 kobiet nie żyłoby z rakiem.

Gdyby ludzie na czas poznali prawdę o zagrożeniach, przynajmniej części z nich udałoby się przed nimi uratować.

22 grudnia 2005
 
Nadzieja – to pierwsze skojarzenie z wizerunkiem Dzieciątka Jezus przedstawionym na kartce zawierającej życzenia Wesołych Świąt Bożego Narodzenia.

Zakupy – to pierwsze skojarzenie z widokiem stosu paczek złożonych pod kapiącą od ozdób choinką z kartki z życzeniami wesołych świąt, odnoszącej się jakoby do zamieszkania wśród nas Żywego Boga, a w rzeczywistości bez skrupułów eksploatującej w celach komercyjnych dobroduszność chrześcijan.

Bóg czy złoty cielec, prawda czy jej pozory, wiara czy komercja  - komu lub czemu służy wydrukowanie takiej czy innej kartki świątecznej? Komu lub czemu służy wybór takiej czy innej kartki świątecznej dokonany przez nas samych albo nadawców otrzymanych przez nas życzeń? Ani sami, ani nikt z nam bliskich nie chcemy być narzędziem zła, a jednak nieraz jesteśmy, ulegając manipulacji odwołującej się nawet  do najświętszych dla nas symboli.

Ojciec Święty Benedykt XVI stanowczo i jednoznacznie stanął w obronie prawdziwej treści Świąt Bożego Narodzenia, a do liczącego ponad miliard członków Powszechnego Kościoła Katolickiego należy przełożyć nauczanie papieża na codzienne wybory, w tym na wybory konsumenckie. Jeżeli Bóg pozwoli, już za niecały rok każdy z nas będzie mógł zamanifestować swoje chrześcijaństwo na polu walki o symbolikę Świąt Bożego Narodzenia, choćby w tak pozornie drobnym wymiarze jak wybór kartki odnoszącej się do tych świąt a nie ich karykatury.

Dobre wybory konsumentów – nabywców wszelkich towarów i usług - nie są jednak dokonywane w próżni. Nie istnieje przecież próżnia społeczna, w tym - polityczna. I za czasów PRLu i w III RP ludzie z tych samych  kręgów, a często ci sami ludzie należący do kasty trwale trzymających władzę, czy to przez otwartą, czy też ledwie skrywaną walkę z wartościami chrześcijańskimi,  wspierali druk i zbyt kartek pseudoświątecznych z wizerunkiem „dziadka mroza”. Ludzie ci ograbili wielu Polaków z wiary ojców, rodzicom ukradli dzieci, dzieciom rodziców, Polsce dobrych obywateli. Neopogaństwo z jego pogardą dla nauki społecznej Kościoła Katolickiego przyniosło nam upadek obyczaju, prawa i sprawiedliwości.

Jednak za sprawą Ojca Świętego Jana Pawła II i przy pomocy twórcy wielu wiekopomnych dzieł, z których wszyscy korzystamy, tegoroczne Boże Narodzenie jest czasem szczególnej nadziei dla naszego kraju.

Nasuwa się tu pewna analogia z wychodzeniem Polaków z mroków pogaństwa. Następstwem małżeństwa Mieszka I z czeską księżniczką Dąbrówką był chrzest Polski, który przyniósł naszej Ojczyźnie niebywałą potęgę pod berłem Bolesława Chrobrego, naszego pierwszego króla, wysoko cenionego przez  cesarza Ottona III, władcę Świętego Cesarstwa Rzymskiego, od XV w. zwanego Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego. Siostra Chrobrego -  Świętosława, znana w Skandynawii jako Gunhilda albo Sygryda Storrada, czyli Dumna, była matką wodza duńskich wikingów – Kanuta, jednego z największych zdobywców swoich czasów, który po zdobyciu Anglii przystąpił do rzezi tamtejszych  chrześcijan – Anglosasów. Jednak pod wpływem swojej matki Świętosławy - Sygrydy po 1016r. doznał przemiany i po uhonorowaniu w katedrze Canterbury szczątków arcybiskupa zamordowanego przez Duńczyków Kanut Wielki jako król Danii i Anglii oparł swoją władzę na sprawiedliwości i dobrych rządach. Drugi syn Świętosławy, a brat Kanuta – Harald II, też był królem Danii.

Kolejny przykład znaczenia Chrześcijaństwa dla naszej państwowości to rozkwit Rzeczypospolitej Obojga, a właściwie Trojga, Narodów. Następstwem małżeństwa Władysława Jagiełły z królową Polski - Jadwigą był chrzest Litwy w 1385r. i zapoczątkowanie dynastii władającej największym mocarstwem ówczesnego świata.

Chrześcijańska Polska przez wieki przyjmowała na siebie pierwszy impet ataku na Europę okrutnych najeźdźców z imperiów wschodu. To dzięki polskim katolikom większa część ludów Europy uratowała się przed niewolą turecką i bolszewicką.

Im człowiek starszy, tym mniej odległe wydają się zdarzenia z przeszłości. Przecież 50 lat z życia pięćdziesięcioparolatka  to zaledwie 1/20 tysiąclecia! A tu na nasze życie przypada nie tylko pontyfikat Jana Pawła II, lecz także szansa na wyzwolenie z władzy neopogaństwa.

Już wkrótce okaże się czy z szansy tej potrafimy skorzystać, czy następstwa wyborów dokonanych przez nas podczas złotej polskiej jesieni 2005r. dobrze posłużą życiu wiecznemu i doczesnemu Polaków oraz wszystkich ludzi dobrej woli na świecie. Czy odrzucenie pogańskiej i neopogańskiej pogardy dla osoby ludzkiej przyniesie Polakom rozkwit umiłowanej Ojczyzny.

Tak nam dopomóż Bóg.

Tam nam dopomóż Bóg, Panie Prezydencie.
 
29. grudnia 2005

Aby Polacy przestali wymierać, należałoby zrealizować fundamentalne obietnice wyborcze zwycięskich partii,  w szczególności dotyczące polityki pronatalnej i polityki prozdrowotnej. Owszem, w ostatnich dniach 2005r. polskie rodziny otrzymały wyraźny sygnał, że ich podstawowa rola, jaką jest macierzyństwo i ojcostwo, znajduje realne poparcie parlamentu.

Zapoczątkowując w ten sposób politykę prorodzinną, wybrani przez nas parlamentarzyści udowodnili zgodność czynów z zapowiedziami, szacunek dla wyborców i rzeczywistą odpowiedzialność przed Bogiem i historią.

Niestety, w tym samym czasie doszło do kolejnego poważnego kryzysu w polityce zdrowotnej. Od Nowego Roku milionom Polaków zagraża brak dostępu do lekarzy pierwszego kontaktu. Już teraz  lekarze rodzinni odmawiają rejestrowania pacjentów.  Podopieczni dowiadują się, że po pierwszym stycznia 2006r. drzwi przychodni mogą być zamknięte, ponieważ lekarz rodzinny należący do Porozumienia Zielonogórskiego nie podpisał  kontraktu na przyszły rok z powodu zbyt niskiej stawki wyznaczonej przez Narodowy Fundusz Zdrowia na poziomie 5 złotych za opiekę lekarską przez miesiąc nad jedną osobą będącą potencjalnym lub rzeczywistym pacjentem.

W tak dramatycznej sytuacji pojawiają się rozmaite poglądy  co do prawdziwych przyczyn płacowego strajku lekarzy rodzinnych ogłoszonego przez zarząd Porozumienia Zielonogórskiego. Są głosy, że pacjenci stali się zakładnikami walki politycznej, ofiarami zemsty za wybory wygrane przez prawicę, a nawet próby destabilizacji państwa przez komunistyczne służby specjalne. Są też opinie zarzucające członkom Porozumienia Zielonogórskiego chciwość i bezwzględne dążenie do wysokich korzyści materialnych, chęć zarobku dosłownie „po trupach”. Sam minister zdrowia w rządzie premiera Kazimierza Marcinkiewicza wygłasza apele do lekarzy, „by nie zamykali swoich przychodni”, bo „są potrzebni pacjentom”.

Należy z tego rozumieć, że zdaniem rządu lekarze rodzinni mają wykonywać zawód w ramach swoistego wolontariatu, bez oglądania się na koszty zorganizowania, wyposażenia i utrzymania praktyki, za to dopłacając do niej ze źródeł innych niż środki oficjalnie przyznane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. No cóż, prof. Zbigniew Religa musi jednak wiedzieć, że  jeżeli miałyby to być źródła nieujawnione, urząd skarbowy może - a nawet powinien  - zażądać 90% podatku, a pozostałe 10% lekarzom nie wystarczy nawet na opłatę kosztów narzuconego przez ministerstwo zdrowia obowiązkowego dokształcania się.

Uczestnicząc w niesponsorowanych przez producentów leków i aparatury medycznej, a przez to jeszcze bardziej kosztownych kursach, konferencjach i seminariach, płacąc niezwykle wysokie ceny za trudną do uzyskania, bo obiektywną, literaturę medyczną, polscy lekarze rodzinni mogliby nabyć wystarczającej wiedzy i umiejętności z zakresu prewencji i profilaktyki chorób dziesiątkujących ich podopiecznych. Wówczas okazałoby się, że nie są w kraju potrzebne kolejne ośrodki kardiologiczne wyposażone w kosmicznie drogą aparaturę i zużywające siły i środki niewspółmiernie wysokie do uzyskiwanych korzyści zdrowotnych.

Przeliczanie ośmiuset milionów złotych, które jakoby mają wynikać z podniesienia miesięcznej stawki dla lekarza rodzinnego o 1 złotówkę za pacjenta na koszt powstania 8 ośrodków kardiologicznych to jawna manifestacja przekonania ministra zdrowia o wyższości medycyny naprawczej nad zapobiegawczą. Jest ono sprzeczne z obecnym stanem wiedzy medycznej opartej od dowody dostarczane przez epidemiologów, w szczególności ze współczesną doktryną zdrowia publicznego, która zdążyła już trafić pod strzechy w postaci popularnego powiedzenia <<lepiej i taniej zapobiegać niż leczyć>>.

Każdy wie, że im więcej wypalonych papierosów, im więcej wypitego alkoholu, tym większe ryzyko raka, choroby wieńcowej serca oraz chorób naczyń mózgu. A taka właśnie jest kolejność głównych zabójców Polaków we wszystkich grupach wieku z wyjątkiem najstarszej, tj. liczącej 85 lat i więcej, w której na pierwsze miejsce wśród przyczyn zgonów wysuwa się miażdżyca.

Zanim dojdzie do przedwczesnego zgonu ludzie bardzo cierpią, wydają ostatnie pieniądze na stale drożejące leki, dojazdy na leczenie w ośrodkach coraz to bardziej oddalających się od ich miejsc zamieszkania, męczą się w szpitalach niedostosowanych do wymogów sanitarno-higienicznych, są za to poddawani wysoko specjalistycznym procedurom, z których każda pochłania fortunę ze środków publicznych.

Oczywiście ludziom już chorym osiągalnej pomocy odmówić nie wolno, ale też nie wolno pomijać dorobku cywilizacji, który właśnie na lekarzy pierwszego kontaktu nakłada - obok leczenia niespecjalistycznego - najważniejsze zadania z zakresu opieki zdrowotnej, a to: kształtowanie zachowań sprzyjających zachowaniu i umacnianiu zdrowia, wczesne wykrywanie chorób i innych zaburzeń zdrowia wymagających skutecznej interwencji zanim dojdzie do zmian nieodwracalnych, odpowiedzialne poradnictwo z zakresu zdrowia środowiskowego, alergologii, żywienia człowieka w różnych grupach wieku i szeregu innych dziedzin medycyny zapobiegawczej.

Jeżeli lekarz rodzinny tak rozumie swoje obowiązki, jego podopieczni mogą liczyć na życie w zdrowiu długie i wolne od wyniszczającego ciężaru wielu chorób, którym można zapobiec. Takiemu lekarzowi warto zapłacić ze wspólnej składki na tyle dużo, aby akwizytorzy leków i sprzętu medycznego nie posługiwali się nim dla wyrwania pieniędzy podatnikom, płatnikom Narodowego Funduszu Zdrowia, czy bezpośrednio pacjentom. Dodatkowa złotówka za miesiąc opieki nad podopiecznym dla lekarza pierwszego kontaktu i tak nie zbliży nawet minimalnie statusu majątkowego lekarza praktykującego w Polsce do statusu zapewnianego w wielu innych krajach, do których polscy lekarze masowo emigrują w poszukiwaniu godnych warunków wykonywania zawodu.

W tym momencie przed oczami słuchaczy staną zapewne należące do niektórych lekarzy okazałe domy, drogie samochody i im podobne tzw. zewnętrze cechy zamożności. Część z nich niewątpliwie ma źródła w dochodach nie ujawnionych urzędom skarbowym, konkretnie pochodzących z honorariów przyjmowanych przez lekarzy w uzupełnieniu oficjalnych zarobków. I tu jest pies pogrzebany. A właściwie zdieś sobaka zaryta, bo to właśnie Armia Czerwona wprowadziła pokutujące u wielu do dzisiejszego dnia radzieckie przekonanie, że lekarza – wracza nie warto wynagradzać oficjalnie za jego wiedzę, trud i poświęcenie, bo i tak dostanie dużo więcej od wdzięcznych pacjentów. Może dziwić, że tego rodzaju doktryna korumpująca lekarzy obowiązywała właściwie tylko w Związku Sowieckim i w PRLu, zaś doktorom w Czechosłowacji, na Węgrzech i w NRD płacono wyróżniająco lepiej niż przedstawicielom innych zawodów. Jeszcze bardziej dziwi, że argumenty na rzecz faktycznej dyskryminacji płacowej lekarzy można słyszeć w ustach tych polityków, którzy nie tylko potępiają rujnujące dla Polski skutki władzy komunistów i postkomunistów, lecz także pozyskali głosy wyborców, zapowiadając radykalne zerwanie z myśleniem obowiązującym w PRL i III RP.

ROK 2006
5. stycznia 2006

W nowy rok 2006 Polska wchodzi jako państwo dojrzałej demokracji, którego obywatele potrafili wyłonić spośród siebie reprezentantów nie różniących się istotnie od wyborców co do deklarowanych przekonań, systemu wartości, narodowej tradycji i kultury.

Na czele państwa uznawanego na całym świecie za ostoję Katolicyzmu stanęli politycy jednoznacznie określający się jako członkowie Kościoła rzymskokatolickiego, co więcej – publicznie głoszący, że nauka społeczna Kościoła jest źródłem podejmowanych przez nich decyzji. Jest to dobra wiadomość dla wszystkich, w kraju i na świecie, zwłaszcza dla osób nie będących katolikami, bo przecież zgodnie z nauką Chrystusa, katolicy zawsze i wszędzie kierują się przykazaniem miłości i głoszą wszystkim pokój.

Dzięki wyrazistej postawie wybranych przez nas polityków nie trzeba już zgadywać jaki jest stosunek prezydenta, premiera, czy marszałka sejmu do ochrony człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci, do godnych warunków życia  emerytów oraz do trwałości i rozwoju polskich rodzin. Przecież już dzieci przygotowujące się do pierwszej Komunii Św. uczą się Dekalogu na pamięć i ze zrozumieniem przykazań <<Nie zabijaj>>, <<Czcij ojca swego i matkę swoją>>, <<Nie cudzołóż”>>.

Znikają też wątpliwości, czy prezydent, premier i marszałek sejmu uszanują kolejne przykazanie - <<Nie kradnij>>. Gorliwym katolikom można z pełnym zaufaniem powierzyć pieniądze z podatków i rozlicznych składek zbieranych wprawdzie pod przymusem, ale do mądrego wykorzystania dla wspólnego dobra.

Same podatki czynią nas niewolnikami systemu państwowego prawie przez połowę każdego roku. W 2005r. dzień wolności podatkowej przypadał na 23. czerwca, co oznacza, że od 1. stycznia do 22. czerwca pracowaliśmy tylko na podatki, a dopiero po tej dacie na potrzeby indywidualne. W 2001r. był to 18. czerwca, w  2002r. – 24. czerwca, w 2003r. – 28. czerwca, a w 2004r. – 24. czerwca Jak ten nasz wspólny wysiłek został wykorzystany możemy się tylko domyślać, śledząc losy kolejnych afer korupcyjnych, a przy tym widząc ogrom zaniedbań. Przez te lata byliśmy więc niewolnikami kasty okradającej nas z owoców ciężkiej pracy.

Ileż to razy powtarzaliśmy sobie, że wystarczy nie kraść, aby mieć takie sukcesy organizacyjne i inwestycyjne jak ojciec Tadeusz, którego dzieła przyćmiewają wszystko, co  powstało w Polsce co najmniej w ostatnich kilkunastu latach. Są to dzieła wymodlone, a zbudowane i utrzymywane za ofiary wyproszone u milionów ludzi, nie za daniny wymuszone siłą, jak podatki, nie za środki publiczne wyłudzone podstępem jak fortuny naciągaczy pasożytujących na budżecie.

Wystarczy nie kraść, aby przywrócić dawny blask Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Przecież pomimo tylu wieków zmagań z wrogimi mocami jesteśmy zaliczani do grupy 57 państw wysokim rozwoju cywilizacyjnym według klasyfikacji ONZ z 2005r. Klasyfikacja ta opiera się o oczekiwaną długość życia, przeciętną zamożność oraz umiejętność czytania i pisania wśród osób powyżej 15. r. ż.. U nas odsetek analfabetów wynosi 0,3%, a w Grecji, od nas niemal dwa razy bogatszej i cieszącej się dłuższym o 4 lata życiem swoich obywateli – aż 9%.

Ostatnie dostępne w tym zestawieniu ONZ dane za 2003r. są następujące:
- Produkt Krajowy Brutto w wysokości 209,6 miliarda dolarów amerykańskich stawia Polskę na pozycji 19., a PKB na osobę w wysokości 5 487 dolarów stawia Polskę na pozycji 43.
- Produkt Krajowy Brutto w wysokości 434,6 miliarda dolarów amerykańskich według parytetu siły nabywczej stawia Polskę na pozycji 14., a PKB na osobę w wysokości 11 379 dolarów według parytetu siły nabywczej stawia Polskę na pozycji 42.
- Ludność w liczbie 38,6 miliona stawia Polskę na pozycji 10., ale według prognozy ONZ na 2015 rok, a więc bardzo krótkiej, Polska ma liczyć o 500 tysięcy mniej mieszkańców i spaść w tym rankingu o 1 miejsce. W tym samym czasie w Meksyku ma nastąpić przyrost ludności o 14,8 miliona, w USA  o 11,3 miliona, w Argentynie 4,7 miliona, w Kanadzie o 3,5 miliona, w Australii o 2,5 miliona, po o ponad 2 miliony w Hiszpanii, Francji i Wielkiej Brytanii, prawie o 2 miliony w Chile, o 700 tysięcy w Irlandii, co stanowi 17,5% przyrostu w stosunku do wyjściowej liczby 4 milionów obywateli tego kraju. Jednak rekordy pobije Izrael, gdzie według prognoz ONZ liczba ludności od 2003 do 2015 roku ma powiększyć się o 1/5. W roku 1975 Izrael liczył 3,4 miliona mieszkańców,  w 2015 ma liczyć 7,8 miliona mieszkańców. W okresie 2000 – 2005 na jedną kobietę w Izraelu przypadało 2,9 urodzeń a w Polsce zaledwie 1,3. Dla porównania w USA – 2,0, we Francji i Irlandii - 1,9,  w Norwegii i Danii - 1,8 urodzeń na jedną kobietę.
- Oczekiwana liczba lat życia osoby urodzonej w 2003r. wynosząca 74,3, stawia nasz kraj na pozycji 44., zdecydowanie najgorszej wśród wszystkich największych krajów świata o wysokim poziomie rozwoju cywilizacyjnego.
- Wydatki na zdrowie w 2002r. na osobę w dolarach amerykańskich według parytetu siły nabywczej w wysokości 657 dolarów stawiają nasz kraj na pozycji 42., ale są – niestety – zgodne z wyliczonym trendem w oparciu o realne dane międzynarodowe wskazującym na bezpośrednią i silną zależność średniej długości życia od siły gospodarczej państwa i tym samym zamożności jego obywateli.

W obecnej sytuacji jedynym dostępnym sposobem zmniejszenia ciężaru chorób i przedwczesnych zgonów w Polsce jest ograniczenie marnotrawienia wydatkowanych  środków i przeniesienie priorytetów z działań pozorowanych na służącą wszystkim Polakom prewencję, profilaktykę i terapię opartą o ewidencję naukową.

Wykresy do powyższej informacji osoby zainteresowane znajdą na mojej stronie internetowej www.halat.pl .

Dane za rok 2005 będą dostępne dopiero za dwa lata i one dopiero - w moim przekonaniu - będą rzeczywistym raportem otwarcia prezydentury pana Lecha Kaczyńskiego i rządu pana premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Kolejne lata pozwolą dokonać oceny skuteczności działań naszych polityków na rzecz podjętych zobowiązań.

Polscy katolicy powinni zdawać sobie sprawę z faktu, że wybrali swoich przedstawicieli a nie gladiatorów.

19. stycznia 2006

Przebogata mowa polska zawiera wiele zapożyczeń, których nie sposób zastąpić rdzennymi odpowiednikami. Dotyczy to nawet tak podstawowego pojęcia jak zaprzeczenie prawdy. Prawda to piękne słowo, miłe duszy i sercu. W logice dwuwartościowej prawda jest jedną z dwóch wartości logicznych, Drugą jest fałsz.
 
Zaprzeczenie prawdy jednak wcale nie wyczerpuje wszystkich znaczeń obcego wyrazu fałsz.
 
Trzytomowy Słownik Języka Polskiego pod redakcją naukową prof. Mieczysława Szymczaka tak definiuje wyraz fałsz: niezgodność z prawdą, nieszczerość, obłuda, kłamstwo. Przykłady użycia: Fałsz historyczny. Wyczuć fałsz w czyichś słowach. Poznać się na fałszu i przestarzałe: Zadać komuś fałsz, czyli ujawnić, że ktoś kłamie, jest nieszczery, obłudny.
 
Stąd przymiotnik - fałszywy, w takim rozumieniu jak: Niezgodny z prawdą, błędny, niewłaści­wy. Fałszywe zeznanie, oskarżenie. Fałszywy donos, alarm. Fałszywe wnioski.  Fałszywy krok, czyli nierozważne posunięcie, pociągające za sobą przykre następstwa.
 
Fałszywy to też: obłudny, nieszczery, przewrotny; świad­czący o czyjejś obłudzie, nieszczerości, prze­wrotności. Fałszywy człowiek, sprzymierzeniec. Fałszywi przyjaciele. Fałszywy uśmiech, pocałunek. Fałszywa grzeczność. Fałszywy wstyd. Fałszywa skromność, duma, ambicja.
 
W innym znaczeniu fałszywy to: udający kogoś, podszywający się pod ko­goś, pozorny. Fałszywy książę, prorok. Fał­szywy świadek, czyli świadek celowo składający ze­znania niezgodne z prawdą.
 
Fałszywie – to niezgodnie z prawdą, kłamliwie, błędnie. Zeznawać, donosić fałszywie. Tłumaczyć, rozumieć coś fałszywie. Obłudnie, nieszczerze: uśmiechać się fałszywie.
 
Fałszywość – niezgodność z prawdą, bycie fałszywym. Dowieść fałszywości zdania.
 
Fałszywiec to człowiek fałszywy, obłudny, nieszczery, zaś fałszerz, to ten, kto fałszuje, podrabia coś, trudni się fałszerstwem.
 
Fałszować to sporządzać imitację czegoś, podrabiać coś podając za oryginał, a w przenośni – przedstawiać coś niezgodnie z prawdą, zniekształcać. Fałszować prawdę, fakty, historię, rzeczywistość, czyjeś myśli.
 
Fałszować to także obniżać wartość produktów spożywczych, zachowując pozorną ich jakość.
 
Od 17. października 2005r. obowiązująca ustawa z dnia 11 maja 2001 r. o warunkach zdrowotnych żywności i żywienia tak definiuje środek spożywczy zafałszowany: środek spożywczy, którego skład lub inne właściwości zostały zmienione, a nabywca nie został o tym poinformowany w sposób określony ustawą, albo środek spożywczy, w którym zostały wprowadzone zmiany mające na celu ukrycie jego rzeczywistego składu lub innych właściwości; środek spożywczy jest środkiem spożywczym zafałszowanym, jeżeli:
a) dodano do niego substancje zmieniające jego skład i obniżające jego wartość odżywczą,
b) odjęto składnik lub zmniejszono zawartość jednego lub kilku składników decydujących o wartości odżywczej lub innej właściwości środka spożywczego mającego wpływ na jego jakość,
c) dokonano zabiegów, które ukryły rzeczywisty jego skład lub nadały mu wygląd środka spożywczego o należytej jakości,
d) niezgodnie z prawdą podano jego nazwę, skład, datę lub miejsce produkcji, termin przydatności do spożycia lub datę minimalnej trwałości albo w inny sposób nieprawidłowo go oznakowano, jeżeli działania te mają wpływ na jakość środka spożywczego.
 
Od 17. października 2005r. zgodnie z ustawą opakowania środków spożywczych muszą być znakowane w sposób zrozumiały dla konsumenta, ich napisy muszą być wyraźne, czytelne i nieusuwalne, umieszczone w widocznym miejscu, a także nie mogą być w żaden sposób ukryte, zasłonięte lub przesłonięte innymi nadrukami czy obrazkami.
 
Inspektorzy sanitarni dysponują więc ustawową definicją zafałszowania żywności, którą mogliby - gdyby chcieli – wykorzystywać w celu ochrony zdrowia konsumentów, choćby przed chemicznymi i genetycznymi zafałszowaniami żywności.
 
W obecnej sytuacji pilnie należy zdefiniować fałsz w polityce i dla wspólnego dobra upowszechniać umiejętność odróżniania w życiu publicznym prawdy od fałszu.

26. stycznia 2006

Bóg, Honor, Ojczyzna są fundamentem polskości. Do rozbicia fundamentu, na którym stoi nasz dom, niezmiennie dążą twórcy i wykonawcy zbrodni antypolonizmu. Zależnie od sytuacji zabiegają o skłócenie i bratobójczą walkę Polaków, jak to czyniła Róża Luksemburg i jej świadomi i nieświadomi skutków własnych czynów ideowi następcy, albo też sami stosują eliminację fizyczną i/lub cywilną Polaków, jak to czynili carowie, cesarze, kanclerze i sekretarze stojący na czele ludobójczych systemów, a także, co jest już żałosnym dorobkiem naszych czasów, właściciele i redaktorzy naczelni środków  masowego przekazu.

Daremne ich wysiłki!

Oto doczekaliśmy niezwykle korzystnego dla Polski układu sił politycznych, w którym dla partii głosami wyborców najsilniejszej Bóg, Honor i Ojczyzna są fundamentem polskości. Także rozpoczynający pięcioletnią kadencję Prezydent swą postawą zapowiada niezłomną wolę umacniania fundamentu naszego domu – Polski.

Nagle znaleźliśmy się w świecie zupełnie nieznanym ogromnej większości Polaków. Władza jest nasza! Prezydent i rząd opowiadają się dokładnie za tymi samymi wartościami, które Naród uznaje za swoje. Został spełniony niezbędny warunek, aby państwo przestało  być wrogie, rządzone przez obcych i tych kierowanych z zewnątrz, i tych kierujących się egoizmem.  Do przeszłości odchodzą podziały polityczne wyrosłe w poprzednich okresach historii. Jądrem krystalizacji nowoczesnego patriotyzmu stają osoby, którym ludzie ufają, bo doceniają nie tylko ich dobrą wolę i zgodność czynów z deklaracjami, lecz także skuteczność w osiąganiu zamierzonych celów. Nakazem chwili jest wszystko postawić na jedną kartę - sprawdzoną i najsilniejszą. Przecież Ojczyzna to jeden wspólny obowiązek a nie postaw sukna rozszarpywany przez konkurentów do władzy i pieniędzy z nią związanych. Umiejętność prowadzenia skutecznej polityki dla wspólnego dobra jest talentem rzadko spotykanym i tym bardziej powinna być ceniona w naszym kraju, im mocniej zagraża nam prywata i anarchia, także w obszarze zrównoważonego wypełniania rozmaitych funkcji państwa.

Za przykład niech tu posłuży zderzenie niezwykle słusznych postulatów poprawy sytuacji materialnej seniorów z polityką lekową dotychczasowych rządów, katastrofalną dla zdrowia i majątku ludzi oraz budżetu państwa. Bez pilnej i radykalnej naprawy polityki lekowej pieniądze podatników w postaci dodatku senioralnego szerokim strumieniem popłyną do międzynarodowych korporacji farmaceutycznych, a nasi emeryci i renciści znajdą się dokładnie w tej samej sytuacji, w którą uwikłano rolników przydzielając im dotacje natychmiast wyrywane im z kieszeni przez rosnące koszty produkcji rolnej.

Bez skutecznej interwencji ministra zdrowia i finansów oraz kierowników kilku urzędów centralnych powtórzy się sytuacja ze środkami gromadzonymi przez Narodowy Fundusz Zdrowia, z których najłatwiej skorzystać sprzedawcom leków.

W wyniku wieloletnich zaniedbań w zakresie zdrowia publicznego, w szczególności w obszarze prewencji i profilaktyki, szacowana liczba straconych  lat życia w zdrowiu wyliczona dla osoby urodzonej w 2002r. wynosi w przypadku płci męskiej 7,5 roku, a żeńskiej – 10,6 roku. Oczywiście u osób urodzonych przed 2002 liczba lat silnie obciążonych wydatkami na leczenie jest znacznie większa.

Według ostatnich dostępnych oszacowań Światowej Organizacji Zdrowia 65,8 lat życia w zdrowiu prognozowanych dla osoby urodzonej w 2002r. stawia Polskę na 43. pozycji na świecie i 29. pozycji w Regionie Europejskim WHO sięgającym po Władywostok i obejmującym byłe sowieckie republiki Azji Środkowej. Tylko z powodu przedwczesnej umieralności nasz kraj zaliczany jest do podregionu epidemiologicznego B Regionu Europejskiego, wraz z większością krajów bałkańskich, byłymi republikami sowieckimi Kaukazu, Azji Środkowej i Turcją.

Czechy, Słowacja, Słowenia i Chorwacja to kraje podregionu epidemiologicznego A. Największą liczbą lat życia w zdrowiu cieszyć się mogą liderzy podregionu epidemiologicznego A: Szwedzi - 73,3 oczekiwanych lat życia w zdrowiu, Szwajcarzy – 73,2, Włosi - 72,7, Hiszpanie - 72,6, Francuzi i Norwegowie – 72 oraz  Niemcy - 71,8 oczekiwanych lat życia w zdrowiu. Jakże mizernie i niewspółmiernie do naszych możliwości wygląda na tym tle Polska z  syntetycznym wskaźnik dobrobytu mierzonym oczekiwaną liczbą lat życia w zdrowiu, którą dla osoby urodzonej w 2002r. wyliczono, przypominam – na 65,8 lat życia.
 
Oby ludzie dźwigający ciężar władzy w naszym kraju zechcieli przychylnie spojrzeć na zdrowie Narodu i przybliżyć nam zdobycze współczesnej cywilizacji.

2. lutego 2006

Współczuć powinni wszyscy. I współczują. Modlić się mogą ci uprzywilejowani, którzy poznali moc Bożej Dobroci. I modlą się. Wypełnić sumiennie swoje powołanie pragną ludzie cieszący się publicznym zaufaniem – bohaterscy ratownicy i inni pełni poświęcenia uczestnicy akcji ratunkowej, wybitni eksperci, dzielni policjanci, wnikliwi prokuratorzy, najwyżsi dostojnicy naszego państwa znajdujący natychmiast drogę do pomocy ludziom w potrzebie. I wszyscy oni potrafią w sposób budzący podziw i szacunek udowodnić swoją przydatność na zajmowanych stanowiskach.

Ogrom bólu i potrzeb jest bezmierny. Łączna liczba ofiar katastrofy na Śląsku może przekraczać kilka tysięcy, jeżeli obok ofiar bezpośrednich, a więc zabitych na miejscu, zmarłych w trakcie leczenia, poszkodowanych fizycznie i psychicznie, często na zawsze, uwzględni się ofiary pośrednie - osieroconych członków rodzin i innych bliskich.

Liczbę zabitych i rannych w wyniku zawalenia się dachu Międzynarodowych Targów Katowickich należy jednak odnieść do średniej liczby zgonów w następstwie   wypadków  i nieszczęśliwych następstw wypadków, których według ostatnich dostępnych danych statystyki państwowej rejestrowano rocznie niemal 25 tysięcy. Stąd łatwo policzyć, że w roku 2003 z powodu wypadków i ich nieszczęśliwych następstw 70 osób ginęło codziennie. Co piąta śmierć była następstwem wypadku w ruchu pojazdów silnikowych. W roku 2004 wśród wszystkich ofiar wypadków drogowych zarejestrowano 5 712 zabitych i 64 661 rannych. Dzień w dzień  tylko w następstwie wypadków drogowych 16 osób poniosło śmierć, a  177 odniosło rany.

Śmierć, ból i cierpienie w każdym przypadku mają taką samą wagę dla ofiary i jej bliskich. Niezależnie od przyczyn i okoliczności wszystkim ofiarom wypadków należy się taka sama pomoc ze strony władz publicznych. Każdy ma prawo domagać się opieki Państwa równie troskliwej jak ta, którą objęto uczestników wystawy gołębi w Katowicach. Każdy poszkodowany mógłby domagać się nie mniejszych środków wsparcia publicznego niż te, które były przyznane ofiarom tragedii na  Śląsku. Jeżeli nie jest to wykonalne, należy dołożyć wszelkich starań, aby nieszczęściom skutecznie zapobiegać na tyle na ile jest to możliwe.

Tragiczne skutki katastrof budowlanych i innych wypadków, zwłaszcza drogowych, wcale nie wyczerpują długiej listy tych przyczyn przedwczesnych zgonów, chorób i niepełnosprawności, którym można zapobiec. Chorzy i zmarli na raka z powodu skażenia kancerogenami wody z kranu i żywności, powietrza dymem tytoniowym, azbestem, spalinami, sprzętu medycznego wirusami zapalenia wątroby typu B i C też mają prawo do opieki władz. Związek przyczynowo – skutkowy pomiędzy zgonem na raka a wieloletnim narażeniem na czynniki rakotwórcze nie jest jednak tak oczywisty jak nagła śmierć pod spadającym dachem. Ten związek przyczynowo – skutkowy wymaga znajomości aktualnego stanu wiedzy medycznej, która jest na tyle skomplikowana, że musi być przełożona na praktykę zdrowia publicznego poprzez język ustaw, rozporządzeń i norm sanitarnych. Skutki zaniedbania wymagań sanitarnych dotyczą nieporównywalnie większej liczby ludzi niż zaniedbania wymagań budowlanych. Są jednak rozproszone i przez to mniej dostrzegalne nawet przez samych chorych i rodziny zmarłych. Nowotwory złośliwe, wady rozwojowe, alergie, zatrucia chemiczne przewlekłe i o przebiegu podklinicznym, ciężkie zaburzenia hormonalne i metaboliczne, niezdiagnozowane zakażenia i zatrucia pokarmowe to przykładowe grupy zagrożeń zdrowia i życia, którym można zapobiec przestrzegając wymagań sanitarnych.

Znaczna część tragicznych następstw wypadków, nie tylko drogowych i budowlanych, ogromna większość skracających życie w zdrowiu skutków naruszeń wymagań sanitarnych to efekt czyjegoś zaniedbania. Sprawca nieszczęścia innych osób może charakteryzować się zbrodniczą lekkomyślnością, kiedy kieruje pojazdem mechanicznym, będąc pod wpływem alkoholu, albo uchyla się od utrzymania obiektu w stanie niezagrażającym życiu pracowników i użytkowników. Może też z premedytacją okradać ze zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów, klientów, pracowników, bądź współużytkowników środowiska. Obniżając koszty produkcji lub usług, odniesie sukces rynkowy, puści z torbami konkurencję posłuszną prawu. Złoczyńca tryumfuje, pozostali stracą majątek, zdrowie, życie.

Oto dorobek III Rzeczypospolitej, której autorzy zgodnie z wezwaniem jej pierwszego prezydenta upierają się chronić jak źrenicy oka: korupcjogenne prawo, sparaliżowani inspektorzy, przekupni policjanci, prokuratorzy odrzucający kierowane do nich sprawy z powodu rzekomo niskiej szkodliwości społecznej, kompromitujące sprawiedliwość wyroki sądów, załgane środki masowego przekazu. Ludzie żyjący w strachu przed kolejnym nieszczęściem, wstyd przed  światem.

Silne i uczciwe Państwo Polskie ma obowiązek chronić podstawowych interesów obywateli. Czyni to siłami inspekcji. Zadaniem inspektorów jest porównać wyniki przeprowadzonych kontroli z obowiązującym prawem. Oględziny nadzorowanych obiektów, pomiary, pobór próbek do badań laboratoryjnych, analiza dokumentów, zabezpieczenie dowodów to podstawowe czynności inspektorów. Od ich profesjonalizmu i rzetelności zależy nasze życie i majątek.

Oby tragedia na Śląsku była wystarczającym powodem radykalnych zmian działania inspektorów w naszym kraju.
 
9. lutego 2006

Każdy intuicyjnie odczytuje swoją wartość jako istoty stworzonej na wzór i podobieństwo samego Boga. Właśnie w szacunku dla osoby ludzkiej w każdym jej stadium i każdej kondycji tkwi potęga Chrześcijaństwa.

Z tej to przyczyny przynajmniej niektórzy widzowie zasiadający na kamiennych ławach Koloseum wreszcie zrozumieli, że żywe pochodnie to męczennicy a nie powód do dobrej zabawy. W dzisiejszej Polsce to samo zrozumienie dotarło już do znacznej części widzów zasiadających w fotelach przed telewizorami, na których arenie chrześcijan poniewiera się równie okrutnie jak za czasów Nerona, choć jeszcze nie fizycznie.

Obalając bariery oddzielające niewolników od ich właścicieli, Chrześcijaństwo od samego początku było źródłem siły słabych, a tym samym celem nienawistnych ataków ze strony tych ludzi, którzy zawłaszczyli władzę nad innymi ludźmi.

Cóż bowiem groźniejszego dla wyniosłych uzurpatorów niż Chrystusowe przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego! Skoro każdy człowiek jest bliźnim, nie można było zgodzić się na niewolnictwo ani w starożytności, ani w czasach Tadeusza Kościuszki, który na zawsze zaskarbił sobie wdzięczną pamięć u miłujących wolność Amerykanów, wyzwalając swoich niewolników,  ani obecnie, w XXI w. – wieku, w którym – o zgrozo - żyje najwięcej niewolników wszechczasów.

Są to nie tylko dzieci sprzedawane lub porywane do katorżniczej pracy przy pozyskiwaniu lateksu na plantacjach Afryki, w zalewających świat tanimi produktami zakładów Azji, czy w kopalniach Ameryki Łacińskiej. Są to też ofiary handlu żywym towarem, wśród nich tysiące Polek, a nawet polskich dzieci, są  też pracownicy zatrudniani na niegodziwych warunkach, a więc wykonujący pracę półniewolniczą, a nawet sensu stricte niewolniczą, kiedy wcale nie otrzymują uzgodnionego wynagrodzenia. Tych niewolników w naszym kraju są miliony. Dołącza do nich rzesza rolników, przedsiębiorców budowlanych, dostawców rozmaitych produktów i usług, którzy nigdy nie doczekali się umówionej zapłaty za wykonaną pracę. Oznacza to, że ich praca była niewolnicza, a do tego pochłaniająca własne środki. Ofiary systemowych i jednostkowych  błędów aparatu ścigania, sprawiedliwości i podatkowego to też niewolnicy naszych czasów; pozbawieni wolności, poddani przez współwięźniów torturom, odarci z dobrego imienia i dobytku w wielu przypadkach do dzisiaj nie zostali wyzwoleni, nie otrzymawszy należnego zadośćuczynienia i zwrotu utraconych dóbr, czują się niewolnikami wrogiego państwa. Takie same emocje targają ludźmi chorymi, rodzinami bezskutecznie szukającymi ratunku dla swoich bliskich. Dla nich wyzwolenie z niewoli, oznaczałoby udostępnienie podstawowego dobra współczesnej cywilizacji, jakim jest dostęp do opieki zdrowotnej w odpowiednim czasie i na właściwym poziomie. Przecież ludzie płacą na Narodowy Fundusz Zdrowia, a w zamian bywają traktowani gorzej niż niewolnicy, bo nikomu nie zależy na ich zdrowiu i przeżyciu. A jaki jest los współczesnych niewolników żyjących przy drogach zapchanych pędzącymi jeden za drugim smrodliwymi i hałaśliwymi tirami większymi od domów, zamieszkałych w otoczeniu zakładów zatruwających wodę i powietrze, składowisk niebezpiecznych odpadów, w tym azbestu, pracujących w warunkach urągających godności człowieka, mieszkających w zagrzybionych mieszkaniach w stanie rozpadu. Przecież ludzie płacą podatki, a w zamian bywają traktowani gorzej niż niewolnicy, bo nikomu nie zależy na ich zdrowiu i przeżyciu.

Masy niewolników trzymane są w karbach przez garstkę możnych i wpływowych. Przepustką do tej grupy nie są ani zasługi na polu chwały, jak to dawniej bywało, ani wybitne zdolności i pracowitość. Źródeł nagłych wzbogaceń, fortun nieosiągalnych w żaden dający się uzasadnić prawnie sposób należy szukać choćby w materiałach  komisji śledczych sejmu poprzedniej kadencji.

Zamieszkać za murem odgradzającym skutecznie od obrabowanych, schować łupy zagranicą lub zainwestować w czysty interes, przemieszczać się na niskim poziomie lotu własnym helikopterem, samolotem tuż nad głowami ogłuszanej reszty, leczyć się we Wiedniu lub Londynie, a w kraju korzystać z elitarnych systemów opieki zdrowotnej, które już wypatrują zysków z prywatnych ubezpieczeń społecznych, to nagroda za umiejętność odebrania innym ludziom szansy na zwykłe przeciętne życie. Aby jej nie utracić, trzeba być bezwzględnie lojalnym w stosunku do szajki o charakterze wielogłowej hydry. Trzeba też pozyskać i dobrze opłacić gotowych do każdej niegodziwości najemników. Przecież rzymscy cesarze nie krzyżowali chrześcijan własnymi rękoma, mieli do tego swoich ludzi. Byli jednak znani z imienia, jak np. Neron. Dyktatorzy stojący na czele ludobójczych systemów XX w. też nie byli anonimowi. W pamięci wielu narodów, zwłaszcza polskiego, zapisały się także nazwiska ich pretorianów - masowych morderców. Dlaczego więc obecna forma zniewalającej przemocy, jaką jest przemoc propagandowa, nie ma swojej twarzy, odpowiednika Hitlera lub Stalina? Przecież nikt nie dałby wiary masowym mordercom, takim jak Bierut, Światło i jego podwładni, gdyby ci zapewniali, że do nich należy pełnia władzy. W stanie wojennym każdy wiedział, że przebrani w mundury spikerzy dziennika telewizyjnego, jak pani Falska i pan Tumanowicz, wypełniają wolę pana Jaruzelskiego, który się z tym wcale nie krył. Dzisiaj na froncie walki o utrzymanie systemu niewolniczego w Polsce pokazywane są tylko twarze dziennikarzy albo tzw. autorytetów wykreowanych w minionych epokach. Nawet w telewizji publicznej zleceniobiorcy zlecenia na medialne zabójstwo chrześcijańskiego przeciwnika niewolnictwa otrzymują po piętnaście tysięcy złotych za udział w dwugodzinnym programie rozrywkowym. Są to jednak tylko najemnicy. Ich mocodawcy i zleceniodawcy pozostają w cieniu. Jawne są jednak nazwiska redaktorów naczelnych, wiadomo do kogo należą poszczególne media, kto i ile daje im na reklamę, kto decyduje o wypłatach dla najemników pieniędzmi pochodzącymi wszak z naszych kieszeni, bo albo z abonamentu radiowo-telewizyjnego, albo z tej części ceny kupowanych produktów, która pokrywa wydatki na reklamę. Obowiązuje tu stara zasada, że za wszystko i tak zapłaci konsument, nawet na swoją zgubę.

Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że miliony Polaków szukają wyzwolenia w znoszącym niewolnictwo Chrześcijaństwie, okazują szacunek wybranym w demokratycznych wyborach władzom państwowym kierującym się nauką Chrystusa, a w rzeczywiście katolickich mediach chcą odbierać prawdziwy obraz świata?

26. lutego 2006

Lojalność wobec Polski. Tego Polakom trzeba najbardziej. Żyjemy przecież w świecie ostrej konkurencji, a prawdziwa siła jest w jedności obywateli lojalnych wobec swojego suwerennego państwa. Zagrożeń ciągle przybywa, do najpoważniejszych należy zaliczyć drenaż mózgów, wręcz kradzież ludzi.

Komisja Europejska uznała ostatnio za konieczne zwiększenie ruchliwości migracyjnej mieszkańców bloku, co oznacza, że nie pytani o zdanie będziemy okradzeni z naszej młodzieży, zwłaszcza tej bardziej atrakcyjnej dla zagranicznych pracodawców. Już nie Tatar w jasyr, nie Moskal w kamasze a <<head hunter>>,  łowca głów z pośrednictwa zatrudnienia zabierze Polsce jej przyszłość.

Paradoksalnie ofiary porwania ucierpią więcej niż porzucone rodziny, popłakujące mamy i babcie, stale zasmuceni ojcowie i dziadkowie. Młodzi ludzie powinni wiedzieć, że to właśnie pierwsze pokolenie emigrantów ponosi największe ciężary wyjazdu. Dać się wykorzenić, to skazać się na się na mniej lub bardziej dolegliwy szok cywilizacyjny łagodzony środkami odurzającymi z alkoholem na czele, przygodnymi znajomościami wątpliwej jakości, nawiązywaniem kontaktów z zakamuflowanymi kryminalistami, którzy bezwzględnie wykorzystują ufność zagubionych przybyszów. Następstwa wykorzenienia przez całe dekady były dostrzegalne na Ziemiach Odzyskanych w postaci najwyższych w kraju współczynników przestępstw, alkoholizmu, chorób wenerycznych i rozwodów.

Ludźmi wykorzenionymi niezwykle łatwo manipulować, co do dzisiaj wyraźnie widać na mapie wyborczej Polski. W tym zapewne tkwi sens pomysłu Komisji Europejskiej, stanowczo sprzeczny z dotychczas obowiązującymi doktrynami polityki migracyjnej, których podstawowym założeniem jest wzmocnienie potencjalnych emigrantów ekonomicznych w ich miejscu zamieszkania. Dać szkołę, pracę, dom, satysfakcję z bezpiecznego swojskiego życia, to cele, na które Unia Europejska przeznacza sporo pieniędzy wysyłanych w ramach programu zatrzymania na miejscu obywateli byłych kolonii państw zachodnioeuropejskich. O dziwo, są to pieniądze także z polskiej składki, mimo że kiedy imperia kolonialne dokonywały podbojów, Polska sama była kolonią bezlitośnie eksploatowaną przez Rosję, Prusy i Austrię.

Z jednej strony kuszeni nominalnie wysokimi zarobkami i wprowadzani w błąd co do prawdziwych kosztów emigracji, z drugiej strony młodzi Polacy są wypędzani z własnego kraju naporem propagandy podważającej wiarę w pomyślną przyszłość własnej Ojczyzny. Kabaretowe występy niektórych polityków spotykają się z entuzjastycznym poparciem ze strony osób obsadzonych w roli idoli, wesołków i pseudokontestatorów doskonale dopasowanych do kanonów estetyki młodzieży. Ci to już potrafią zrobić wodę z mózgu każdemu, kto z natury rzeczy utożsamia się ze swoją grupą rówieśniczą.

Do tego dochodzi stała i niczym nienaruszona od czasów PRLu indoktrynacja komunistyczna, tym samym antynarodowa, w polskiej szkole każdego szczebla. Wystarczy zajrzeć do podręczników, porozmawiać z uczniami i studentami, wysłuchać publicznych wypowiedzi profesorów antypolonizmu, aby zdać sobie sprawę z ogromu  przyczyn, dla których wielu młodych Polaków nie wierzy w Polskę i czuje się obco we własnym domu.

Lojalność wobec Polski potrzeba jest od zaraz. Każdy, kto utożsamia się z Polską, niezależnie od tego skąd przybyli jego przodkowie i kiedy włączyli się w skład naszego Narodu, powinien przemyśleć swoje zachowanie i zastanowić się nad problemem lojalności wobec Ojczyzny. Jeśli kogoś Polska uwiera, nie pozwala mu się rozwinąć, zrealizować, narzuca mu swoje tradycje, wartości i świętości, niech ten skorzysta z oferty Komisji Europejskiej i przeniesie się choćby i do ociekającego złotem Luksemburga.

Prawdziwych euroentuzjastów poznaje się przecież po ślepym oddaniu nawet najgłupszym pomysłom Brukseli.

Pozostali niech wiernie służą Ojczyźnie w ślad za Rudolfem Weiglem, Ludwikiem Hirszfeldem, rodami tatarskich Kociumbasów i ormiańskich Agopsowiczów, aby wymienić tylko tych Polaków, którzy z serdecznego wyboru pozostali przy Polsce i to w tych potwornych czasach próby, kiedy Polska przenosiła się ze Lwowa do Wrocławia.

2. marca 2006

W Wielki Post 2006r. Polacy wchodzą głęboko zranieni. Kolejne ciosy spadły na zrozpaczone rodziny tych młodych ludzi, którzy już znaleźli się w otchłani uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Nie dość, że nasz syn, córka, brat, siostra, wnuk, wnuczka nie mogą przeżyć jednego dnia bez piwa, wódki, amfetaminy, marihuany, kokainy i innych środków odurzających, to jeszcze sąd w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej wydaje wyrok skazujący za ujawnianie dokumentu o zarazie wyniszczającej nasze dzieci.

To jest wasz krzyż na Wielki Post 2006r. - ojcowie odbierający córki z izby wytrzeźwień, pogotowia opiekuńczego i aresztu,
i wasz - matki ukrywające przed światem straszną prawdę o synu, który bez sumienia ogołoci dom z każdych pieniędzy i sprzętów,
i wasz - dziadkowie starający się dociec co dzieje się z wnuczką za drzwiami meliny,
i wasz - babcie czuwający dzień i noc przy szpitalnym łóżku dziecka potwornie skrzywdzonego przez dorosłych,
i wasz - sąsiedzi młodziutkich alkoholików i narkomanów, którzy mogą was zabić za dwa złote na piwo,
i wasz - uczniowie podstawówek i gimnazjów, dla których początek dorosłego życia zaprogramowano od nagiej orgii w błocie.

Wyrwano wam serce i zmieszano z błotem w dosłownym znaczeniu tego słowa. Nie czujcie się osamotnieni. Z wami, bracia i siostry, łączą się w bólu wszyscy ludzie dobrej woli.

Jako chrześcijanie dołączymy nasze cierpienie do męki Zbawiciela i tym bardziej żarliwie będziemy modlić się za tych, co nie wiedzą co czynią, a także za tych, którzy dobrze wiedząc co czynią, nie doznali jeszcze łaski zawrócenia ze złej drogi. Ludzka krzywda zawsze obraża Boga, ale za sprawą Bożego Miłosierdzia nawet największy krzywdziciel póki żyje ma możność w każdej chwili wyrzec się zła i zacząć naprawiać poczynione krzywdy.

Wszyscy już pokrzywdzeni i ci, nad których głowami zawisło nadchodzące nieszczęście alkoholizmu i narkomanii w rodzinie, nie są w stanie zrozumieć przyczyn, dla których w naszym kraju nie jest podejmowana debata na temat sposobów zmniejszania popytu na alkohol i narkotyki wśród dzieci i młodzieży. Zwiększona podaż alkoholu, zwłaszcza zawartego w piwie i tanich wódkach, to oczywisty dorobek lobby alkoholowego dysponującego nieograniczonymi wpływami politycznymi oraz nieprzebranymi zasobami finansowymi na reklamę i kryptoreklamę, które są przekazywane zarządom telewizji publicznej, właścicielom telewizji prywatnych, koncernów medialnych oraz organizatorom licznych imprez, w tym z udziałem dzieci i młodzieży oraz sportowych.

Podaż taniego alkoholu rośnie, a mimo to - w odróżnieniu od podaży narkotyków - nie słychać o próbach jej ograniczania, kiedy zyski czerpane są z naruszenia prawa. Owszem, w mediach ujawniane są niekiedy wykrycia nielegalnych rozlewni alkoholu, jego przemytu lub zakupu przez nieletnich, ale zdarza się to znacznie rzadziej niż wykrycia przestępstw związanych z produkcją i obrotem innymi środkami odurzającymi. Można sobie wyobrazić, co działoby się w naszym kraju, gdyby walka z narkotykami była równie niemrawa jak z alkoholem. Na flagi z liściem marihuany można byłoby natknąć się nie tylko na imprezie gromadzącej dzieci i młodzież z każdego zakątka kraju.

Od puszki piwa do skręta droga niedaleka. Każdy wie, że narkomania zaczyna się od drobnych kroczków. Zamroczenie alkoholowe po piwie to wstęp do odurzania się piwem i narkotykiem równocześnie. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc zwiększa się zapotrzebowanie na doznania, które można kupić już  tylko od dilera narkotyków. Kupić za pieniądze ukradzione, zrabowane, zarobione na sprzedaży ciała i zasad. W pewnym momencie, co do którego każdy staczający się ma pewność, że nigdy nie nadejdzie, człowiek jest na dnie, z którego nie ma szans wydobyć się bez pomocy aktywnej, profesjonalnej i pełnej miłości.

O tym wszystkim dobrze wiedzą rozliczne organizacje społeczne zajmujące się alkoholizmem i narkomanią, zapobieganiem tym plagom oraz łagodzeniem ich skutków. Siłą tych organizacji pozarządowych są pełni poświęcenia działacze, a źródłem utrzymania - podatki, różne opłaty, nawiązki sądowe, dotacje rządowe i samorządowe, wreszcie składki społeczeństwa przeznaczone na organizacje pożytku publicznego. Czy działacze tych organizacji mogą przejść obojętnie obok widoku dzieciaka z puszką piwa, może kolekcjonera puszek, a może szukającego marihuany pod powiewającym szyldem z rysunkiem liścia tego narkotyku? Czy działacze tych organizacji nie widzą potrzeby obrony wolności mediów, wolności ujawniania przyczyn najpoważniejszych problemów społecznych, właśnie tych, których ofiarami zajmują się na co dzień ?
A jak wygląda stan prawny wolności mediów w Polsce? Warto sprawdzić na serwerze sejmowym aktualne brzmienie ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. Prawo prasowe, która doczekała się licznych nowelizacji, z których 10 sejm uchwalił po 1990r., ostatnią w roku 2005.
Art. 1. Prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej.
Art. 2. Organy państwowe zgodnie z Konstytucją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stwarzają prasie warunki niezbędne do wykonywania jej funkcji i zadań, w tym również umożliwiające działalność redakcjom dzienników i czasopism zróżnicowanych pod względem programu, zakresu tematycznego i prezentowanych postaw.
Sapienti sat!

9. marca 2006

Liczne i złożone są przyczyny wzrostu i upadku narodów. Na czoło wybija się zdolność adaptacji do nowych warunków, co w zastosowaniu do pojedynczego człowieka nazywamy inteligencją, często łączoną z umiejętnością osiągania kompromisów. Niektóre kompromisy mogą jednak zgubić naród. Bywa bowiem, że umiejętność trzeźwej oceny sytuacji i zdolność dostosowania się do nieraz skrajnie trudnych wymogów otoczenia nacechowana jest kapitulanctwem.

Człowiek zgina kark przed przemocą, wyrzeka się własnych wartości za cenę przeżycia, dobrobytu, kariery. Na początku walczy jeszcze ze swoim sumieniem, tłumi wewnętrzny bunt zadowoleniem z osiągniętych korzyści, a alkoholem znieczula poczucie przyzwoitości. Potem już gorliwie służy nowym panom, wtapia się w otoczenie sobie podobnych, stara się o nagrody i awanse. Pociąga swoim przykładem rodzinę, przyjaciół, sąsiadów i współpracowników.

Jakież to ludzkie i jakże powszechne, a nadto zaraźliwe. Atmosfera Sodomy i Gomory towarzyszy ludzkości od czasów biblijnych po dzień dzisiejszy. nieliczni są na nią odporni. Jeżeli naród nie wykaże się wystarczającą siłą sprawiedliwych, ulega zagładzie i zapomnieniu. Obcy zajmują jego terytorium, zacierają ślady przeszłości, dla usprawiedliwienia przemocy tworzą historyczne mity. To wręcz reguła w historii świata. Zdarzało się i Polakom wyprzeć się Ojczyzny. Wszak na kresach żyli nie tylko ich obrońcy, a nielojalność w stosunku do wartości narodowych była nierzadka wśród elit przeciągniętych przekupstwem lub podstępem na stronę zaborców. Reszcie pozostawał wybór pomiędzy posłuszeństwem obcej władzy, a stryczkiem, kulą, toporem kata, twierdzą, więzieniem lub zsyłką. Skonfiskowane majątki powstańców, zamęczonych bohaterów narodowych przejmowali kolaboranci, dla których polski patriotyzm był groźną mrzonką.

Jednak wystarczyło tylko dwadzieścia lat edukacji patriotycznej międzywojnia, aby Polacy zadziwili współczesnych. Jedyny naród, z którego Niemcom nie udało się pozyskać odpowiednika Quislinga, sam skazany na zagładę wyłonił z siebie najwyższą liczbę sprawiedliwych spośród narodów świata, stworzył państwo podziemne z własną armią, walczył na wszystkich frontach w obronie demokracji.

Imperium zła z góry uznało za wrogów niezdolnych do kompromisu tych jeńców niewypowiedzianej wojny, których czerwonoarmiści schwytali w mundurach oficerów zawodowych i przychodzących z rezerwy lekarzy, adwokatów, inżynierów, nauczycieli, urzędników, policjantów i pograniczników. Już po wojnie do ofiar Golgoty wschodu dołączyli patrioci wymordowani podczas wieloletniej wojny domowej i późniejszych represji stalinowskich, księża i studenci zabici przez sprawców do dzisiaj nieznanych.

W PRLu urodziła się i wychowała większość dzisiaj żyjących Polaków, którzy sami wiedzą najlepiej, na jakie kompromisy musieli pójść, aby uszczknąć choć trochę z dóbr dzisiaj z pozoru łatwo osiągalnych. Dostęp do paszportów, posad, samochodów, mieszkań, a nawet wędlin był przecież narzędziem manipulacji socjotechnicznej służącej zniewoleniu. Kto wyparł się wiary ojców, uznał za dopuszczalną żołnierską przysięgę wierności Związkowi Radzieckiemu, ten spełniał oczekiwania czerwonych elit i mógł liczyć na profity, pomimo że komuniści doskonale zdawali sobie sprawę z rozmiaru załgania w życiu publicznym. W końcu było im wszystko jedno co naprawdę myślą Polacy, których – zgodnie z doktryną sowieckich generałów - miał zmieść z powierzchni ziemi kontratak atomowy Zachodu napadniętego z naszego terytorium. Im wyższy poziom zaprzaństwa narodowego reprezentował dopasowany do komunizmu obywatel PRLu, tym większych korzyści mógł oczekiwać.

Już po odzyskaniu suwerenności okazało się, że niewola polityczna zamieniła się w opresję ekonomiczną wymagającą od bardzo wielu Polaków, dostosowania się do wilczych reguł dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, który reaktywowano, aby ograbić nasz kraj.

Na szczęście w ostatnich demokratycznych wyborach Polacy odrzucili kapitulację przed neokolonialnym wyzyskiem, zgodę na zepsucie władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej oraz zawodów zaufania publicznego, przyzwolenie na bezprawną ingerencją w nasze sprawy ze strony obcych jawnych i tajnych ośrodków władzy i ich agentów. W wolnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich głosujący poparli ochronę wartości chrześcijańskich i narodowych.

Polscy wyborcy oddali władzę w ręce prawdziwych demokratów - twardych, upartych, zaprawionych w bojach o wspólne dobro zwykłych ludzi, życiowe interesy Polski. Dowodzi tego każdy dzień pracy tych osób. Czy w takim razie potrzebny jest kompromis z władzą marzeń? Jak najbardziej! Od zdolności adaptacji nas wszystkich do nowych warunków politycznych zależy tempo wzrostu naszego narodu. Czasem trzeba przymknąć oko na pewne potknięcia, niekiedy zrezygnować z niemożliwych do natychmiastowego zaspokojenia żądań, zawsze ostro reagować na nieuzasadnione ataki na instytucje naszego państwa i nasze wartości. Szczycąc się obywatelstwem praworządnej Ojczyzny wszystkich Polaków, należy jednak bez kompromisów i konsekwentnie bronić swoich podstawowych praw, zwłaszcza tak sponiewieranych jak prawo do ochrony zdrowia i sprawiedliwości.

16. marca 2006

W jednym z poprzednich felietonów wykazałem silną zależność długości życia od zamożności, co potwierdzają zarówno zestawienia danych międzynarodowych dotyczących produktu krajowego brutto na osobę według parytetu siły nabywczej i oczekiwanej liczby lat życia, jak i też obserwacje epidemiologiczne porównujące długość życia osób ze środowisk o dochodzie niskim i wysokim.

Na te dramatyczne nieraz różnice składa się i znajomość zagrożeń zdrowia i motywacja do ich unikania, i – przede wszystkim – możliwość wykorzystania posiadanej wiedzy i szczerych chęci zapobiegania chorobom. Możliwość ta w rodzinach o niskim dochodzie na osobę jest ograniczona, na co składają się zbyt często uwarunkowania kulturowe, a więc podtrzymywanie dziedzicznej tradycji pijackiej i cywilizacji śmierci odtytoniowej. Zaporowe koszty wykształcenia nie pozwalają wielu młodym ludziom oderwać się od zgubnych wzorów zachowań, uciec od piwa, wódki i papierosów, a mafia narkotykowa czyha na młodzież już uzależnioną od tzw. używek i bezwzględnie wykorzystuje słabości młodych ludzi. Woń alkoholu i dymu tytoniowego znana z rodzinnego domu coraz częściej miesza się z odorem marihuany podczas spotkań młodzieży, nawet na co dzień, w domach młodych rodzin, rodziców dzieci nienarodzonych, niemowląt i małych dzieci od samego początku skazywanych na skutki zagrożeń zdrowia dziesiątkujących ludzkość.

Również tak powszechne bezrobocie i wynikająca z niego straszna bieda pogłębiają problemy zdrowotne ich ofiar. Stałe napięcie nerwowe, frustracja, poczucie krzywdy i utrata nadziei znajdują ukojenie w zaciągnięciu się dymem papierosa, przechyleniu kolejnego kufla piwa i/lub kieliszka wódki. Ci wszyscy, którzy wytykają bezrobotnym, że tych stać na papierosy i alkohol niech się dobrze zastanowią, co zrobiliby na ich miejscu, czy rzeczywiście oparliby się pokusom wprawdzie doprowadzającym do zupełnej ruiny budżet domowy, ale powszechnie uznawanym za należący się każdemu środek na <<uspokojenie nerwów papierosem i zalaniem robaka>>.

Tu pełna oddania praca misyjna odbudowująca poczucie wartości zniszczonych i zapomnianych przez władze III RP dzieci Bożych jest nie do przecenienia.

Kolejny mechanizm oddziaływania biedy na długość życia to skład pożywienia i jakość żywności. Łatwy dostęp do stosunkowo taniej słoniny, podgardla, tłuszczu drobiu i opartych o te surowce mielonek, kiełbas, parówek, wyrobów garmażeryjnych i innych produktów maskujących solą, farbą, wzmacniaczami smaku i zapachu szkodliwą dla zdrowia zawartość, skraca życie nie mniej skutecznie niż brak dostępu do bardzo drogich, jak na możliwości ubogich rodzin, owoców, warzyw i przetworów zbożowych.

O sposobie traktowania bezpieczeństwa ludzi doprowadzonych do biedy świadczy anemiczna i stale pogarszająca się aktywność licznych inspekcji zajmujących się bezpieczeństwem żywności, którą najlepiej ilustruje nagłośniony przed niemal rokiem fakt wydania przez inspektora sanitarnego zezwolenia na przekazanie mieszkańcom Wałbrzycha wielu ton wędlin wycofanych z rynku przez zakłady „Constar” w Starachowicach przyłapane na odświeżaniu zapleśniałych produktów i przedłużaniu terminów ważności.

Nie wolno dopuścić do powstania dwóch standardów jakości zdrowotnej żywności: innej dla ludzi niezamożnych i innej dla tych, którym powodzi się lepiej.

Podwójne standardy już obowiązują nawet w przypadku zaopatrzenia ludzi w wodę. Według oficjalnych danych GUS za 2004r. liczba wodociągów objętych ewidencją stacji sanitarno-epidemiologicznych wynosiła 18 878, z czego w ciągu roku sprawozdawczego skontrolowano 16 532, uznając 3 058 obiektów za dostarczające wodę nie odpowiadającą wymaganiom. Odsetek wodociągów ani razu w ciągu roku nie skontrolowanych spośród objętych ewidencją stacji sanitarno-epidemiologicznych systematycznie rośnie: w 2001 wynosił 8,0%, w 2002 – 8,1%, w  2003 – 9,2% i w 2004 – 12,4%. W 2004r. łączny udział procentowy wodociągów ani razu w ciągu roku nie skontrolowanych i tych spośród skontrolowanych, w których wykazano, że jakość wody nie odpowiada wymaganiom spośród objętych ewidencją stacji sanitarno-epidemiologicznych wyniósł dla wszystkich wodociągów 29%. W przypadku wodociągów o wydajności poniżej 100 metrów szesc. na dobę odsetek ten wynosił 34%, od 100 do 1 000 - 17%,  od 1 001 do 10 000 - 12%, od 10 001 do 100 000 - 6%. W przypadku studni publicznych odsetek ten sięgał aż 89%. Im mniejsza wydajność wodociągu, tym większa część odbiorców otrzymuje wodę nie odpowiadająca wymaganiom. Najgorszą wodę sprzedają zaopatrujące największą liczbę Polaków wodociągi o wydajności do 1000 metrów sześciennych na dobę. Spośród wszystkich płacących za wodę z tych wodociągów co siódmy odbiorca kupuje złą wodę. Spośród korzystających z wodociągów o najmniejszej wydajności wodę nie odpowiadającą wymaganiom otrzymuje prawie co drugi mieszkaniec miast woj. łódzkiego i warmińsko-mazurskiego i co trzeci mieszkaniec wsi woj. warmińsko-mazurskiego i pomorskiego.

A przecież te precyzyjne oceny to tylko punkt wyjścia do zastanowienia się jak na długość życia w zdrowiu wpływają inne jej uwarunkowania zależne od różnic jakości zdrowotnej środowiska zamieszkania, pracy, nauki i wypoczynku.

23. marca 2006

Prestiżowy magazyn <<Forbes>> właśnie ogłosił listę dziesięciu najlepiej sprzedających się leków na receptę. Są to:
 
1.     na wysoki poziom cholesterolu LIPITOR, który zarobił dla firmy Pfizer 12,9 miliarda dolarów, osiągając 6,4% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
2.     na choroby serca PLAVIX, który zarobił dla firm Bristol-Myers Squibb i Sanofi-Aventis 5,9 miliarda dolarów, osiągając 16% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
3.     na zgagę  NEXIUM, który zarobił dla firmy AstraZeneca 5,7 miliarda dolarów, osiągając 16,7% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
4.     na astmę SERETIDE/ADVAIR, który zarobił dla firmy GlaxoSmithKline 5,6 miliarda dolarów, osiągając 19% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
5.     na wysoki poziom cholesterolu ZOCOR, który zarobił dla firmy Merck 5,3 miliarda dolarów, osiągając 10,7% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
6.     na nadciśnienie NORVASC, który zarobił dla firmy Pfizer 5 miliardów dolarów, osiągając 2,5% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
7.     na schizofrenię ZYPREXA, który zarobił dla firmy Eli Lilly 4,7 miliarda dolarów, osiągając 6,8% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
8.     na schizofrenię RISPERDAL, który zarobił dla firmy Johnson & Johnson 4 miliardy dolarów, osiągając 12,6% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
9.     na zgagę PREVACID, który zarobił dla firmy Abbott Labs i Takeda Pharmaceutical 4 miliardy dolarów, osiągając 0,9% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
10.   na depresję EFFEXOR, który zarobił dla firmy Wyeth 3,8 miliarda dolarów, osiągając 1,2% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
 
Na całym świecie wystąpił 7% wzrost sprzedaży leków na receptę, a łączna wartość rynku farmaceutycznego po raz pierwszy przekroczyła 600 miliardów dolarów. Warto przyjrzeć się, jaki jest udział Polaków w zyskach wielkich koncernów farmaceutycznych i jakie mechanizmy nim rządzą.
 
Przed miesiącem w tygodniku <<WPROST>> panowie Aleksander i Jan Piński poinformowali polską opinię publiczną, a tym samym organy ścigania, że <<sprzedaż leków w Polsce w 2005 r. wzrosła o 7,2 proc. - do 17,26 mld zł. W 2006 r. wartość sprzedanych w Polsce leków przekroczy 20 mld zł, czyli wzrośnie niemal o jedną piątą! Za leki na receptę, uwzględniając parytet siły nabywczej, drożej od nas w Unii Europejskiej płacą tylko Łotysze. (…) Ciągle płacimy za te same leki od kilkudziesięciu do kilkuset procent więcej niż w innych krajach Unii Europejskiej. Na przykład lek przeciwnowotworowy Endoxan - Asta w Polsce ma cenę 49,71 zł, podczas gdy we Francji ten sam koncern sprzedaje go za równowartość 17,43 zł. (...) Takich przykładów jest kilkaset. Na dodatek Polacy płacą za leki z własnej kieszeni przeciętnie 67 proc. ich wartości (w 2005 r. wzrost o 3 punkty procentowe). To najwyższy wskaźnik w 25 krajach Unii Europejskiej. Winę za drożyznę w Polsce ponosi przede wszystkim rząd, bo koncerny farmaceutyczne wykorzystują tylko swoje prawo do maksymalizowania zysków. Problem tkwi w tym, że nasz system wystawiania recept oraz tworzenia listy refundacyjnej to zachęta do korumpowania urzędników i lekarzy. W Polsce nikt nie chce monitorować rynku - od lat nie wprowadza się na przykład rejestru usług medycznych (system sprawdzania pracy lekarzy), chociaż system, którego koszt wyniósłby około 500 mln zł, przyniósłby w pierwszym roku 2-3 mld zł oszczędności. To lobby firm farmaceutycznych i środowisk lekarskich robi wszystko, aby nigdy nie powstał. Polski rynek leków jest ewenementem w skali światowej. Brak RUM przy złych przepisach dotyczących refundacji stworzył idealną możliwość korumpowania środowisk lekarskich i aptekarskich. Co więcej, zgodnie z obowiązującymi przepisami NFZ refunduje (do wysokości limitu) cenę wszystkich lekarstw z danej grupy, w tym tych drogich, oryginalnych, a nie tylko generyków, czyli dopuszczonych prawem tańszych kopii. Nic więc dziwnego, że lekarze bez skrupułów przepisują drogie lekarstwa, bo nikt tego nie sprawdzi i nie wyciągnie wobec nich konsekwencji. - Naszych lekarzy trzeba wręcz leczyć z przepisywania drogich markowych leków zamiast ich tańszych i nie gorszych generycznych odpowiedników - mówi Tadeusz Szuba z Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego. Nikt z Ministerstwa Zdrowia nie dba o to, aby dostarczyć lekarzom materiały, które byłyby odpowiedzią na reklamową papkę serwowaną im przez koncerny farmaceutyczne. Tymczasem na przykład w Niemczech Instytut Naukowy Kas Chorych co roku wydaje księgę z zaleceniami dla lekarzy, jakie leki mają zapisywać i dlaczego. W Wielkiej Brytanii dwa razy w roku Towarzystwo Lekarskie i Towarzystwo Farmaceutyczne wydają spis leków zalecanych i tych, których lekarze nie powinni przepisywać. W Polsce podobną publikację wydano dotychczas raz - w 1995 r. Naszych lekarzy zostawiono sam na sam z ponad 5 tys. reprezentantów handlowych (tzw. repów) zachodnich gigantów farmaceutycznych. To właśnie działalność <<repów>> sprawia, że decydują się przepisywać droższe leki, zwykle skuszeni obiecywanymi przez nich grantami. (..) Nad horrorem farmaceutyczno-lekarskim, o którego sfilmowaniu marzyłby Alfred Hitchcock, czuwa Ministerstwo Zdrowia. Przeprowadzona w październiku 2005 r. przez odchodzącego ministra Marka Balickiego <<regulacja cen>> przyniosła opłakane skutki. Resort zdrowia podkreślał, że aż 97 leków staniało przeciętnie o 2 zł. Tymczasem cena całego koszyka wzrosła aż o 138,61 zł! Ministerstwo Zdrowia wprowadziło niepotrzebną korektę listy leków refundowanych, która będzie kosztować budżet państwa miliard złotych, czyli jedną szóstą rocznych wydatków na refundację leków. - Na listę wprowadzono kilka nowych, reklamowanych przez koncerny farmaceutyczne środków, których działanie jest praktycznie takie samo jak dotychczas stosowanych leków>> powiedział pan Tadeusz Szuba autorom artykułu z 19. lutego 2006r.
 
Do powyższego opisu sytuacji należy dodać, że lista leków refundowanych powstała za poprzednich rządów do dzisiaj nie jest dostosowana do uzasadnionych oczekiwań pacjentów i ekspertów, a 22. marca 2006r. Minister Zdrowia w porozumieniu z Ministrem Finansów zatwierdził zmianę Planu Finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na 2006 rok. Zmiana przewiduje wzrost refundacji cen leków o 8,2 miliona zł, do łącznej kwoty 6 miliardów 635 milionów złotych, co stanowi 18% łącznej sumy ponad 36 miliardów 250 milionów złotych odbieranych nam wszystkim poprzez ZUS i KRUS składek na Narodowy Fundusz Zdrowia. Wydatki na refundację leków stanowią 19% kosztów świadczeń zdrowotnych i zajmują drugą pozycję za kosztami lecznictwa szpitalnego – 14,4 miliarda zł (41%) i znacznie wyprzedzają koszty podstawowej opieki zdrowotnej - prawie 4 miliardy zł (12%) i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej -  ponad 2,5 miliarda zł (7,2%).
 
Właściwa polityka rządu w stosunku do koncernów farmaceutycznych mogłaby zmienić te udziały, i nie tylko powstrzymać drenaż kieszeni pacjentów, lecz także zaspokoić słuszne żądania płacowe lekarzy i innych pracowników medycznych.

30. marca 2006

W latach pontyfikatu Jana Pawła II w samej Polsce urodziło się około 15 milionów Polek i Polaków. Znaczna część z nich zawdzięcza swoje przeżycie nauczaniu Ojca Świętego.

Mniejsze od ziaren piasku osoby ludzkie nagle znalazły obrońcę. Mocarza, który słowem przeciwstawił się zabijaniu ludzi jeszcze nie narodzonych. Bez armii, bez wyrzutni ludobójczych pocisków, bez pieniędzy, bez intryg i kłamstw dyplomacji jeden człowiek obronił życie niewyobrażalnej liczby ludzi w Polsce i na całym świecie. Obronił też przed sponiewieraniem godność i sumienie setek milionów kobiet i mężczyzn, potencjalnych pomysłodawców, sprawców, pomocników i popleczników zabójstwa człowieka w łonie matki. Wystąpił przeciwko realnym siłom zorganizowanej w skali świata zbrodni, które w naszym kraju do dnia dzisiejszego dysponują silnymi agenturami spod znaku dzieciobójcy Heroda.

Dlaczego On? Co takiego jest w tym skrawku Małopolski, który Go wydał? Jaka jest moc Beskidu Małego na który spoglądają mieszkańcy tej Ziemi od Bielska-Białej, przez Kozy, Kęty, Bulowice, Andrychów do Wadowic? Może jest to moc tradycji, siła ducha, dosłowne traktowanie głoszonych przekonań, uporczywe trzymanie się prawdy, niezłomność, wytrwałość? A nade wszystko pełne - iście góralskie - zawierzenie Panu Bogu i wstawiennictwu Matki Bożej?

Takich ludzi tworzą trudne warunki życia, zwykłe przecież w górach i na pogórzu. Te same cechy charakteru przebijają z postaci następcy naszego Ojca Świętego. Zachęcam słuchaczy Radia Maryja do skorzystania z najbliższej okazji zbliżenia dwóch narodów, które wydały obu papieży. Oto w miejscowości Marktl nad rzeką Inn, z której pochodzi nasz obecny Ojciec Święty Benedykt XVI, pomiędzy Pasawą a Monachium, od 16 do 21. kwietnia 2006r. odbędą uroczystości upamiętniające pierwszą rocznicę wyboru kardynała Józefa Ratzingera na Stolicę Piotrową. Program uroczystości i informacje o możliwościach zakwaterowania są dostępne na stronie internetowej www.markt-marktl.de . W pobliskim Altoetting, religijnym sercu Bawarii, znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Królowej Bawarii, Unsere Liebe Frau zu Alten Oetting, słynące z cudów od czasu wybudowania kościoła przez św. Ruperta, apostoła Bawarii, w miejscu kultu pogańskiego już w VIII wieku po narodzeniu Chrystusa. Czarna Madonna z Altoetting jest patronką Bawarii od 1623r., czczoną przez Niemców, tak jak my czcimy Matkę Boską Częstochowską.

Cóż bardziej może zbliżyć członków powszechnego Kościoła katolickiego jak wspólna modlitwa do Matki Bożej w podobny sposób zapisanej w historycznej pamięci każdego z narodów? A jakże wielka siła pojawi się w naszej jedności! Czas najwyższy serdeczną i niezwykle skuteczną współpracę Jana Pawła II i kardynała Józefa Ratzingera przełożyć na współdziałanie katolików polskich i niemieckich w dziele przywracania Europy Chrystusowi. Spróbujmy spłacić dług wdzięczności apostołom Polski z czasów pierwszych Piastów, niemieckim zakonnikom i księżom przynoszącym Dobrą Nowinę naszym pogańskim przodkom. Gdyby nie ci misjonarze, może w dzisiejszej Polsce - o ile Polska by się ukształtowała i jeszcze istniała – krzewiłaby się pogarda dla życia, pogarda dla godności kobiet, pogarda dla sprawiedliwości, pogarda dla wolności i równości wszystkich ludzi, pogarda dla prawdy i innych wartości chrześcijańskich. Może nieustępliwy atak zła na dobro, którego każdy człowiek jest świadkiem i polem bitwy przez całe swoje życie, zakończyłby się zwycięstwem zła? I w ludziach starych, chorych i niepełnosprawnych zacząłby budzić się strach nie tylko przed falą medialnych kpin i szyderstw, lecz także przed ostatecznym rozwiązaniem rzekomego <<problemu>>, jaki stwarzają ludziom tymczasowo młodym, pięknym i zdrowym. W Europie ma przecież miejsce ucieczka ludzi starych i chorych z neopogańskich krajów dopuszczających zabójstwo pod nazwą eutanazji. Kto może i kogo na to stać, ucieknie przed śmiercionośnym zastrzykiem lub odłączeniem od aparatury podtrzymującej życie. Pozostali podzielą los ludzi zabitych w łonie matki, jak tylko zapadnie na nich wyrok.

Umyślne zabójstwo to tylko fragment, choć najbardziej drastyczny, realizacji neopogańskiej kultury śmierci. Nie mniej skuteczne zabijanie może odbywać się w powolnym tempie, kiedy to człowiek już od poczęcia przez całe lata jest skazywany na działanie obecnych w środowisku czynników szkodliwych dla zdrowia. Przed kilku laty pan burmistrz Marek Fryźlewicz z Nowego Targu przypomniał słowa Jana Pawła II wypowiedziane w Detroit w 1987r.: <<Woda, powietrze, ziemia, zwierzęta, rośliny, zostały stworzone przez Boga i zasługują na szacunek ze strony człowieka. Nieustanna egzystencja milionów ludzi cierpiących z powodu głodu i niedożywienia i rosnąca świadomość tego, że naturalne zasoby Ziemi są ograniczone uświadamiają nam wyraźnie, że ludzkość stanowi jedną całość. Zanieczyszczenie wody, powietrza i ziemi zagraża coraz bardziej delikatnej równowadze biosfery, od której zależy los obecnych i przyszłość pokoleń, przypominając nam zarazem, ze dzielimy wspólnie jedno środowisko>>.

Wszyscy, a zwłaszcza ci, którzy, nawet o tym nie wiedząc, uratowali swoje życie dzięki Janowi Pawłowi II, niech mają to nauczanie Ojca Świętego na względzie, kiedy w nadchodzącym, pełnym silnych wzruszeń tygodniu, będą powtarzać końcowy fragment homilii kardynała Józefa Ratzingera wygłoszonej 8 kwietnia 2005r. podczas Mszy św. pogrzebowej za Jana Pawła II: <<Możemy być pewni, że nasz umiłowany Papież stoi obecnie w oknie domu Ojca, spogląda na nas i nam błogosławi>>

6. kwietnia 2006

Świat nie jest rajem. Z raju to człowiek został wygnany i może do niego powrócić, o ile zda egzamin z posłuszeństwa Panu Bogu. Popularne powiedzenie głosi, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Nic dziwnego, skoro świat nie jest rajem, a życie doczesne jest czasem próby. Im cięższej próbie sprosta człowiek, tym większa czeka go wieczna nagroda. Ucznia Chrystusa wyróżnia fakt, że jest poddawany egzaminowi przede wszystkim z miłości bliźniego. Przez wieki dawaliśmy przykład innym narodom, jak należy dosłownie traktować Chrystusowe przykazanie miłości, przyjmując pod swój dach rzesze ludzi okrutnie prześladowanych i wypędzanych z własnych domów. Przez wieki Polacy masowo oddawali życie, dowodząc wierności judeochrześcijańskiej kulturze Europy opartej o fundament Dekalogu, a przede wszystkim o największe z przykazań: <<Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego>>.

O źródłach naszej wiary dobitnie przypomina najpiękniejsze z dzieł  ks. kanonika Ryszarda Staszaka, którym jest Sanktuarium Ślężańskiej Matki Bożej Dobrej Rady w Sulistrowiczkach, 42 km na południe od Wrocławia. Jest to wotum Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa i 1000-lecia biskupstwa wrocławskiego. W 1993r. ks. bp Józef Pazdur poświęcił pamiątkowy krzyż i plac budowy, w 1995r. górale z Chochołowa i Cichego przenieśli część żywej kultury Podhala na Dolny Śląsk, a już w czerwcu 1996r. JEm. ks. Henryk kardynał Gulbinowicz, metropolita wrocławski, dokonał poświęcenia ołtarza. Wiosną 1999r. ustawiono nastawę ołtarzową, symbolizującą <<Różdżkę Jessego>>, czyli ród, z którego wywodzi się Matka Boska. U podstawy rzeźby spoczywa Jesse, nad nim dwunastu patriarchów o niezwykle ekspresyjnie wyrzeźbionych twarzach i dłoniach, a u szczytu nastawy znajduje się obraz Ślężańskiej Madonny. Autorką nastawy jest pani Natalia Buczacka, absolwentka szkoły artystycznej w Odessie. Prace trwały dwa lata i były poprzedzone wnikliwą analizą Starego Testamentu. W wywiadzie dla red. Marzeny Tomaszczak z czasopisma <<Świat Sobótki>>, p. Natalia Buczacka powiedziała o pracy nad nadstawą: <<to było jak jeden wielki sen>>.

Obraz Ślężańskiej Matki Bożej Dobrej Rady zawiera napis po łacinie z błaganiem: Sanctissima Mater Boni Consilli Ora pro Nobis Iesum Filium Tuum. Jednak aby odczytać imiona każdego z 12 patriarchów, należy znać litery alfabetu hebrajskiego, bo przecież takimi literami posługiwali się członkowie rodu, z którego wywodzi się Matka Boska. W ten sposób nastawa ołtarza Sanktuarium Maryjnego w Sulistrowiczkach symbolizuje początki wiary chrześcijańskiej. Z dziełem tym słuchacze Radia Maryja mogą zapoznać się, oglądając fotografie na stronie internetowej Towarzystwa Ślężańskiego Sulistrowiczki – Wrocław – Warszawa w domenie www.halat.pl , a jeszcze lepiej, uczestnicząc we mszy św. w Sulistrowiczkach i słuchając Starego Testamentu podczas pierwszego czytania…

Fundament judeochrześcijańskiej kultury Europy, jakim jest Dekalog, znajduje swoje współczesne objaśnienia w postaci Katechizmu Kościoła Katolickiego.

Warto dzisiaj przywołać zapisy Katechizmu dotyczące siódmego przykazania; << Siódme przykazanie zabrania zabierania lub zatrzymywania niesłusznie dobra bliźniego i wyrządzania bliźniemu krzywdy w jakikolwiek sposób dotyczącej jego dóbr. Nakazuje sprawiedliwość i miłość w zarządzaniu dobrami materialnymi i owocami pracy ludzkiej. Z uwagi na wspólne dobro wymaga ono powszechnego poszanowania przeznaczenia dóbr i prawa do własności prywatnej. Życie chrześcijańskie stara się dobra tego świata ukierunkować na Boga i miłość braterską.

I dalej w artykule siódmym katechizmu omawiane są sprawy dotyczące działalności gospodarczej i sprawiedliwość społecznej:

Praca ludzka jest bezpośrednim działaniem osób stworzonych na obraz Boży i powołanych do przedłużania - wraz z innymi - dzieła stworzenia, czyniąc sobie ziemię poddaną. Praca jest zatem obowiązkiem: "Kto nie chce pracować, niech też nie je!". Szanuje ona dary Stwórcy i otrzymane talenty. Może mieć także wymiar odkupieńczy. Znosząc trud pracy w łączności z Jezusem, rzemieślnikiem z Nazaretu i Ukrzyżowanym na Kalwarii, człowiek współpracuje w pewien sposób z Synem Bożym w Jego dziele Odkupienia. Potwierdza, że jest uczniem Chrystusa, niosąc krzyż każdego dnia w działalności, do której został powołany. Praca może być środkiem uświęcania i ożywiania rzeczywistości ziemskich w Duchu Chrystusa.

W pracy osoba wykorzystuje i urzeczywistnia część swoich naturalnych zdolności. Podstawowa wartość pracy dotyczy samego człowieka, który jest jej sprawcą i adresatem. Praca jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy. Każdy powinien mieć możliwość czerpania z pracy środków na utrzymanie siebie, swoich bliskich i na pomoc wspólnocie ludzkiej.

Słuszne wynagrodzenie jest uzasadnionym owocem pracy. Odmawianie go lub zatrzymywanie może stanowić poważną niesprawiedliwość. Aby ustalić słuszne wynagrodzenie, należy uwzględnić jednocześnie potrzeby i wkład pracy każdego. <<Należy tak wynagradzać pracę, aby dawała człowiekowi środki na zapewnienie sobie i rodzinie godnego stanu materialnego, społecznego, kulturalnego i duchowego stosownie do wykonywanych przez każdego zajęć, wydajności pracy, a także zależnie od warunków zakładu pracy i z uwzględnieniem dobra wspólnego>>. Porozumienie stron nie wystarczy do moralnego usprawiedliwienia wysokości wynagrodzenia.

Taka jest treść Katechizmu Kościoła Katolickiego.

Trzeba obwiniać poprzedników obecnej władzy, że stworzyli tak bardzo niesprawiedliwy system wynagradzania w opiece zdrowotnej. Zapewne ich znajomość Katechizmu Kościoła Katolickiego była ułomna. Nie można obwiniać członków obecnej władzy, że w ciągu kilku miesięcy nie zdążyli naprawić tak wielkiej niesprawiedliwości.

20. kwietnia 2006

Każdy jeszcze ze szkoły pamięta pierwsze zdanie zapisane w języku polskim: Day ut ia pobrusa, a ty poziwai, daj, ja będę mełł, a ty odpocznij. Te słowa wypowiedział Ślązak Boguchwał do żony zmęczonej mieleniem zboża w żarnach. Jest to jedyne zdanie po polsku zawarte w Księdze Henrykowskiej spisanej w całości po łacinie w latach 1268 – 1273, a związanej z założeniem klasztoru Najświętszej Panny Marii w Henrykowie, miejscowości położonej 57 km na południe od Wrocławia na drodze do Ziębic. W ołtarzu bocznym kościoła w Henrykowie znajduje się figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVI wieku nazwana Matką Języka Polskiego przez kurię arcybiskupią we Wrocławiu.

Zezwolenia na zbudowanie w Henrykowie koło Ziębic filii klasztoru cystersów w Lubiążu udzielił wielki prawnuk Bolesława Krzywoustego - Henryk Brodaty, władca Śląska, Ziemi Lubuskiej, Krakowskiej, Sandomierskiej i lewobrzeżnej Wielkopolski. Uczynił on Śląsk najbardziej rozwiniętą gospodarczo dzielnicą Polski. Jego dziełem jest plan wspaniałego rynku we Wrocławiu. Pod koniec życia Henryk Brodaty podjął starania o koronę królewską dla swojego syna, Henryka II, zwanego Pobożnym, tego samego, który później zginął  9. kwietnia 1241 w bitwie z Tatarami pod Legnicą, otwierając długi poczet najbardziej znamienitych polskich obrońców Chrześcijaństwa w Europie. Żoną Henryka Brodatego i matką Henryka II Pobożnego była córka księcia Bertholda VI von Andechs z Bawarii, Margrafa von Istrien i Herzoga von Meranien. Oddana bez reszty biednym i chorym Matka Ubogich została kanonizowana w 1267r. i jako św. Jadwiga jest patronką całego Śląska. Ojciec Święty Jan Paweł II w czasie pobytu na Górze Św. Anny pod Opolem powiedział te słowa: <<I dlatego dzisiaj droga mojego pielgrzymowania prowadzi przez Wrocław, gdzie czciliśmy Świętą Jadwigę, córkę narodu niemieckiego, a równocześnie wielką matkę polskich Piastów na przełomie XII i XIII stulecia (...) Starajcie się czerpać również pojednanie: przede wszystkim coraz głębsze z Bogiem samym w Jezusie Chrystusie i za sprawą Ducha Świętego, równocześnie zaś pojednanie z ludźmi, bliskimi i dalekimi - obecnymi na tej ziemi i nieobecnymi. Ziemia ta, bowiem wciąż potrzebuje wielorakiego pojednania, jak o tym już dziś mówiłem we Wrocławiu, nawiązując do dzieła Świętej Jadwigi.>>
Od 1990r. w pocysterskim klasztorze w Henrykowie mieści się filia Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. To najstarsze seminarium na ziemiach polskich podjęło działalność w 1565r.
Na Śląsku można trafić też do innej wsi o nazwie Henryków. Jest to Henryków pod Lubaniem, powiatowym miasteczkiem nad rzeką Kwisą zaszytym w Sudetach na naszej zachodniej rubieży. Choć w pięknej scenerii, trudne jest życie na ziemiach górskich. Zwodociągowanie terenów wiejskich w powiecie lubańskim jest najniższe w całym województwie dolnośląskim i wynosi zaledwie 40%. Odsetek mieszkańców powiatu Lubań zaopatrywanych w wodę z wodociągów, której jakość odbiega od norm sanitarnych, jednak korzystnie wyróżnia się wśród tutejszego pogórza, bo wynosi zaledwie 14%, choć i tak przekracza średnią krajową wynoszącą 9%. Zwodociągowanie pobliskich powiatów jest wyższe: powiat Zgorzelec - 83%, powiat Jelenia Góra - 59% i powiat Lwówek Śląski - 45%, ale aż 80% mieszkańców tych powiatów kupuje wodę wodociągową nie spełniającą wymagań sanitarnych.

W Henrykowie Lubańskim nie ma takich zabytków, jak w Henrykowie koło Ziębic, nie ma obiektów sakralnych, o których można rozprawiać całymi godzinami, podnosząc co rusz to inne aspekty ich znaczenia dla Polski, Europy  i Kościoła Powszechnego. A jednak istnieje tu niezwykle interesujący punkt zaczepienia uwagi turystów i inwestorów.

Jest nim najstarsze drzewo rosnące w Polsce – cis liczący 1 300 lat! Ksiądz proboszcz Jan Marciniak stanął na czele przedsięwzięcia pod nazwą <<Nasz cis naszym bogactwem>> i wspólnie z radą parafialną opracował projekt, który otrzymał od Fundacji Wspierania Wsi w Warszawie dotację w wysokości 10 000 złotych. Dzięki wsparciu pojawią widokówki ze zdjęciem prastarego drzewa, tablice informujące o przeszłości wsi i reklamowa strona w internecie. Turyści będą mogli kupić sadzonki ponadtysiącletniego cisa, na które rada parafialna wystawi certyfikaty długowieczności. Ksiądz proboszcz Jan Marciniak wyjawił mi w rozmowie telefonicznej, że jego największym marzeniem jest stworzenie w Henrykowie Lubańskim takiego ośrodka rehabilitacyjnego dla seniorów, jaki już działa w Henrykowie pod Ziębicami. Pani Teresa Trefler, sołtys Henrykowa Lubańskiego, ma nadzieję, że przedsięwzięcie pod nazwą <<Nasz cis naszym bogactwem>> sprowadzi inwestorów i wypowiada słowa, które niechby tej wiosny stały się mottem każdego Polaka: <<Trzeba działać, bo jak będziemy tylko biadolić, nigdy nie będzie lepiej>>.

27. kwietnia 2006

W 20. rocznicę największej katastrofy w historii energetyki jądrowej, t. j. wybuchu w Czarnobylu, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę, która wymaga dłuższej wypowiedzi, może nawet specjalnej audycji w ramach programu <<Rozmowy Niedokończone>>. Wielu słuchaczy Radia Maryja żywotnie zainteresowanych sytuacją zdrowotną własną i swoich rodzin, mogłoby wtedy porównać trzy wzajemnie wykluczające się oceny skutków katastrofy zestawione przez serwis informacyjny EURACTIVE w materiale p.t. <<Rocznica Czarnobyla staje się bronią w wojnie nuklearnego lobbingu.>>

Pierwsza ocena skutków katastrofy w Czarnobylu, zawarta w opublikowanym w listopadzie 2005r. raporcie ONZ-owskiej Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej zakłada, że na raka umrze łącznie około 9 000 osób, druga, autorstwa frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim, przewiduje od 30 000 do 60 000 przedwczesnych zgonów, wreszcie trzecia, autorstwa 50 naukowców z całego świata współpracujących z organizacją Greenpeace szacuje liczbę zmarłych na raka w wyniku odległych następstw Czarnobyla na ponad 100 000.
 
Trzeba podkreślić, że doskonałym przykładem nuklearnego lobbingu są absurdalnie zaniżone liczby ofiar katastrofy lansowane w ostatnich dniach w naszym kraju przez środki masowego przekazu, także te publiczne, czyli zobowiązane do obiektywnego informowania nie tylko kodeksem etyki dziennikarskiej, lecz także ustawą nakładającą na wszystkich odbiorców obowiązek opłacania abonamentu radiowo-telewizyjnego. Wbrew przesłaniu uchwały Sejmu RP, a także przestrogom Ojca Świętego Benedykta XVI wygłoszonym podczas audiencji generalnej właśnie 26. kwietnia b.r., rocznicowe materiały medialne miały na celu głównie poprawę wizerunku energetyki atomowej w Polsce - jednym z nielicznych państw europejskich bez elektrowni atomowych i związanych z nimi zagrożeń: problemów z awariami oraz transportem i składowaniem odpadów.

Austriacy, którzy są w podobnej do naszej sytuacji, od lat starają się odeprzeć zagrożenia związane z elektrownią atomową w Temelinie na południu Czech, wywierając stały nacisk na czeskie władze i uzyskując dzięki temu pewne zmniejszenie ryzyka w wyniku eliminacji najbardziej niebezpiecznych aspektów działania Temelina. Z kolei Czesi są obecnie pod wrażeniem wykrycia nielegalnych składowisk wielkich ilości odpadów sprowadzanych z Niemiec. Można sobie więc łatwo wyobrazić skutki budowy elektrowni atomowej w Polsce, zarówno w postaci wycieków do środowiska substancji radioaktywnych, co często zdarza się w Temelinie, jak i też otwarcia naszego kraju na transport odpadów radioaktywnych, a może i składowanie tysięcy ton wypalonego paliwa jądrowego, z którym kraje zachodnie zupełnie nie mogą sobie poradzić, szukając rozwiązań coraz to bardziej bulwersujących opinię publiczną, od wywożenia odpadów radioaktywnych do państw ubogich, po budowanie ogromnych składowisk sprowadzających zagrożenie radiacyjne na okolicznych mieszkańców.

Pewnym wskazaniem co do zasięgu terytorialnego zdrowotnych skutków katastrofy w Czarnobylu może być badanie rozmieszczenia koncentracji radioaktywnych izotopów cezu w Polsce, zawarte w publikacji Państwowego Instytutu Geologicznego ATLAS GEOCHEMICZNY POLSKI. Józef Lis i Anna Pasieczna podają co następuje:
<<Dane o przemieszczaniu się na obszarze kontynentu europejskiego skażonych mas powietrza pozwalają na kilka wniosków:
1.     W ciągu pierwszych 30 godzin po awarii masy skażonego powietrza przesuwały się z Czarnobyla w kierunku północno-zachodnim i nie objęły obszaru Polski. Dowodem na to są bardzo niskie skażenia we wschodniej części województwa suwalskiego i białostockiego.
2.     W następnych dniach po 27 kwietnia kierunek przemieszczania się mas skażonego powietrza zmienił się na zachodni (wg danych białoruskich) i dotarły one nad obszar Polski. Z naszych danych wynika, że w okresie tym skażone powietrze dotarło na teren Polski poprzez Podlasie, północny skraj województwa lubelskiego i południowy - białostockiego. Następnie masa powietrza wędrowała w kierunku północno-zachodnim poprzez wschodnią część Mazowsza i dotarła do Pojezierza Olsztyńsko-Mrągowskiego. Wielkość depozycji cezu z tych mas powietrza nie była wysoka (maksymalnie rzędu 10-50 kBq/m kw.). Anomalie mają charakter niewielkich terytorialnie plam, a na większości obszaru koncentracje cezu wahają się od 8 do 15 kBq/m kw. Takie wielkości skażeń wynikają z warunków pogodowych.
3.     Zmiana warunków meteorologicznych spowodowała zmianę kierunku przesuwania się skażonych mas powietrza na południowo-zachodni. W dniach 30 kwietnia i 1 maja osiągnęła ona południowo-zachodnie obszary Polski, Czech i południowe Niemcy, powodując na całym tym terenie znaczne skażenia cezem. Ich wielkość zależy od lokalnych warunków pogodowych, zwłaszcza opadów. Na Opolszczyźnie wielkość koncentracji cezu osiągnęła 100 kBq/m kw., a w Bawarii 40 kBq/m kw.>>
 
4. maja 2006

<<Lepszy na wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki>>, mawiali za Adamem Mickiewiczem Polacy wyruszający na saksy lub za wielką wodę w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Gdyby nie uwięzienie całego narodu przez komunistów, liczba Polaków zbiegłych z niewoli totalitaryzmu może byłaby proporcjonalna do liczby innych uciekinierów z paszportem PRLu, co w praktyce oznaczałoby wyludnienie wielkich połaci kraju. Wystarczy przypomnieć masowe wyjazdy w czasie chwilowego rozluźnienia polityki paszportowej sprzed wprowadzenia stanu wojennego, przepełnione obozy dla uchodźców z Polski, poniewierkę całych rodzin z małymi dziećmi, z których część w pewnym momencie znalazła się w pułapce pomiędzy zamkniętą już granicą Austrii a Polską, gdzie mieszkanie już zostało sprzedane, praca porzucona, mosty powrotu spalone…

Od siedemnastu lat już nie wolność a godziwy zarobek jest celem emigrantów. Zwykłe przeliczenie spodziewanego wynagrodzenia z obcej waluty na złotówki powoduje zawrót głowy zwłaszcza u ludzi młodych, którzy nawet jeśli mają w kraju pracę, to jest ona dorywcza i niskopłatna. Dopiero na miejscu ujawnia się dobrze znana starym emigrantom nieprzyjemna prawda, że opłaca się zarabiać na Zachodzie i wydawać w Polsce. Koszty mieszkania, utrzymania, ubezpieczeń, uzyskania stałej legalnej pracy zgodnej z dobrym polskim wykształceniem są tam tak horrendalnie wysokie, że - z wyjątkiem kilku zawodów - do rzadkości należy kariera choćby zbliżona do osiągalnej w kraju. Owszem, są jeszcze resztki pracy w szeroko pojętych usługach, zwłaszcza tej niechcianej z uwagi na jej uciążliwość lub ewidentną szkodliwość dla zdrowia. Pozostają prace sezonowe, dorywcze, bez ubezpieczeń zdrowotnych i socjalnych, w strefie szarej lub czarnej, wreszcie te, do których młodych Polaków płci obojga przysposabiają nadzwyczaj wyraziste w głoszeniu swoich poglądów osoby i organizacje starające się uczynić z naszego kraju zagłębie żywego towaru eksportowanego dla zaspokojenia zwyrodniałych żądz metodycznie kreowanych przez globalne systemy medialno-propagandowe.
 
Upokorzenie i poczucie nieprzydatności wynikające z braku pracy i godziwego wynagrodzenia to silne emocje negatywne, które zmuszają wielu Polaków do opuszczenia Ojczyzny. Są też emocje pozytywne, jak ciekawość świata, zmierzenie się z nowymi wyzwaniami zagranicą, a nawet gotowość do  przemieszczania się bez względu na ryzyko; wszak już Plutarch zanotował słowa Pompejusza <<Navigare necesse est, vivere non est>>, czyli żeglowanie jest rzeczą konieczną, życie – niekonieczną.

Czy to negatywne, czy też pozytywne emocje wypędzają Polaków z Ojczyzny, mają one ewidentnie charakter broni masowego rażenia. Jeśli jest prawdą, że ostatnio Polskę opuściły prawie dwa miliony mieszkańców, to przy zachowaniu tego trendu wkrótce może okazać się, że teraz Polaków ubywa w szybszym tempie niż w czasie drugiej wojny światowej. Ponieważ masowo wyjeżdżają ludzie najmłodsi, jeszcze bezdzietni, tym większe straty ludnościowe ponosi Polska. Mogą one być trudniej naprawialne niż poniesione w latach 1939-45, gdyż zabraknie młodych rodziców – odpowiedników tych, którzy dali życie powojennemu wyżowi demograficznemu.

Kształtowanie postaw proemigracyjnych było doktryną układu, który Polacy odrzucili w ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Inną doktryną tego układu było zohydzanie Polakom Ojczyzny, kalanie jej przeszłości i psucie Państwa Polskiego w stopniu trudnym do zniesienia przez obywateli oczekujących minimum lojalności od własnego państwa. Ruszając w obce strony, sponiewierani Polacy opuszczają przeżarty korupcją kraj o rozpadającym się systemie sprawiedliwości i ochrony zdrowia. Najlepsi z najlepszych, członkowie pokolenia Jana Pawła II, idą na tułaczkę, zamiast rozwijać duchowe i materialne piękno Ojczyzny tak umiłowanej przez największego z Polaków.

Aż tu nagle nad Polską pojawia się majowa jutrzenka 2006r. Głos wolny, wolność ubezpieczający, jak Orzeł Biały, patrząc w gwiazdę Polski, lot swój w niebo wzbił i pozostawił pod sobą pełzających we własnych nieczystościach obmówców i potwarców. Plujący do góry padli pod gradem własnych pocisków. Wyproszona u Matki Boskiej Królowej Polski wiktoria na miarę poprzednich nie powinna jednak pogrążyć zwycięzców w grzechu pychy, musi za to być sprawnie i taktownie wykorzystana do poszerzenia społecznej bazy nowoczesnego patriotyzmu i zapoczątkowania zasadniczych zmian ułatwiających wszystkim godnym tego zaszczytu Polakom powrót do Ojczyzny. Powrót z emigracji zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej.

11. maja 2006

System ochrony zdrowia w Polsce to bagno spowite oparami absurdu. Ze wszystkich stron dobiegają jęki i narzekania wielkiej liczby ludzi tracących bezpowrotnie zdrowie, wręcz konających, którym nikt ręki nie poda, choćby i zaniechanie pomocy było karalne w wyniku sprawiedliwego egzekwowania prawa kreślonego artykułem 162. kodeksu karnego:

§ 1. Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim   niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega
karze pozbawienia wolności do lat 3.

§ 2. Nie popełnia przestępstwa, kto nie udziela pomocy, do której jest konieczne poddanie się zabiegowi lekarskiemu albo w warunkach, w których możliwa jest niezwłoczna pomoc ze strony instytucji lub osoby do tego powołanej.

Jak widać autorzy kodeksu karnego nie przewidzieli sytuacji, w której człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy instytucja lub osoba powołana do wykonywania zabiegów lekarskich.

System ochrony zdrowia w Polsce to bagno spowite oparami absurdu. Od czasu do czasu nad tym trzęsawiskiem rozlega się ryk łosia dość szybko przechodzący w łabędzi śpiew. Władca bagna oznajmia tonącym, że za rok, najdalej za pięć lat, będzie lepiej, bo pieniądze pójdą za pacjentem lub będą leki za złotówkę, albo też szczerze oświadcza, że kto ma pecha ten nie przeżyje, bądź że zdrowie jest tylko dla bogatych.

Każdy, kto sam przeżył wożenie w karetce pogotowia od szpitala do szpitala, odmowę udzielenia w przychodni lub szpitalu pomocy lekarskiej zdaje sobie sprawę z faktu, że padł ofiarą oszustwa polegającego na wyłudzeniu składki na Narodowy Fundusz Zdrowia i podatków na zapewnienie obywatelowi gwarantowanego konstytucją prawa do ochrony zdrowia. Każdy, kto z braku udzielonej na czas pomocy lekarskiej doznał uszczerbku na zdrowiu, dobrze wie, jaka jest cena inwalidztwa, ile kosztują rozpaczliwe próby odzyskania choćby części utraconego zdrowia. Odpowiedzi na pytania: kto za to odpowiada i kto za to zapłaci można znaleźć artykule 6. i 2. kodeksu karnego:

Art. 6. § 1. Czyn zabroniony uważa się za popełniony w czasie, w którym sprawca działał lub zaniechał działania, do którego był obowiązany.
Art. 2. Odpowiedzialności karnej za przestępstwo skutkowe popełnione przez zaniechanie podlega ten tylko, na kim ciążył prawny, szczególny obowiązek
zapobiegnięcia skutkowi.

Prawny obowiązek zapobiegnięcia uszczerbkowi na zdrowiu świadczeniobiorcy świadczeń zdrowotnych spoczywa na ministrze zdrowia, który zgodnie z rozporządzeniem prezesa rady ministrów kieruje działem administracji państwowej - zdrowie. Dział ten obejmuje sprawy ochrony zdrowia i zasad organizacji opieki zdrowotnej.

Jak dotychczas odpowiedzialność za zaniechanie skutecznej organizacji opieki zdrowotnej pozostaje bezkarna. Może więc warto tu przytoczyć stosowne artykuły kodeksu karnego.

Art. 156.
§ 1. Kto powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci:
1) pozbawienia człowieka wzroku, słuchu, mowy, zdolności płodzenia,
2) innego ciężkiego kalectwa, ciężkiej choroby nieuleczalnej lub długotrwałej, choroby realnie zagrażającej życiu, trwałej choroby psychicznej, całkowitej albo znacznej trwałej niezdolności do pracy w zawodzie lub trwałego, istotnego zeszpecenia lub zniekształcenia ciała, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
§ 2. Jeżeli sprawca działa nieumyślnie,
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 jest śmierć człowieka, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.

Art. 157.
§ 1. Kto powoduje naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia, inny niż określony w art. 156 § 1, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Kto powoduje naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwający nie dłużej niż 7 dni, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności
albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 3. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 lub 2 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 2 lub 3, jeżeli naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia nie trwał dłużej niż 7 dni, odbywa się z oskarżenia prywatnego.

W dochodzeniu praw ciężej pokrzywdzonych powinien pomóc prokurator. Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa można zgłosić w prokuraturze lub na policji ustnie do protokołu albo napisać odręcznie na zwykłej kartce papieru i wysłać pocztą.

18. maja 2006

Jak niezwykłe są czasy, w których nam przyszło żyć, wiemy z własnych obserwacji i przemyśleń, często inspirowanych i pogłębianych przez ludzi cieszących się naszym zaufaniem, w szczególności przez księży i zakonników, którzy potrafią odczytać znaki dla innych zakryte. Pilnie więc korzystajmy z nauczania osób, które więcej od ludzi świeckich wiedzą o sprawach najważniejszych.

W dobie transmisji radiowych, telewizyjnych i internetowych możemy "na żywo" słyszeć i widzieć następcę św. Piotra. W jednej chwili nauczanie samego Ojca Świętego jest dostępne wszystkim tym wiernym, którzy korzystają ze zdobyczy współczesnej techniki.

Rozwinięty transport kolejowy, drogowy i lotniczy umożliwia wielu członkom Kościoła katolickiego bezpośrednie uczestnictwo w nabożeństwach prowadzonych przez następcę św. Piotra. Po przemierzeniu z nieznaną dotychczas prędkością i wygodą setek, tysięcy kilometrów nagle można znaleźć się w miejscu, w którym sam papież przewodniczy mszy św.

Są wśród nas seniorzy w wieku 80, 90, a nawet 100 lat. Słuchając relacji z ich młodości, przenosimy się w świat już nieistniejący i zapominany. Świat ludzi z powodu biedy i wojen słabo wykształconych, często niepiśmiennych, dla których jedynym źródłem informacji było niedzielne kazanie. Wielu wspaniałych polskich księży i zakonników przez dziesięciolecia podejmowało trud misyjny i cywilizacyjny na słabo rozwiniętych, bardzo ubogich obszarach naszej Ojczyzny w jej poprzednich i obecnych granicach. Można sobie wyobrazić jak długa była droga słów ówczesnych papieży do wiernych z zaszytej gdzieś wśród lasów, pól i bagien parafii Kościoła Rzymsko Katolickiego.

Inna niezwykłość naszych czasów, to trwałość pokoju, którym Pan Bóg obdarzył nasz kraj. Miliony Polek i Polaków urodzonych po 1945r. zaczynają przechdzić na regularną emeryturę, przez całe swoje życie nie zaznawszy okropieństw wojny. Nie pomniejszając znaczenia ofiar zbrodni terroru komunistycznego i pamiętając o stałym dążeniu Sowietów do podpalenia świata, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że całe życie poza teatrem wojny było przywilejem niewielu pokoleń Polaków.

Co do licznych przełomowych wydarzeń powszechnie uznawanych za cudowne, co do błogosławionej w naszej i całego świata historii roli Prymasa Tysiąclecia Stefana kard. Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jan Pawła II wszyscy współcześni mają własne spostrzeżenia i utrwalone opinie, bowiem sami byli niemal świadkami działalności tych Wielkich Sług Bożych, albo przynajmniej korzystają z Ich dorobku, jak na razie w życiu doczesnym.

Na tym tle Polska przygotowuje się do przyjęcia pielgrzymki Ojca Świętego Benedykta XVI, który w dniu urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II udziela audiencji panu premierowi Kazimierzowi Marcinkiewiczowi. W tym samym dniu w Warszawie Prezydent RP prof. Lech Kaczyński, syn powstańca warszawskiego, gości Prezydenta Republiki Federalnej Niemiec dr. n. ekon. Horsta Koehlera, urodzonego w 1943r. w Skierbieszowie koło Zamościa w wielodzietnej chłopskiej rodzinie sprowadzonej z Besarabii w celu objęcia gospodarstwa po wymordowanych lub wypędzonych mieszkańcach Zamojszczyzny.

W dniu 18. maja 2006r. ma miejsce jeszcze jedno spotkanie, o równie niezwykłej wymowie. Oto z okazji 86. rocznicy urodzin naszego Ojca Świętego władze miast Zgorzelec i Goerlitz postanowiły Mostowi Granicznemu nadać imię Jana Pawła II i odsłonić pamiątkowe tablice. Msza św. w kościele św. Bonifacego, przejście jej uczestników przez Most Miejski, okolicznościowe przemowy, odsłonięcie i poświęcenie tablicy znajdującej się po stronie niemieckiej, a wkrótce potem - po stronie polskiej Nysy Łużyckiej, to główne punkty uroczystości w Zgorzelcu, woj. dolnośląskie i Goerlitz, Saksonia.

Każdy, kto zna sytuację polityczną w przedzielonym Nysą mieście zwanym Zhorjlec przez rodzimych Serbołużyczan, zdaje sobie sprawę z niezwykłości tego wydarzenia.

Za sprawą Ojca Świętego Jana Pawła II dokonują się zasadnicze przemiany w duszach ludzkich. Nienawiść pierzcha przed miłością. Cywilizacja śmierci ustępuje cywilizacji pełni życia z poszanowaniem godności osoby ludzkiej. Zmory przeszłości przestają decydować o teraźniejszości, niszczyć przyszłość. Kiedy prawda wyzwoli prawdziwe pojednanie, spotęgowanie się siły duchowej Polaków i Niemców spowoduje, że staniemy przed kolejnym przełomowym wydarzeniem, które uznamy za cudowne. Ojciec Święty Benedykt XVI przywróci Europę Chrystusowi i w tej Europie chrześcijanie już więcej nie będą prześladowani.

1. czerwca 2006

Wiekopomna pielgrzymka Ojca Świętego Benedykta XVI do naszej Ojczyzny sprawiła, że kolejny papież jest nasz, a my - Jego.

Papieska ponad pięćdziesięciomilionowa Gwardia Polska, na którą składają się polscy katolicy żyjący w kraju i na obczyźnie na tle mikroskopijnej Gwardii Szwajcarskiej wyróżnia się potężną siłą oddziaływania na wszystkie aspekty życia na ziemi, na które może wpływać człowiek. Obyśmy tylko potrafili wykazać się szwajcarską dokładnością w dotrzymywaniu wymagań naszej wiary, obyśmy chcieli i umieli stanowczo reagować na przejawy zła atakującego naszych bliźnich i nas samych! Niezłomność i odwaga nie mogą nie rozkwitnąć w państwie, którego głowa określa się jako katolik. Miłość bliźniego nie może nie osiągnąć wyżyn pod tęczą rozpostartą na krajem, w którym wrogowie chrześcijaństwa stworzyli anus mundi, a papież pochodzący z ich narodu od samego Boga uzyskał biblijny znak pojednania.

Każda działalność człowieka jest obciążona wieloma błędami. Nawet działając w najlepszej wierze, możemy pogubić się, posłuchać złych doradców i przekupnych ekspertów, zaufać fałszywym przyjaciołom, ludziom pragnącym naszej zguby. Wilków w owczej skórze wszędzie bez liku. Wystarczy trochę zdrowego rozsądku na miarę imci Onufrego Zagłoby, aby dostrzec diabelski ogon wystający spod ornatu nakładanego ostatnio przez zdeklarowanych wrogów Pana Boga, którzy w tym nowym przebraniu chcą dowoli mieszać nam w głowach, kreować konflikty, niszczyć więzi i w nowej formie realizować swoją sprawdzoną strategię trzech <<o>> – ogłupić, okraść, ośmieszyć. Tak jak dla Ojca Świętego Benedykta XVI jesteśmy nadzieją Kościoła, tak dla wrogów Kościoła Świętego jesteśmy przeszkodą, którą należy rozbić, rozproszyć i zlikwidować, bo stoi na drodze do deprawowania dzieci, poniewierania kobiet, wyzyskiwania pracowników i dostawców, niszczenia zdrowia mieszkańców, oszukiwania konsumentów, zabijania pacjentów. Kościół Katolicki bierze w obronę wszystkich ludzi, zwłaszcza tych najsłabszych, a to już wystarczy, aby  ludzie opanowani przez zło egoizmu, nieprawości i nadużycia uznali Kościół i każdego z jego gorliwych członków za wroga, którego trzeba niszczyć wszelkimi sposobami, siłą i podstępem, w domu, w pracy i na ulicy, a nade wszystko w środkach masowego przekazu.

Na szczęście w naszym kraju prawdziwie chrześcijańscy politycy przestali chować się za sutanną kapłana, lękliwie zerkać zza zakonnej sukienki, czy aby się komuś nie narażą, gdy naruszą wynaturzenia politycznej poprawności przez opowiedzenie się za zasadami dekalogu w życiu społecznym, zasadami, za których obronę zakonnik jest publicznie rozszarpywany przez media jak przez lwy na arenie.

Warto tu podkreślić niezwykle ważną i wiele obiecującą symbolikę niedawnego wydarzenia. Oto Pan Prezydent Lech Kaczyński wręczył Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI kopię kopii włóczni św. Maurycego, której grot przechowywany jest w Skarbcu Katedralnym w Krakowie. Oryginał włóczni znajduje się w wiedeńskim muzeum Schatzkammer. W opracowaniach katolickich można przeczytać, że <<jest to włócznia, za pomocą której rzymski żołnierz Gaius Cassius, później zwany Longinusem, przebił bok Chrystusa. Wierzy się, że włócznia posiadała nadprzyrodzoną moc, której pierwszym znakiem było uzdrowienie ślepnącego Cassiusa krwią pozostałą na ostrzu i późniejsze jego nawrócenie.

Według legendy rzymski oficer Gaius Cassius przebił bok Pana Naszego Jezusa Chrystusa, a gdy kropla krwi wpadła mu w oko, przejrzał. Udał się do Piłata, pokazał mu oko i opowiedział o cudzie. Cassius nawróciwszy się na Chrześcijaństwo zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie mieczem. W roku 290 właścicielem włóczni został rzymski oficer legii tebańskiej, chrześcijanin Maurycy. Nie chcąc przed wyruszeniem na wojnę oddać zwyczajowej czci bogom Rzymu, poniósł wraz z całym legionem śmierć męczeńską. Został uznany za świętego, a jego włócznię nazwano włócznią św. Maurycego.>>
Kopia włóczni św. Maurycego i korona to pierwsze w Polsce insygnia władzy królewskiej, które otrzymał w roku 1000 na zjeździe gnieźnieńskim książę Bolesław Chrobry od cesarza Ottona III.

Gall Anonim w swojej Kronice tak opisał to wydarzenie:
Zważywszy jego chwałę, potęgę i bogactwo, cesarz rzymski zawołał w podziwie: <<Na koronę mego cesarstwa! to, co widzę, większe jest, niż wieść głosiła!>> I za radą swych magnatów dodał wobec wszystkich: <<Nie godzi się takiego i tak wielkiego męża, jakby jednego spośród dostojników, księciem nazywać lub hrabią, lecz [wypada] chlubnie wynieść go na tron królewski i uwieńczyć koroną>>. A zdjąwszy z głowy swej diadem cesarski, włożył go na głowę Bolesława na [zadatek] przymierza i przyjaźni, i za chorągiew tryumfalną dał mu w darze gwóźdź z krzyża Pańskiego wraz z włócznią św. Maurycego, w zamian za co Bolesław ofiarował mu ramię św. Wojciecha. I tak wielką owego dnia złączyli się miłością, że cesarz mianował go bratem i współpracownikiem cesarstwa i nazwał go przyjacielem i sprzymierzeńcem narodu rzymskiego. Ponadto zaś przekazał na rzecz jego oraz jego następców wszelką władzę, jaka w zakresie [udzielania] godności kościelnych przysługiwała cesarstwu w królestwie polskim, czy też w innych podbitych już przez niego krajach barbarzyńców, oraz w tych, które podbije [w przyszłości]. Postanowienia tego układu zatwierdził [następnie] papież Sylwester przywilejem św. Rzymskiego Kościoła.

8. czerwca 2006

Spośród wielu rodzajów współczesnego patriotyzmu za najbardziej godny poparcia należy uznać patriotyzm dosłowny. Miłość Ojczyzny, jak każda inna miłość, domaga się wyłączności. Nie tylko lojalności, a właśnie - wyłączności. Nie wystarczy bowiem nie szkodzić Ojczyźnie, trzeba jej być wiernym, zwłaszcza, gdy jest ona w potrzebie, jak w małżeńskim przyrzeczeniu: << i nie opuszczę cię aż do śmierci>>.

Wyłączność praktycznie wyklucza bigamię, równoczesny konkubinat, nawet jakieś chwilowe fascynacje prowadzące do zdrady, w tym przypadku do zdrady Ojczyzny. W odróżnieniu od zdrady małżeńskiej, ofiarami zdrady Ojczyzny bywają miliony rodaków, kompatriotów a nie tylko mąż, żona, dzieci i inni członkowie bliskiej rodziny.

Inna różnica to stosunek zdradzającego do ofiar swojego czynu. Mało kto powie żonie lub mężowi; <<zdradzam cię, aby było ci lepiej >>. Co innego w przypadku zdrady Ojczyzny. Tu od osób ewidentnie szkodzących interesom Ojczyzny, sprzedającym ją, zohydzającym jej historię, okradającym rodaków z wiary ojców, godności, tradycji i majątku zawsze słyszeliśmy: <<robimy to dla waszego dobra>>. Dzisiaj od tych samych ludzi słyszymy: <<my też byliśmy patriotami>>.

Wspierani przez tego rodzaju pożałowania godnych patriotów, jak niegdyś pojedynczy władcy, obecnie ludzie zawłaszczający przestrzeń publiczną sprowadzają na nasza Ojczyznę zastępy wrogów człowieczeństwa, prowokują głosy potępienia agresji obrzydliwości na ulicach, w szkołach, nawet w przedszkolach, kreują zakłamany, niesprawiedliwy obraz naszej Ojczyzny zagranicą. Twierdzą, ze czynią to dla dobra ludzkości, w tym dla dobra naszego, aby nas wyzwolić z nietolerancji, zacofania, religijnego fundamentalizmu. Chcą wyzwolić z religijnego fundamentalizmu dziesiątki milionów ludzi, w których Ojczyźnie jeszcze nie przebrzmiało echo słów Ojca Świętego Benedykta XVI, który jasno i wyraźnie nawoływał do bezkompromisowego trwania w wierze!

To po prostu niesłychany przejaw agresji na naszą Ojczyznę, wymagający stanowczego odporu ze strony władz wybranych w demokratycznych wyborach i potępienia przez opinię publiczną.

Pytanie czy znów na froncie ma walki ma stanąć tylko Rodzina Radia Maryja i znowu stać się celem zmasowanych ataków i fałszywych oskarżeń? Otóż nie.

Mam dobrą wiadomość dla tych wszystkich, którzy ulegli zastraszeniu: jesteśmy wszyscy pełnoprawnymi obywatelami. Mamy pełne, niezbywalne prawo do zabierania głosu w każdej sprawie i nikomu, nikomu nie wolno zamykać nam ust. Istnieją liczne środowiska społeczne i naukowe poza Rodziną Radia Maryja, które umacniają w Polakach poczucie godności obywatelskiej i obywatelskiej odpowiedzialności za Ojczyznę. Należy do nich silna intelektualnie i organizacyjnie grupa skupiona wokół Magazynu Obywatel i Instytutu spraw Obywatelskich w Łodzi. W dniach 15 - 18 czerwca 2006 r odbędzie się IV FESTIWAL OBYWATELA . Miejsce wykładów i pokazów filmowych: Uniwersytet Łódzki Wydział Zarządzania, Łódź, ul. Matejki nr 22/26, aula "A0"

15. czerwca 2006

Nieporównywalnie skromniejszy względny dorobek minionego siedemnastolecia w porównaniu z międzywojennym dwudziestoleciem zmusza do postawienia pytań elitom będącym u władzy od ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich: jakie są perspektywy dla Polski i dla Polaków, kiedy już dojdzie do wyłapania wszystkich złodziei mienia publicznego i neutralizacji narodowych szkodników? Co dalej? Jakie są gwarancje, że Rzeczpospolita Polska, która jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli pozostanie demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, państwem jednolitym, gdzie władza zwierzchnia należy do Narodu, a Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio? Kto stanie w obronie Konstytucji RP, która głosi, że Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju?

Koniec <<okresu refleksji >>  przypadający na czerwiec 2006 roku powoduje wzmożenie aktywności lobbystów wykonujących zadania na rzecz tzw. konstytucji europejskiej. Kariery osób zaangażowanych wcześniej w nakłanianie Polaków do opowiedzenia się za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej pokazują, że warto być euroentuzjastą, bo w nagrodę można dostać lukratywną posadę w unijnej biurokracji lub wysokie apanaże wraz z dożywotnim immunitetem za zasiadanie w parlamencie europejskim. Gorzej mają ci, którzy pozostali przy PRL-owskich pensjach, a nie należąc do starego lub nowego układu, nie mogą liczyć na dochody z udziału w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i im podobnych miejscach sowitego rozdawnictwa wspólnego majątku. Lekarzom, pielęgniarkom, górnikom i policjantom nie zapewniono unijnych zarobków na pokrycie coraz to bardziej unijnych kosztów utrzymania. Kto może, ucieka. Kto nie może uciec, traci resztki cierpliwości i zaufania do swoich przedstawicieli. Kolejne roczniki Polaków z poczuciem krzywdy i głębokiego rozczarowania wyjeżdżają z kraju lub odchodzą na zawsze, także z powodu braku dostępu do nowoczesnej medycyny zapobiegawczej i naprawczej. Zostaje wyludniający się kraj o niezwykle korzystnych walorach geograficznych. Czyżby Polskę bez Polaków przygotowywano pod nową kolonizację?

Fundacja Instytut Spraw Publicznych i państwowy, nadzorowany przez ministra spraw zagranicznych, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych opublikowały materiał p. t. << Przyszłość Traktatu Konstytucyjnego Unii Europejskiej – strategia dla Polski>>, odnoszący się do powstałego wcześniej raportu Instytutu Spraw Publicznych p. t. <<Polacy o Unii Europejskiej i Traktacie Konstytucyjnym>> Opracowania te są szeroko propagowane po angielsku na forum światowym, warto więc, aby i polska opinia publiczna je poznała. Oto kilka cytatów: <<Obecnie mamy w Polsce do czynienia z sytuacją paradoksalną. Z jednej strony badania opinii publicznej wskazują, że odsetek Polaków popierających integrację europejską jest niezwykle wysoki i wynosi aż 80%. Z drugiej zaś strony, ci sami Polacy wybrali najbardziej eurosceptyczny parlament w swojej historii po 1989 roku. Niedawno uformowany w Polsce rząd koalicyjny jest postrzegany, zwłaszcza za granicą, jako zdecydowany przeciwnik ścisłej integracji europejskiej>>. Temu rządowi Instytut Spraw Publicznych udziela pouczeń: << Niezależnie od scenariusza, według którego  potoczą się losy Traktatu Konstytucyjnego, prędzej czy później Polska stanie przed kwestią rezygnacji z nicejskich zasad podziału głosów w Radzie Unii Europejskiej. Praktyka decyzyjna pod rządami <<Nicei>> pokazała, że – mimo iż Polska uzyskała prawie tyle głosów co Niemcy i inne duże państwa unijne – w Unii liczy się przede wszystkim zdolność do budowania zwycięskich koalicji. Polska powinna zatem uznać <<Niceę>> za element przetargowy w dalszych negocjacjach z unijnymi partnerami, a w szczególności z Niemcami, które przejmą przewodnictwo w UE w pierwszej połowie 2007 r. W zamian za zgodę na zasadę podwójnej większości Polska powinna np. zyskać poparcie Niemiec i innych państw członkowskich dla dalszego poszerzenia UE o Ukrainę oraz realizacji konkretnych polskich postulatów w dziedzinie wymiaru wschodniego czy bezpieczeństwa energetycznego. >>
 
Zarząd Instytutu Spraw Społecznych sprawują prof. Lena Kolarska-Bobińska, dyrektor Instytutu Spraw Publicznych i mec. Jerzy Zimowski, wiceminister spraw wewnętrznych w latach 1990-1996. W skład rady nadzorczej wchodzą: prof. Jerzy Michalski, dyrektor Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu, red. Jerzy Baczyński, redaktor naczelny tygodnika <<Polityka>>, prof. Marcin Król z Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny <<Res Publica Nowa>>, red. Helena Łuczywo, zastępca redaktora naczelnego <<Gazety Wyborczej>>, prof. Wiktor Osiatyński, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, prof. Jerzy Regulski, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, Andrzej Topiński, prezes Zarządu Związku Banków Polskich.
 
Skład rady programowej Instytutu Spraw Społecznych według danych publikowanych przez tę fundację w połowie czerwca 2006r. jest następujący: Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bronisław Geremek, poseł do parlamentu europejskiego, Marek Józefiak, prezes Telekomunikacji Polskiej S.A., prezydent Lech Kaczyński, prezydent-elekt, prof. Leon Kieres, Instytut Pamięci Narodowej, prof. Ewa Łętowska, Trybunał Konstytucyjny, Andrzej Olechowski, (N. B. reprezentujący Platformę Obywatelską podczas tegorocznego spotkania Grupy Bilderberg w Kanadzie), bp Tadeusz Pieronek, Episkopat Polski, prof. Andrzej Rychard, Central European University, Tomasz Sielicki, prezes i dyrektor firmy ComputerLand S.A., Cezary Stypułkowski, prezes i dyrektor PZU S.A., prof. Mirosław Wyrzykowski, Trybunał Konstytucyjny i Maria Wiśniewska, Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych.

Poszczególne projekty Instytutu Spraw Społecznych są realizowane dzięki dofinansowaniu lub przy współpracy następujących instytucji i organizacji: Ambasada Brytyjska, Ambasada Francuska, Ambasada Królestwa Niderlandów, Bank Pekao S.A., Bank Światowy, ComputerLand S.A., European Fundation for the Improvement of Working and Living Conditions, Europejski Fundusz Społeczny (EFS), Fundacja im. Friedricha Eberta, Fundacja im. Friedricha Neumanna, Fundacja Wspomagania Wsi, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Fundacja Fundusz Współpracy, Fundacja im. Konrada Adenauera, Fundacja im. Stefana Batorego, Fundusz Inicjatyw Obywatelskich,  Inicjatywa Współpracy Polsko-Amerykańsko-Ukraińskiej (PAUCI), Kancelaria Sejmu RP, Komisja Europejska, Krajowa Izba Gospodarcza, Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu, National Endowment for Democracy, Narodowy Bank Polski, Instytut Społeczeństwa Otwartego Jerzego Sorosa, Polsko-Amerykańska Fundacja Wolności, Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych, The German Marshall Fund of the United States, Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe (utrzymywany m .in. przez Instytut Społeczeństwa Otwartego Jerzego Sorosa i Fundację Pfizera), Rockefeller Brothers Fund, Urząd Komitetu Integracji Europejskiej i Warta S.A.

22. czerwca 2006

Naiwność i łatwowierność są dowodem braku doświadczenia. A czego dowodem jest lekceważenie nauk płynących ze złych doświadczeń? Głupoty rzeczywistej, czy może pozorowanej? Maska "głupiego Jasia>> bywa wygodną przykrywką dla perfidnych złoczyńców. Po wykonaniu zamierzonego zadania, po wypełnieniu powierzonej im roli, umyją ręce i powiedzą: "pierwsze słyszę, nic mi nie było wiadomo o możliwości pojawienia się szkodliwych skutków moich czynności i/lub zaniechań! >> Pobłażliwość wobec funkcjonariuszy państwa jest naszą najgorszą wadą narodową. Ściga się ofiary złych rządów a nie ich sprawców. Nikt nie pyta za co wzięli pieniądze kolejni ministrowie zdrowia, tylko każdy ma pretensje do lekarzy i pielęgniarek o to, że nie chcą całe życie służyć w semi-wolontariacie. Decydenci na każdym szczeblu władzy administracji państwowej i samorządu terytorialnego mają zagwarantowaną comiesięczną wypłatę pensji, niezliczonych premii, dodatków funkcyjnych i rozmaitych innych, otrzymują trzynaste pensje, nagrody pieniężne i rzeczowe. Po przejściu na zasłużoną emeryturę żyją długo i szczęśliwie, bo mają za co. Referenci w gminie i dygnitarze zajmujący najwyższe urzędy państwowe już pierwszego dnia od powołania zaczynają szukać miękkiego lądowiska po odwołaniu. Zależnie od możliwości załatwionych sobie na zajmowanym stanowisku jedni urządzają się w spółkach komunalnych, inni w Banku Światowym, ONZ i rozmaitych agenturach globalnej dyktatury. Do najbardziej sprawdzonych strategii życiowych należy przestrzeganie zasady "nie wychylaj się i w ten sposób niekopnięty wnet dożyjesz starczej renty.>> Dobro wspólne, interes narodowy, zasady etyki ustępują mniejszym lub większym korzyściom z działania w grupie, nieraz przestępczej, choć urzędowej, zyskom z bezczynności, interesom z niedostrzegania prawdziwych problemów wyborców, podatników, klientów, konsumentów, pacjentów, mieszkańców, uczniów, pracowników, czyli wszystkich tych, którzy utrzymują pasożytniczą kastę leniwych urzędników.

Jak wiele zależy od patriotyzmu i oddania sprawom dobra wspólnego pojedynczych osób podejmujących decyzje o losie milionów można ocenić na przykładzie działalności prof. Lecha Kaczyńskiego i wielu ministrów obecnego rządu. Kto zwiedzał Muzeum Powstania Warszawskiego nie może powstrzymać się od podziwu dla inicjatora tego narodowego monumentu. Kto został pokrzywdzony lub poszkodowany w kraju ograbionym z prawa i sprawiedliwości, ten docenia tytaniczne wysiłki obecnego ministra Zbigniewa Ziobry. Czas najwyższy, aby wszyscy wzięli się do skutecznej roboty.

Znaczna część przedsiębiorców inwestujących swój czas i pieniądze w legalną działalność gospodarczą na skutek szkodliwej aktywności lub zbrodniczej bezczynności władz traci zdolność utrzymania się poza systemem biurokracji i zasila jej szeregi, automatycznie powiększając rzeszę beneficjentów budżetu państwa, który tym samym zwiększa wydatki i równocześnie traci przychody. Czy takie państwo może się rozwijać? O tym, że państwo niszczone przez błędy na górze nie może się rozwijać świadczą niemal wszystkie wskaźniki porównujące nasz kraj z krajami do naszego podobnymi. Uderza zapóźnienie cywilizacyjne, niebotyczny zadłużenie Polski i przeciętnego jej obywatela, masowa ucieczka ludzi młodych i wykształconych za granicę, rosnąca liczba biurokratów i malejąca przedsiębiorców A czy takie państwo może przetrwać? Czy może przetrwać państwo, którego oficjalni przedstawiciele uczestniczą w agresji na własną Ojczyznę? Dziwny przebieg wyborów do parlamentu europejskiego przynosi straszne owoce. Jaczejka im. Wandy Wasilewskiej nie może rozgrzeszać się naiwnością i łatwowiernością. Należą do niej osoby jeszcze niedawno pełniące w naszym państwie najwyższe urzędy, dopuszczane do tajemnic państwowych i podejmujące strategiczne decyzje decydujące o losach naszego kraju. Inny pomysł na uporanie się z polskim problemem w stale głodnej wschodu Europie ma starą i sprawdzoną tradycję: rozbiory. Zapewne to Towarzystwo im. polakożercy Bismarcka,  Bismarckverein, uchwaliło potrzebę wskrzeszenia Prus pod nazwą "Euroregion Odry>>, do którego Polska miałaby oddać, jak na razie, województwo wielkopolskie, lubuskie, dolnośląskie i zachodniopomorskie. Stolicą odnowionych Prus miałby być oczywiście Berlin, miasto nad Szprewą, rzeką leżącą w zlewisku Łaby a nie Odry. Tragifarsa na miarę antypolskiej rezolucji parlamentu europejskiego nie może nabierać tempa bez udziału tzw. polskiej strony. W obydwu skandalicznych przypadkach niczym nie usprawiedliwionej agresji na nasz kraj uczestniczą ludzie z mandatem społecznym do reprezentowania polskich wyborców.

Przedstawię tu po raz pierwszy znacznie lepiej uzasadnioną propozycję powołania Euroregionu Śląsk rzeczywiście związanego z Odrą a przy tym osadzonego w realiach ponad tysiącletniej historii, w której prusactwo miało epizod zaledwie dwustuletni i to zakończony autodestrukcją pod komendą Hitlera. Euroregion Śląsk powinien objąć województwo śląskie, opolskie, dolnośląskie, przyległą część Saksonii z powiatami łużyckimi: Niederschlesischer Oberlausitzkreis, czyli Delnjosleško-hornjołužiski wokrjes,  Landkreis Kamenz, czyli Wokrjes Kamjenc, Landkreis Bautzen, czyli Wokrjes Budyšin, Landkreis Löbau-Zittau, całe miasto Zgorzelec, a także Śląsk Czeski leżący na terenie Kraju Morawsko-Śląskiego  i  Ołomuńckiego z takimi miastami, jak: Havířov, Karviná, Frýdek-Místek, Opava i Třinec, aby wymienić tylko pięć największych.

Ogółem na obszarze tak zdefiniowanego Euroregionu Śląsk jest 256 miast, w tym 16 liczy więcej niż 100 000 mieszkańców. Historyczna stolica całego Śląska, Wrocław, ma obecnie ponad 600 000 mieszkańców. Drugim co do wielkości śląskim miastem są Katowice  liczące o połowę mniej ludności niż Wrocław. Najstarszy na Śląsku, a obecnie najpotężniejszy i najbogatszy, drugi po Warszawie w rankingu zamożności mieszkańców,  Wrocław leży nad Odrą, główną arterią całego Śląska. Jest więc naturalnym centrum gospodarczym i kulturalnym Euroregionu Śląsk. Więcej na stronie www.silesian.eu

29. czerwca 2006

Zgodnie z Art. 104. Konstytucji RP przed rozpoczęciem sprawowania mandatu posłowie składają przed Sejmem następujące ślubowanie:
"Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej. >>
Ślubowanie może być złożone z dodaniem zdania "Tak mi dopomóż Bóg>>.
Takie samo ślubowanie składają senatorowie.

Z kolei Art. 130. Konstytucji RP głosi, że Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi:
"Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem>>.
Przysięga może być złożona z dodaniem zdania "Tak mi dopomóż Bóg>>.

Na podstawie Art. 151. Konstytucji RP Prezes Rady Ministrów, wiceprezesi Rady Ministrów i ministrowie składają wobec Prezydenta Rzeczypospolitej następującą przysięgę:
"Obejmując urząd Prezesa Rady Ministrów (wiceprezesa Rady Ministrów, ministra), uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem. >>

Zgodnie z ustawą z dnia 8. marca 1990r. o samorządzie gminnym przed przystąpieniem do wykonywania mandatu radni składają ślubowanie:
"Wierny Konstytucji i prawu Rzeczypospolitej Polskiej, ślubuję uroczyście obowiązki radnego sprawować godnie, rzetelnie i uczciwie, mając na względzie dobro mojej gminy i jej mieszkańców. >> Ślubowanie odbywa się w ten sposób, że po odczytaniu roty wywołani kolejno radni powstają i wypowiadają słowo "ślubuję>>. Ślubowanie może być złożone z dodaniem zdania: "Tak mi dopomóż Bóg. >>

Objęcie obowiązków przez wójta (burmistrza, prezydenta) następuje z chwilą złożenia wobec rady gminy ślubowania o następującej treści:
"Obejmując urząd wójta (burmistrza, prezydenta) gminy (miasta), uroczyście ślubuję, że dochowam wierności prawu, a powierzony mi urząd sprawować będę tylko dla dobra publicznego i pomyślności mieszkańców gminy (miasta). >> Ślubowanie może być złożone z dodaniem zdania: "Tak mi dopomóż Bóg. >>

Ks. Michał Kaszowski objaśnia teologiczne znaczenie powyższych zapisów ustaw: "Przysięgać lub uroczyście przyrzekać oznacza wzywać Boga na świadka tego, co się twierdzi. Oznacza odwoływanie się do prawdomówności Bożej jako do rękojmi swojej własnej prawdomówności. Przysięga angażuje imię Pańskie. Niewłaściwe używanie imion świętych jest grzechem  krzywoprzysięstwa. Krzywoprzysięstwo wzywa Boga, by był świadkiem kłamstwa. Drugie przykazanie zakazuje krzywoprzysięstwa.
Wierność wymaga spełnienia danego słowa i obietnicy. To zobowiązanie jest tym większe, gdy ktoś obiecuje coś pod przysięgą albo bierze Boga na świadka, że dotrzyma przyrzeczenia. "Przyrzeczenia dawane innym w imię Boże angażują cześć, wierność, prawdomówność i autorytet Boga. Powinny one być dotrzymywane w duchu sprawiedliwości. Niewierność przyrzeczeniom jest nadużyciem imienia Bożego i w pewnym sensie czynieniem Boga kłamcą. "Wiarołomcą jest ten, kto pod przysięgą składa obietnicę, której nie ma zamiaru dotrzymać, lub ten, kto złożywszy pod przysięgą obietnicę, nie dotrzymuje słowa. Wiarołomstwo jest poważnym brakiem szacunku względem Pana wszelkiego słowa. >>
 
W XVII wieku na Śląsku, przynajmniej wokół stolicy Śląska – Wrocławia, za krzywoprzysięstwo karano obcięciem palców prawej ręki.

Dzisiaj zgodnie art. 233. kodeksu karnego, kto zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, czyli składa fałszywe zeznania, w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Warunkiem odpowiedzialności jest uprzedzenie przez przyjmującego zeznanie o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań lub złożenie przez składającego zeznanie przyrzeczenia, którego treść  zawiera art. 188. kodeksu postępowania karnego:
"Świadomy znaczenia moich słów i odpowiedzialności przed prawem przyrzekam uroczyście, że będą mówił szczerą prawdę, niczego nie ukrywając z tego, co mi jest wiadome. >>

Warto zauważyć, że karze pozbawienia wolności do lat 3 zgodnie z art. 231. kodeksu karnego podlega także niewspółmiernie bardziej od przeciętnego obywatela odpowiedzialny funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego.

Kary za składanie fałszywych zeznań pomimo złożonego przyrzeczenia orzekane są rzadko. Funkcjonariusze publiczni wyjątkowo bywają karani za działanie na szkodę interesu publicznego lub prywatnego przez niedopełnienie obowiązków. Kary za krzywoprzysięstwo i wiarołomstwo nigdy nie dosięgają posłów, senatorów, prezydentów, premierów, ministrów, wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i radnych. Pewnie dlatego, że wierność przysięgom i ślubowaniom wielu osób sprawujących funkcje publiczne dopiero teraz jest tak wyraźnie dostrzegalna. Stanowi jasne tło, na którym coraz bardziej wyróżniają się ciemne plamy krzywoprzysięstwa i wiarołomstwa na szkodę Polski i Polaków.

6. pażdziernika 2006

Pan Bóg obdarował Polaków ziemią niezwykle przyjazną człowiekowi. Nasz kraj wyróżnia się na korzyść nawet na tle innych obszarów Europy powszechnie uznanej za kontynent, choć ze wszystkich najmniejszy, to stwarzający ludziom niezwykle dogodne warunki do życia szczęśliwego, wolnego od częstych gdzie indziej kataklizmów, następstw klimatycznych skrajności, skutków wyczerpania zasobów wody i żyznej gleby. Kilka tygodni suszy, kilkudniowe ulewy będące powodem zniszczenia upraw i – niestety – corocznych powodzi i podtopień w Sudetach i Beskidach, sporadyczne trąby powietrzne unoszące dachy i stodoły to tylko próbka ataku żywiołów, które ogromna większość Polaków zna wyłącznie z telewizji, a z którymi zmagają się na co dzień miliardy ludzi na całym świecie.

Do tego te niezwykłe miejsca, w których Polacy mogą czerpać siłę z mocy swojego kraju. Klasztor Jasnogórski, rynek we Wrocławiu, Wawel, gdański Długi Targ, Zamek Królewski, Wały Chrobrego w Szczecinie, Zamość, Kazimierz nad Wisłą, Toruń, Przemyśl są znane wielu Polakom, a jeśli nie wszystkim, to głównie dlatego, że dopiero rząd pana Jarosława Kaczyńskiego przywrócił nadzieję na wyrównywanie szans w zakresie edukacji patriotycznej. Tak jak nie wolno pozostawić bez pomocy bezdomne ofiary żywiołów, tak samo nie można opuścić ludzi, którym okupanci i ich pogrobowcy odebrali poczucie przynależności do Ojczyzny i uczynili ludźmi bezdomymi duchem.

Podobnych starań wymaga rozbudzenie wrażliwość na kruche piękno dzikiej przyrody. Zasypane odpadami z domów i fabryk lasy, zagajniki i łąki świadczą o podłej kondycji człowieczeństwa sprawców równie dosadnie jak wulgaryzmy w ustach przechodniów, a nawet tzw. elit, sprowadzające przebogatą polszczyznę do prymitywnego bełkotu poniżej poziomu więziennej grypsery, bo posługującego się zaledwie kilkunastoma ordynarnymi słowami.

Jednak nadal każdy, kto szuka w Polsce miejsc pięknych i czystych, ma łatwą szansę je znaleźć. Wystarczy przejść parkową alejką, leśną ścieżką, miedzą dzielącą pola, zajrzeć nad staw lub rzekę, odwiedzić plażę. Wielu z żalem pomyśli o straconej już bezpowrotnie okazji do godziwego wykorzystania minionych ciepłych dni w Polsce. Kto zmarnował wakacje, hodując sobie raka skóry w promieniach tropikalnego słońca, niech weźmie pod uwagę możliwość spędzenia przyszłego lata w miejscu niezwykłym, pełnym spokoju, harmonii przyrody pogodzonej z gospodarowaniem ludzi, tchnącym mocą natury i polskiej historii.

Miejscem tym są majestatyczne Gorce.

Na dość rzadko uczęszczanym szczycie Lubania, skąd rozległy widok na Podhale zamknięte koroną Tatr wprost zapiera dech, można przysiąść pod niedawno postawionym krzyżem o charakterystycznym kształcie. Pod krzyżem kamienna płyta z wykutym napisem: “Gorce bardzo kochałem, a na Lubaniu wiele razy byłem. Jan Paweł II.” Po stronie południowej krzyża napis głosi “Dla upamiętnienia wielokrotnych gorczańskich wędrówek duszpasterza akademickiego z Krakowa księdza Karola Wojtyły 14 sierpnia 2004 w 50 rocznicę krzyż ufundowali Ks. Stanisław Wojcieszak – proboszcz z Ochotnicy Dolnej, Anna i Kazimierz Wolscy z Mizernej, Helena i Bronisław Wolscy z Krośnicy.”

Zachęcam całą rodzinę Radia Maryja, z kraju i zagranicy, kto tylko może niech wybierze się na Lubań, a za przykładem naszego Ojca Świętego na pewno pokocha Gorce. Nocleg w pobliskiej wsi, pod pewnym względem polsko-amerykańskiej Ochotnicy Dolnej dostępny jest u państwa Barnasiów, czyli w wygodnej i gościnnej Barnasiówce.

Przez najpiękniejsze partie Gorców prowadzi szlak papieski. Warto nim udać się na Halę Turbacz, oddaloną kilkanaście minut od schroniska PTTK im. Władysława Orkana, pisarza z okresu Młodej Polski, który z góralskiej biedy dostał się do panteonu polskiej literatury, a przy tym pozostał wierny góralszczyźnie, zakładając i będąc pierwszym przewodniczącym Związku Podhalan. Na Hali Turbacz króluje drewniany ołtarz z zaznaczonym gontowym daszkiem, z którego powiewają dwie flagi: polska i papieska. Przy ołtarzu kamień z przytwierdzoną płytą granitową, w której wykuto napis: “W tym miejscu 17. września 1953 roku ksiądz Karol Wojtyła odprawił mszę świętą po raz pierwszy stojąc odwrócony twarzą do wiernych grupy przyjaciół – młodych naukowców i studentów z Krakowa oraz gorczańskich pasterzy. W 50. rocznicę tamtej mszy świętej oraz 25. rocznicę pontyfikatu Ojca Świętego Jana Pawła II w hołdzie uczestnicy tamtej liturgii, przyjaciele, turyści. Hala Turbacz, 13 września 2003r.” Widoki od ołtarza i stojącego przy nim wysokiego drewnianego krzyża są szczególnie piękne o wschodzie słońca. Stąd kilkugodzinne przejście do Doliny Kamienicy i jej zwiedzanie powinno znaleźć się w programie szkolnych wycieczek jako nagroda dla najlepszych uczniów z całej Polski. Obcowanie z tak wspaniałą ostoją dzikiej przyrody to przecież źródło miłości Boga i Ojczyzny, a przy tym świetna przygoda do zapamiętania na całe życie.

Legendarne schronisko na Starych Wierchach pyszni się dużymi panelami zbierającymi energię słońca. Czyż to nie wspaniały znak nowych czasów? W tym miejscu realna troska o czyste środowisko nabiera szczególnej wymowy. Każdemu łatwo dostrzec wartość tego, co możemy utracić. Ze Starych Wierchów jest kilka zejść z Gorców: najbliżej przez Obidową, najczęściej do Rabki, ale dla panoramy Nowego Targu na tle Tatr warto też skierować się na południe i przejść przez Bukowiec. W stolicy Podhala ludzie zawsze potrafią zaskoczyć gestem i życzliwością. Pan Łukaszczyk, sławny nowotarski restaurator, choć akurat w tym dniu gościł trzy wesela na kilkaset osób każde, to nie tylko podjął z drogi na Kowańcu dwoje nieznanych sobie turystów i trochę niegrzecznego psa, to jeszcze zawiózł nas tam, gdzie chcieliśmy. Bóg zapłać od nieznajomych!

To jest Polska właśnie. Od takiej Polski wara. Prosimy nie przeszkadzać.

13. pażdziernika 2006

tylko audio

20. października 2006

Każdy jest obdarowany jakimiś zdolnościami. Już małe dziecko może wyróżniać się konkretnym talentem – może ładnie śpiewać, tańczyć, recytować wierszyki, albo rysować. Niemało dzieci wykazuje się wieloma talentami. Potem przychodzi czas szkoły i poszukiwanie swojego powołania. Niektóre talenty usychają, bo nie pozwolono im się rozwinąć, inne kwitną starannie pielęgnowane przez mamusię, tatusia, babcię, dziadzia, kochające rodzeństwo i innych członków rodziny, parafii, czy innej społeczności sąsiedzkiej. Nadzwyczajny wpływ na ujawnianie i rozwój talentów ma oczywiście szkoła. Od nauczania początkowego po studia wyższe w rękach nauczycieli leży przyszłość ich uczniów i studentów. Jedna jedyna niesprawiedliwa ocena, bądź kąśliwa uwaga może zabić talent, odepchnąć od powołania młodego człowieka, któremu sam Pan Bóg dał niezbywalne prawo wolności wyboru i buntowniczą fazę dorastania. Z drugiej strony jedna lekcja lub jeden wykład potrafi skierować myśli młodego człowieka na nieznane mu wcześniej piękno jakiejś dziedziny wiedzy, wyzwolić zdolności, których istnienia sam się nie domyślał, wreszcie odkryć powołanie, któremu poświęci się do końca życia. Nic jednak nie zastąpi mozolnej pracy rodziców, nauczycieli i kapłanów w kształtowaniu młodych ludzi zgodnie z przeznaczonym im planem Bożym, który wyznaczają zdolności i powołanie.

Wielu ludzi, gdyby mogło, chciałoby kupić swoim dzieciom gwarancje na dobre życie. Czy gwarancje na dobre życie zapewni przedszkole za dwa tysiące złotych miesięcznie, niemniej ekskluzywna szkoła, studia, na których czesne przyprawia o zawrót głowy? Czy można kupić dziecku przyszłe szczęście, kiedy wyposaży się je w wiedzę i umiejętności przydatne n. p. w zdobywaniu kolejnych szczebli kariery w koncernach ponadnarodowych? Przecież według jednego z prominentnych rektorów naszych wyższych uczelni szczytem marzeń każdego polskiego studenta powinno być zatrudnienie w jakimś ponadnarodowym koncernie, aby wykazując się swoją dla tego koncernu przydatnością, mógł osiągnąć najwspanialszy z możliwych awans życiowy w postaci lukratywnej posady w centrali lub w jednym z licznych oddziałów regionalnych tegoż koncernu rozsianych na różnych kontynentach. Polacy są utalentowani i zdolni do podejmowania licznych wyzwań i wielu rzeczywiście zrobiło karierę w takim rozumieniu tego słowa. Mam tylko jedno pytanie: za jaką cenę? Czym płaci się za bezwzględne posłuszeństwo przełożonym, zwłaszcza kiedy obowiązująca w firmie dyscyplina prowadzi do zaprzaństwa, też narodowego, a także zdrady wszelkich wartości chrześcijańskich czy humanitarnych, co na jedno wychodzi, z minimalnym szacunkiem dla zdrowia i życia innych ludzi włącznie? Niemal na każdym szczeblu firmowej hierarchii każdy jest odpowiednio do swej roli poinformowany o tym co zagraża interesom firmy i jak należy to zagrożenie zwalczać. Czy warto realizować, ba, tworzyć antyludzkie scenariusze? W odróżnieniu zachodniej polska opinia publiczna pozbawiona jest dostępu do informacji o sprawach sądowych i administracyjnych przegrywanych przez właścicieli światowych marek i to wcale nie tylko sektora tytoniowego lub żywności genetycznie modyfikowanej. Czy to nie jest zmowa właścicieli działających w Polsce środków masowego przekazu i wszechmocnych firm posługujących się z równą wprawą pieniędzmi na reklamy co na pozaprawny lobbing? A jak czują się mniej lub bardziej sławni? Czym różni się wykonywanie zadań zleconych na Zachodzie po 1989r., od tych, które były zlecone wcześniej na Wschodzie, a może nadal są tam zlecane? Łatwo się w tym pogubić, pomieszać prawdę z fałszem, pozorną karierę z życiową przegraną.

Na szczęście Polacy mają wyraźny punkt odniesienia w osobach trzech kapłanów – naszych wyzwolicieli z sowieckiej niewoli. Siłą niezłomnych ojców współczesności Polski i całego świata była zdolność – łaska wiary ugruntowana w niezamożnych domach, z których pochodzili i powołanie do kapłaństwa odkryte w okolicznościach znanych z ich biografii. Zwykli polscy chłopcy – Stefek, Karolek i Jurek wyrośli na mocarzy, którzy słowem zmienili świat. Krusząc imperium zła, miliardom ludzi przybliżyli Królewstwo Boże. Janku, Aniu, Wojtku i wy – Sylwio, Maćku i Kasiu, wszyscy szukajcie w sobie talentów, łask Bożych, którymi zostaliście obdarowani. Idźcie za powołaniem i nie popadajcie w żadną niewolę, bo w niewoli nikt jeszcze szczęścia nie znalazł. Jeśli waszym powołaniem nie jest życie konsekrowane, szukajcie ścieżek przez życie w życiorysach rodziców i innych osób najbliższych, z którymi można szczerze i wyczerpująco przedyskutować swoje pomysły i uzyskać pomoc w ich realizacji.

Ważnym, może nawet decydującym warunkiem osiągnięcia zamierzonych życiowych celów jest niezłomność. Nieuleganie przeciwnościom, nieugiętość, niezachwiana wiara w szczytne ideały to skarby charakteru każdego człowieka. Gdy człowiek ten decyduje o życiu innych i korzystnie wpływa na życie lokalnej społeczności, a nawet całego narodu, skarby jego charakteru mogą być dobrem narodowym. Łatwiej chwalić zmarłych niż żyjących polityków, ale przyjrzyjmy się twardej, męskiej walce o nasze wspólne dobro, którą toczą bez chwili wytchnienia zwycięzcy parlamentarnych wyborów sprzed roku. Stawiają czoła zmasowanym atakom ze wszystkich możliwych stron. Potwarz, obelgi, szyderstwa, pułapki medialne i polityczne, skoordynowane kampanie krajowo-zagraniczne to przecież narzędzia wojny psychologicznej. Wojna jest wprawdzie wypowiedziana przez wielu przeciwników politycznych, ale nigdy nie osiągnęłaby tak intensywnego nasilenia, takich totalnych rozmiarów, gdyby nie była finansowana i kierowana z jednego punktu dowodzenia. Psy wojny nie są przecież wodzami. Stosowanie tych samych rodzajów broni, korzystanie z tych samych najemników, co w kampanii przeciwko Ojcu Tadeuszowi i Jego dziełom, wskazuje na same źródła finansowania wojny propagandowej. Każda wojna drogo kosztuje, a tu takie ogromne pieniądze idą w błoto. Wystarczy spytać naszych słuchaczy. Stale powiększająca się Rodzina Radia Maryja może zaświadczyć jak przyrasta wiarygodność osób bezpodstawnie i okrutnie prześladowanych. Szkoda czasu i zmarnowanej energii społecznej. Z punktu widzenia wyborców i podatników trzeba się cieszyć, że tym razem nie pomyliliśmy się. Na czele naszego Państwa stoją ludzie obdarzeni niezwykłą siłą charakteru i wypełniający bez cienia wahania swoje powołanie do zaprowadzenia w Polsce prawa i sprawiedliwości, nawet kosztem pewnych kompromisów.

Tu u wielu osób pojawi się wątpliwość na jakie kompromisy można pozwolić. Każdy zgodnie ze swoimi zdolnościami i powołaniem zrealizowanym w postaci uzyskanej wiedzy i posiadanych umiejętności ocenia czy i w jakim zakresie realizowane są jego nadzieje wyborcze i korzystając ze swoich obywatelskich uprawnień przypomina rządzącym o ewentualnych niedoskonałościach ich pracy.

Ze swej strony muszę więc przypomnieć ustawowe zadania tego segmentu służby zdrowia, który ma bezpośredni wpływ na każdy aspekt higieny naszego życia, tym samym na długość życia w zdrowiu każdego obywatela Polski i innych krajów Unii Europejskiej. Państwowa Inspekcja Sanitarna jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru nad warunkami: higieny środowiska, higieny pracy w zakładach pracy, higieny radiacyjnej, higieny procesów nauczania i wychowania, higieny wypoczynku i rekreacji, zdrowotnymi żywności, żywienia i przedmiotów użytku, higieniczno-sanitarnymi, jakie powinien spełniać personel medyczny, sprzęt oraz pomieszczenia, w których są udzielane świadczenia zdrowotne – w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych, zapobiegania powstawaniu chorób, w tym chorób zakaźnych i zawodowych. Wykonywanie tych zadań polega na sprawowaniu zapobiegawczego i bieżącego nadzoru sanitarnego oraz prowadzeniu działalności zapobiegawczej i przeciwepidemicznej w zakresie chorób zakaźnych i innych chorób powodowanych warunkami środowiska, a także na prowadzeniu działalności oświatowo-zdrowotnej. Do zakresu działania inspektorów sanitarnych wykonujących swoje zadania przy pomocy stacji sanitarno-epidemiologicznych, w skrócie zwanych sanepidami, należy m. in. uzgadnianie projektów planów zagospodarowania przestrzennego oraz ustalanie warunków zabudowy i zagospodarowania terenu pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych oraz inicjowanie przedsięwzięć oraz prac badawczych w dziedzinie zapobiegania negatywnym wpływom czynników i zjawisk fizycznych, chemicznych i biologicznych na zdrowie ludzi, a także kontrola przestrzegania przepisów określających wymagania higieniczne i zdrowotne, m. in. dotyczących higieny środowiska, a zwłaszcza wody do spożycia, czystości powietrza atmosferycznego, gleby, wód i innych elementów środowiska, utrzymania należytego stanu higienicznego nieruchomości, zakładów pracy, instytucji, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, dróg, ulic oraz osobowego i towarowego transportu kolejowego, drogowego, lotniczego i morskiego, warunków produkcji, transportu, przechowywania i sprzedaży żywności oraz warunków żywienia zbiorowego, nadzoru nad jakością zdrowotną żywności, warunków zdrowotnych produkcji i obrotu przedmiotami użytku, materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością, kosmetykami oraz innymi wyrobami mogącymi mieć wpływ na zdrowie ludzi, warunków zdrowotnych środowiska pracy, a zwłaszcza zapobiegania powstawaniu chorób zawodowych i innych chorób związanych z warunkami pracy, higieny pomieszczeń i wymagań w stosunku do sprzętu używanego w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych, szkołach wyższych oraz w ośrodkach wypoczynku i higieny procesów nauczania. Do obowiązków inspektorów sanitarnych należy także inicjowanie i wytyczanie kierunków przedsięwzięć zmierzających do zaznajamiania społeczeństwa z czynnikami szkodliwymi dla zdrowia, popularyzowania zasad higieny i racjonalnego żywienia, metod zapobiegania chorobom oraz umiejętności udzielania pierwszej pomocy, pobudzanie aktywności społecznej do działań na rzecz własnego zdrowia, udzielanie porad i informacji w zakresie zapobiegania i eliminowania negatywnego wpływu czynników i zjawisk fizycznych, chemicznych i biologicznych na zdrowie ludzi, ocena działalności oświatowo-zdrowotnej prowadzonej przez szkoły i inne placówki oświatowo-wychowawcze, szkoły wyższe oraz środki masowego przekazywania, zakłady opieki zdrowotnej, inne zakłady, instytucje i organizacje.

27. października 2006

Pierwszy zgłoszenie napłynęło w połowie września b. r. z Niemiec, następne, 19. września – z Irlandii, kolejne z Holandii i Wielkiej Brytanii. Z Austrii w jednym dniu 21.września nadeszły 4 raporty, w dniu następnym z Włoch – 2, ze Słowenii – 1. Potem odezwała się Belgia i po raz kolejny i to po kilka razy Holandia, Austria i Niemcy, Wielka Brytania i znowu Belgia. W październiku Europejski System Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznych Produktach Żywnościowych i Środkach Żywienia Zwierząt (RASFF) otrzymał zgłoszenia z następujących państw: Norwegia – 7, Austria – 16, Finlandia – 2, Niemcy – 7, Cypr – 1, Szwecja – 4, Irlandia – 3, Włochy – 1, Francja – 2, Wielka Brytania – 4, Malta – 5.

W ramach systemu RASFF przesyłane są powiadomienia o produktach, które nie spełniając wymagań przepisów prawnych, stanowią równocześnie potencjalne zagrożenie dla zdrowia lub życia konsumentów.

Wymienione na wstępie zgłoszenia dotyczyły genetycznie modyfikowanego ryżu długoziarnistego importowanego z USA, choć było też kilka raportów z wykrycia genetycznie modyfikowanego ryżu importowanego z Chin, a zwłaszcza produktów sporządzonych z takiego ryżu określanych jako kluski.

Po raz kolejny muszę tu przypomnieć, że konsumentom żywności genetycznie modyfikowanej grozi alergia, oporność na antybiotyki i rak. Rozważany jest udział produktów inżynierii genetycznej w zaburzeniach metabolicznych prowadzących do szalejących – zwłaszcza w USA – epidemii otyłości i cukrzycy. Krytycznym problemem jest pleotropia, czyli zaskakująca ekspresja pojedynczego genu w jego nowej lokalizacji w konstelacji genów gospodarza, prowadząca do nieoczekiwanych i licznych efektów w zmodyfikowanym organizmie. Niespodziewanie mogą pojawić się białka, w tym toksyny i alergeny, będące powodem wielu zagrożeń zdrowia człowieka i środowiska.

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady z 2003r. w sprawie genetycznie zmodyfikowanej żywności i paszy przewiduje, że żadna genetycznie zmodyfikowana żywność ani pasza nie może zostać wprowadzona do obrotu na rynku Wspólnoty, chyba że jest ona objęta zezwoleniem wydanym zgodnie z tym rozporządzeniem. Nie należy przy tym zatwierdzać żywności i paszy zmodyfikowanej genetycznie, o ile nie zostało wykazane w sposób właściwy i wystarczający, iż nie wywiera ona szkodliwych skutków dla zdrowia ludzi, zwierząt lub środowiska naturalnego, nie wprowadza konsumenta ani użytkownika w błąd ani nie odbiega od żywności czy też paszy przeznaczonej do zastąpienia w takim zakresie, że jej normalne spożycie byłoby ze względów żywieniowych niekorzystne dla ludzi lub zwierząt.

Na obszarze Unii Europejskiej żaden ryż genetycznie modyfikowany nie jest dopuszczony do obrotu.

W dniu 18 sierpnia 2006r. władze USA poinformowały Komisję, że produkty z ryżu zanieczyszczone genetycznie zmodyfikowanym ryżem pod nazwą Liberty Link RICE 601, który nie był zatwierdzony do wprowadzenia do obrotu, zostały znalezione w próbkach ryżu długoziarnistego pobranych na rynku USA. Zanieczyszczenie produktów było zgłoszone władzom amerykańskim w dniu 31. lipca 2006r. przez koncern agrochemiczny Bayer, tj. firmę, która opracowała genetycznie zmodyfikowany ryż LL RICE 601, oficjalnie dopuszczony tylko do eksperymentów polowych w latach 1999 – 2001. Pomimo wniosków ze strony Komisji, władze USA nie były w stanie zagwarantować, że produkty z ryżu przywożone ze Stanów Zjednoczonych nie zawierają ryżu LL RICE 601.

Z tego powodu dnia 5. września 2006r. zapadła Decyzja Komisji sprawie środków nadzwyczajnych w odniesieniu do niedozwolonego genetycznie zmodyfikowanego organizmu pod nazwą LL RICE 601 w postaci ryżu długoziarnistego pochodzącego z USA. Zgodnie z decyzją państwa członkowskie mają obowiązek wyrywkowo pobierać próbki produktów wprowadzonych do obrotu i je analizować w celu potwierdzenia nieobecności genetycznie zmodyfikowanego ryżu LL RICE 601, a w przypadkach wykrycia tego ryżu informować Komisję Europejską za pomocą systemu wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach – RASFF.

W naszym kraju dopiero 4. października 2006r. ukazała się informacja Głównego Inspektora Sanitarnego w sprawie nieautoryzowanego genetycznie zmodyfikowanego ryżu LL Rice 601 głosząca, iż Główny Inspektor Sanitarny bezzwłocznie zobowiązał Państwowych Wojewódzkich Inspektorów Sanitarnych do podjęcia stosownych działań w celu spełnienia wymagań Decyzji Komisji z 5. września 2006r., w tym pobrania wstępnie 50 próbek produktów spożywczych, które potencjalnie mogą zawierać ryż LL RICE 601. Próbki te do dnia 10. października 2006r. miały być przekazane do akredytowanego laboratorium badania żywności genetycznie zmodyfikowanej działającego w strukturach Państwowej Inspekcji Sanitarnej, w którym miały zostać zbadane. Wyniki badań miały być umieszczone na stronie internetowej Głównego Inspektoratu Sanitarnego. Do 26. października zapowiedź ta nie została zrealizowana.

Każdy ma prawo oczekiwać bezpiecznego powrotu swojego dziecka spod opieki innych dorosłych, zwłaszcza, kiedy wiek tego dziecka czyni je szczególnie bezbronnym. Każdy ma prawo oczekiwać bezpiecznego zakupu wszystkich produktów obecnych w obrocie, zwłaszcza, kiedy charakter tych produktów budzi niepokój na całym świecie. Polskim rodzicom i konsumentom te prawa też przysługują.

Świeże jeszcze rany, jakie odnieśliśmy wszyscy w związku z tragedią w gdańskim gimnazjum nie zaczęły się jeszcze goić, ale już władze potrafiły wykazać się programem naprawy sytuacji i przeciwdziałania kolejnym nieszczęściom.

W projekcie budżetu na 2007r. na realizację celu określonego jako zapewnienie warunków i nadzoru sanitarnego kraju zaplanowano 695 888 000 złotych, o 12% więcej niż na rok bieżący. Wśród działań zmierzających do zrealizowania tego celu wymienia się poprawę jakości i efektywności działania oraz wizerunku Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

4. listopada 2006

Co roku pierwsze dni listopada stwarzają bezcenną okazję do ogólnonarodowej refleksji nad kruchością człowieczego życia na tym świecie. Memento mori – pamiętaj, że umrzesz – przypomnienie, że nie można uniknąć śmierci płynie z każdego krzyża nagrobnego, z każdego kamienia z wyrytą datą narodzin i zgonu.

Wszyscy przechodnie mogą szybko obliczyć liczbę lat, które przeżył człowiek pochowany w mijanym grobie. Bliscy zmarłej osoby wiedzą więcej. Znają okoliczności śmierci, potrafią dokładnie wymienić jej przyczyny, nawet podać nazwę choroby, która doprowadziła do zgonu. Na wspomnienie ukochanych członków rodziny, przyjaciół, sąsiadów oczy zachodzą nam łzami. Czujemy się opuszczeni, pozbawieni wszystkiego, co zmarła osoba wnosiła w nasze życie. Nawet, jeśli był to Ktoś, o kogo świętości jesteśmy wszyscy przekonani i ufamy, że trafi prosto do Nieba, to też płaczemy na Jego wspomnienie, bowiem czujemy się osieroceni. Śmierć Jana Pawła II pogrążyła w głębokim smutku największą liczbę ludzi na świecie pomimo wyznawania przez przytłaczającą większość żałobników wiary w życie wieczne i świętych obcowanie. Zgodnie ze swoją naturą ludzie cierpią po śmierci najbliższych, nawet tych, którzy życiem doczesnym zasłużyli na życie wieczne pełne radości będącej tajemnicą wiary.

Część wszystkich świętych, o których wiemy i tych, których nazwisk nie znamy, wykazywała się świętością już od chwili osiągnięcia dojrzałości ciała i umysłu pozwalającej uznać człowieka za świadomego swoich czynów i odpowiedzialnego za wybór postępowania. Inni po latach grzesznego życia doznali nagłej przemiany, bądź też zbliżali się do świętości powoli, w wyniku stopniowego dochodzenia do takiego korzystania z przywileju wolnej woli, jakie cieszy Pana Boga i służy ludziom.

Wszyscy wiemy, że z upływem lat życia przychodzi i rozum i pobożność. Im więcej ludzi dożyje wieku, w którym doświadczenie życiowe pozwoli odrzucić marność pokus świata doczesnego i żałować za popełnione grzechy, tym więcej dusz zasłuży na życie wieczne. Im dłużej człowiek żyje, tym ma większe szanse uzyskać odpuszczenie grzechów i naprawić krzywdy wyrządzone bliźnim. Z kolei wykazując się cechami świętości, może za życia pociągać innych ludzi swoim przykładem czy nauczaniem. Stąd dbałość każdego człowieka o własne zdrowie doczesne niesie skutki wieczne dla niego samego i innych ludzi. Nie ma nic wspólnego z przyklejaną jej etykietą kultu ciała, apoteozy fizyczności, mody na urodę. Dbałość każdego o własne zdrowie doczesne jest wynikającym z dekalogu obowiązkiem człowieka wobec siebie samego i osób zależnych, do których zaliczają się nie tylko najbliżsi, lecz także liczni nieznajomi.

Dbałość o zdrowie nie własne a innych osób jest oczywiście także obowiązkiem prawnym. Trzeba powiedzieć, że prawo w Polsce pozostaje daleko w tyle za przepisami chroniącymi zdrowie obywateli innych krajów. Przypomina nam o tym wszechobecny dym tytoniowy, który musimy wdychać w miejscach użyteczności publicznej, nawet przy drzwiach wejściowych do szpitali i przychodni, nie mówiąc o przystankach autobusowych i tramwajowych. Zakaz palenia tytoniu w miejscach publicznych wprowadziło już wiele krajów świata, w tym zaliczanych do grupy tzw. rozwijających się. Jazda samochodem po spożyciu alkoholu jest tak częstą w Polsce przyczyną zdarzeń drogowych prowadzących do śmierci, trwałego kalectwa i ciężkich chorób wielu ludzi nie dlatego, że Polacy piją więcej niż inni, ale dlatego że kary za pijaną jazdę są zbyt niskie i w jakże wielu przypadkach możliwe do uniknięcia przez uprzywilejowanych beneficjentów rzeczypospolitej skorumpowanej. Znaczna część reklam i przekazów kryptorekalmowych publikowanych w przeznaczonych dla Polaków środkach masowego przekazu nie mogłaby pojawić się w innych krajach, bo stanowiłaby naruszenie prawa chroniącego widzów, słuchaczy i czytelników, też tych najmłodszych, przed epidemią otyłości, cukrzycy, raka i chorób serca, a także tych i wielu innych działań niepożądanych leków sprzedawanych bez recepty.

Owszem, siłami rządowej koalicji wprowadzane są zaostrzone sankcje karne, choćby zwiększające odpowiedzialność za niezgodne z przepisami o ochronie zdrowia konsumentów wprowadzanie do obrotu i znakowanie żywności genetycznie zmodyfikowanej, za co od 28. października 2006r. grozi kara do pozbawienia wolności do lat 2. Nie wiadomo jednak, czy nowa ustawa o bezpieczeństwie żywności będzie realizowana mniej opieszale niż ją poprzedzająca – o warunkach żywności i żywienia i czy wyeliminuje łamanie prawa sanitarnego na masową skalę. Nie brak prawa a niemrawe egzekwowanie obowiązujących przepisów jest przyczyną poczucia bezkarności, które stoi za kolejnymi skandalami wytrwale ujawnianymi przez dziennikarzy. Ostatnio przerażeni konsumenci z mediów dowiedzieli się o karmieniu zwierząt hodowlanych mączką mięsno-kostną i o przerabianiu padliny na wędliny. Osiąganie zysku kosztem zdrowia i życia innych ludzi jest, niestety, często spotykane, ale za jego ujawnianie i eliminowanie podatnicy płacą funkcjonariuszom państwowym, nie dziennikarzom.

Za tydzień uwagę Rodziny Radia Maryja pozwolę sobie skupić na postępach prac nad zagrożeniami zdrowia w następstwie skażenia środowiska. W najbliższych latach muszą zniknąć z ekologicznej mapy Polski czarne punkty położone w obrębie takich miejscowości, jak Tarnowskie Góry, Wiślinka pod Gdańskiem, Siechnice pod Wrocławiem, znajdujące się na obszarze powiatu Piła i gminy Szczucin. Zanim zapowiedziana góra pieniędzy zostanie przeznaczona na inne cele, obowiązkiem nas wszystkich jest ochronić zagrożone zdrowie i życie tysięcy ludzi. Dajmy im szanse na świętość.

10. listopada 2006

Według prasy zachodniej w latach 2007 – 2013 dla Polski przeznaczone są pieniądze większe od Funduszu Marshalla, który nie tylko wydobył Republikę Federalną Niemiec z powojennych gruzów, lecz także uczynił z niej jedną z wiodących gospodarek świata. The Guardian pisze, że dla Polaków, którzy w końcu dostają te pieniądze z Europy nie są one jak Fundusz Marshalla a są Funduszem Marshalla wypłacanym właśnie teraz za rozbiory i okupację Polski.

Nie wydaje się możliwe, aby w obecnym układzie politycznym w Polsce doszło do bezczelnego rozkradzenia tych pieniędzy, wystawienia naszego kraju na pośmiewisko i wprowadzenia Polaków w stan osłupienia i wściekłości na własną głupotę nad wyborczą urną. Możemy mieć nadzieję, że sprawne służby państwowe będą potrafiły na czas wykryć i ujawnić sytuacje korupcjogenne i przypadki korupcji niszczącej naszą Ojczyznę i jej opinię w świecie. A jaka może być ta opinia, skoro według najnowszej klasyfikacji Transparency International w 2006r. Polska znalazła się na 61. pozycji za państwami najmniej zżeranymi przez raka korupcji, którymi są Finlandia, Islandia i Nowa Zelandia. Mniej skorumpowane od Polski są nie tylko wszystkie państwa Unii Europejskiej, Australia, Kanada, Japonia, USA, lecz także Chile, Urugwaj, Izrael, Malezja, Korea, Namibia, Botswana, Afryka Południowa, większość państw arabskich, Turcja i Kolumbia. W stosunku do 2005r. sytuacja uległa minimalnej poprawie, ale nadal jest dramatycznie zła i w pełni uzasadnia bezwzględne i ostre podejście do problemu korupcji w Polsce. Skoro przed rokiem wyborcy w większości korupcję odrzucili, choć sami musieli po części być jej sprawcami, należy działać szybko i nie dopuścić do rozpanoszenia się zarazy zła, utraty wiary w powodzenie zmian i zdolność samooczyszyszczenia się Polski z mafijnych układów. Bezradna większość prawomyślnych obywateli czeka nadal na efekty wyborczych obietnic sprzed roku, a przy tym z niepokojem wypatruje skutków nadchodzących wyborów samorządowych, które na cztery najbliższe lata mogą oddać w ręce członków i najemników lokalnych szajek nie tylko władzę, ale i ogromne pieniądze z Funduszu Marshalla dla Polski.

Kwota 80 miliardów euro, które mają uzupełnić nasz budżet w latach 2007 – 2013, jest przeznaczona na cele społeczne i infrastrukturę regionalną. Wybierane przez nas w najbliższą niedzielę władze samorządowe powinny zadbać, aby za te środki raz na zawsze usunąć z ekologicznej mapy Polski czarne punkty położone w obrębie takich miejscowości, jak Tarnowskie Góry, Wiślinka pod Gdańskiem, Siechnice pod Wrocławiem, znajdujące się na obszarze powiatu Piła i gminy Szczucin. Warto zwrócić uwagę na fakt, że skutki oddziaływania tych megaźródeł szkodliwych substancji chemicznych wielokrotnie przekraczają liczbę potencjalnych ofiar leku działającego podobnie do pavulonu, który znalazł się w tysiącach fiolek z napisem Corhydron produkcji Przedsiębiorstwa Farmaceutycznego Jelfa. W odróżnieniu jednak od skandalu związanego z bezczynnością inspektorów farmaceutycznych nie budzą powszechnego przerażenia w kraju, może dlatego, że są problemami pozornie lokalnymi, ostentacyjnie lekceważonymi przez kolejne rządy i władze samorządowe, a co najgorsze zamiatanymi pod dywan przez władze sanitarne, które pomimo ustawowych obowiązków nie inicjują przedsięwzięć oraz prac badawczych w dziedzinie zapobiegania negatywnym wpływom czynników i zjawisk fizycznych, chemicznych i biologicznych na zdrowie ludzi. Bez rzetelnych badań epidemiologicznych mieszkańcy nie mają twardych argumentów na obronę swojego zdrowia i życia. Tym łatwiej inspektorom sanitarnym oddalać obawy ludzi wyciągających oparte o zdrowy rozsądek wnioski z faktu narażenia na oddziaływanie hałdy związków baru, boru i cyjanku i innych trucizn w Tarnowskich Górach lub fosfogipsów w Wiślince pod Gdańskiem. Udział stacji sanitarno-epidemiologicznych w ocenie zagrożeń jest niezastąpiony. Tylko dzięki wprowadzeniu w 2000r. cywilizowanych norm na wodę wodociągową mieszkańcy Tarnowskich Gór dowiedzieli się, że poziom trójchloroetylenu (TRI) w ich kranach przekracza dopuszczalny poziom aż 60 razy! Hałda po byłych zakładach chemicznych powoduje dobrze rozpoznane skażenie zbiorników wód podziemnych stanowiących źródło zaopatrzenia w wodę pitną dla 600 000 ludzi.

Z kolei złożona z metali ciężkich i popiołów hałda po zbrojeniowej hucie stali chromowej w miejscowości Siechnice znajduje się w odległości 300 metrów od ujęcia wody powierzchniowej dostarczającego wodę do Zakładu Produkcji Wody we Wrocławiu zamieszkałym przez 640 000 ludzi. Szczegółowe, nawet rozszerzone badanie wody jest tu więc niezbędne. Niestety, od 17. sierpnia 2006r. nie istnieje w Polsce przepis prawny zapewniający bezpieczeństwo i zdrowie konsumentom wody wodociągowej – do 9. listopada minister zdrowia nie wydal nowego rozporządzenia w tej sprawie, choć o takiej potrzebie jest wiadomo od półtora roku.

W odległości 10 km od centrum Gdańska znajduje się hałda fosfogipsów, na którą zrzucane są dodatkowo osady z oczyszczalni ścieków. Pył powstały w wyniku erozji jest roznoszony przez wiatr i wdychany przez ludzi w szerokim promieniu.

Wielkopolska roi się od czarnych punktów, w których źródła szkodliwości i uciążliwości mogą istnieć, a nawet nasilać swoje oddziaływanie na zdrowie i życie ludzi tylko dlatego, że akurat tam są inwestycje uruchamiane i działające z pogwałceniem obowiązującego prawa sanitarnego. Korupcja polityczna inspektorów jest powszechnie krytykowana od dawna, a jej najbardziej ostre przejawy są przyczyną cierpień mieszkańców powiatu pilskiego, wsi Więckowice i wielu innych miejsc, o których cały świat dowiaduje się z przerażeniem z telewizji.

Jednak za rekordowe należy uznać przynoszące Polsce hańbę traktowanie mieszkańców gminy Szczucin w Małopolsce. Obszar klęski ekologicznej sięga poza granice tej gminy i wiąże się z zagrożeniem azbestem dobrze rozpoznanym już w 1998r., kiedy oszacowano objętość odpadów azbestowych i mas ziemnych zanieczyszczonych azbestem na 1 mln metrów szesc. i wykazano przy tym ponad 68-krotnie wśród mężczyzn i ponad 30-krotnie wśród kobiet zwiększoną umieralność z powodu nowotworu swoistego dla narażenia na azbest – międzybłoniaka opłucnej.

W wyborach samorządowych warto kierować się zdrowym rozsądkiem i postawić na tych, którzy dowiedli, że potrafią zadbać o zdrowie i życie wyborców.

17. listopada 2006

Rozwój cywilizacji doprowadził do ścisłego sformalizowania uprawnień zastrzeżonych dla poszczególnych karier zawodowych osób posiadających ten sam dyplom. Absolwent prawa z doświadczeniem radcy prawnego nie założy togi sędziego, jak i prokurator nie zamieni się miejscami z adwokatem. Różne są także drogi życiowe lekarzy. Podstawowy wybór podejmowany najczęściej wkrótce po zakończeniu stażu podyplomowego dotyczy lekarskiej specjalizacji. Specjalizacja uprawnia lekarza do wykonywania zawodu w wybranej dziedzinie medycyny bez konieczności zwracania się w razie potrzeby o opinię do kolegów posiadających inną wiedzę specjalną.

Dzięki temu pacjent może mieć pewność, że w zwykłych warunkach nad stołem operacyjnym pochyli się chirurg a nie np. pediatra albo specjalista od menopauzy, a nawet weterynarz, co wszakże miałoby uzasadnienie np. w czasie wojny lub w głębi buszu afrykańskiego.

Jest sprawą oczywistą, że odpowiedzialność lekarza jest tym większa, im więcej ludzi oddaje w jego ręce swoje zdrowie i życie. Najbardziej zapracowani chirurdzy z wielkim poświęceniem dzień w dzień ratują życie wielu pacjentom, ale choćby wszyscy lekarze byli wyłącznie chirurgami i tak nie podołaliby lawinie przypadków będących skutkiem zaniedbań w obszarze zdrowia publicznego. Trzeba też podkreślić, że zdrowie publiczne w żadnym przypadku nie ogranicza się do systemu ratownictwa medycznego. Owszem, sprawny system ratownictwa jest wizytówką każdego państwa, w którym na wypadek katastrof, kataklizmów i nagłego pogorszenia zdrowia każdy obywatel i każdy przybysz powinien mieć równy dostęp do kwalifikowanej pomocy medycznej w każdym miejscu i każdym czasie. Tu podatnik musi ponieść wysokie, ale dobrze uzasadnione wydatki na stworzenie i utrzymanie systemu, łączność, transport samochodowy i śmigłowcowy, aparaturę i leki, nawet gdyby w przeliczeniu na jedno uratowane życie ludzkie były to koszty niewspółmiernie wysokie w stosunku do nakładów na zapobieganie wypadkom drogowym, katastrofom budowlanym, powodziom, pożarom oraz epidemiom chorób zakaźnych i niezakaźnych.

Nikogo nie można zostawić bez pomocy medycznej, ale też nie można zaniedbywać innych niż ratownictwo obszarów zdrowia publicznego. Co z tego, że na pobliskim polu wyląduje helikopter sokół ze Świdnika, z którego wybiegnie wysoko wykwalifikowana ekipa ratowników, jeżeli ratowany pacjent umrze, bo we fiolce oznakowanej jako lek wchodzący w skład określonego przepisem prawnym zestawu przeciwwstrząsowego znalazła się trucizna o działaniu kurary lub lepiej znanego w Polsce pavulonu? Co z tego, że ponoszone są ogromne koszty poprawy wizerunku Polski w oczach światowej opinii publicznej, skoro pierwsze pytanie zadane mi po ujawnieniu skandalu z Corhydronem przez dziennikarza światowego koncernu medialnego, który nie jest i nie musi być przesadnie życzliwy naszym interesom, dotyczyło wiarygodności polskiego systemu nadzoru nad jakością leków, a tym samym ryzyka, jakie ponoszą nabywcy leków produkowanych w Polsce? Czy był to błąd fabryki leków, czyn szaleńca, zamach terrorystyczny? A co to obchodzi lekarza i pacjenta, zwłaszcza wtedy, kiedy nie musi kupować leków z konkretnej fabryki, a nawet z obszaru kraju, w którym działa skompromitowany system nadzoru nad jakością leków. Czy można było przeciąć ciąg zdarzeń zagrażających życiu ludzi i rujnujących naszą gospodarkę inaczej niż to uczynił premier, na użytek krajowej i zagranicznej opinii publicznej ogłaszając dwie decyzje: jedną – o wstrzymaniu produkcji leków o niepewnej jakości i drugą – o przyjęciu rezygnacji głównego inspektora farmaceutycznego, zgodnie z ustawą kierującego Inspekcją Farmaceutyczną w celu zabezpieczenia interesu społecznego w zakresie bezpieczeństwa zdrowia i życia obywateli przy stosowaniu produktów leczniczych i wyrobów medycznych.

System ratownictwa medycznego i program sztucznego serca są ważne, ale stosowanie w zdrowiu publicznym zasady krótkiej kołdry prędzej czy później musi skończyć się skandalem związanym z ujawnieniem tragicznych faktów, które nawet zatajone i tak przecież kosztują życie i zdrowie wielu ludzi.

Równolegle ze sprawą Corhydronu toczy się sprawa ryżu genetycznie modyfikowanego, o czym od 3. października już wielokrotnie informowałem polską opinię publiczną.

15. listopada 2006r. TELEXPRESS zawiadomił, że właśnie w tym dniu rozpoczęto zwracanie skażonego ryżu do producenta. Dwie i pół godziny później WIADOMOŚCI tego samego Pierwszego Programu Telewizji Polskiej stwierdziły, że nie od połowy listopada a od początku października wycofano w Polsce ponad 300 ton ryżu ze Stanów Zjednoczonych, zaś pani rzeczniczka prasowa Głównego Inspektora Sanitarnego była uprzejma problem zbagatelizować: “mowa o śladowych ilościach genetycznie modyfikowanego ryżu, śladowe ilości, czyli tak naprawdę niewielkie, na tysiące ziarenek mogło być jedno ziarenko gmo”. Tydzień wcześniej Państwowa Inspekcja Sanitarna powiadomiła poprzez internet, że tylko w 3 próbkach na 48 zbadanych na terenie trzech województw stwierdziła obecność materiału genetycznie zmodyfikowanego, a w jednym województwie inspektorzy wcale nie znaleźli ryżu długoziarnistego w obrocie! Przedstawicielka Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu przed kamerą WIADOMOŚCI ujawniła przyczyny tych skromnych osiągnięć: “otrzymaliśmy informacje gdzie i jakich sklepach może być, w jakich sieciach i tam nasze służby monitorowały jak wygląda wycofywanie”. A przecież zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej wydaną z 5. września 2006r. państwa członkowskie mają obowiązek wyrywkowo pobierać próbki produktów wprowadzonych do obrotu i je analizować w celu potwierdzenia nieobecności genetycznie zmodyfikowanego ryżu LL RICE 601, a w przypadkach wykrycia tego ryżu informować Komisję Europejską za pomocą systemu wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach – RASFF.

Pierwsze powiadomienia o wykryciu skażonego ryżu pojawiły się już 15. września w tych państwach Unii Europejskiej, które potrafią zadbać o zdrowie swoich obywateli i wizerunek swojego przemysłu. W naszym kraju kołdra zainteresowania działalnością inspekcji zdrowia publicznego jest zbyt krótka, aby zagrzać do działania wszystkich, od których zależy zdrowie, życie i dobrobyt Polaków.

W tej sytuacji warto sięgnąć do doświadczeń konsumentów amerykańskich. W 2002r. niewielkiej liczbie osób wypłacono łącznie 9 milionów dolarów odszkodowania za rozstrój zdrowia w następstwie spożycia śladowych ilości genetycznie modyfikowanej kukurydzy StarLink zarejestrowanej w USA tylko jako pasza dla bydła. Genetycznie modyfikowany ryż Liberty Link 601 nigdzie na świecie nie był dopuszczony do spożycia. Nawet przez bydło.

24. listopada 2006

Ojciec miasta Ruda Śląska, pan Andrzej Stania obiecał objąć niezawodną opieką rodziny 23 mężczyzn, którzy zginęli w czeluściach kopalni Halemba uznawanej za jedną z najbardziej niebezpiecznych w Polsce. Były górnik wie, co mówi, kiedy odnosi się do najbardziej tragicznych realiów życia na Śląsku. Pomoc wdowom i sierotom po zasypanych górnikach to tylko jedna z form rzeczywistej solidarności między ludźmi w tej części Polski. Nie gazetowej, nie sloganowej, nie partyjnej a prawdziwej solidarności człowieka z człowiekiem w potrzebie. Ludzie zamieszkali na Śląsku od setek lat opierają swój byt o pracę w górnictwie. Augustyn Morcinek, zanim został pisarzem znanym jako Gustaw Morcinek, pracę w kopalni podjął w wieku 16 lat. Kiedy miał lat 19, dzięki pieniądzom zebranym przez górników poszedł do szkoły nauczycielskiej, stał się odważnym obrońcą polskości Śląska, śląskim pisarzem, dla którego Zofia Kossak była literacką matką chrzestną. Za felietony, w których kpił z polakożerców w rodzaju Bismarcka, w latach 1939 – 1945 Niemcy więzili pisarza obozach śmierci Sachsenhausen i Dachu. Po wojnie był wykorzystywany do sowietyzacji Polski. Jednak nowela Gustawa Morcinka ŁYSEK Z POKŁADU IDY z 1933r. jako lektura szkolna wielu ludziom w Polsce przybliżyła realia śląskich kopalń węgla. Budziły one grozę i podziw dla ludzi potrafiących podołać podziemnym żywiołom i przeżyć okrutny wyzysk. Nieludzkie warunki pracy na dole nie były nie do pokonania przez tysiące mężczyzn, najczęściej synów chłopskich, przybywających co roku na Śląsk z Podbeskidzia, Podhala, Podkarpacia, Kielecczyzny i jeszcze dalszych stron kraju, gdzie z roli nie dało już się wyżyć, na Saksy albo za morze nie werbowali, a do pracy najemnej brano tylko na kopalni.

W XXI wieku dużą aglomerację Śląska i Zagłębia zamieszkuje co dziesiąty Polak. I nadal mężczyźni są gotowi do pracy w nieludzkich kopalnianych warunkach, bo innych możliwości nikt im nie oferuje na tyle skutecznie, aby zechcieli je przyjąć i wyrwać się zaklętego kręgu niemocy Państwa Polskiego skazującego ludzi na warunki życia i pracy urągające poziomowi współczesnej cywilizacji. Dumping socjalny i pracowniczy w kopalniach węgla jest wprost wpisany w tę gałąź gospodarki, oszczędności na bezpieczeństwie, zdrowiu i życiu górników obniżają cenę węgla i czynią ją niższą od oferowanej przez konkurencję, która mniej ryzykuje życiem pracowników.

Ludzie na Śląsku doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka w kopalniach takich jak Halemba. A jednak je podejmują. Z takich samych powodów, z jakich każdy z nas wziąłby jedyną dostępną pracę pozwalającą zarobić na rodzinę. Niedawno w telewizji można było zobaczyć reportaż z kopalnianego chodnika, który górnicy przemierzali, czołgając się pod górę. Przypomniałem sobie wtedy pacjentów z kopalń wałbrzyskich, z typowym dla górników alergicznym wypryskiem dłoni, czyli egzemą, alergiczną chorobą skóry w następstwie uczulenia na chrom. Prosili o skuteczne i szybkie wyleczenie zmian skórnych utrudniających im pracę. Silny świąd, ból, krwawiące rany na dłoniach i na twarzy nie były dla nich wystarczającym powodem pójścia na zwolnienie lekarskie, bo zbyt dużą ponieśliby stratę finansową z powodu nieobecności w kopalni. Wałbrzyskie kopalnie cennego surowca zostały zamknięte z powodu niebezpiecznych warunków eksploatacji węgla. Ryzyko wydobycia węgla było uznane za zbyt duże. W uzasadnieniu podawano trudne warunki geologiczne, w tym chodniki, w których można było tylko się czołgać, a ściany fedrować tylko na klęczkach. Kopalnie wałbrzyskie zamknięto, ludzie poszli na bruk, ich problemy do dzisiaj nie są rozwiązane.

Szkoda, że obcnie Śląsk nie ma swojego polskiego piewcy, jakim był Gustaw Morcinek. Pisarz ten stracił wiele w wyniku poddania się komunistycznej manipulacji. Opowiadając się po stronie imperium zła, zaprzeczył wspaniałemu dorobkowi z okresu międzywojennego. Narodowy i ekonomiczny wyzysk polskiego Śląska z rąk Niemców przejęli, z krótką przerwą, Rosjanie. I Morcinek swoją aktywnością polityczną w PZPR konserwował kontestowane wcześniej kopalniane realia, które teraz rozpatruje się w kategoriach łamania praw człowieka, obywatela i pracownika.

Czy jednak koniecznie trzeba liczyć na pisarza, aby dzisiaj obudzić ludzkie sumienia? Czy prawda o dzisiejszym Śląsku nie bije z telewizyjnego ekranu? Czy rzeczywistości nie odsłania tragedia 23 mężczyzn z kopalni Halemba? Właściciele kopalń, nadzór górniczy, związkowcy, inspektorzy pracy, sanitarni otrząśnijcie się! Wasza decyzja lub zaniechanie może być wyrokiem śmierci. Politycy odpowiedzialni za zatrudnienie przenieście się na Śląsk! Zaparkujcie limuzyny i przejdźcie piechotą chociaż kilka ulic śląskich miast, zajrzyjcie na podwórka. Zapytajcie ludzi z czego żyją, za co kupują jedzenie dzieciom. Wyciągnijcie tysiące rodzin z chciwych łap żerujących na ludzkim nieszczęściu. Zorganizujcie transport na budowy, na których nie ma rąk do pracy. Przestańcie marnować publiczne pieniądze na pozorowaną walkę z bezrobociem i nauczcie ludzi dobrze płatnych i coraz bardziej deficytowych zawodów – hydraulika, kafelkarza, malarza, ślusarza, stolarza.

Pan prezydent Andrzej Stania według ogólnodostępnej informacji szczególnie zajmuje się uporządkowaniem gospodarki wodno – ściekowej i odpadami, budownictwem mieszkaniowym, promocją miasta skutkującą wzrostem firm i miejsc pracy. Ojciec miasta chce udowodnić, że Ruda Śląska jest najpiękniejszym miastem na świecie. Po modlitwie za tragicznie zmarłych, pomódlmy się za tych, którzy troszczą się o pozostałe po nich wdowy i sieroty.

1. grudnia 2006

Dorastając, człowiek jest bezradny i bezbronny wobec problemów, które niesie codzienne życie rodzinne, szkolne i pozaszkolne. Rodzina ma zapewnić młodemu człowiekowi opiekę i pełne oparcie. Nie mniejsze a większe niż córeczce i synkowi, kiedy byli malutkimi jeszcze dziećmi. Jest takie powiedzenie: małe dziecko – małe problemy, duże dziecko – duże problemy. I tym dużym problemom matka i ojciec też muszą stawić czoła, w żadnym przypadku nie rezygnując w sytuacjach najtrudniejszych, które wprost są walką o życie własnego dziecka. Kto, jeśli nie matka i nie ojciec ma wbrew wszelkim trudnościom i piętrzącym się przeszkodom wytrwale, do ostatnich sił zabiegać o życie własnego dziecka? Kiedy ojciec i matka sami wymagają pomocy, albo jedno z nich porzuciło rodzinę, wówczas energiczną opiekę nieraz przejmuje babcia lub dziadek, starsze rodzeństwo, lub dalsza rodzina, ale z reguły to rodzice ponoszą trudy wychowania dorastającego dziecka.

A są to trudy niemałe, na które składają się głównie wynikające z czystej anatomii i fizjologii tysięczne problemy tej fazy psychofizycznego dojrzewania człowieka, nieodparty pociąg do eksperymentów, chęć sprawdzania się w nowych rolach i wreszcie zupełnie bezkrytyczny stosunek do otrzymywanych propozycji, ofert i zachęt.

Jak łatwo jest manipulować młodymi ludźmi wiedzą najlepiej producenci napojów słodzonych wysokofruktozowym syropem skrobiowym, którego wpływ na rozwój epidemii cukrzycy i otyłości zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży był ostatnio ponownie dobitnie podkreślony przez światowe autorytety. Ta sprawa jest może mało znana w naszym kraju, stąd też wielkie interesy producenta syropu i jego klientów, czyli firm wytwarzających markowe produkty spożywcze słodzone syropem. Ale o wpływie nadmiaru kalorii na zniekształcającą nadwagę i zabójczą otyłość chyba wszyscy słyszeli. Każdy rozsądny człowiek, nawet bardzo młody, jak tylko umie już liczyć, może sam się przekonać, że tylko jedna jedyna puszka słodkiego napoju gazowanego pokrywa 13-16% dziennego zapotrzebowania na energię młodej osoby ważącej 50 kg. Dwie puszki słodkiego napoju to już od jednej czwartej do jednej trzeciej kaloryczności pożywienia potrzebnej nastolatkom na całą dobę! Producenci napojów, batonów i innych słodzonych przekąsek zaspokajają wzmożone zapotrzebowanie dzieci i młodzieży na słodycze, na wszelkie możliwe sposoby kusząc młodych konsumentów reklamami osadzonymi w młodzieżowym środowisku, charakterystycznymi atrybutami, językiem, modą. Dokładnie w ten sam sposób, którym posługują się producenci sprzętu do słuchania muzyki, czy to z głośników o wielkiej mocy, czy ze słuchawek, a więc urządzeń, które składają się na poważny ubytek słuchu, głuchotę u 2 na 5 Polaków.

Na tej samej zasadzie wtopienia się w świat swoich klientów działa światowy przemysł narkotykowy. Już kierownicy średniego szczebla zarządzania w narkobiznesie to ludzie w sile wieku, nieraz bardzo poważani inwestorzy, biznesmeni, politycy, właściciele wielkich posiadłości, luksusowych aut i samolotów. Tak potrafili zorganizować podaż i popyt, że okrutnie eksploatując biedaków n.p. w Afganistanie czy Kolumbii, wyciskają równocześnie ostatnie siły z tysięcy finalnych sprzedawców, czy to uzależnionych, czy też na zimno zarabiających pieniądze na swoich rówieśnikach. Dorastając, młody człowiek odrywa się stopniowo od mamy i taty, a nie będąc pewnym pączkującej samodzielności, silnie utożsamia się z grupą rówieśniczą, naśladuje zachowania rówieśników. Zachowuje się tak, jak wszyscy znajomi się zachowują. Tak samo się ubiera, mówi, bawi. Kiedy ciągle słyszy i widzi, że wszyscy biorą narkotyki, nie odmówi przyjęcia pierwszej porcji, nieraz darmowej, od sprzedawcy, który sobie upatrzył nową ofiarę. Sprzedawca narkotyków, tak samo ubiera się, mówi, bawi jak wszyscy. Tyle że ma za zadanie sprzedać jak najwięcej powierzonego mu towaru. Często jest autorytetem, narzuca styl, wyśmiewa tych ‘spiętych’ i tych ‘niewyluzowanych’. Z oczywistych powodów jest entuzjastą pełnej swobody, wszelkiej możliwej wolności dla każdego w każdym wieku, a zwłaszcza legalizacji narkotyków, bo w Amsterdamie są legalne, bo spadnie przestępczość itp. Chętnie opowiada o swoich halucynacjach, wizjach, inicjuje o nich rozmowy, wreszcie sprzedaje swój towar. Z taką samą tęga miną, jak sprzedawcy puszek słodzonych napojów, głosi, że niektóre narkotyki tak naprawdę nie są szkodliwe dla zdrowia. Młodzi naiwni wierzą tym zapewnieniom, bo u nastolatków poczucie zagrożenia odległymi skutkami prawie nie istnieje, trzydziestolatek jawi się starcem. Szeptana reklama działa skutecznie. W szkołach i dyskotekach wiadomo, od kogo można kupić narkotyk. Jak każdy interes na wielką skalę, narkobiznes ma wsparcie w filmach, kolorowych czasopismach, w showbiznesie. Gwiazdy narzucające swój styl milionom młodych ludzi, popularni politycy, eksperci, właściciele stacji telewizyjnych, wydawcy to nieraz marionetki w rękach szefów światowego przemysłu narkotykowego zawsze połączonego z handlem ludźmi. Ludźmi młodymi płci obojga, których podaż nie zaspokaja zwyrodniałego popytu i dlatego podejmowane są wzmożone działania na rzecz uruchomienia nowych zasobów żywego towaru, zwłaszcza w krajach, gdzie wielu młodych dorasta w rodzinach doprowadzonych do ubóstwa. Warto te sprawy przemyśleć w Światowym Dniu AIDS 2006r.

 15. grudnia 2006

Życie wszystkich stworzeń – ludzi, zwierząt i roślin – toczy w pełnej zależności od innych. Niech no tylko małe dziecko gdzieś zgubi się w tłumie, oddali się od rodziców, a już popada w przerażenie. Ogarnia je w pełni uzasadniony strach związany z nagłą utratą opieki ze strony najbliższych, którym ufa. Im człowiek słabszy, tym bardziej szuka niezawodnej opieki.

Przez niemal całe tysiąclecie mieszkańcy południowo-wschodnich kresów Rzeczypospolitej drżeli przed Tatarami, później Turkami. Nie bez powodu. Po tysiącach ludzi, całych rodach, wszelki ślad zaginął. Popioły spalonych wsi, miast, stanic i chutorów rozwiał wiatr po stepie. Jedyną nadzieję na przeżycie dawała opieka wojsk koronnych i litewskich. Do polskiego króla zanoszono błagania o pomoc przed dziką przemocą. Majestat Rzeczypospolitej na ile mógł, na tyle chronił swoich poddanych, ale i tak wielu z nich przerażonych nadciągającą perspektywą strasznej śmierci i jeszcze gorszej niewoli w jasyrze zjeżdżało całymi gromadami do centrum Korony, do Lwowa i okolic. Rzeczpospolita, jak dobra matka, potrafiła przygarnąć wszystkich, nawet tych, którzy działali wpierw na jej, później na swoją zgubę i w istocie skazali dziesiątki milionów swoich potomków na śmierci głodową, kiedy to imperium rosyjskie założyło czerwoną maskę.

Wypędzona z ukochanego pięknego miasta historyczna pamięć Lwowian rozwija się we Wrocławiu. Też ukochanym i równie pięknym, choć inaczej. Potomkowie kresowian dobrze przysłuchują się odgłosom zza miedzy. Słysząc wyraźne zapowiedzi rewizji granic, nie mogą pozostać obojętni na nadciągającą perspektywę kolejnego wypędzenia, a może i strasznej opresji. W naszych uszach jeszcze przecież dźwięczą słowa pradziadków, dziadków, ojców i matek, których sołdat zapakował do bydlęcych wagonów i wysłał na zachód. Na szczęście – na zachód, do Polski. Pod opiekę Rzeczypospolitej.

Miniony tydzień miał dla nas wielkie znaczenie. Od prześwietnego tryumfu wszystkich dzieł Ojca Tadeusza po monumentalne wydarzenia we Wrocławiu, każda chwila życia w Polsce była przepojona miłością Boga, Ojczyzny i bliźniego. Po latach upokorzeń, szyderstw, zdrad, oszustw, po tysięcznych i – niestety – zbyt często udanych próbach ogłupienia Polaków, wreszcie doczekaliśmy się donośnego, jednobrzmiącego głosu najwyższych władz Rzeczypospolitej, jak nigdy wcześniej zgodnego z opinią publiczną. Głosu, który potrafił przebić się przez nastawione na pełny regulator zagłuszarki gadzinowej propagandy.

Sprzedani obcym, wykpieni z powodu wieku i miejsca zamieszkania, sponiewierani w swojej godności narodowej, cierpiący prześladowania religijne, zagrożeni wypędzeniem, wszyscy ci zostali wydobyci z otchłani zwątpienia. Pokolenie Sierpniowe już raz przeżywało tego rodzaju renesans człowieczeństwa w pełnym wymiarze. Tamtej euforii nikt nie zapomni. Czas na nowe zachłyśnięcie się wolnością. Czas korzystać z wyższej formy tej wolności, jaką jest mądra opieka Majestatu Rzeczypospolitej, który nie pozwoli skrzywdzić żadnego Polaka. Miarą polskości niech będzie lojalność w stosunku do wspólnego dobra, Rzeczypospolitej, Rzeczy Wspólnej nas wszystkich.

Dobre uczynki, o które nas prosi Ojciec Święty Benedykt XVI, niech za Jego przykładem będą obfitowały w próby nawiązania współpracy dla wspólnego dobra, wybaczenia win tym, którzy o to poproszą, pomocy młodym, o którą zabiega Ojciec Tadeusz.

22. grudnia 2006

Od soboty do wtorku potrwa tegoroczny czas świąt Bożego Narodzenia. Kalendarz wyznaczył nam sporo dni na spotkanie w rodzinnym gronie, bowiem radość z Narodzenia Pańskiego od dawien dawna Polacy starają się dzielić z najbliższą rodziną. Za wszelką cenę. Za cenę kosztów biletu, niebywale wysokich zwłaszcza w komunikacji krajowej, niewygód podróży, dąsów przyjaciół, niezadowolenia pracodawców. Dorosłe dzieci rozsiane po całym świecie zlatują do rodzinnych gniazd, aby choć przez kilka dni pobyć z rodzicami, przytulić się do babci, posłuchać opowiadań dziadka. Odnowiona przy wigilijnym stole atmosfera rodzinnego domu nada nowego smaku okruchom wspomnień, wyniesie ich wartość na należne im miejsce wśród innych wartości, także tych, za którymi młodzi ludzie rzucili się w pogoń na obczyźnie.

Być może nad barszczem z uszkami, nad pachnącą polskim lasem zupą grzybową, potoczą się rozmowy o zaskoczeniu, jakie budzi zagranicą nasza tradycja kulinarna. Pink soup może zadziwiać kolorem, mushroom soup straszyć zawartością. Do tego ten carp w innej roli niż ozdobna złota rybka. Ileż to trzeba się nagadać z obcokrajowcami, aby im opisać, to co dla nas jest oczywiste, bo znane od najmłodszego dzieciństwa. A kulinaria są drobiazgiem na tle spraw tak zasadniczych, jak wartości, diametralnie różne w różnych krajach Europy, co wykazał niedawno opublikowany Eurobarometer. Zaskakujące różnice kulturowe to trwały temat rozmów, nawet w czasach powszechnego dostępu do obrazu życia w innych krajach, tak łatwo osiągalnego za pomocą klawisza telewizyjnego pilota. Potem przyjdzie rozpakowywanie prezentów. Z bardzo wysokiej stałej pensji lub zaoszczędzonych kosztem wielu wyrzeczeń resztek pozostałych z nie zawsze regularnej wypłaty można sprawić radość najbliższym, udowodnić im i samej lub samemu sobie, że warto było wyjechać za pracą i płacą. Ten karp i te prezenty nie są przecież udziałem wszystkich. Tysiącom rodaków ambicja nie pozwala przyznać się do błędu, do życiowej porażki, jaką był wyjazd z kraju. Próbowali setki razy zaczepić się gdziekolwiek i zawsze spotykali się z odmową albo oszustwem. Ziemia obiecana stała się krainą wrogą, z niewiadomych powodów odrzucającą niektórych przybyszów z Polski. Wiedza, umiejętności, pracowitość i przedsiębiorczość, nawet w połączeniu, nie zawsze są wystarczają, aby odnieść sukces czy to w ojczyźnie, czy na obczyźnie. Tyle że wśród obcych gorycz porażki jest bardziej dławiąca. Co więcej, w porze wigilii ludziom największego sukcesu, najtęższym głowom, najtwardszym charakterom, oczy zajdą łzami, kiedy zdadzą sobie sprawę jak strasznie są samotni na duchowej pustyni poza domem.

Stawiając pusty talerz na wigilijnym stole, pomyślmy o wszystkich pukających, jeśli nie do naszych drzwi, to na pewno do naszych serc. Nie rezygnujmy z ułatwienia im powrotu do domu, do Ojczyzny. I tak Polska ponosi niepowetowane straty demograficzne, które, o czym wielokrotnie wspominałem, w swoich następstwach przekraczają straty wojenne. Pomimo pokładanych w nim nadziei, nawet obecny rząd nie potrafi wykazać się skutecznym programem przywrócenia Polski Polakom. Pielęgnowanie narodowych tradycji i umacnianie narodowej tożsamości są rzeczywiście dostrzegalnym i niezwykle chwalebnym dorobkiem obecnej władzy. Wielką zasługą jest także wyraźne i jednoznaczne opowiadanie się za polskim interesem narodowym w ponawianych jedna za drugą konfrontacjach z interesami innych narodów, zwłaszcza tych, które nie mogą się wyrzec agresji lub protekcjonalizmu w stosunku do wiecznie im przeszkadzającej Polski. Aby docenić postawę obecnej władzy, wystarczy wyobrazić sobie, co by z nas zostało, gdyby ostatnie wybory parlamentarne przyniosły inny wynik. Naprawa wymiaru sprawiedliwości idzie pełną parą i trzeba mieć nadzieję, że herkulesowych sił starczy panu ministrowi Zbigniewowi Ziobro i jego współpracownikom do wyczyszczenia tej stajni Augiasza.

Jednak na tym nie kończy się ogrom zadań stojących przed rządem RP. Jak przy udzielaniu pierwszej pomocy, podstawowym zadaniem ratownika jest powstrzymać upływ krwi, zatamować krwotok. Polska wykrwawia się, traci najbardziej przedsiębiorczych, najlepiej wykształconych, najmłodszych. Emigracja pożera nasze dzieci. Pozostałym w kraju starszym pokoleniom pozostaje strach przed przyszłością, mieszkańcom, rolnikom i przedsiębiorcom już silnie doskwiera brak rąk do pracy, a pacjentom coraz trudniej o fachową pomoc. Jest o czym w porozmawiać w domu, a wnioski z rodzinnych rozmów przenieść na forum życia publicznego, okupowanego obecnie przez żenujące sprawy trzeciorzędnej wagi.

Przełamanie się opłatkiem i wysłuchanie Ewangelii o narodzeniu Chrystusa otwiera najserdeczniejsze z naszych świąt. Dzielmy się do syta ich radością w rodzinnej wspólnocie.

29 grudnia 2006

Radość Narodzenia Pańskiego przepełnia chrześcijan przez całe życie, a zwłaszcza pod koniec starego i z początkiem nowego roku. Obok tysięcznych innych zachowań i symboli wywodzących się ze stosunku człowieka do aktu najwyższej miłości Boga do Jego stworzenia, także noworoczna radość uległa odcięciu od korzeni, z których się wywodzi. Otyły przerośnięty krasnal wymyślony przed drugą wojną światową przez sprzedawców coca-coli ukradł miliardom ludzi przesłanie św. Mikołaja, biskupa Miry położonej we wschodniej części cesarstwa rzymskiego, zmarłego w połowie IV w. A jest to przesłanie miłosierdzia, odwagi i sprawiedliwości. Kierując się miłosierdziem, prawdziwy św. Mikołaj rozdawał odziedziczony majątek potrzebującym, między innymi dyskretnie wyposażył ubogie trzy młode kobiety; kierując się odwagą i sprawiedliwością uratował od wyroku śmierci trzech fałszywie oskarżonych urzędników. Św. Mikołaj Cudotwórca jest patronem Grecji. Rosji, Moskwy i Nowogrodu, a także pojednania Wschodu i Zachodu.

Taka to wspaniała postać świętego katolików i prawosławnych jest obecnie parodiowana w reklamach, na ulicach, w telewizji, na kartkach zwanych urągliwie świątecznymi.

Podobnie jest z radością Bożego Narodzenia, której apogeum manipulatorom kultury masowej udało się przenieść na ostatnią noc kończącego się roku, na św. Sylwestra. Pontyfikat ogłoszonego później świętym papieża Sylwestra I przypadał od 31 stycznia 314 do 31 grudnia 335r. Były to pierwsze lata wolności wyznawców Chrystusa. W 313r. cesarz zachodniej części Imperium Rzymskiego Konstantyn Wielki i cesarz wschodniej części Licyniusz ogłosili w Mediolanie edykt zapewniający chrześcijanom wolność wyznania w Cesarstwie Rzymskim. W roku poprzedzającym ten punkt zwrotny w historii ludzkości, tuż przed bitwą decydującą o przejęciu całkowitej władzy nad Cesarstwem Rzymskim przez Konstatyna, na niebie pojawił się świetlisty krzyż z otaczającym napisem IN HOC SIGNA VINCES, czyli W TYM ZNAKU ZWYCIĘŻYSZ. I tak się stało. Pomimo nierówności sił, przy Moście Mulwijskim nad Tybrem 28. października 312r. wojska Konstantyna pokonały trzy razy bardziej liczne zastępy dowodzone przez jego rywala Maksencjusza. Konstantyn stał się jedynowładcą zachodniej części Imperium Rzymskiego, uznał za konieczne chrześcijanom dać zupełną wolność wyznawania religii, a żołnierzom rzymskim nosić krzyże na tarczach i zbrojach.

Pijackie orgie w noc sylwestrową mają tyle samo wspólnego ze św. Sylwestrem, co wisiorki w kształcie krzyża zakładane przez osoby jawnie wrogie Chrześcijaństwu z wizją Konstantyna W TYM ZNAKU ZWYCIĘŻYSZ. Zaiste zjawiskom tym należy się słuszny osąd, którego nie ma prawa zagłuszyć rechot siwobrodego grubasa w czerwonym ubranku i szlafmycy z pomponem.

Chyba nie wszyscy już całkiem zdziecinnieli.

Upowszechniony przez labarum Konstantyna Wielkiego znak Chi-Rho, od pierwszych dwóch greckich liter imienia Chrystusa, czytany według liter alfabetu łacińskiego XP, w XXI w. dotarł do każdego zakątka globalnej wioski. Za tym znakiem powinny, muszą trafić do każdego świadomego człowieka aktualne objaśnienia jego znaczenia. Te zawarte są w Orędziu Ojca Świętego Benedykta XVI na Światowy Dzień Pokoju 1. stycznia 2007 roku OSOBA LUDZKA SERCEM POKOJU. Ojciec Święty Benedykt XVI na początku nowego roku kieruje do rządzących i odpowiedzialnych za narody oraz wszystkich ludzi dobrej woli życzenie pokoju. Zwraca się z tym życzeniem przede wszystkim do tych, którzy zaznają bólu i cierpienia, do tych, którym zagraża przemoc i siła oręża, i tych, którzy, pozbawieni wszelkiej godności, oczekują dowartościowania na poziomie ludzkim i społecznym. Kieruje je do dzieci, których niewinność ubogaca ludzkość w dobroć i nadzieję, a ich cierpienie pobudza nas wszystkich, abyśmy zaprowadzali sprawiedliwość i pokój. Właśnie myśląc o dzieciach, zwłaszcza o tych, których przyszłość jest zagrożona przez wyzysk i zło dorosłych, nie mających skrupułów, Ojciec Święty Benedykt XVI pragnie z okazji Światowego Dnia Pokoju skoncentrować uwagę wszystkich na temacie: Osoba ludzka sercem pokoju. Papież jest bowiem przekonany, że gdy szanuje się osobę, umacnia się pokój, a wprowadzając pokój, tworzy się perspektywy dla autentycznego, integralnego humanizmu. W ten sposób przygotowuje się spokojną przyszłość dla następnych pokoleń. Kolejne rozdziały orędzia noszą następujące tytuły:

    * Osoba ludzka i pokój – dar i zadanie
    * Prawo do życia i do wolności religijnej
    * Równość natury wszystkich osób
    * “Ekologia pokoju”
    * Redukcyjne wizje człowieka
    * Prawa człowieka i organizacje międzynarodowe
    * Międzynarodowe prawo humanitarne i wewnętrzne prawo państw
    * Kościół w obronie transcendencji osoby ludzkiej

W noworocznym Orędziu Ojciec Święty Benedykt XVI dwukrotnie odwołuje się do nauczania swojego czcigodnego poprzednika Jana Pawła II, co dla dziesiątków milionów rodaków naszego papieża jest szczególnym zobowiązaniem do odpowiedzi na gorący apel Benedykta XVI do Ludu Bożego, aby każdy chrześcijanin poczuł, że jego zadaniem jest być niezmordowanym budowniczym pokoju i wytrwałym obrońcą godności osoby ludzkiej i jej niezbywalnych praw.

Aby odpowiedzieć na ten apel, należy znać pełny tekst Orędzia, stosownie do potrzeby cytować jego fragmenty i niezłomnie opowiadać się za jego przesłaniem.

Wersja elektroniczna pełnego tekstu Orędzia opracowana przez Biuro Prasowe Konferencji Episkopatu Polski na podstawie tłumaczenia Sekcji Polskiej L’Osservatore Romano liczy niecałe 3000 wyrazów i jest dostępna na stronie internetowej Episkopatu Polski www.episkopat.pl .

ROK 2007

5. stycznia 2007

Od pierwszych dni nowego roku drzwiami i oknami zło wdziera się do naszych domów. Członkom Kościoła rzymskokatolickiego podaje się do wierzenia zupełnie nowe zasady traktowania kapłanów. Już nie zakonnika, redemptorystę, a kolejnego arcybiskupa czyni wrogiem publicznym numer jeden. Świadomi ponoszonego ryzyka aktywiści dawnej PZPR nawołują do przestrzegania zasad wymuszonego na nich konkordatu. Wiele lat zajmowania miejsca kapłanów przez sekretarzy partii faszystowskich lub komunistycznych nigdzie na świecie nie zakończyło się sukcesem totalitarystów, nawet w Rosji. Pompastyczne faszystowskie ceremoniały nie zastąpiły nabożeństw katolikom w Bawarii. Renesans Prawosławia w wielkim narodzie rosyjskim dobitnie świadczy o tym, że ludziom potrzebna jest wiara w Boga a nie Lenina i wiary tej nie uda się wykorzenić, podstawiając działacza partyjnego w miejsce kapłana, choćby i przepych kolejnych zjazdów partii przekraczał ludzkie wyobrażenie.

Człowiek wyznający wiarę podczas niedzielnego nabożeństwa ma doskonale uporządkowany system wartości. Chcąc pogłębić swoją wiedzę, sięga do Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu, Katechizmu Kościoła Katolickiego, encyklik kolejnych papieży, orędzi zwłaszcza tych najbardziej aktualnych, jak Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI sprzed kilku dni. Chcąc pogłębić swoją wiarę, katolik przyjmuje za swoją treść nauczania Kościoła, a dla jej uzupełnienia stawia pytania zakonnikom, księżom i biskupom, wysłuchuje ich odpowiedzi i z pełnym przekonaniem pokłada w nich wiarę, bo przecież są to osoby jak najlepiej przygotowane do udzielania odpowiedzi w zakresie swojej, jakby to można powiedzieć, ekspertyzy.

Na tej samej zasadzie lekarzowi pytania stawia pacjent – kolejarz, prawnik, czy przedstawiciel innego zawodu. Rozmowa może przejść w żywą dyskusję, ale nie wyobrażam sobie, aby pacjent dysponował większą ode mnie wiedzą w zakresie mojej ekspertyzy. Po co by w takim razie pacjent przychodził do lekarza, skoro wie lepiej. Może miałoby być odwrotnie – to może lekarz ma pytać kolejarza, prawnika, albo przedstawiciela innego zawodu jak ratować i umacniać zdrowie?

A relacja lekarz – pacjent dotyczy zaledwie maleńkiego fragmentu życia człowieka. Życia na tej ziemi, trwającego zaledwie siedem – osiem – dziewięć dziesiątków lat okresu próby. W tym czasie albo człowiek zasłuży na życie wieczne, albo w wyniku sprawiedliwego Sądu je straci. Stąd sam Chrystus wyznaczył św. Piotrowi i jego następcom zadania szerzenia Królestwa Bożego, które nie jest z tej ziemi. Stąd osoby duchowne mają tyle razy bardziej odpowiedzialne zadania od lekarzy, ile razy dłuższe jest życie wieczne od życia doczesnego.

Jak jest więc możliwe, że działacze partyjni, dziennikarze, rozmaici spece od spraw różnych wypowiadają się na temat kapłanów Kościoła rzymskokatolickiego, kiedy Rzym milczy.

Wiara i wiedza, czy nauka, nie są tożsame, choć jak wykazywał to wielokrotnie Ojciec Święty Jan Paweł II, wzajemnie się uzupełniają. Kanonik z Fromborka, Mikołaj Kopernik wiedział i wierzył i choć nie doczekał uznania swojej wiedzy przez Rzym, pozostał wierny Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Jakim więc prawem łowcy sensacji metodycznie niszczą zaufanie wiernych do ich kapłanów? Czy listy od czytelników mają zastąpić konfesjonał, opinie polityków o dopuszczalności kary śmierci wyprzeć jedno z przykazań danych ludziom już na Górze Synaj, a rozproszone owieczki mają pójść za głosem wilków w owczej skórze?

12 stycznia 2007

Zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego tradycja katechetyczna przypomina, że istnieją grzechy, które wołają o pomstę do nieba. Wołają więc do nieba: krew Abla, grzech Sodomitów, narzekanie uciemiężonego ludu w Egipcie, skarga cudzoziemca, wdowy i sieroty oraz niesprawiedliwość względem najemnika.

Są to znane z małego katechizmu cztery grzechy wołające o pomstę do Boga: po pierwsze – rozmyślne zabójstwo, po drugie – grzech sodomski, po trzecie – uciskanie ubogich, wdów i sierot oraz po czwarte – zatrzymanie zapłaty pracownikom.

We współczesnej frazeologii języka polskiego coś woła o pomstę do nieba, kiedy wywołuje zgrozę i oburzenie.

Może to być na przykład krzywda, czyli szkoda moralna, fizyczna lub materialna wyrządzona komuś niezasłużenie, bezprawnie; nieszczęście niesprawiedliwość, obraza dotykająca kogoś niesłusznie.

Krzywda wołająca o pomstę do nieba doczekała się ostatnio niezwykle wyrazistego ucieleśnienia, którego obrazu nie będziemy mogli zapomnieć do końca życia.

Zamykamy oczy… Kogo widzimy jako ucieleśnienie krzywdy wołającej o pomstę do nieba?

Wystarczy zamknąć oczy, aby ujrzeć postać kapłana będącą ucieleśnieniem krzywdy wołającej o pomstę do nieba, postać biskupa, umęczonego nie za to, co zrobił w przeszłości a za to, czego mógł dokonać w przyszłości.

Narodowi i Państwu Polskiemu należy życzyć, aby drugi w ciągu bez mała tysiąca lat przypadek umęczenia biskupa Stanisława przed ołtarzem, nie pociągnął następstw podobnych do pierwszego.

Wincenty Kadłubek zostawił przecież potomnym objaśnienie okoliczności niemal współczesnego jego czasom zabójstwa biskupa Stanisława przez króla Bolesława II Śmiałego przed ołtarzem w kościele na Skałce.

11. kwietnia 1079r. publiczną dyskusję o przestrzeganiu wartości chrześcijańskich w życiu społecznym ówczesny władca Polski przeciął mieczem, rozcinając na części ciało kapłana. Wkrótce potem potężne państwo Piastów rozpadło się na dzielnice, a narastające osłabienie władzy centralnej doprowadziło w końcu do trwającego setki lat oderwania Śląska od polskiej macierzy i przyniosło Polakom na Śląsku prześladowania najbardziej nasilone po zagarnięciu ich ziem na dwieście lat przez Prusy.

Męczeństwo świętego Stanisława, patrona Polski, której siłą zawsze i niezmiennie był niezależny od władzy świeckiej Kościół rzymskokatolicki, zostało przedstawione już przed rokiem 1163 w postaci płaskorzeźby w świątyni na Ołbinie we Wrocławiu.

Obraz Jana Matejki z 1892r. “Zabójstwo biskupa Szczepanowskiego” znajduje się w zbiorach w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku od 1968r.

Obraz telewizyjny z pamiętnej niedzieli 7. stycznia 2007r. mamy w pamięci.`

19. stycznia 2007

Ufamy swoim rodzicom. To zupełnie oczywiste i naturalne, że bez jakichkolwiek zastrzeżeń ufamy ludziom, których twarze znamy od kołyski. W okresie buntu dorastania bywa, że manifestujemy odrzucenie zaufania do rodziców, a mimo to w razie rzeczywistej potrzeby to u nich szukamy ratunku, bo komu możemy zaufać, jeśli nie matce i ojcu?

Ufamy też rodzeństwu i innym krewnym oraz powinowatym, im są nam bliżsi tym bardziej im ufamy. To przecież zupełnie oczywiste i naturalne, że w rodzinie wszyscy darzą się wzajemnym zaufaniem.

Ufamy ludziom deklarującym przyjazne zamiary, którzy w pozdrowieniu wyciągają do nas otwartą prawicę, zwracają się słowami pokój z tobą, salam alajkum czy szalom lub o podobnym znaczeniu, wskazującym na to, że bliźni życzy nam dobrze a nie złorzeczy. Ochrzczeni w Kościele Katolickim z własnego wyboru lub – co zdarza się znacznie częściej – jeśli nasi przodkowie mieli szczęście usłyszeć Dobrą Nowinę i pozostali wierni Świętemu Kościołowi Powszechnemu, cieszymy się przywilejem katolickiego wychowania i określamy się jako katolicy. Kiedy ktoś określa się jako katolik, jest godny zaufania, gdyż daje jednoznaczną charakterystykę celu, do którego zmierza, swoich postaw i przewidywalnych zachowań. Niczego nie trzeba się domyślać, ani niczego zgadywać. Szczegóły zasad katolickiego myślenia i postępowania są powszechnie dostępne w krajach wysokorozwiniętych i w dużej części krajów na średnim poziomie rozwoju. Ludzie, którzy nie mają żadnego lub swobodnego dostępu do książek, gazet, radia, telewizji i internetu, muszą liczyć na wysiłki misjonarzy, o ile przebywają w zasięgu działania misji. Ta jednoznaczność kanonów naszej wiary i otwartość ich głoszenia stanowi tak wielkie zagrożenie dla zła, które ludzie wyrządzają Bogu i człowiekowi, że całe systemy bezkompromisowego zwalczania Kościoła posługują się fizycznym i psychicznym niszczeniem księży, utrudnianiem dostępu do publikacji katolickich, działają też za pomocą dyskryminacji religijnej i/lub antykatolickiej propagandy, często uprawianej pod pozorem zatroskania o dobro wspólne.

Ostatnio wielką karierę zrobiło powiedzenie o Świętym Kościele grzesznych ludzi dążących do świętości. Nic bardziej prawdziwego! Ułomności człowieczej natury nie są obce wszystkim żyjącym, nawet kapłanom, nawet przyszłym świętym. Ale zdając sobie sprawę z oczywistego faktu, że wszyscy jesteśmy grzeszni, pozostajemy w głębokim przekonaniu, że kapłanom naszej wiary należy się pełne zaufanie. Nawet tym widzianym po raz pierwszy w jakichś egzotycznych warunkach. Po raz pierwszy w życiu widząc miejscowego księdza odprawiającego mszę świętą przed ołtarzem gdzieś w Irlandii, w głębi Afryki, czy w Indiach, z pełnym zaufaniem przyjmujemy z jego rąk Ciało Chrystusa. Każdy ksiądz cieszy się takim samym zaufaniem ponadmiliardowej rzeszy wszystkich katolików świata, jak dobrze znany proboszcz własnej parafii.

Ufamy, że każdy kapłan całym sobą usilnie zabiega o świętość dla siebie i bliźnich, służy Bogu i ludziom najlepiej jak potrafi, wiemy bowiem jak długa żmudna jest droga od chwili, kiedy ktoś odkryje w sobie powołanie do momentu święceń kapłańskich. I jaka jest rola biskupów i samego Ojca Świętego w zachowaniu wartości kapłaństwa w posłudze wiernym. Nie wszystkim seminarzystom i kapłanom dar powołania jest dany z siłą niezmienną i na zawsze, stąd niejeden odchodzi od kapłaństwa, a kompensując związane z tym problemy psychologiczne, staje się niekiedy zaciekłym wrogiem religii, prześladowcą Kościoła, czy fałszywym autorytetem katolickim, na miarę znachorów wyrosłych z relegowanych studentów medycyny.

Pełne zaufanie do kapłanów jest kwestią wiary. Ludzie małej wiary czyniący publiczne przedstawienia ze swojej ułomności narażają się na śmieszność. Stwierdzenie: wierzę w Święty Kościół Powszechny, ale nie mam zaufania do kapłanów jest równie bezsensowne, jak: obowiązuje mnie dziesięć przykazań, z wyjątkiem jednego. Katolikiem się jest albo w pełni, albo wcale. Tertium non datur. Co innego grzeszyć, a co innego zapierać się swojej wiary.

Pełne zaufanie do polityków nie jest kwestią wiary a rozumu. Po wygranych wyborach politycy przeistaczają się w zarządców życia publicznego. Korzystając z pokładanego w nich zaufania, decydują za nas o priorytetach narodu, o tym, co jest najważniejsze dla wszystkich i dla każdego z osobna, na przykład o sprawach zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom, rozwoju rodzin i demograficznego wzmocnienia narodu, godziwych warunków pracy i uczciwej płacy. Jak więc ocenić polityków, którzy określając się jednoznacznie jako katolicy, nie potwierdzają swoimi czynami deklarowanych wartości? Politykowi, jak każdemu, przysługuje prawo wyboru pomiędzy dobrem a złem. Z grzechów polityk na pewno będzie rozliczony na sądzie ostatecznym i nikomu z nas nic do tego, żałosna jest pogańska pycha, która skłania niektórych do wydawania sądów zastrzeżonych dla Pana Boga. Z przestępstw i wykroczeń, polityk może będzie rozliczony przez wymiar sprawiedliwości. Z realizacji obowiązków nakładanych na polityka przez naukę społeczną Kościoła Katolickiego będzie on rozliczony i przez Boga i przez wyborców.

26 stycznia 2007

Od końca II wojny światowej do 1995 ludność Polski zwiększyła się o 14,5 miliona ludzi. Od 1995 do 2001 nastąpiła stagnacja ludności na poziomie 38 milionów 300 tysięcy, a od 2002 do 2006 – na poziomie 38 milionów 200 tysięcy. Gdyby władcy PRLu dopuszczali możliwość wyjazdów za żelazną kurtynę bylibyśmy już pewnie narodem wymarłym w swoim kraju, wśród innych rozproszonym i w nich stopniowo ulegającym roztopieniu. W pierwszej kolejności wyjechaliby najmłodsi, najbardziej przedsiębiorczy, aby zasilić sprawnie działające systemy rozwiniętego Zachodu i po krótkim czasie osiągnąć dobrobyt w imperium sowieckim niewyobrażalny i nieosiągalny nawet za żółtymi firankami.

Ale żelazna kurtyna była nie do przebicia, heroiczne ucieczki należy zaliczyć do nielicznych wyjątków. Reszta narodu musiała pozostać w Polsce. Część pozostać chciała, widząc ewidentne korzyści z życia w tzw. demokracji ludowej w porównaniu z warunkami, które wyniszczona zaborami i I wojną światową międzywojenna Polska mogła stworzyć swoim obywatelom. Wbrew temu, co dzisiaj należy do tez poprawnych politycznie, była to część znaczna, nawet przeważająca. Ośmieszane obecnie określenie awansu społecznego w Polsce Ludowej było doświadczeniem milionów młodych ludzi wyciągniętych z ubogich rodzinnych domów a to w pogoń za faszystami na Berlin, a to do rozbiórki miast zamienionych w morza gruzowisk, a to do budowy stolicy, Nowej Huty i kolejnych wielkich budów PRLu. I oczywiście do szkół: średnich i wyższych. W milionach rodzin pojawili się po raz pierwszy studenci, potem absolwenci z tytułami, o których przed wojną nie można było marzyć tam, gdzie doktora całowano po rękach i za poradę lekarską płacono kurą z braku jakiegokolwiek grosza, a cała inteligencja miasteczka zbierała się na bridżu i to z dziadkiem.

Niemcy i Rosjanie wymordowali Polakom przedwojenną inteligencję, część osób wykształconych pozostała na Zachodzie, nie ryzykując skutków powrotu do okupowanego przez sowiety kraju, dlatego wrota do awansu społecznego były szeroko otwarte. Ktoś musiał uczyć, sądzić, leczyć. Pojawiła się wielomilionowa rzesza ludzi z wyższym wykształceniem, pogodzonych z systemem, choć zdających sobie sprawę z życia w niewoli, dostrzegających przepaść pomiędzy komunistyczną indoktrynacją a rzeczywistością obserwowaną, a tym bardziej komentowaną przez rozgłośnie Wolna Europa czy Głos Ameryki. Ale w rzeczywistości PRLu trzeba było żyć, pracować, mieszkać, założyć rodzinę, wychować dzieci.

Czy władcy PRLu bardziej oszukiwali ludzi niż politycy wybierani w wolnych wyborach po 1989r.? Niech powiedzą ci, którzy wychowali się w blokach zasiedlonych przez ich rodziców na podstawie książeczki mieszkaniowej, a teraz muszą emigrować, bo nie tylko brak szans na mieszkanie, lecz także nie ma pieniędzy na opłaty. Niech zabiorą głos ci, którzy wtedy co roku jeździli do sanatorium, a dzisiaj latami czekają na zabieg ratujący życie.

Czy w PRLu wszyscy spiskowali i tworzyli coś na kształt Polskiego Państwa Podziemnego z lat 1939-44? Owszem, moc Prymasa Tysiąclecia oddawała w ręce interrexa rząd milionów dusz w Polsce, kapłani sprzeciwiający się ograniczaniu wolności religijnej znajdowali poparcie wiernych, a księża, którzy w dramatycznych okolicznościach potajemnie udzielali sakramentów funkcjonariuszom państwa komunistycznego, właśnie chłopskim synom z awansu społecznego, dzisiaj milczą, może nie chcą rzucać pereł przed wieprze. Ale wbrew temu, co się obecnie rozgłasza, antykomunistyczny opór na narodową skalę pojawił się dopiero po sierpniu 1980r., wcześniej ludzie żyli najczęściej pogodzeni z realiami rzeczywistości, w której się urodzili, wykształcili i wychowali. Partia celebrowała swój marksizm-leninizm, a ludzie, śmiejąc się z tego, żyli w takiej Polsce, jaka była im dana z racji daty urodzenia. Nauczyciele uczyli, lekarze leczyli, sędziowie sądzili. Oczywiście, jeśli ktoś chciał robić szybką karierę, dostać pracę w pożądanym miejscu, przydział na mieszkanie, samochód, kolorowy telewizor, musiał wykazać się jakąś lojalnością, ale tam, gdzie były głębokie braki kadrowe zatrudniano każdego, kto miał odpowiednie wykształcenie, nawet tzw. element niepewny. Używając obecnego języka, ówczesny zasób kadrowy obsadzał np. wyższe uczelnie. Pozostanie na uczelni oferowano studentom, którzy byli członkami PZPR lub jej przybudówek albo młodzieżówek. W wielu szkołach wyższych kariera naukowa była zarezerwowana dla partyjnych. W latach siedemdziesiątych naganiacze do partii zamęczali każdego, kto rokował jakieś nadzieje i w rezultacie realizacji planu upartyjniania wyliczanego w procentach na dzielnice miasta, sektory gospodarki itp. podstawowe organizacje partyjne wchłonęły znaczną część powojennego wyżu demograficznego, który wtedy właśnie doszedł do dorosłości. Dyrektorzy, kadrowcy i sekretarze partii w zakładach pracy byli tak samo odpowiedzialni za upartyjnienie, jak za informowanie służby bezpieczeństwa o tym, co ludzie mówią i robią. W zakładach pracy wszyscy dyrektorzy musieli upartyjniać i składać meldunki, ale przecież nie wszyscy donosili i szkodzili. Ktoś, kto dzisiaj przedstawia sytuację lat siedemdziesiątych inaczej, po prostu kłamie. Ktoś, kto urodził się w Polsce pomiędzy rokiem 1944 a 1960, czyli w 1980r. miał co najmniej 20 lat i dzisiaj opowiada jak to wszyscy zwalczali komunizm, a tylko nieliczni prowadzili zwykłe życie, po prostu kłamie. Tak w PRLu, jak w środkowoafrykańskim cesarstwie Bokassy, zwykłym ludziom potrzebni byli zwykli nauczyciele, lekarze, sędziowie, kapłani, piekarze, murarze i stolarze. O tym, że PRL może upaść, wszyscy dowiedzieli się nie za pierwszej Solidarności, bo ta domagała się socjalizmu z ludzką twarzą, a dopiero po pierwszych półwolnych wyborach w 1989r.

Ktoś, kto kłamie w sprawach, które są znane z własnych doświadczeń milionom ludzi nadal żyjących, cechuje się mniejszą wiarygodnością niż ten, kto wypiera się eksterminacji Polaków, których świadectwa są już poza naszym zasięgiem.

Ta linia propagandy może odnieść sukces tylko wśród ludzi bezkrytycznie łykających opowieści o sprawach zupełnie im nieznanych. To tak jakby szerzyć wśród przybyłych z Turcji nowych obywateli Niemiec kłamstwo o braku winy nazistów za zagładę Polaków.

2. lutego 2007

Rozpatrując relacje pomiędzy władzą a obywatelami, amerykańska nauka już w latach sześćdziesiątych ub. wieku zaproponowała typologię udziału społeczeństwa w decyzjach, szczególnie przydatną w rozpatrywaniu konfliktów społecznych wokół zagrożeń zdrowia i życia.

Pierwotnie za ilustrację koncepcji etapów partycypacji społecznej przyjęto model drabiny liczącej osiem szczebli podzielonych na trzy piętra. Na samy dole tej drabiny znajduje się piętro siły władzy, która nie dopuszcza obywateli do udziału w podejmowaniu decyzji bezpośrednio tego społeczeństwa dotyczących. Władze działają bez komunikowania się z obywatelami, a w sytuacjach kryzysowych w najlepszym przypadku podejmują działania zgodne z obowiązującym prawem, egzekwują istniejące przepisy. Najniższy szczebel tego piętra zakłada ordynarne manipulowanie opinią publiczną, a drugi od dołu – zabiegi z zakresu psychoterapii, którą władze aplikują uznanym za niezrównoważonych i niezdolnych do dostosowania się do realiów niepokornym obywatelom. Z tą haniebną i arogancką intencją posługują się nie tylko uprawnionymi terapeutami, lecz także rozmaitymi psychologami społecznymi, socjologami itp. profesjonalistami z zakresu uśmierzania społecznych niepokojów. Swoje cele władze osiągają przez propagandę i public relations.

Na samej górze drabiny udziału społeczeństwa w decyzjach je dotyczących znajduje się piętro siły obywatela. Jego szczebel najwyższy to sprawowanie przez obywateli kontroli nad wszystkim, co ich dotyczy. Szczebel niższy uwzględnia sprawowanie władzy przez przedstawicieli społeczeństwa dzierżących większość w organach decyzyjnych, a najniższy w tym obszarze – oparte o procedury negocjacyjne partnerstwo władzy i obywateli. Na szczeblu najwyższym obywatele działają bez komunikowania się z władzami, prowadząc dochodzenia obywatelskie, opracowując i wprowadzając w życie własne programy. Nie potrzebują żadnych pośredników. W przypadku partnerstwa ma miejsce podział sił. Obywatele i władze razem rozwiązują problemy. Grupy obywateli otrzymują odpowiednie do zaproponowanych projektów dofinansowanie, które pozwala im wynająć specjalistów i wdrożyć własne pomysły. Nadzór i monitoring obywatelski są oczywistością, a w celu publicznego przedyskutowania spornych spraw władze i grupy obywateli wspólnie zwołują zebrania. Władze proszą obywateli o znaczący wkład w proces podejmowania decyzji i mają szczery zamiar uwzględnić wysłuchane opinie. Powstają obywatelskie komitety doradcze, częste są spotkania nieformalne i dialog jest procesem ciągłym.

W środkowej części drabiny udziału społeczeństwa w decyzjach je dotyczących – w połowie drogi pomiędzy siłą władzy a siłą obywatela – znajduje się piętro polityki słów zastępujących czyny. W tym obszarze na szczeblu najniższym, najbardziej zbliżonym do siły władzy, znajduje się informowanie, czyli sytuacja, w której władze mówią, a ludzie słuchają. Do informowania wykorzystywane są materiały i konferencje prasowe, komunikaty, biuletyny, broszury i kampanie informacyjne. Na wyższym szczeblu pojawia się zasięganie opinii. Władze proszą obywateli o ograniczony wkład w proces podejmowania decyzji, ale w rzeczywistości wolałyby niczego nie słuchać, bo i tak zrobią swoje. Tak kończy większość wniosków o odpowiedź na formalne propozycje złożone przez obywateli.

Najwyższym szczeblem piętra polityki słów zastępujących czyny jest pozorowane angażowanie obywateli w proces decyzyjny. Władze prześcigają się w tworzeniu rozmaitych komisji, komitetów, rad i innych ciał kolegialnych, do których obywatele mogą wybrać swoich przedstawicieli, tyle że ci przedstawiciele są w mniejszości i choćby sobie gardła zdarli i tak nie przegłosują działającej w zmowie większości skompilowanej przez władze, odpornej na wszelkie dowody i najbardziej racjonalne argumenty. A reprezentantów obywateli niekiedy nie trzeba nawet przegłosowywać. Wystarczy ich przekupić.

Oczywiście drabina uczestnictwa społeczeństwa w podejmowaniu decyzji ma zastosowanie uniwersalne, ale w mojej opinii powinna być zawsze przystawiana do każdego z niezliczonych konfliktów pojawiających się w naszym kraju w związku z zagrożeniem zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska. Nawet jeśli obecny rząd zwalczy najbardziej jaskrawe przejawy korupcji, nawet jeśli utrąci wszechmoc oligarchów i partyjnych bonzów, nawet jeśli zdąży przybliżyć Polakom praworządność i nie będzie przedkładał pozorów dobra wspólnego nad realne dobro jednostek, to i tak każda rodzina, każdy konsument, mieszkaniec i pracownik mogą nagle znaleźć się w sytuacji zagrożenia zdrowia, majątku i jakości życia tylko dlatego, że w procesie podejmowania decyzji bezpośrednio ich dotyczących nie uwzględniono opinii wszystkich zainteresowanych stron.

Zwykłym zjadaczom chleba należy się wpływ na jakość mąki.

9. lutego 2007

Zbyt wielu z nas ma problemy z tożsamością. Przychodzą i odchodzą w miarę nacisków otoczenia, rozmaitych pokus, załamań i wątpliwości. Obok banalnych, są też bardzo poważne. Dobry katolik czasem popełni grzech śmiertelny, patriota niekiedy wyprze się ojczyzny, sprawiedliwy sędzia weźmie w łapę, strzegący prawa policjant usiądzie za kierownicą po spożyciu alkoholu. Jak to? – zapyta grzeszny katolik – zawsze byłeś patriotą, a dzisiaj pracujesz dla obcych? To musi pana drogo kosztować – mówi sędzia, zwalniając z odpowiedzialności pijanego kierowcę w mundurze.

A tymczasem na katolików liczą wszyscy, nawet ci, którzy prawdy o Chrystusie nigdy nie słyszeli, jak pariasi z Kalkuty objęci niegdyś posługą błogosławionej Matki Teresy, a teraz innych Misjonarek Miłości. Na patriotów liczy cały naród w kraju i zagranicą, na sędziów – praworządni obywatele, na policjantów – ludzie zagrożeni przez kierowców wiozących śmierć.

Każdy, kto liczy na zachowanie innych zgodne z deklarowaną przez nich tożsamością, może srogo się zawieść. Jakże częsta jest kradzież tożsamości! Za lekarzy przebierają się aktorzy reklamujący jakieś produkty niby to zdrowsze od innych, za dobroczyńców – zwykli przedsiębiorcy, którzy koszty wizerunku zdobionego hojnością i tak przerzucą na barki drobnych klientów ledwo wiążących koniec z końcem. Kradzioną tożsamością posługują się także absolwenci szkół różnych szczebli, którzy ściągając, załatwiając, czy wręcz płacąc łapówki, także w postaci zawyżonego czesnego, formalnie zrównali swoje pseudokwalifikacje z dorobkiem uczniów i studentów solidnie przykładających się do nauki. Ich ukradziona tożsamość w postaci niezasłużonego świadectwa lub dyplomu może zaważyć na losach wielu ludzi, liczących na fachowość obsady w administracji publicznej, w ochronie zdrowia, przemyśle, rolnictwie, tak jak pasażerowie pędzącego ekspresu liczą na fachowość maszynistów pociągu i przedstawicieli innych zawodów niezbędnych do utrzymana bezpieczeństwa na kolei.

Bywają takie czasy w historii narodów, że większość obywateli godzi się na rozpanoszenie ukradzionych i kalekich tożsamości. Pojawia się specyficzna cicha umowa społeczna. Taka zmowa złodziei. Za przyzwoleniem, a nawet za przykładem władzy ludzie kradną i zaraz rozgrzeszają się sami, mówiąc: przecież wszyscy kradną, to i mi wolno. Tego rodzaju postawa dominowała pod rządami PZPR i jej następców, budząc zgrozę Polaków ukształtowanych w okresie przedwojennym, ale już nie następnych pokoleń. Podobno jeszcze dzisiaj 1/3 naszej gospodarki rozwija się w szarej strefie, nieobciążonej żadnymi podatkami i obowiązkowymi składkami, nie objętej żadnym nadzorem i kontrolą i choćby z tych względów oferującej ceny tańsze, tym samym konkurencyjne. Na rynku pojawia się tania mąką z ochratoksyną, albo tani ryż genetycznie modyfikowany. Nie trzeba dodawać, że organizmy genetycznie modyfikowane są typowym przykładem ukradzionej tożsamości. Zgodnie z ustawową definicją organizmy genetycznie modyfikowane są to takie, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych. Zanim zachorujemy, sami nie potrafimy ustalić, czy tożsamość ryżu, kukurydzy, soi, pomidora i kurczaka jest naturalna czy ukradziona. Wykryć kradzież tożsamości środków spożywczych może tylko inspekcja utrzymywana przez podatników i o ile tożsamość tej inspekcji nie została ukradziona – wykonująca swoje ustawowe obowiązki na rzecz zdrowia narodu tak sumiennie, jak na to liczą Polacy.

Z gąszczu wzajemnie przenikających się ukradzionych i kalekich tożsamości dopiero od niedawna zaczęliśmy się wydobywać. Nawet głosiciele PRL-owskiej doktryny niskich płac dla lekarzy, którym za to pozwalano zdzierać skórę z pacjentów, musieli troszeczkę ustąpić i dzięki temu odzyskali w pewnym zakresie tożsamość wiarygodnych polityków. Znacznie trudniej przyjdzie przywrócić tożsamość każdemu ze zbankrutowanych szpitali. Z napisu na szyldzie wynika, że jest to lecznica, a w środku nie leczą, tylko każą czekać albo udają, że leczą. Za zorganizowanie, prowadzenie i nadzorowanie systemu opieki zdrowotnej obywatele jako podatnicy od lat płacą niebotyczne pensje i nagrody. Za leczenie dzieci chorych na raka ci sami obywatele jako ludzie dobrej woli znowu płacą, odpowiadając na rozpaczliwy apel lekarzy oraz samych pacjentów i ich rodziców. Za leczenie innych chorych może już nikt nie zapłacić. Mało zostaje do podziału po opłaceniu kosztów refundacji leków i obsługi systemu.

W kontraście z ułomną tożsamością organizatorów ochrony zdrowia pozostaje wyrazista tożsamość patriotyczna na samym szczycie władzy w Polsce.

Niedawno Polska Agencja Prasowa cytowała mocne słowa premiera Jarosława Kaczyńskiego w sprawie stosunków polsko-niemieckich: Czy to Polska nie chce potwierdzić praw własności na jednej trzeciej terytorium Niemiec? Czy to Polska próbuje zweryfikować obraz historii, by w istocie przerzucić część odpowiedzialności ze sprawców na ofiarę? Czy Polska forsuje rozwiązania europejskie niekorzystne dla Niemiec? A może to mniejszość niemiecka w Polsce podlega zakazowi mówienia we własnym języku do własnych dzieci? I wreszcie, czy to my podejmujemy inicjatywy gospodarcze zagrażające bezpieczeństwu energetycznemu Niemiec? Polska byłaby w nieporównanie lepszej sytuacji wobec partnerów, gdyby elity jako całość broniły polskich interesów narodowych – powiedział premier.

Po wielu, wielu latach miliony polskich wyborców usłyszały słowa zdecydowanie bliższe ich poglądom niż dusery, którymi był obdarzany wielki przyjaciel niektórych Polaków, kanclerz Gerhard Schroeder, obecnie ikona rurociągu zamieniającego Bałtyk i całe wybrzeże w obszar megakatastrofy ekologicznej.

Skoro polskie interesy narodowe były tak chwalebnie wzięte w obronę w obszarze stosunków polsko-niemieckich, jako obecni i przyszli pacjenci z niecierpliwością wypatrujemy tego samego w obszarze ochrony zdrowia.

16. lutego 2007

Jeszcze w połowie XVII w. Chiny liczyły o 1/5 mniej ludności niż Europa. W połowie XX w. liczba Chińczyków i Europejczyków była mniej więcej równa. W połowie XXI w., już za 43 lata, za życia wielu obecnie żyjących, a na pewno za życia naszych dzieci i wnuków, szacowana liczba mieszkańców Chin ma sięgnąć 1 miliarda 606 milionów, a Europy – spaść do 678 milionów. Można sobie wyobrazić ogrom nadchodzących zmian na świecie wynikających z tak nagle następującej polaryzacji demograficznej na obszarze Eurazji.

Rozrost ludności Chin następuje w sytuacji gwałtownego uwolnienia inwencji i legendarnej pracowitości obywateli Chińskiej Republiki Ludowej, a co Chińczyk potrafi w warunkach wolności gospodarczej łatwo dostrzec w tych miastach Zachodu, w których kolonia chińska kontroluje znaczną część usług i handlu, oferując okazyjne ceny i miażdżąc konkurencję szybkością decyzji i sprawnością działania.

Już teraz gospodarka Chin bije rekordy ekspansywności, mierzone ilością asortymentów wypychających z półek sklepowych produkcję innych krajów, też wprowadzanych do obrotu legalnie, z zachowaniem wszystkich praw własności intelektualnej, standardów sanitarnych i innych jakościowych. Jaki jest udział pracy niewolniczej i zanieczyszczenia środowiska w zaniżaniu cen produktów chińskich, można się tylko domyślać, znając drastyczne przejawy łamania praw człowieka w Chińskiej Republice Ludowej oraz skażenie wody, gleby i powietrza niszczące nie tylko w same Chiny, lecz sięgające nawet po zachodnie wybrzeże USA. Należy jednak podkreślić, że zachodni model praw człowieka i wolności obywatelskich jest wyprowadzony wprost z wartości chrześcijańskich i to co dla nas jest oczywistą reakcją na krzywdę ludzką, dla innych może być pretekstem do wtrącania się w wewnętrzne sprawy narodu o tradycjach innych niż chrześcijańskie. Z kolei problemami skażenia środowiska władze chińskie zajmują się już bardzo, ale to bardzo intensywnie, zabiegając o poprawę wizerunku Państwa Środka w oczach turystów, importerów żywności i światowej opinii publicznej zatroskanej globalnym kryzysem środowiska, a przede wszystkim odpowiadając na niepokoje społeczne, wręcz masowe bunty rzesz obywateli wystawianych na skutki skażenia rzek stanowiących źródło zaopatrzenia ludności w wodę pitną, powietrza wokół zakładów pracy emitujących trucizny i wreszcie żywności wytworzonej w skażonym środowisku i przy użyciu metod bezpośrednio zagrażających zdrowiu konsumentów.

Rozwiązywanie tych problemów ma miejsce w czasie intensywnego wzrostu ludności Chin i w związku z tym coraz głośniej słychać zadawane od lat pytanie czy Chiny są w stanie same się wyżywić. Po wyłączeniu z produkcji rolnej obszarów pustynnych i półpustynnych, skalistych, wysokogórskich, stepowych, a także intensywnie skażonych, bądź zniszczonych w wyniku suszy i działania innych klęsk i żywiołów, areał zaspokajający zapotrzebowanie na żywność już wkrótce ponadpółtoramiliardowej populacji Chin będzie stanowczo niewystarczający.

Należy wątpić, czy USA zdołają wyżywić Chińczyków, skoro zaczęły pojawiać się poważne ostrzeżenia przed skutkami wykorzystywania ziemi rolnej do produkcji biopaliw kosztem żywności. Nasilają się obawy, że lukratywna i nie obciążona wymaganiami jakości konsumpcyjnej produkcja roślin przemysłowych, oparta o odmiany genetycznie modyfikowane, może doprowadzić nie tylko do upadku średnich i małych gospodarstw rolnych, ale i wywołać kryzys w zakresie wyżywienia Amerykanów, nie mówiąc o eksporcie.

USA jak dotychczas skutecznie zabiegają o względy Chin, aż do tego stopnia, że rozważany jest legalny import drobiu z Chin do USA, a więc z kraju będącego rozsadnikiem ptasiej grypy H5N1 do kraju konsumentów szczególnie wyczulonych na zagrożenia zdrowia. Być może jest to transakcja wiązana. W zamian za import pasz genetycznie modyfikowanych i opatentowanych nasion genetycznych mutantów, których właścicielami są koncerny amerykańskie, czy też raczej ponadnarodowe, do Ameryki ma niejako wrócić produkcja zwierzęca powstała w oparciu o tego rodzaju pasze. Szkoda, że podobnego gestu ze strony naszych sojuszników nie mogą się doczekać hodowcy przekształcający w Polsce importowane z USA genetycznie modyfikowane pasze na drób, wieprzowinę czy wołowinę i inne produkty spożywcze pochodzenia zwierzęcego. Jest jednak nadzieja, że Komisja Europejska wkrótce podejmie decyzję nakazującą zamieszczać na produktach pochodzenia zwierzęcego informację, że do ich powstania wykorzystano pasze genetycznie modyfikowane. W świetle badań nad poparciem dla żywności genetycznie modyfikowanej zależnie od jej znajomości w Unii Europejskiej i w każdym z krajów członkowskich w 2005r. oraz w USA w 2006r. nie ma wątpliwości, że nastąpi wtedy kres sprzedaży mięsa, mleka, jaj i innych produktów pochodzenia zwierzęcego powstałych w oparciu o pasze genetycznie modyfikowane. Poparcie w Unii Europejskiej i USA dla żywności genetycznie modyfikowanej deklaruje zaledwie 27% osób, czyli co czwarty konsument, w najbogatszym Luksemburgu 13%, w Grecji 14%, we Francji 20%, w Niemczech 21%, w Polsce 23%. Odsetek osób deklarujących znajomość żywności genetycznie modyfikowanej w Unii Europejskiej sięga 80%, w USA jest o połowę mniejszy. Szczegółowe dane udostępniam na stronie internetowej www.halat.pl i pochodnych. Nie są znane wyniki podobnych badań przeprowadzonych w Chinach, ale wiadomo, że lawinowo narasta tam zapotrzebowanie na żywność ekologiczną, a więc atestowaną i pochodzącą z państw cieszących się na świecie dobrym wizerunkiem w zakresie ochrony dzikiej przyrody i wolnych od organizmów genetycznie modyfikowanych.

23. lutego 2007

W prestiżowym amerykańskim dzienniku THE WALL STREET JOURNAL 19. lutego 2007r. ukazał się artykuł Sharon Begley p. t. Nowe dane – niektóre funkcje mózgu poprawiają się z wiekiem.

Artykuł zawiera przegląd najnowszych doniesień naukowych wskazujących na lepsze funkcjonowanie mózgu ludzi w podeszłym wieku niż młodych w takim zakresie, jaki jest szczeglnie przydatny do uzasadnienia wartości głosu ludzi starszych w podejmowaniu ważnych decyzji w życiu rodziny, zakładu pracy, małej społeczności, narodu i świata.

Trzeba z całą mocą podkreślić, że po raz kolejny odkrycia naukowe potwierdzają naturalną prawdę znaną człowiekowi od początku jego istnienia. To najstarsi decydowali o losach rodzin i rodów, rady starszych brały na siebie ciężar odpowiedzialności za grupy terytorialne i plemiona, senaty za państwa. Sprawność umysłu Ojca Świętego Jana Pawła II mogliśmy obserwować dzień w dzień w kolejnych latach długiego pontyfikatu. W ostatnich latach nie zakłócił jej ani podeszły wiek, ani ciężkie choroby. Dzisiaj skałą Kościoła jest Ojciec Święty Benedykt XVI, ktry już wkrótce – 16. kwietnia – ukończy 80 lat. Obraz tych dwóch niezwykle nam bliskich papieży może być ilustracją poniżej streszczonych najnowszych odkryć naukowych.

Osoby starsze dysponują bogatszym zasobem słów, łatwiej posługują się synonimami i antonimami. Mają większy zasób wiedzy eksperckiej odpowiadającej wykonywanemu zajęciu, co pozwala im w konkretnej sytuacji odwołać się do licznych wariantów rozwiązania problemów. Eryk Kandel laureat nagrody Nobla z roku 2000 w dziedzinie medycyny, który nadal czynnie uczestniczy w życiu naukowym i dydaktycznym, uważa, że w wieku 77 lat jest lepszym naukowcem niż wtedy, kiedy był młodszy, bowiem w nauce bardzo ważny jest rozum i obecnie łatwiej mu odróżnić problemy ważne od nieważnych.

Nic dziwnego, że reprezentanci powojennego szczytu demograficznego lat pięćdziesiątych opierają się przymusowi przechodzenia na emeryturę. Wspierają ich odkrycia nauki dotyczące pamięci semantycznej, czyli przywoływania z pamięci faktów i liczb. Pamięć semantyczna jest względnie oporna na starzenie się. Obejmuje słownictwo, ktrego bogactwo narasta z wiekiem tak niezawodnie, przynajmniej u osb, które nie zaprzestały czytać, że ktoś młodszy nigdy nie powinien starać się prześcignąć inteligentnego 75-latka w rozwiązywaniu krzyżówek.

Starości opiera się także wiedza ekspercka, czyli zasób posiadanych informacji z zakresu własnego zawodu czy hobby. Nauka jest przekonana, że synapsy kodujące wiedzę ekspercką są niezniszczalne. Są jak wykute w kamieniu. Dlatego zawiadujący ruchem startujących i lądujących samolotów kontrolerzy lotów liczący od 60. do 69. roku życia, są co najmniej tak sprawni jak ich koledzy pomiędzy 30. a 39. rokiem życia, zwłaszcza w sytuacjach skomplikowanych i nadzwyczajnych. Doświadczenie kompensuje ubytek innych zdolności, co zdaniem naukowców skłania do rewizji poglądw na wiek emerytalny. Badania też wykazały, że z wiekiem nie ulega obniżeniu koncentracja wybiórcza, czyli zdolność skupiania uwagi na konkretnej sprawie i oporność na czynniki odwracające uwagę. Jest to ważne nie tylko dla kontrolerów lotów, ale i kierowców skupionych na ruchu drogowym pomimo migających świateł i hałaśliwych pasażerów.

Najbardziej korzystną cechą mózgu starszych osó`b jest to, że mniej rzeczywistych wyzwań wymaga obciążonego dużym wysiłkiem zastanawiania się jak rozwiązać powstałe problemy. Zamiast godzinami metodycznie rozgryzać jakiś tekst, starszy ekspert skupia się na ważnych fragmentach tego tekstu i je dopasowuje do tego, co już wie o sprawie. To samo dotyczy esencji artykułów, w tym naukowych, łatwiej wydobywanej przez osoby starsze.

Mózgi osb młodszych rozwiązują problemy krok po kroku, zaś mózgi starszych – odwołują się do szablonów poznawczych, ogólnych zarysów jakiegoś problemu i jego rozwiązania, które kiedyś okazało się skuteczne. Tak ocenia się nowe sytuacje lub nowe problemy, z którymi miało się już do czynienia i nie trzeba do nich podchodzić metodycznie. Nawet jeśli starsi ludzie zapominają o drobiazgach i czasem mają kłopoty z koncentracją, dysponują tak dużym bogactwem szablonów poznawczych, że są wystarczająco kompetentni, aby sprawować pełną kontrolę nad sytuacją. Nawet przy zmniejszonych dostawach krwi i tlenu do mózgu.

W rezultacie starsi ludzie wykonujący zawody wymagające profesjonalnego przygotowania łatwiej oddzielają sprawy ważne od nieważnych i ich zdolność do znaczącego wkładu w sukces zespołu narasta z czasem, doświadczeniem i wiekiem. Zdolność oddzielania ziaren od plew, jest szczególnie przydatna n.p. w procesach o odszkodowanie, gdzie wstępna dokumentacja może być tak obszerna, że mogłaby wypełnić halę magazynową, a potrzebne są tylko fakty wspierające wygranie sprawy a nie te, które odwracają uwagę sądu.

Dalsza sprawa do czynności automatyczne. Po wielu latach wykonywania nie kosztują już one żadnego wysiłku, a do tego są najmniej podatne na starzenie. Jeśli decyzje opierają się na wiedzy i umiejętnościach, starsi ludzie mają przewagę na młodszymi tylko z tego powodu, że ich umysł ma do udźwignięcia mniejszy ciężar.

Mózgi osb starszych łatwiej kontrolują uczucia, zwłaszcza negatywne, takie jak niecierpliwość i gniew. Opublikowane w 2006r. badania 250 osb trwające od okresu ich dorastania do osiągnięcia 80. roku życia po raz pierwszy udokumentowały pozytywne zmiany tej części mózgu, która rządzi emocjami. Jest to anatomiczna podstawa zmniejszającej się z wiekiem nerwowości i przesadnego reagowania na stres. Jednocześnie starsi ludzi wykazują wybitną inteligencję emocjonalną i łatwość oceny czyjegoś charakteru. Lepiej od osób młodszych potrafią ocenić, że ktoś jest miły lub inteligentny, albo też nieuczciwy.

 2. marca 2007

Najnowszy raport Europejskiej Agencji Środowiska ujawnia, że coroczne subsydia na transport pochłaniają od 270 do 290 miliardów euro, z czego połowa idzie na transport drogowy, jeden z najbardziej szkodliwych dla środowiska. Niemal co dziesiąty spośród obywateli 25 państw członkowskich Unii Europejskiej żyje w odległości mniejszej niż 200 m od drogi, którą przejeżdżają w ciągu roku ponad 3 miliony pojazdów, a co czwarty – w odległości mniejszej niż 500 m od tak zatłoczonej drogi. W następstwie narażenia tak wielkiej liczby ludzi na spaliny samochodowe liczba straconych lat życia sięga 4 milionów w ciągu jednego tylko roku. Jest oczywistym dla każdego faktem, że przedwczesne zgony, przewlekłe choroby i niepełnosprawność są tym częściej spotykane, im większa jest koncentracja spalin. Załamywanie rąk nad losem ludzi zamieszkujących budynki, które tworzą wąskie kaniony wypełnione rzeką tirów, albo w oczekiwaniu na przejście przez jezdnię krztuszą się czarnym nieraz dymem z rur spalinowych ma pełne uzasadnienie nie tylko zdroworozsądkowe, ale i medyczne. Wątpiącym można przestawić wyniki badań epidemiologicznych o niepodważalnej wartości dowodowej.

Odrębnym zagadnieniem są następstwa narażenia na całodobowy hałas przekraczający dopuszczalne poziomy dobowe i chwilowe, prowadzący jego ofiary wprost do stanu depresji. Do wibracji i wstrząsów budynków mieszkalnych położonych w bliskim sąsiedztwie dróg nie są w stanie adaptować się nawet ludzi zamieszkali w takich budynkach od urodzenia. Ryk silników, kakofonia sygnałów dźwiękowych, brzęk szklanek, kołysanie się żyrandola, pył wdzierający się do domu drzwiami i oknami ani na chwilę nie pozwalają zapomnieć, gdzie musi się mieszkać.

Wśród morza zapowiedzi rozwiązania kryzysu zapoczątkowanego w Dolinie Rospudy za najbardziej rozsądny i wymagający masowego poparcia w ramach narodowego referendum należy uznać przypominany obecnie program TIRY NA TORY, gdyż przesuwanie po Polsce drogowych pasów śmierci jedynie podtrzyma krociowe zyski przemysłu chemicznego, samochodowego, medycznego i pogrzebowego inicjowane przez europejskich podatników składających się na subsydia.

Szkoda, że w tzw. raporcie otwarcia przy obejmowaniu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nie oceniono w sposób właściwy zaniedbań w zakresie kolejnictwa w naszym kraju. Dążenie do likwidacji przewozów towarowych było zbrodnią, a przerzucanie kosztów na pasażerów – zwykłą kradzieżą .Podróż z Warszawy do Wrocławia po przekątnej, czyli przez Łódź zabiera prawie siedem godzin i kosztuje połowę ceny biletu za pięciogodzinną podróż przez Poznań. Protestów przedstawicieli mieszkańców Wrocławia nie słychać, choć wielu ludzi narzeka na ten rozbój.

Wracając do zagrożeń zdrowia związanych z narażeniem na czynniki środowiskowe, należy zwrócić uwagę na bardzo ważne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W uzasadnieniu wyroku z dnia 2. listopada 2006r. (skarga nr 59909/00) zobowiązującego władze Włoch do wypłaty 12 000 euro jako zadośćuczynienie za krzywdę moralną w postaci udręki i lęku, której doznała ofiara sąsiedztwa zakładu oddziałującego szkodliwie na środowisko, trybunał podał pogwałcenie art. 8. europejskiej konwencji praw człowieka i podstawowych wolności nakazującego chronić życie prywatne, rodzinne, dom i korespondencję. Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, że ochrona prawa do domu odnosi się nie tylko do fizycznego obszaru życia osoby i rodziny, lecz także do spokojnego cieszenia się tym obszarem, a tym samym naruszenie miru domowego nie ogranicza się do aktów konkretnych lub fizycznych, jak nieuprawnione wtargnięcie do czyjegoś domu, ale uwzględnia także naruszenia niekonkretne i niefizyczne, takie jak hałas, emisje, odory i inne formy szkodliwego oddziaływania.

Już obecnie Polacy są w ścisłej czołówce niemal wszystkich, z wyjątkiem obywateli Białorusi, narodów szukających sprawiedliwości przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, ale wyrok z dnia 2. listopada 2006r. dołoży podatnikom do kosztów utrzymania bezczynnych organów państwa lawinowo narastające wypłaty odszkodowań za powszechne łamanie reguł zdrowia środowiskowego, o ile problemy z tożsamością rozmaitych inspektorów i rzeczników praw wszelkich nadal będą paraliżować ochronę praw człowieka w Polsce.

Parlament Europejski 13. lutego 2007r. uratował kraje Europy Środkowej, w tym Polskę, przed zalewem odpadów do spalenia, które Komisja Europejska chciała przenieść z kategorii odpadów do kategorii surowców energetycznych z odzysku, co pod pozorem korzyści dla ekologii w efekcie uczyniłoby Europę Środkową terenem spalania nie własnej a importowanej części 3,5 miliarda ton odpadów wytwarzanych w Unii Europejskiej, uzupełnionych sprowadzanymi z całego świata odpadami niebezpiecznymi do spalenia w samych tylko Niemczech w ilości 2,6 miliona ton (wg Der Spiegel: rozpuszczalniki z Australii i Chin, pestycydy z Kolumbii, gruz z azbestem z USA są sprowadzane w celu odpłatnego spalenia, aby uzupełnić moc przerobową spalarni w Brunsbuettel, Herten, Dormagen i Leverkusen).

Jednak narastający w Niemczech opór obywatelski przeciwko spalaniu importowanych odpadów w spalarniach, które choć wysokosprawne i tak stwarzają zagrożenie dla otaczającego środowiska, w szczególności dla zdrowia ludzi i jakości zdrowotnej płodów rolnych (najgroźniejsze są dioksyny), może nasilić legalny i nielegalny import odpadów do Polski oraz być powodem znanych w wielu obszarach zdrowia środowiskowego oszukańczych kampanii bagatelizujących ryzyko śmiercionośnych inwestycji.
 
9. marca 2007

Eliminacja słabszych jednostek jest podstawą uprawy, ogrodnictwa, sadownictwa i hodowli, a więc tych wszystkich zajęć, które od zarania ludzkości składają się na nasz byt materialny. Krzywo wyrosłe drzewko idzie pod topór, dla utykającego jagnięcia kalectwo oznacza rychłą śmierć. Ubój sanitarny zwierząt chorych, a nawet całkiem zdrowych, ale podejrzanych o zakażenie, np. w związku z przebywaniem w strefie zagrożenia ptasią grypą, to zwykła praktyka weterynaryjna, obecnie prowadzona w megaskali, w wyniku której miliony sztuk drobiu kończą na stosach zamiast na talerzach. Niedołężnego psa jego przyjaciele prowadzą do uśpienia.

A jak ludzie traktują ludzi? Czy eliminacja słabszych jednostek ma zastosowanie do ludzi?

Od zarania dziejów czystka towarzyszyła każdemu podbojowi. Dla słabszych, bo pokonanych, nie było litości. Wiedzieli o tym dobrze Słowianie już na tysiąc i więcej lat przed Hitlerem. Wiedzą rodziny ofiar Golgoty Wschodu. Autorom i wykonawcom masowej zagłady bezbronnych obywateli II Rzeczypospolitej wyobraźnia podpowiadała tysięczne usprawiedliwienia, w gruncie rzeczy wyrosłe z przekonania, że brutalna siła zastąpi każdy argument. Można powiedzieć, że to przeszłość i wracać do niej tylko we wspomnieniach junkrów pruskich, starannie i cierpliwie kreowanych na jedyne ofiary historii. Ale nie tak dawna fala okrucieństw w byłej Jugosławii powinna przybliżyć młodym Europejczykom strach przed rozpasaniem zła tuż za progiem, w zasięgu kilkugodzinnej podróży samochodem. Doniesienia z Iraku to nie buchalteria polegająca na codziennym wypełnianiu rubryk liczbami setek zabitych i rannych a obraz nieszczęść bezbronnych ludzi, rodzin bez źródeł utrzymania, sierot, niezliczonej rzeszy osób okaleczonych, bez rąk, nóg, jakichkolwiek szans na przeżycie. W relacjach z Iraku słychać strzały, a za tło dźwiękowe powinno posłużyć rozrywające serce zawodzenie wdów i jęk bólu małych dzieci. Silni chowają się za murem, pancerzem, kuloodporną szybą limuzyny. Wydają rozkazy eliminacji słabych po przeciwnej stronie konfliktu, przedstawianego jako religijny, płacą za masowe egzekucje niewinnych ludzi.

A u nas? W Polsce dążenie do eliminacji słabszych jednostek ma się, niestety, dobrze. Wielu szuka pretekstu, komu by tu dołożyć, kogo wykończyć, usunąć z życia publicznego, wsadzić za kraty. Pozornie dla pogan najsłabszym jawi się katolik, najlepiej kapłan. Przecież nie będzie się bronić, a nawet przebaczy winowajcom. Arena znowu spływa krwią chrześcijan, igrzyska toczą się w najlepsze. Na jakieś przerażająco koślawe tory kierowane jest naturalne dążenie Polaków do ograniczenia wpływu jednostek szkodliwych na życie publiczne, w obecnej odsłonie stare jak pierwsza Solidarność. Czy to w ramach walki o dusze, czy dla odwrócenia uwagi, z premedytacją dąży się do eliminacji katolików z życia publicznego, w rzeczywistości potwierdzając naszą siłę siłą stosowanej przeciw nam broni. Bez obaw. Kościół wzmocniony cierpieniem da sobie radę.

Potrzeba prawa i sprawiedliwości jest naturalna. Nic dziwnego, że skierowane przeciwko korupcji, nepotyzmowi i prywacie wysiłki obecnej władzy znajdują powszechne uznanie. Słaba i uboga większość docenia starania o rządy prawa w sądach, urzędach skarbowych, szpitalach, szkołach, zakładach pracy i na ulicach.

Ale rzecz nie powinna się skończyć na osaczaniu publicznych szkodników winnych jawnemu dążeniu do eliminacji słabych jednostek spośród podsądnych, podatników, pacjentów, uczniów, kierowców i przechodniów. Winnych próbie eliminacji jednostek słabych, bo nieprzywykłych do walki na prawach dżungli. Słabych, bo za naiwnych. Słabych, bo za bezbronnych. Słabych, bo za szczerych, za uczciwych, za prostolinijnych. Słabych, bo za starych, albo za młodych.

Ludziom w tych powodów słabym, a składającym się na większość elektoratu, politycy często obiecują ochronę przed eliminacją, a niekiedy nawet dotrzymują słowa.

Jest jednak grupa ludzi najsłabszych, którzy albo jeszcze długo nie będą mieli prawa wybierać polityków na wysokie urzędy, albo z tego prawa już nie mogą skorzystać.

Należy stanąć jednym murem w obronie tych najsłabszych jednostek przed najbardziej brutalną, fizyczną eliminacją.

16. marca 2007

Pszczelarze kochają swoje pszczoły. Jak tu nie kochać istot tak pracowitych i tak wspaniale zorganizowanych, a do tego tak łatwo dostępnych obserwacji w cudownym otoczeniu kwitnącego sadu, łanu zboża, czy grządki pyszniącej się pięknym kwieciem.

Pszczelarze darzą pszczoły wielkim szacunkiem. W zamian za staranną i mądrą opiekę otrzymują od pszczół cieszące się niezmiennym zainteresowaniem klientów produkty o wysokiej wartości. Będąc bliżej pszczół niż ludzie innych zawodów, pszczelarze swoją troską okazują im wdzięczność nas wszystkich za trwającą od rana do nocy pracowitą krzątaninę, dzięki której zapylone rośliny dają plony będące podstawą naszego utrzymania.

Z pszczelich produktów najmilszym sercu jest jednak miód. Od dawien dawna miód był rzadkim, radującym zwłaszcza dzieci, źródłem słodyczy, podstawą ciast i deserów, a w naszych warunkach odpowiednikiem winogron jako surowca do wytwarzania szlachetnych trunków. Gdzie jak gdzie, ale w Polsce i na Litwie wielkie obszary pokryte lasami zawsze sprzyjały rozwojowi bartnictwa i zamiłowaniu do jego wyrobów. Co stoi na przeszkodzie ruszyć z tradycyjnymi naszymi umiejętnościami na podbój Europy i reszty świata? Biorąc pod uwagę regionalny charakter miodów, ich zróżnicowanie zależne od gatunku, można sobie wyobrazić marki miodów, tak jak francuskie wina noszące nazwy miejscowe i do tego podzielone nie na kilka tylko gatunków, jak wino czerwone, białe, różowe, musujące, słodkie, wytrawne, półsłodkie lub półwytrawne, a na znacznie więcej samych podstawowych, jak miód akacjowy, bławatkowy, koniczynowy, lipowy, rzepakowy, gryczany, wrzosowy, z drzew owocowych, spadziowy i ziołowy (górski). A te dopiero dzielone według sposobu sporządzania brzeczki, stopnia rozcieńczenia brzeczki wodą oraz sposobu doprawienia brzeczki. Niechby sycony korzenno-ziołowy koniczynowy półtorak ze Zgorzelca konkurował z niesyconym naturalnym lipowym trójniakiem z Augustowa. Jakbyśmy postarali się wszyscy w kraju i zagranicą, może i Johnny Walker w kilku odmianach farby i inne szkockie czy irlandzkie whisky, posunęłyby się trochę na półkach sklepów i domowych barków i zrobiły miejsce dla naszych miodów pitnych. Nie trzeba dodawać, że polscy dyplomaci i przedstawiciele handlowi, politycy i urzędnicy powinni być zobowiązani do reklamowania polskich miodów gdzie tylko to możliwe i co najmniej tak energicznie, jak ich francuscy odpowiednicy reklamują swoje wina i sery.

Pszczoły mają jeszcze jedną niezwykle ważną rolę do spełnienia, podobną do tej, która była udziałem kanarków w kopalni. Tak jak kanarki, umierają pierwsze. Zanim człowiek sam na sobie odczuje skutki niedostrzegalnych zagrożeń, widzi śmierć pszczół. Martwe pszczoły mogą być dowodem zbrodniczego skażenia środowiska, n. p. w wyniku niezgodnego z zasadami stosowania pestycydów.

Wysokiej klasy specjaliści są w stanie wykryć przyczyny masowej śmierci pszczół i w razie potrzeby ustalić sprawców skażenia środowiska i umożliwić pociągnięcie ich do odpowiedzialności, nawet wtedy, kiedy pszczoły opuszczą swoje ule i odlecą, aby umrzeć w ukryciu.

Właśnie teraz amerykańscy pszczelarze przeżywają bardzo ciężkie chwile. W wielu stanach dochodzi do nagłych padnięć całych pasiek. W odróżnieniu od znanych wcześniej atakujących roje chorób bakteryjnych, grzybiczych, czy pasożytniczych, teraz nieszczęście nie zajmuje jakiegoś obszaru stopniowo a pojawia się bez ostrzeżenia. Pszczelarz, sprawdzając po zimie stan swojej pasieki, widzi opustoszały ul.

Tylko w lutym ujawniono wyginięcie od 60 do 90% rojów na różnych obszarach pomiędzy wschodnim a zachodnim wybrzeżem, spodziewane straty gospodarki idą w miliardy dolarów.

Ponieważ wszystkie znane przyczyny tej katastrofy zostały wykluczone, coraz częściej słychać głosy przypisujące winę uprawom roślin genetycznie modyfikowanych, już dotychczas tak skutecznie niszczących amerykańskie rolnictwo, aby wspomnieć tylko międzynarodowy skandal z ryżem z końca ubiegłego roku.

Częstym produktem inżynierii genetycznej są pestycydy wbudowane w rośliny (ang. plant-incorporated pesticides) będące białkami o właściwościach trujących dla owadów. Są obecne we wszystkich częściach roślin transgenicznych, także w jadalnych, a człowiek jest ich mimowolnym konsumentem w wyniku arbitralnej decyzji organów rejestrowych, Jak dotychczas pszczelarze słyszeli zapewnienia, że pszczołom kontakt z genetycznie modyfikowanymi roślinami niczym nie zagraża, choć już od dawna wiadomo, że bakterie zasiedlające jelita pszczół stają się oporne na antybiotyki w efekcie kontaktu z transgenicznym rzepakiem, co obok skażenia miodu pyłkiem organizmów genetycznie modyfikowanych było od samego początku powodem ostrego sprzeciwu pszczelarzy brytyjskich przeciwko lokowaniu upraw transgenów w pobliżu pasiek. Jak się teraz podejrzewa pyłki genetycznie modyfikowanego rzepaku lub kukurydzy, wywołując upośledzenie odporności, mogą prowadzić do powolnej śmierci rojów.

Professor Joergen Tautz z Wuerzburga podaje liczbę 130 000 gatunków roślin, w których zapylaniu udział pszczół jest niezbędny i stwierdza, że dla wyżywienia ludzi pszczoły są ważniejsze od drobiu.

Na koniec warto przypomnieć myśl Alberta Einsteina, który przepowiedział, że kiedy znikną pszczoły, ludzie przeżyją je tylko o kilka lat.

3. marca 2007

Po siedmiu miesiącach kompromitującego braku regulacji produktu najbardziej masowego, a przy tym najbardziej niebezpiecznego, jakim jest woda z kranu, minister zdrowia w dniu 13. marca 2007r. podpisał rozporządzenie w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 13 marca 2007r. w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi określa wymagania mikrobiologiczne, organoleptyczne, fizykochemiczne, oraz radiologiczne, które dotyczą wody pobieranej z urządzeń i instalacji wodociągowych, z indywidualnych ujęć wody zaopatrujących ponad 50 osób lub dostarczających więcej niż średnio 10 m szesc. wody na dobę, z indywidualnych ujęć wody, bez względu na ilość dostarczanej wody, jeżeli woda ta służy do działalności handlowej lub publicznej, z cystern lub zbiorników, ze zbiorników magazynujących wodę w środkach transportu lądowego, powietrznego lub wodnego oraz wprowadzanej do jednostkowych opakowań. Według zapisów paragrafu 20. konsumenci uzyskują informacje o jakości wody zgodnie z przepisami o dostępie do informacji publicznej.

Informacja o jakości wody powinna zawierać:
1) dane o przekroczeniach dopuszczalnych wartości parametrów jakości wody oraz związanych z nimi zagrożeniach zdrowotnych;
2) dane o pogorszeniu jakości wody pod względem organoleptycznym;
3) informacje o możliwości poprawy jakości wody przy użyciu środków dostępnych dla konsumentów;
4) informacje o planowanych przez przedsiębiorstwo wodociągowo – kanalizacyjne przedsięwzięciach naprawczych i harmonogramach ich realizacji;
5) zalecenia mające na celu minimalizację zagrożenia dla zdrowia ludzkiego.

Ustawa z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej głosi, iż każdemu przysługuje prawo dostępu do informacji publicznej, a od osoby wykonującej prawo do informacji publicznej nie wolno żądać wykazania interesu prawnego lub faktycznego. Prawo do informacji publicznej obejmuje uprawnienia do uzyskania informacji publicznej, w tym uzyskania informacji przetworzonej w takim zakresie, w jakim jest to szczególnie istotne dla interesu publicznego, uprawnienia do wglądu do dokumentów urzędowych oraz uprawnienie do niezwłocznego uzyskania informacji publicznej zawierającej aktualną wiedzę o sprawach publicznych. Udostępnianie informacji publicznych następuje w drodze ogłaszania informacji publicznych, w tym dokumentów urzędowych, w Biuletynie Informacji Publicznej dostępnym poprzez stronę internetową http://www.bip.gov.pl i pochodne. Informacja publiczna, która nie została udostępniona w Biuletynie Informacji Publicznej, jest udostępniana na wniosek, przy czym ta informacja publiczna, która może być niezwłocznie udostępniona, jest udostępniana w formie ustnej lub pisemnej bez pisemnego wniosku. Informacja publiczna może być udostępniana w drodze wyłożenia lub wywieszenia w miejscach ogólnie dostępnych, a także przez zainstalowane w tych miejscach urządzenia umożliwiającego zapoznanie się z tą informacją. Podmiot udostępniający informację publiczną jest obowiązany zapewnić możliwość kopiowania informacji publicznej albo jej wydruk lub przesłania informacji publicznej albo przeniesienia jej na odpowiedni, powszechnie stosowany nośnik informacji. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku podmiot obowiązany do jej udostępnienia powiadamia w tym terminie o powodach opóźnienia oraz o terminie, w jakim udostępni informację, nie dłuższym jednak niż 2 miesiące od dnia złożenia wniosku. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje w sposób i w formie zgodnych z wnioskiem, chyba że środki techniczne, którymi dysponuje podmiot obowiązany do udostępnienia, nie umożliwiają udostępnienia informacji w sposób i w formie określonych we wniosku. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w sposób lub w formie określonych we wniosku, podmiot obowiązany do udostępnienia powiadamia pisemnie wnioskodawcę o przyczynach braku możliwości udostępnienia informacji zgodnie z wnioskiem i wskazuje, w jaki sposób lub w jakiej formie informacja może być udostępniona niezwłocznie. W takim przypadku, jeżeli w terminie 14 dni od powiadomienia wnioskodawca nie złoży wniosku o udostępnienie informacji w sposób lub w formie wskazanych w powiadomieniu, postępowanie o udostępnienie informacji umarza się.

Dostęp do informacji publicznej jest bezpłatny, ale jeżeli w wyniku udostępnienia informacji publicznej na wniosek podmiot obowiązany do udostępnienia ma ponieść dodatkowe koszty związane ze wskazanym we wniosku sposobem udostępnienia lub koniecznością przekształcenia informacji w formę wskazaną we wniosku, podmiot ten może pobrać od wnioskodawcy opłatę w wysokości odpowiadającej tym kosztom. Podmiot ten w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku powiadomi wnioskodawcę o wysokości opłaty. Udostępnienie informacji zgodnie z wnioskiem następuje po upływie 14 dni od dnia powiadomienia wnioskodawcy, chyba że wnioskodawca dokona w tym terminie zmiany wniosku w zakresie sposobu lub formy udostępnienia informacji albo wycofa wniosek.

Odmowa udostępnienia informacji publicznej oraz umorzenie postępowania o udostępnienie informacji przez organ władzy publicznej następują w drodze decyzji. Do tych decyzji stosuje się przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego, z tym że odwołanie od decyzji rozpoznaje się w terminie 14 dni, a uzasadnienie decyzji o odmowie udostępnienia informacji zawiera także imiona, nazwiska i funkcje osób, które zajęły stanowisko w toku postępowania o udostępnienie informacji.

Dzięki nowemu rozporządzeniu konsumenci mogą poznać jakość zdrowotną wody płynącej z ich kranów.

30. marca 2007

Ledwo obeschły łzy, ludzie zaczęli dostosowywać się do świata bez Niego. Jeden po drugim wydobywał z pamięci strzępy wspomnień, rozważał zasłyszane myśli, porównywał z innymi, odnosił do szerszych spraw, faktów z życia własnego i innych. Na kraj spłynęła kolejna w dziejach Polski fala opamiętania.

Ktoś powie, że zmiana władzy w 2005r. była następstwem typowego wychylenia wahadła politycznego, tym razem w prawą stronę. Może i tak. O ile za stronę lewą uzna się polityków, którzy ogłosili się lewicą sami sobie nakładając fałszywe etykiety. Właśnie jest ujawniania prawdziwa jakość nie pierwszej świeżości produktów znakowanych jako lewica, a znajdujących się w politycznym obrocie od niemal dwóch dekad. Co do poziomu załgania agentury imperium sowieckiego prezentującej się jako lewica przez cztery poprzednie dekady zapewne nie ma wątpliwości nawet sam José Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej. Niedawno wspominał swoje szkolne czasy, kiedy jako maoistowski komunista walczył przeciwko łamaniu praw obywatelskich w Portugalii. Dzisiejszy polityk centroprawicy jest zdania, że za wszelką cenę należy stać na straży prawa do wypowiedzi i ostrzega przed zgubnymi następstwami poprawności politycznej, która zabija wolność Europejczyków. Tymczasem dla niegdyś mu bratnich lewaków z sąsiadującej Hiszpanii Polska roku 2007 jest krajem odrażającym, bo nie chce oddawać czci NKWD-yście znanemu jako Karol Świerczewski, dla którego udział w okrutnej zagładzie księży i zakonnic w wojnie domowej Hiszpanii był tylko przerwą w instalowaniu władzy Sowietów w Polsce. Dziką rzeź w hiszpańskich kościołach, zakonach i seminariach od przemysłu zadawania bólu i morderstw kwitnącego w narodowo-socjalistycznym systemie III Rzeszy lub wytrwale dążącym do komunizmu systemie socjalistycznym Sowietów różni ilość ofiar, nie jakość czynów.

Na niedawne obchody 50-lecia podpisania Traktatów Rzymskich do Berlina zjechali przywódcy 26 obecnych krajów członkowskich Unii Europejskiej, a mimo to tzw. Deklarację Berlińską podpisały tylko trzy osoby: kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, przewodniczący Parlamentu Europejskiego i właśnie pan Barroso. Pierwszych dwoje to członkowie jednej partii – niemieckiej CDU, w której skład wchodzą ziomkostwa dążące do rewizji granic z Polską i Czechami. Wypowiadane półgębkiem przez prezydentów Polski i Czech niezbyt entuzjastyczne opinie na temat Deklaracji Berlińskiej zostały uznane za niepoprawne politycznie przez kreatorów poprawności politycznej w Europie i na świecie. Pan Barroso, piewca wolności wypowiedzi, nie stanął w obronie panów prezydentów Polski i Czech. Choć ostrzega przed zgubnymi następstwami poprawności politycznej, która zabija wolność Europejczyków, pan Barroso może okazać się równie niespolegliwy, kiedy przyjdzie chronić przed aresztowaniem tych, którzy publicznie dadzą wyraz nierzadkim w Europie obawom, że pod etykietą opartej o konstytucję Unii Europejskiej Niemcy budują IV Rzeszę z wiodącą rolą Prus wyciągniętych z grobu historii ze względu na zasługi.

Przeciwko obecnemu rozwojowi spraw w Unii Europejskiej wypowiada się często i stanowczo Ojciec Święty Benedykt XVI. Forsowane rozwiązania z wykorzystaniem przemocy, podstępu i polityki faktów dokonanych są więc z natury rzeczy nie do przyjęcia przez katolików. Nie mam tu na myśli osób jakichkolwiek innych wyznań niż katolików rzymskich, obdarzanych zależnie od poziomu wypowiadającego się różnymi epitetami – od fundamentalistów, tradycjonalistów, czy konserwatystów do oszołomów, oazowców i moherowych beretów. W celu usunięcia tej kłody stale leżącej na drodze socjalistycznego lub narodowo-socjalistycznego postępu ludzkości od ponad dwustu lat używa się różnych sposobów wysyłania do nieba katolików, a zwłaszcza katolickich kapłanów: gilotyny, kuli, noża, cyklonu B, bunkra głodowego, mrozu, kół samochodu, celi więziennej, pomówienia, fałszywego oskarżenia i linczu medialnego. Ewentualnie lansuje się prowadzących wiernych na manowce nibyduszpasterzy w formie księży patriotów lub księży redaktorów, albo innych luminarzy z określnikiem "katolicki".

Tuż przed drugą rocznicą odejścia do Domu Ojca Sługi Bożego Jana Pawła II ulicami Warszawy przeszła wielotysięczna manifestacja w obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Modlitewny marsz katolików przeciw zbrodni w gabinetach lekarskich i szpitalach zorganizowało dwoje lekarzy. Pani dr Urszula Krupa i pan dr Witold Tomczak, posłowie Rzeczypospolitej Polskiej do Parlamentu Europejskiego zorganizowali wielotysięczny marsz ludzi domagających się wprowadzenia w życie podstawowego przesłania Ojca Świętego Jana Pawła II. Trudno o lepsze wspomnienie postaci Największego z Rodu Słowian.

W czasie trwania marszu wrogowie katolików wysłali kilku z nich do nieba. Na razie symbolicznie. Są jednak głosy, że nie był to ordynarny żart, a faktyczna groźba pozbawienia życia: jeżeli nie przestaniesz, pójdziesz do nieba, jak ks. Popiełuszko. Narastająca agresywność zła zawsze budziła w Polakach skuteczny opór.

Po 2. kwietnia 2007r. nadejdą kolejne rocznice. Warto towarzyszące im emocje przekuwać w konkretne czyny.

13. kwietnia 2007

Chcąc nie chcąc, jesteśmy wciągani w kolejne kampanie wyborcze: do parlamentu europejskiego, do sejmu, do samorządu terytorialnego i wreszcie w prezydencką.

W odróżnieniu od wyborców zabiegający o władzę politycy mają dobre rozeznanie mechanizmów tzw. demokracji i precyzyjnie odliczają dni pozostałe do rozstrzygnięć nad urnami wyborczymi. Rozmaite grupy i grupki, rozpoznawane przez konkurentów jako kliki i szajki, zanim przekształcą się w komitety wyborcze planują dzień po dniu akcje medialne, promocyjne, wydarzenia, happeningi i tym podobne próby zainteresowania sobą opinii publicznej.

Oby jeszcze media uczciwie opisywały to, co dzieje się w przestrzeni publicznej, oby kierowały się dobrem wspólnym, przynajmniej interesem swoich czytelników, widzów czy słuchaczy, albo dziennikarską etyką zawodową wymagającą bezstronności i relacjonowania stanowiska wszystkich stron sporu. Niestety, w bezstronność mediów nie wierzą nawet czytelnicy szkolnych gazetek, skoro w telewizji publicznej można podziwiać oracje dziennikarzy lepiej od ekspertów znających się na wszystkim, lepiej od polityków reprezentujących interesy wyborców, lepiej od kapłanów interpretujących kanony wiary. Zapytani o uprawnienia czy to zawodowe, czy polityczne płynące wygrania wyborów, czy też kapłańskie ludzie ci milkną. Jasno widać, że ich uprawnienie do publicznego poniewierania choćby pochodzących z wolnych wyborów polityków są nadane przez jakieś nieujawnione opinii publicznej gremia rozgrywające swoje kampanie bez odsłaniania rzeczywistych celów.

Zupełnie inna sytuacja ma miejsce w mediach prywatnych. Tu pozornie każdy, kogo na to stać, może przebić ofertę konkurenta i kupić przychylność opiniotwórczego środka masowego rażenia. Ale nie za blok reklam, choćby najdroższych. Nie za wyrazy wdzięczności w stosunku do konkretnego decydenta w redakcji. Naturalnie, nie są to doraźne decyzje ze straganu z pietruszką a rozkładane na dziesiątki lat wielkie inwestycje kapitałowo-polityczne o charakterze globalnym. Wielkie stacje telewizyjne i wpływowe czasopisma są tylko po to zakładane, aby wpływać na opinię publiczną. Tym bardziej jednak drażni sytuacja, w której jakiś konkretny nadawca czy wydawca udający bezstronnego opowiada się wyraźnie i bez najmniejszego wstydu za albo przeciw jakiejś partii lub określonym politykom. Pojawia się pytanie: czy ten nadawca lub wydawca kupił polityka, czy jest kupiony przez polityka. A jeśli tak, to jaki jest strategiczny cel całego przedsięwzięcia. Np. jaki jest cel nieustannego szydzenia z polskich władz wybranych w demokratycznych wyborach? Czy to już jawne dążenie do destabilizacji naszego kraju, czy może tylko przygotowywanie wygranej w nadchodzących kolejnych wyborach np. sławnym obrońcom praw człowieka nigdy nie zmęczonym budowaniem lepszego jutra ludu miast i wsi.

A propos praw człowieka. Uprawnienie dziennikarza do opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu jest jak najbardziej dopuszczalne w obronie obywateli przed nadużyciami władzy, przed okradzeniem ze zdrowia, dobrego imienia, wolności obywatelskich, czy majątku. Władza pilnowana przez media może im wiele zawdzięczać, kiedy rzetelne i dobrze udokumentowane materiały dziennikarskie przyjmie za ważny wkład do poprawy swojej służby narodowi. Ot, choćby ukróci bizantyjski styl życia swoich prominentów, politykę rodzinną kończącą się na zadbaniu o interesy tylko własnej rodziny,. nie wspominając o odmienianej dzisiaj już przez wszystkie przypadki korupcji, zwykłym złodziejstwie, partyjniactwie, klientelizmie i wielu innych przywarach władz nie tylko poprzednich.

Nie trzeba dodawać, że najważniejszym prawem człowieka jest prawo do życia. Rozpoczęta przedwcześnie kampania przedwyborcza ma więc u swojego progu spór godny najwyższej uwagi. Imienne wyniki głosowań będą służyć za plakaty wyborcze, a ludziom pozostanie jeszcze dość czasu na wyłonienie takich partii, które będą rokować większą wiarygodność i takich kandydatów do władz państwowych, którzy potrafią dotrzymać danego wyborcom słowa.

20. kwietnia 2007

Jak Polska długa i szeroka słychać radość z decyzji UEFA. Polska i Ukraina jako gospodarze mistrzostw Europy w piłce nożnej stają przed nadzwyczajną szansą rozwoju gospodarczego, wręcz cywilizacyjnego, pokojowej integracji opartej o wspólne interesy. Zachowując pamięć o tragicznych wydarzeniach z przeszłości, pozostając przy własnej – jakże rozbieżnej – interpretacji wspólnej historii i niełatwego sąsiedztwa, Polacy i Ukraińcy razem przystępują do przedsięwzięcia na miarę epoki. Razom nas bohato, nas ne podołaty!

Jasno określony cel i krótki termin wykonania gigantycznych zadań to najlepsze gwarancje skuteczności decyzji władz obu naszych słowiańskich państw, w których niełatwo o zaufanie do rządzących, obywatelskie posłuszeństwo jest rzadkością, a zdolność do jakichkolwiek wyrzeczeń dla wspólnego dobra prawie nie istnieje z wyjątkiem sytuacji skrajnego zagrożenia.

Szacuje się, że przy organizacji i obsłudze mistrzostw Europy powstanie 100 000 miejsc pracy. Spodziewany wzrost zatrudnienia przychodzi w chwili, w której przeważająca według wielu ocen większość młodych ludzi chce za pracą wyemigrować, nie godząc się na niskie płace w Ojczyźnie. Szkoda, że z pierwszych enuncjacji władz wynika, że autostrady, tory, hotele i stadiony dla potrzeb EURO 2012 będą budować przybysze z Azji a nie ściągnięci z powrotem do domu wyraźną poprawą zarobków ludzie, którzy musieli lub chcieli wyjechać za chlebem. Może warto włożyć więcej wysiłku w wykorzystanie mistrzostw jako środka ratowania ludzi przed wygnaniem na obczyznę, jako sposobu na ponowne połączenia się rodzin, jako dowodu do okazania wątpiącym, że właściwie nie ma żadnych istotnych przyczyn pozostawania z dala od kraju i ponoszenia kosztów emigracji. Nie mając wątpliwości, co do politycznego charakteru decyzji UEFA, nie traktujmy całego przedsięwzięcia jako cel sam w sobie, a uczyńmy z niego wspólnym wysiłkiem dobre narzędzie uporania się z problemem najważniejszym, jakim jest zagrożenie depolonizacją Polski.

Świat jest pełen emigrantów z Polski i Ukrainy. Dobrze byłoby wreszcie pozytywnie odpowiedzieć na powtarzające się od lat nawoływania Polonii o poważny program popierania jej inwestycji w starym kraju, o przyjazne traktowanie przedsiębiorców i fachowców, którzy chcą zaangażować się w różne przedsięwzięcia, a zamiast pomocy naszych władz, napotykają na większe przeszkody i biurokratyczne utrudnienia niż osoby zupełnie z Polską nie związane. Polacy żyjący za granicą w drugim, trzecim i dalszych pokoleniach są wiernymi obywatelami swoich krajów, często mają za sobą wspaniały awans społeczny, mogą się wykazać dobrym wykształceniem, majątkiem, przedsiębiorczością, wielkimi osiągnięciami i – co dla nas najważniejsze – dumą ze swoich polskich korzeni, przywiązaniem do tradycji i bardzo często siłą wiary, jakże wzmocnioną przez pontyfikat Jana Pawła II. Czy nadal można odrzucać ich gotowość do inwestowania w Polsce? A niechby EURO 2012 wypełniło jeszcze rolę narzędzia odzyskiwania osób polskiego pochodzenia dla Polski. Po co nam pośrednicy, skoro możemy sięgać do nieprzebranych zasobów doświadczenia, kontaktów biznesowych i energii Polonii.

Od czasu odzyskania suwerenności Polska jest niezawodnym sojusznikiem Ukrainy, niezwykle mocno angażując się po stronie wzmocnienia międzynarodowej pozycji naszego wielkiego sąsiada i przyczyniając się do jego osiągnięć politycznych. Współpraca przy wykonywaniu tysięcznych zadań na rzecz sukcesu mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie może też zaowocować przeniesieniem wspólnych interesów na inne kontynenty, gdzie obok siebie żyją potomkowie emigrantów z obu krajów. Trochę dobrej woli, trochę wyciszenia wspomnień, trochę chrześcijańskiego przebaczenia, a już jawi się atmosfera kochanego przez wszystkich Lwowa, miasta pięknie rozkwitłego siłą różnorodności mieszkańców.

Może to Lwów powinien być kulturalną stolicą EURO 2012? Przynajmniej u nas we Wrocławiu, bylibyśmy tym szczerze zachwyceni!

27. kwietnia 2007

W środę 25. kwietnia 2007r. pod hasłem: Geny nie są na sprzedaż! Tradycyjne i ekologiczne rolnictwo zamiast GMO! odbył się MIĘDZYNARODOWY SZCZYT ANTY-GMO NA WAWELU.

Organizatorzy tego niezwykłego wydarzenia – pani Jadwiga Łopata i sir Julian Rose stojący na czele Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi nie mają wątpliwości, że przyszłość Polski – jako najważniejszej w Europie Strefy Wolnej od GMO – wisi na włosku. Presja ze strony korporacji, by otworzyć rynek dla komercyjnych upraw GMO staje się coraz silniejsza, mimo, że Polacy powszechnie i stanowczo odrzucają GMO.

W konferencji na Wawelu wziął udział dr Arpad Pusztai najbardziej znany na świecie naukowiec badający wpływ organizmów genetycznie modyfikowanych na zdrowie zwierząt laboratoryjnych, Percy Schmeiser, kanadyjski rolnik, który od lat prowadzi walkę z firmą Monsanto oraz Michel Dupont z Francji, uczestnik wieloletniej dramatycznej walki francuskich rolników przeciw uprawom GMO.

Pani Jadwiga Łopata i sir Julian Rose są przekonani że obecnie Polska jest pod silnym wpływem lobbingu entuzjastów GMO, co zagraża zniszczeniem ostatniego bastionu tradycyjnego, proekologicznego rolnictwa. Stracimy możliwość eksportu naszej żywności poszukiwanej dlatego, że nie jest skażona organizmami genetycznie modyfikowanymi.

Dr Arpad Pusztai, Węgier który prowadził badania w Anglii, powiedział:

Ponieważ nasza znajomość genomu roślinnego jest słaba, a technologie składania genów wciąż nie zostały dopracowane, obecne uprawy roślin genetycznie modyfikowanych zagrażają zdrowiu ludzi i mogą przynieść szkodę środowisku naturalnemu. Ryzyko nieprzewidywalnych efektów ubocznych jest znacznie większe niż jakiekolwiek potencjalne korzyści. Nie wolno nam dopuszczać do spożywania produktów tej raczkującej nauki i musimy zakazać uwalniania roślin genetycznie modyfikowanych do środowiska, skąd ich nie będzie można już nigdy wycofać…

Percy Schmeiser z Kanady alarmował:

Walczymy z Monsanto z bardzo ważnego powodu. Zniszczyli to, co moja żona i ja wyhodowaliśmy przez ponad 50 lat. Nasze nasiona rzepaku były odporne na najróżniejsze choroby, jakie występują na stepach. Zniszczyli to, co było wynikiem naszych badań i upraw. Jestem przekonany gdybym ja to zrobił na polach firmy Monsanto, poszedłbym do więzienia. Ale im wolno skażać nasze pola i niszczyć dzieło naszego życia. I na dodatek to oni wnieśli do sądu sprawę przeciw mnie. Gdy w 1996 r. został wprowadzony genetycznie zmodyfikowany rzepak, nie było nikogo, kto potrafiłby nam powiedzieć, co z tego wyniknie. Dziś na całym świecie są ludzie świadomi tych skutków dzięki naszym doświadczeniom: skażenia, zubożenia różnorodności gatunkowej, zanieczyszczenia czystego materiału siewnego i odebranie prawa wyboru…

Guy Kastler z Francji wystąpił z ostrzeżeniem:

Francuscy rolnicy sprzedają większość swych produktów we Francji i w Europie, czyli na rynkach znanych z nieakceptowania GMO. Najmniejsze zagrożenie skażeniem przez GMO spowoduje utratę zaufania klientów i bankructwo wielu tysięcy rolników. W interesie francuskiego rolnictwa leży ochrona jego najbardziej dochodowego rynku, a nie ryzykowanie jego utraty w imię pogoni za mniej dochodowym rolnictwem niszowym dzięki któremu wzbogacą się jedynie ponadnarodowe firmy produkujące nasiona…

Odpowiadając na zaszczycające mnie zaproszenie organizatorów wygłosiłem wykład lekarza epidemiologa pt. ZAGROŻENIA ZDROWIA ZE STRONY ORGANIZMÓW GENETYCZNIE MODYFIKOWANYCH a do materiałów konferencyjnych dołączyłem swój Głos pierwszy do wydania polskiego światowego bestsellera J. M. Smitha NASIONA KŁAMSTWA (ang. SEEDS OF DECEPTION), wydawnictwo Fundacji PRO SCIENTIAE z Poznania właśnie trafiające do rąk czytelników.

Oto początkowy fragment mojego wstępu do książki NASIONA KŁAMSTWA:

Od kilkunastu lat wszystko co żyje na naszym świecie jest przedmiotem eksperymentu. Kilkanaście lat w dziejach życia na Ziemi to chwila bez znaczenia, chyba, że akurat wydarzy się katastrofa. Od uderzenia meteorytu podobno wyginęły dinozaury. Od ciosów obecnie zadawanych naturze może paść drzewo życia dobrze zakorzenione na naszej planecie i wyrosłe w oparciu o zrozumiały dla nas plan.

Dzięki geniuszowi ludzkiego intelektu poznajemy reguły genetyki. Człowiekowi jednak nigdy nie wystarcza sam opis rzeczywistości. Nie oglądając się na konsekwencje, każde odkrycie musi wykorzystać dla zysku. Wszak uświęca środki cel wojny – wojny o panowanie nad światem toczonej na froncie gospodarki, przechodzącym od czasu do czasu w działania militarne. A wojna, jak wiadomo, jest matką wynalazków. W tym przypadku – tworzenia nowych organizmów.

Jednostki biologiczne, zdolne do replikacji i przenoszenia materiału genetycznego, w których materiał genetyczny został zmieniony w sposób niezachodzący w warunkach naturalnych, powinny być zamknięte w hermetycznie szczelnych budynkach o podwójnej pancernej pokrywie, która natychmiast zalewana jest formaliną, kiedy tylko zaistnieje ryzyko ich uwolnienia do środowiska. W brytyjskim hrabstwie Kent w tak zbudowanej szklarni prowadzona jest hodowla genetycznie modyfikowanego tytoniu.

Ale nawet najbardziej kosztowne zabezpieczenia nie budzą zaufania. Badania opinii publicznej w Unii Europejskiej, okazują się nie tylko miażdżące dla żywności genetycznie modyfikowanej, lecz także ujawniają, że tylko co czwarty Europejczyk wyraża zgodę na produkcję pod rządami obowiązującego prawa środków farmakologicznych metodami rolnictwa molekularnego w zamkniętych szklarniach. Tymczasem wynajęte przez właścicieli patentów na transgeny psy wojny działające w nauce, polityce i gospodarce uparcie zabiegają o proliferację biologicznej broni masowego rażenia.

4. maja 2007

tylko audio

11. maja 2007

Już nie dyskutujmy – powiedział w dniu 10. maja 2007r. wicemarszałek Sejmu pan Jarosław Kalinowski, nie dopuszczając do kolejnej wymiany zdań w sprawie systemu ochrony zdrowia w Polsce.

No właśnie. Już nie dyskutujmy a zacznijmy rozliczać za dostrzegalne przez wszystkich osiągnięcia. Niech rozliczy każdy według swojej wiedzy i doświadczenia. Każdy pacjent i jego bliscy, każdy lekarz, każda pielęgniarka i wszyscy inni pracownicy ochrony zdrowia i ich rodziny. Każdy ekspert i prognosta, zarówno ten, który podnosi alarm w związku z lawinowo narastającą depolonizacją Polski, jak i ten, który liczy bieżące i przyszłe zyski z tego procederu. Już nie dyskutujmy. Zacznijmy się ratować.

W maju 2007 roku należy zdać sobie sprawę, że pustkę po wypędzonych za granicę lekarzach i pielęgniarkach przez krótki czas wypełnią emeryci, a po ich odejściu pozostałym jeszcze w kraju Polakom pozostanie tylko najbardziej popularyzowana forma znachorstwa, jaką jest medycyna reklamowa. Zgodnie z instrukcją płynąca z telewizyjnych reklam cierpiący ludzie będą czytać ulotki albo konsultować się z farmaceutą, ale już nie z lekarzem. Wobec braku lekarzy, ludziom innych zawodów pozostanie samodiagnozowanie się w oparciu o informacje zawarte w ulotce napisanej przez producenta środka farmaceutycznego albo też poleganie na rozpoznaniu, które postawi farmaceuta, czy to przez okienko nad apteczną ladą, czy może na zapleczu apteki, ale zawsze z naruszeniem ustawy o zawodzie lekarza. System lecznictwa oparty o sprzedaż leków bez recepty i zastąpienie lekarzy ulotkami i farmaceutami byłby niezłym tematem dla kabaretu, gdyby nie tragiczne skutki kumulujących się dawek środków przeciwbólowych bez umiaru przyjmowanych przez ludzi bezskutecznie szukających możliwości wyleczenia przyczyn a nie tylko znieczulenia bólu.

Uprawiane przez miliony Polaków samodiagnozowanie się i samoleczenie według wskazań reklam telewizyjnych nie znajduje żadnego odporu ze strony władz państwowych, tym samym obciąża polityków odpowiedzialnych za zdrowie narodu. Równoczesna silna zależność prasy, radia i telewizji od reklamodawców powoduje, że w Polsce nie może zadziałać charakterystyczny dla zachodnich demokracji wentyl bezpieczeństwa w postaci niezależnego dziennikarstwa. W rezultacie reklama leków przeciwbólowych goni reklamę artykułów spożywczych będących przyczyną bólu, bo nafaszerowanych substancjami wzmacniającymi smak i zapach, konserwantami, farbami i aromatami, a konsument ogłupiany już od dzieciństwa reklamami nie ma szans na wyrobienie sobie opinii o rzeczywistej wartości i prawdziwych zagrożeniach ze strony reklamowanych produktów.

O kilku dni brytyjskie media szeroko komentują najnowsze doniesienia naukowe o skutkach spożywania chemikaliów dodawanych do artykułów spożywczych. Polskie środki masowego przekazu, łącznie z publicznym radiem i telewizją, mającymi za podatki i abonament realizować misję społeczną, milczą – jak zwykle – w takiej sprawie, nie chcąc narażać się reklamodawcom.

A sprawa jest pierwszorzędnej wagi i do tego pochodzi z miarodajnego źródła. Oto Uniwersytet Southampton na zlecenie Food Standards Agency, czyli Agencji ds Standardów Żywności brytyjskiego rządu, przeprowadził badania dzieci w wieku od trzech do dziewięciu lat, w których pożywieniu znalazły się artykuły spożywcze, zawierające takie barwniki, jak: tartrazyna – E 102, czerwień koszenilowa – E 124, żółcień pomarańczowa S – E 110, azorubina – E 122, żółcień chinolinowa E 104 i czerwień allura AC – E 129. Badania dotyczyły również najbardziej niebezpiecznego konserwantu, jakim jest benzoesan sodu E 211.

Przeprowadzono pomiary przeciętnego spożycia tych dodatków do żywności oraz ich wpływ na zachowanie małych konsumentów. Potwierdziły się wcześniejsze doniesienia, że dzieci narażone na chemikalia dodawane do żywności i napojów wykazują nadmierną pobudliwość ruchową, trudności z koncentracją, napady złego zachowania i reakcje alergiczne. Wchodzący w skład Agencji ds Standardów Żywności Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych uznał, że wyniki badań mają ważne znaczenie dla zdrowia publicznego.

Wyniki pierwszych prac badawczych sprzed siedmiu lat znanych jako badania na Wyspie Wight wykazały, że eliminacja barwników i innych dodatków z pożywienia może przynieść istotną poprawę zachowania dzieci. Jednak w 2002 roku Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych stwierdził, że te wyniki nie pozwalały na wyciągnięcie ostatecznych wniosków i zlecił kolejne badania.

Ale pod wrażeniem obecnych doniesień większość brytyjskich sieci detalicznych dostosowuje do narastającego niepokoju konsumentów swoją politykę w stosunku do syntetycznych barwników i aromatów, łącznie z ich zupełnym wycofaniem z napojów bezalkoholowych sprzedawanych pod własną marką.

Ze swej strony muszę dodać, że związek wielu dodatków do żywności z chorobami alergicznymi skóry, zwłaszcza z pokrzywką czy atopowym zapaleniem skóry jest znany lekarzom od dziesiątków lat, ale skoro obecnie w Polsce lekarzy ubywa, to i nie ma kto ostrzegać konsumentów przed masowym i bezkrytycznym poddawaniem się presji reklam napojów i innych artykułów spożywczych pełnych szkodliwych chemikaliów.

18. maja 2007

“Sprawa dla Reportera” należy od lat do najbardziej popularnych programów publicznej Telewizji Polskiej. Pani redaktor Elżbieta Jaworowicz przedstawia poruszającą dokumentację filmową ludzkich nieszczęść, docieka ich przyczyn i wreszcie stawia winowajców pod pręgierz opinii publicznej.

Zadaniem tego programu jest zderzyć wypowiedź ofiary i jej kata. Zwykły szary człowiek: mieszkaniec, pracownik, przedsiębiorca to z reguły osoba pokrzywdzona, a przedstawicielowi administracji państwowej czy samorządowej pisana jest rola winowajcy. Na sali nie może też zabraknąć szczerych obrońców ludu: posłów, senatorów, działaczy społecznych, autorytetów naukowych, prawnych i moralnych. To oni rozsądzają spory, wyjaśniają i doprowadzają do sytuacji, w której red. Jaworowicz może postawić kropkę nad i w postaci potwierdzenia tezy zawartej w wyjściowym materiale filmowym.

Na arenie studia telewizyjnego dochodzi do ostrej wymiany słów, kłótni i niekontrolowanych wybuchów emocji. Na szczęście – nieszczęście program jest nagrywany z kilkutygodniowym wyprzedzeniem i do emisji pozostaje sporo czasu na zgrabne poszatkowanie i poklejenie materiału, który nawet po ocenzurowaniu zapiera dech w piersiach widzów TVP.

Dyskusja telewizyjna, której nagranie odbyło się w połowie maja 2007r. miała na celu potwierdzić wyjściową tezę o tym, że wbrew nadziejom Polska nadal nie jest Polską naszych oczekiwań, a to z powodu krzywdzącego ludzi prawa i bezduszności urzędników.

Główne miejsce po stronie oskarżycieli zajmował pan prezes Roman Kluska, zaś miejsca zarezerwowane dla oskarżanych osób i instytucji przydzielono przedstawicielkom urzędu wojewódzkiego i państwowej inspekcji sanitarnej. Mając zaszczyt być ulokowanym obok reprezentującej Główny Inspektorat Sanitarny wybitnej znawczyni prawa sanitarnego w zakresie bezpieczeństwa żywności, z przykrością wysłuchiwałem bojowych okrzyków pani red, Jaworowicz, głoszącej publicznie – choć poza mikrofonem – jaką to niechęć żywi do sanepidu z powodu nieżyciowych wymagań sanitarnych, które niszczą drobną przedsiębiorczość i nie pozwalają w naszym kraju na rozwój produkcji całego szeregu atrakcyjnych wyrobów, takich samych, jakimi chlubi się wieś grecka, włoska, czy francuska – od plejady serów krowich, kozich i owczych po rozmaitość wyrobów mięsnych i innych pyszności. No po prostu sanepid kładzie się kłodą na drodze do dobrobytu polskiej wsi.

Mając w pamięci nieraz formułowane przez partyjnych bonzów PRLu oskarżenie, że sanepid przeszkadza, bo nie pozwala, aby Polska rosła siłę, a ludzie żyli dostatniej, zacząłem nie na żarty przymierzać się do publicznego starcia o dobre imię państwowej inspekcji sanitarnej, której w obecnym czasie można wiele zarzucić, ale na pewno nie nadgorliwość w działaniach na rzecz ochrony zdrowia publicznego. Niedoczyszczona ze starych i opanowana przez nowych partyjnych nominatów, od lat wykrwawiana przez redukcję kadr, zagrażającą reductio ad absurdum jeśli chodzi o osiąganie ustawowych zadań, i co rusz to paraliżowana przez rozmaite wcielenia Wielkiego Brata, służba sanitarno-epidemiologiczna wymaga ze strony Polaków silnego wsparcia za profesjonalizm kierujący się kodeksem etyki lekarskiej i bezkompromisowe egzekwowanie prawa sanitarnego. Oczywiście, usytuowanie Państwowej Inspekcji Sanitarnej w podległości do ministra zdrowia w praktyce czyni tę służbę kontrolą wewnętrzną resortu zdrowia, np. w obszarze nadzoru nad jednostkami podległymi ministrowi zdrowia albo polityki zdrowotnej, za którą odpowiada minister zdrowia. Tu trzeba szukać przyczyn ludzkich dramatów na masową skalę, których można byłoby uniknąć, gdyby w obronie zdrowia publicznego mógł stanąć inspektor podległy nie ministrowi zdrowia, a tym samym nie radzie ministrów rządzących się rozmaitymi interesami a Sejmowi, tak jak podległa Sejmowi jest Państwowa Inspekcja Pracy. Warto zauważyć, że zakres zadań Państwowej Inspekcji Pracy jest nieporównywalnie mniejszy i mniej skomplikowany od zakresu zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Skoro Państwowa Inspekcja Sanitarna w znaczącym zakresie swojej działalności jest kontrolą wewnętrzną ministra zdrowia, to Inspekcja Weterynaryjna jest w całości kontrolą wewnętrzną ministra rolnictwa i rozwoju wsi. A jak wiadomo, pies nie gryzie własnego ogona, nawet, jeżeli za nim goni.

Wymieniłem dopiero dwie instytucje zajmujące się urzędową kontrolą żywności, a przecież jest ich znacznie więcej, łącznie co najmniej osiem. Wszystkie inspekcje mają swoje ustawowe obowiązki do wykonania, swoich przełożonych na szczeblu centralnym i terenowym, siedziby, transport, obsługę prawną i każdą inną. I wszystkie razem rozpoznawane są jako sanepid!. Naprawdę! Nawet przez samą panią redaktor Jaworowicz i samego pana prezesa Kluskę! Czy to nie zadziwia, że osoby tak dobrze poinformowane i tak opiniotwórcze nawet nie wyobrażają sobie, do jakiego rozproszenia doszło w zakresie urzędowej kontroli żywności, nie wiedzą, za co odpowiadają poszczególne inspekcje i jakie są aktualnie obowiązujące przepisy sanitarne. A co wobec tego mają powiedzieć właściciele drobnych gospodarstw rodzinnych? Ciężko pracujący od rana do nocy rolnicy, którzy nie mają żadnego dostępu do informacji prawnej i nie mieli żadnych szans dowiedzieć się o wejściu w życie na początku 2007r. Rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 15 grudnia 2006r. w sprawie szczegółowych warunków uznania działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej, który to przepis prawny dopuszcza idącą w nawet w tony tygodniowo produkcję mlecznych, mięsnych i rybnych wyrobów polskiej wsi do międzynarodowej konkurencji o klientów szukających radości z dobrego jedzenia, oczywiście charakteryzującego się bezwzględnie gwarantowanym siłą Państwa Polskiego bezpieczeństwem dla zdrowia i życia konsumentów.

Objaśnienie w tej sprawie pan prezes Roman Kluska otrzymał już po nagraniu. Publicznego starcia o sanepid nie było. Podkreślić wypada wspaniałe przesłanie innych wątków dyskusji kierowanej przez panią red. Elżbietę Jaworowicz.

Ta “Sprawa dla Reportera” ma ukazać się 29. maja 2007r. i powinna być dedykowana wszystkim odpowiedzialnym i za niezrozumiałe prawo i za brak popularyzacji prawa, kiedy może ono dobrze służyć ludziom. Wyczulonym na próby zniewolenia Polakom łatwo dostrzec, że obok totalitaryzmu czerwonego i brunatnego istnieje także totalitaryzm złoty, od koloru złota, które niszczy wszystko co dobre na tym świecie. Jednym z celów totalitaryzmu złota – pieniądza jest zagłada gospodarstw rodzinnych i zmonopolizowanie produkcji żywności za pomocą narzucania narodom tak skomplikowanego prawa, że ani nie da się go wykonać, ani wyegzekwować.

brak audio

25 maja 2007

Jak kapłan o duszę, tak lekarz o ciało każdego człowieka walczy bez wytchnienia. W efekcie obie te misje doskonale uzupełniają się. Walka o każdy dzień, tydzień, miesiąc i rok życia ciała człowieka najczęściej owocuje dojrzałością zamieszkałej w tym ciele duszy. Dojrzałością cieszącą Pana Boga, duszpasterzy i bliźnich. Zwykle inne jest postrzeganie świata przez człowieka w pełni sił, do tego łatwo ulegającego pokusom, inne u tej samej osoby, która w ciągu jednej sekundy staje się śmiertelną ofiarą wypadku i konając, zdaje sobie nagle sprawę, że traci nie tylko życie doczesne, ale przede wszystkim wieczne. Jeszcze inną wizję świata ma ktoś, kto nawet ciężko chorując, dzięki podtrzymywanej przez lekarzy świadomości zdąży pogodzić się z Panem Bogiem i dać zadośćuczynienie bliźnim. Zdąży, o ile będzie miał dostęp do kapłanów i lekarzy.

Zbieżność celów misji kapłanów i medyków, czyli lekarzy dusz i ciał, była i jest intuicyjnie rozpoznawana od zarania ludzkości przez wszystkie ludy przydzielające prawie zawsze tym samym osobom obowiązki i przywileje związane z uzdrawianiem i cielesnych i duchowych dysfunkcji ludzi potrzebujących pomocy. Dla tych nielicznych w skali rozwoju istoty ludzkiej, którzy dotychczas mieli możność poznać Dobrą Nowinę, wszystko jest jasne. Ozdrowieńcza moc wiary i modlitwy jest poza wszelką wątpliwością znana każdemu chrześcijaninowi i udokumentowana nie tylko w Piśmie Świętym, lecz także osobistym doświadczeniem wielkiej rzeszy chorych i ich rodzin. Medycyna jako nauka empiryczna opierać się powinna na dowodach i dowody na cudowne uleczenia tych, którzy zaufali potędze wiary i modlitwy, nie mogą być pomijane przez medycynę,.

Z uwagi na swoją rolę społeczną kapłani i lekarze w każdej normalnej społeczności cieszą się szacunkiem odpowiadającym wartościom, którym służą. Żądna normalna społeczność nie głodzi swoich kapłanów i lekarzy. Jednak stosunek do dóbr materialnych zależy od jednego lub drugiego powołania. Inny jest u osób życia konsekrowanego, inny u lekarzy. Są ludzie obdarzenia łaską obydwu powołań. Ale od nikogo nie można żądać, aby postępował zgodnie z powołaniem, którego po prostu nie ma. Dla dobra wspólnego nie wolno na ludzi zastawiać pułapek. Każdy jest omylny i grzeszny i może się zdarzyć, że dopuści się przestępstwa, nawet zbrodni. Z wielką korzyścią dla dobra wspólnego jest minimalizować szkody czynione przez błądzących kapłanów i lekarzy, dyskretnie i skutecznie wykorzystując wewnętrzne systemy nadzoru i kontroli w diecezjach, zakonach i izbach lekarskich. Kiedy te systemy nie działają, ludzie sprzeniewierzający się swojemu powołaniu w poczuciu bezkarności wychodzą daleko poza ślubowane lub przyrzeczone normy zachowania i naruszają obowiązujące wszystkich prawo. Aparat ścigania i wymiar sprawiedliwości muszą wykonywać swój obowiązki bezstronnie i skutecznie, zachowując nie więcej poszanowania dla wizerunku człowieka oskarżonego i skazanego niż nakazuje prawo, nawet jeśli ujawniane w ramach prawa fakty przynoszą szkodę winowajcom.

Trzeba jednak dodać, że ujawnienie nieprawości pojedynczej osoby cieszącej się zaufaniem publicznym rzuca cień na wszystkich pełniących taką samą rolę społeczną. Jeżeli jest to osoba winna, spotyka ją zasłużona kara. Ale na pozostałych spada kara niezasłużona. Mało tego. Kara spada na ludzi, którym zabrano zaufanie do kapłanów i lekarzy, na naród nagle osierocony, odarty z poczucia bezpieczeństwa, pozbawiony pomocy w sprawach najważniejszych, dotyczących ratowania życia wiecznego i doczesnego. Winowajca wie, za co cierpi. A za co cierpi naród? Za co cierpią ludzie w potrzebie, którym odebrano dostęp do osób wypełniających role kapłanów i lekarzy, role uznawane za niezbędne w każdej ludzkiej społeczności czy to zamieszkałej w dżungli afrykańskiej, czy też wielkomiejskiej?

Stąd w interesie publicznym, nie żadnym kastowym, jak się niektórym wydaje, jest umacnianie przekonania, że stan kapłański i lekarski dysponują doskonałymi mechanizmami samooczyszczania się z osób niegodnych deklarowanego powołania. Zobaczyć, to uwierzyć. Ludzie widząc, że przypadki faktycznych przestępstw i zawinionych przez lekarzy błędów systematycznie spadają, przywrócą zaufanie do przedstawicieli tego zawodu, bez których przecież żyć się nie da. Wówczas nawet zmasowane akcje przeciwko lekarzom spalą na panewce, tak jak spełzło na niczym propagandowe bombardowanie Kościoła Katolickiego w naszym kraju. Na wielu księży i zakonników bez winy nałożono niezasłużoną karę w postaci wykreowanego odium społecznego, ale fałszywe oskarżenia miały nikły wpływ na podważenie zaufania Polaków do kapłanów. Kościół wyszedł obronną ręką, bo był czysty. W obronie duszpasterzy stanęli wierni. Wiedząc, co mogą stracić, wystąpili przeciwko próbom ograbienia z zaufania do kapłanów. Ta próba zawłaszczenia świadomości Polaków się nie powiodła, choć okradła niektórych z religijności.

Antyreligijność jest chorobą ciężką, ale uleczalną. Można powiedzieć, że to choroba wieku dorastania do pełni człowieczeństwa, z upływem lat ustępującą w miarę pojawiania się w życiu każdego człowieka dowodów na to, że jest się tylko człowiekiem. Kruchym, słabym i wcale nie wszechmocnym. Niektórzy mają szczęście doznać łaski cudu, w jednej chwili diametralnie zmienić swój światopogląd i z zaciekłych wrogów wiary stać się ufnymi dziećmi Bożymi. Inni muszą po prostu dożyć do tego zwrotnego momentu w swoim życiu. Jest to niemożliwe bez udziału ludzi, których powołaniem jest ochrona życia i zdrowia ludzkiego, zapobieganie chorobom, leczenie chorych i niesienie ulgi w cierpieniu.

I to jest jeden z najważniejszych powodów, dla których należy stanąć w obronie zawodu lekarskiego, którego wyjątkowa w skali świata poniewierka zaczęła się w Polsce za Stalina i trwa nadal.

1. czerwca 2007

Szerokim echem niesie się po Polsce i całym świecie jedyna w swoim rodzaju wojna psychologiczna z lekarzami. Trudno przewidzieć, do czego jeszcze może dojść, ale już dotychczasowy rozwój wypadków nie znajduje precedensu w cywilizowanym świecie i wprost poraża ładunkiem wrogości w stosunku do zawodu lekarza. Dzień w dzień słychać coraz to bardziej oburzające wypowiedzi na temat lekarzy, a nawet pełne pogardy w stosunku do medycyny, n. p. szpitalnej. I kto to mówi! Można się zapytać: gdzie my jesteśmy? Na jakim etapie rozwoju cywilizacyjnego? Do czego doprowadzi ta wojna z medycyną?

W dniu dziecka nie sposób nie odnieść się do chyba najbardziej podłego aktu przemocy wobec lekarza. Każdy, kto słyszał wypowiadane przez łzy słowa dr Ewy Sowińskiej, wypełniającej swoją lekarską misję w roli rzecznika praw dziecka, zdaje sobie sprawę, co może spotkać lekarzy, gdy postępują zgodnie ze swoim sumieniem. Uważam, że wyemitowane w dniu 31. maja 2007r. słowa dr Sowińskiej, mają tak nadzwyczajną wartość dokumentacyjną, że należy ich nagranie wielokrotnie powtórzyć, a tych, którzy korzystają z nowoczesnej techniki będącej w coraz powszechniejszym użyciu, zachęcić do ściągnięcia pliku mp3 z adresu internetowego http:// [www[1].radiomaryja.pl]2007.05.31.akt02.mp3 na swoje odtwarzacze i udostępniania go innym, którzy jeszcze nie wiedzą, na jakim świecie żyją.

Prowokacja, lżenie, oczernianie, szydzenie nalezą do odrażającego arsenału brunatnych i czerwonych bojówkarzy, zawsze były i są nadal, także w Polsce, chętnie wykorzystywane do napaści z powodów religijnych, rasowych czy narodowościowych, i to – o dziwo – w naszym kraju najczęściej są to ataki ze strony antypolskich i antykatolickich mniejszości na większość, ale żeby napadać na lekarzy i medycynę! To dopiero aberracja! Ludzie pod wpływem tego rodzaju nagonki zaczynają widzieć w każdym lekarzu przestępcę i w sytuacjach krytycznych dopuszczają się agresji słownej, a nawet czynnej napaści w stosunku do lekarzy sumiennie wypełniających swoje obowiązki. Pełni poświęcenia pacjentom, nie wychodzący przez po pół tygodnia ze szpitala, z oczywistych względów utrzymujący swoją wiedzę na aktualnym poziomie światowym, są zmuszani do nierównej walki o dobre imię własne i swojego zawodu. Wiedza będąca dorobkiem całego życia, umiejętności zdobyte z praktyką liczoną na dziesiątki lat, motywacja wynikająca z powołania i silnego poczucia misji, nagle okazują się problematyczne, podjęte przez lekarzy decyzje są podważane, każdy kto chce wypowiada się jakby dysponował wiedzą specjalną. Nieuchronny zgon osoby bliskiej, nieuniknione pogorszenie stanu zdrowia, wysoce prawdopodobne powikłania leczenia farmakologicznego, czy zabiegu operacyjnego bywają powodem niekończącej się fali oskarżeń i pomówień, a doniesienie o podejrzeniu przestępstwa ląduje na biurku prokuratora. Lekarzowi, któremu w Polsce nie przysługuje żadna ochrona zagwarantowana w Kodeksie Pracy innym zawodom, przychodzi w ramach czasu wolnego od zajęć służbowych dodatkowo tłumaczyć się na policji, w prokuraturze i w sądzie z ułomności ciała i psychiki pacjenta oraz z wadliwości systemu opieki zdrowotnej. Na bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia lekarz narażony jest w pomocy wyjazdowej. Kiedy nie zdoła wytłumaczyć się w przypadku opóźnionej interwencji pogotowia ratunkowego, które nie może przedrzeć się przez zakorkowane ulice, może paść ofiarą linczu. Do pobić lekarzy dochodzi nawet w szpitalnych izbach przyjęć. Czy to już dżungla?

Położyć kres temu dramatowi medycyny w Polsce może tylko publiczna dyskusja pomiędzy oficjalnymi przedstawicielami wszystkich stroni konfliktu. Zdrowie Polaka, na którego straży zgodnie z konstytucją mają stać władze publiczne, nie może być zabawką w rękach polityków, ani też kartą przetargową w politycznych rozgrywkach, czy grą na skompromitowanie takiej czy innej partii politycznej. Jak wiadomo, rząd nie tylko się wyżywi, ale i się wyleczy. Oprócz możnych i wpływowych, którzy mają zawsze zagwarantowany dostęp do nowoczesnej medycyny, jest w Polsce kilkadziesiąt milionów ludzi mało- lub średnio-zamożnych z przerażeniem przyglądających się rozwojowi spraw. Dziesiątki milionów ludzi liczą na stały i niezakłócony dostęp do lekarza w przychodni i szpitalu. Należą do nich rodziny oczekujące dziecka, rodzice małych dzieci i rodziny osób w podeszłym wieku, ludzie przewlekle chorzy i cierpiący na schorzenia, które w razie braku pomocy lekarskiej mogą doprowadzić do nagłego zgonu, wreszcie ludzie odczuwający silne bóle, w różnych stadiach ciężkich chorób, którym ulgę w cierpieniu może przynieść tylko lekarz. Te dziesiątki milionów ludzi płacą rozmaite daniny na utrzymanie naszego wspólnego dobra – Państwa Polskiego. W zamian oczekują cywilizacyjnego minimum, którym jest bez wątpienia niezawodny system opieki zdrowotnej. Niezawodnego systemu opieki zdrowotnej nie da się zamienić niczym. Ani pysznieniem się z wysokiego tempa rozwoju gospodarczego, ani perspektywą korzyści z Euro 2012. Ludziom, którzy nie otrzymują na czas właściwej pomocy lekarskiej, wysokie tempo rozwoju gospodarczego i korzyści z Euro 2012 są zupełnie obojętne, a powtarzanie ich w zamian za natychmiastową naprawę chorego lecznictwa, budzi najgorsze wspomnienia propagandy PRLu.

Zaskakuje milczenie Naczelnej Izby Lekarskiej. Przynależność do izb lekarskich jest obowiązkowa, a opłacanie składki członkowskiej wymagane prawem, od zaległych składek nalicza się odsetki ustawowe. Po dodaniu przychodów z innych źródeł, choć po odjęciu kosztów utrzymania struktury, kadr i finansowania szeregu zadań wysokiej rangi państwowej, dałoby się zapewne opłacić profesjonalną kampanię informacyjną w obronie godności zawodu lekarza i w obronie zaufania pacjentów do ich lekarzy.

8. czerwca 2007

Nie ma pieniędzy na podwyżki dla lekarzy. Członkowie rządu z premierem i wicepremierami na czele, koalicja i korzystająca z niebywałej okazji opozycja powtarzają bez zająknięcia: lekarzom należy się więcej, płace lekarzy są niesprawiedliwie niskie, za ciężką i odpowiedzialną pracę trzeba lekarzy właściwie wynagradzać. I tu jest dowód na zmianę myślenia rządzących w Polsce. Na zmianę w stosunku do wczesnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z programu studiów lekarskich, już nie pamiętam na którym roku, wynikał wtedy obowiązek uczestnictwa w zajęciach z filozofii. Prowadzący te zajęcia zapiekli teoretycy marksizmu czasami zapraszali praktyków marksizmu-leninizmu, dzięki czemu raz mojej grupie przytrafiło się wysłuchać wystąpienia samego sekretarza ds. nauki Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Figura to była wysoko postawiona w aparacie faktycznej władzy PRLu i wypowiadane przez takiego wielmożnego pana słowa znaczyły dokładnie to, co było doktryną ówczesnej władzy. Trzeba przyznać, że komunistyczna nowomowa, choć w swoich intencjach z gruntu załgana, była bardziej składna od obecnego bełkotu polityków. Zresztą wtedy politycy w Polsce nie występowali, bo i po co w totalitaryzmie politycy. Byli za to aparatczycy przybliżający masom jedynie słusznie decyzje przyjęte przez ostatni zjazd partii. W zakładach pracy, w PGR-ach i na uczelniach jakieś niezliczone rzesze żołnierzy frontu propagandy wyjaśniały robotniczym aktywistom i studenckim warchołom sytuację społeczno-ekonomiczną PRLu i przekonywały, że to co ludzie uważają za złe, jest “wedle” partii dla nich dobre. W odróżnieniu od indoktrynacji płynącej z radia i telewizora, podczas takiego spotkania z żywym wcieleniem władzy ludowej można było stawiać pytania. Korzystając więc z obecności tak wysoko postawionego aparatczyka PRLu na naszym seminarium z filozofii, zadałem pytanie czy będą podniesione płace lekarzy. W odpowiedzi padło coś w rodzaju pogróżki: “do końca studiów macie jeszcze dużo czasu” i stwierdzenie, które do dzisiaj pojawia się w połajankach udzielanych lekarzom, ale dopiero teraz po raz pierwszy w powojennej historii Polski przestało być doktryną państwową: “my wiemy, że lekarze i tak mają bardzo dobrze, bo biorą łapówki i dlatego nie podnosimy im pensji”. Przekonanie, że lekarzom nie należy się płaca godna ich pracy, bo prawdziwe wynagrodzenie otrzymują w szarej strefie, warto zderzyć z sytuacją lekarza spod Hrubieszowa, któremu za przyjęcie przed sześciu laty prezentu w postaci 3 kilogramów wieprzowiny policja grozi ośmioma latami więzienia. Objęta tajemnicą lekarską dokumentacja pacjentów ośrodka zdrowia w gminie Dołhobyczów została skserowana przez czterech policjantów i jej zawartość nie jest już intymną wiedzą człowieka o samym sobie, który jako pacjent szukający pomocy dzieli się nią z wybranym lekarzem. Ktoś powie, że skoro skserowano dokumentację lekarską pacjentów pełniącego rolę lecznicy rządowej szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, to przypadek pogwałcenia tajemnicy lekarskiej w Dołhobyczowie jest wagi marginalnej: tu wyniesiono przeszłość chorobową polityków z pierwszych stron gazet, a tam mieszkańców maleńkiej gminy na wschodnich kresach. A jednak wbrew obłąkańczej wizji świata należy stanowczo bronić prawa każdego, ale to każdego człowieka do pomocy lekarza bez ryzyka złamania tajemnicy lekarskiej. Dochowanie tajemnicy przez spowiednika, adwokata i lekarza jest gwarantowane etyką osób powołanych do udzielania pomocy ludziom w potrzebie, ludziom, którzy sami z własnej nieprzymuszonej woli dokonują wyboru pomiędzy zachowaniem swoich tajemnic dla siebie, albo też dzielą się nimi z innym człowiekiem w przekonaniu, że uzyskają od tego człowieka oczekiwaną pomoc. Szacunek dla jednostki ludzkiej wymaga bezwzględnego zachowania tajemnicy konfesjonału, kancelarii adwokackiej i gabinetu lekarskiego. Zakładanie podsłuchów i montowanie kamer w tych miejscach to krok następny na drodze odbierania ludziom człowieczeństwa. Do kompletu pozostanie umieszczenie każdemu pod skórą, n. p. szyi, chipa z danymi identyfikującymi. Jak psu.

Wszystkie dramatyczne sytuacje w polskiej medycynie rozgrywają się w jej systemie publicznym. Potwornie ciężkie zarzuty, oskarżenia o przestępstwa czy też ich podejrzenia, łamanie tajemnicy lekarskiej, energiczne ingerencje policji i prokuratury, wyniki kontroli ujawniających bezczelne okradanie Narodowego Funduszu Zdrowia, pohukiwanie bądź łaszenie się polityków, bulwersujące materiały dziennikarzy dochodzeniowych niemal wyłącznie dotyczą systemu publicznej opieki zdrowotnej. Nie ma zadowolonych. Pacjent, idąc do przychodni lub szpitala, nie wie czy uzyska pomoc, a raczej wie na pewno, że z takiego czy innego powodu jej nie uzyska na czas. Lekarz, wychodząc do pracy, nie wie, czy wróci do domu, czy też w kajdanach będzie zawieziony do aresztu na wiele miesięcy. Strajkujący lekarze nie otrzymują podwyżek, a słyszą opinie, że powinni zrezygnować z żądań i nie odchodzić od łóżek pacjentów, bo to nieetyczne. W tej sytuacji czas wrócić do korzeni. Rzeczywiście, fundamenty szpitalnictwa oparte są chrześcijańskie miłosierdzie. Bogaci leczyli się w domu, w razie potrzeby posyłali po cyrulika, aby upuścił im krwi. Jeszcze bogatsi ściągali sławnych lekarzy z całego świata, podejmowali najdroższe i najmodniejsze w swoim czasie próby ratowania zdrowia i życia. Ubogim pozostawały szpitale prowadzone przez zakony. I tam znajdowali serdeczną opiekę, duchową pociechę i śmierć w warunkach godnych człowieka. W miarę rozwoju medycyny coraz częściej dochodziło do wyleczeń i szpitale stały się miejscem przywracania zdrowia, obecnie o niemal gwarantowanej – w wyobrażeniu wielu – skuteczności. Ponieważ władze nie radzą sobie z podziałem danin obywateli, którym za oddawane składki i podatki nie zapewniają zaspokojenia podstawowych potrzeb, zrezygnujmy z bezdennej studni Narodowego Funduszu Zdrowia i kosmicznych kosztów jego obsługi, zostawmy w swoich kieszeniach tę część podatków, którą władze miały przeznaczyć na leczenie, ale tego nie robią i sprywatyzujmy medycynę w całości. Niech majątek publiczny, będący dorobkiem pokoleń Polaków, czyli obiekty wraz z wyposażeniem, pozostaną w zarządzie administracji państwowej czy samorządowej, ale lekarze niech będą zatrudniani albo na warunkach rynkowych, w końcu nie są majątkiem publicznym, choć niektórym zdają się być niewolnikami, albo też niech zgłaszają się do pracy nieodpłatnej, czysto charytatywnej, na którą na pewno znajdą czas, mając wystarczające wynagrodzenie. Oczywiście, charytatywnych świadczeń na rzecz szpitali należy bezwzględnie spodziewać się także po dostawcach leków, sprzętu medycznego, energii elektrycznej, gazu, wody, żywności…

15. czerwca 2007

Kryzys opieki zdrowotnej w naszym kraju zaczyna przechodzić w fazę niekontrolowaną i trudno uwierzyć, aby to słowa a nie czyny prominentów mogły przynieść jakąkolwiek poprawę sytuacji. Decyzje co do naprawy systemu opieki zdrowotnej muszą pojawić się natychmiast i nie mogą lekceważyć postulatów zgłaszanych przez lekarzy w coraz bardziej drastycznej formie. Poniżające traktowanie tej grupy zawodowej przynosi hańbę naszej Ojczyźnie i odpowiedzialność za bieżące i odległe następstwa takiej patologii w życiu publicznym nie spada lekarzy a na polityków.

Lekarz ma za zadanie zapobiegać chorobom i je leczyć, przynosić ulgę w cierpieniu pacjentom. Organizować pracę lekarza powinien polityk i obsadzony przez niego urzędnik. To polityk i urzędnik trzyma w ręku publiczne fundusze i tak je dzieli jak chce. Wybiera sobie priorytety, wydaje na nie publiczne pieniądze i kontroluje wykonanie założonych celów. Nie trzeba dodawać, że za planowanie, zarządzanie i kontrolowanie polityk i urzędnik wypłaca godziwe wynagrodzenie sam sobie lub na zasadzie wzajemności – koledze. Ręka rękę myje. Im bliżej kasy tym wyższe płace. Wystarczy porównać średnią zarobków w ministerstwie finansów ze średnią w ministerstwie zdrowia. Jak Polska długa i szeroka pensje, premie, nagrody i odprawy polityków, urzędników, członków rad nadzorczych i innych umiejętnie ulokowanych beneficjentów republiki kolesi wprost porażają bezwstydem i bezczelnością układu, który ośmiela się rabować w biały dzień mienie publiczne, kpiąc sobie w żywe oczy z płatników haraczy. Podatnicy, płatnicy składek ubezpieczeniowych, abonamentu radiowo-telewizyjnego, czynszu, klienci elektrowni, gazowni, zakładów wodociągowo-kanalizacyjnych, stacji benzynowych, konsumenci najbardziej podstawowych środków spożywczych, aby przeżyć muszą uzbierać na rzeczywistą wartość opłacanych produktów powiększoną o kosmiczne koszty utrzymania kasty polityczno-urzędniczej, która sama sobie przydziela wysokie apanaże, reszcie rzucając ochłapy. Po rozdaniu pieniędzy według partyjnego klucza a to na niekończące się i zawsze nieudane reformy, a to na chybione inwestycje, rozpadające się autostrady, terminale, zakupy leków, szczepionek i sprzętu medycznego po zawyżonych cenach, kasta polityczno-urzędnicza wynagradza się sowicie za te dokonania. Nic dziwnego, że brakuje pieniędzy dla bezpośrednich wykonawców zadań uznanych za podstawowe w każdej społeczności ludzkiej, takich choćby jak zapobieganie chorobom i ich leczenie, uczenie i wychowywanie, zadań na każdym poziomie rozwoju cywilizacyjnego wykonywanych przez elitę intelektualną, w Polsce rozpoznawaną jako inteligencja, jakże zasłużoną w przeszłości i obecnie dla interesu narodowego.

Wobec permanentnego ataku na zawód lekarski wypada więc porównać odpowiedzialność polityków i lekarzy za błędne decyzje. Miar przydatnych do porównania jest sporo. Może to być np. liczba straconych lat życia w zdrowiu. U dziesiątków milionów ludzi wystawionych na skutki błędnych decyzji politycznych narażających Polaków na utratę zdrowia lub przedwczesną śmierć idą w miliony liczby straconych lat życia w zdrowiu w wyniku działania lub zaniedbania działania polityka. Błędna decyzja lub czynność lekarza, choćby najbardziej obciążonego obowiązkami przyniesie nikły ułamek strat, które można przypisać politykowi. A ileż to pułapek zastawia na lekarzy wadliwy system opieki zdrowotnej. Chcąc pomóc człowiekowi w potrzebie – swojemu pacjentowi – w najlepszej wierze, zgodnie z etyką lekarską i aktualnym poziomem wiedzy medycznej, lekarz podejmuje nadludzkie nieraz wysiłki, aby pokonać monstrualne trudności organizacyjne, zaplanowane i bronione do upadłego przez nieudolnych polityków. I kto jest winien, kiedy pojawia się problem? Jest zrozumiałe, że poszkodowany pacjent i rozżalona rodzina za winnego uznaje lekarza. Ludzie innych zawodów mają swoją wiedzę specjalną i nie muszą znać się na wadach systemu opieki zdrowotnej. Ale dlaczego policja, prokurator i sąd nie szukają prawdziwych przyczyn zła w opiece zdrowotnej? Dlaczego nie docierają do decydentów i nie pytają o efektywność przeprowadzonych reform, zasadność i skuteczność wydanych przepisów i procedur? Gdzie są ci, którzy stworzyli warunki do rozpasanej korupcji i to nie na oddziałach szpitalnych i w przychodniach a tej, która zżera nasze podatki i składki ubezpieczeniowe, czyli korupcji związanej z nigdy niekończącymi się reformami, inwestycjami, albo zakupami po zawyżonych cenach?

Polityk i urzędnik faktycznie nie odpowie za nic, a za swoje błędy przyzna sobie wysokie wynagrodzenie, albo odprawę tak wysoką, że wystarczyłaby na pensje odpowiednie do rzeczywistej odpowiedzialności dla wielu lekarzy, którzy razem ze swoimi pacjentami są ofiarami niesprawiedliwego systemu.

Podejmijmy uczciwą dyskusję o zdrowiu narodu. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Na koniec przytoczę treść listu elektronicznego, który warto zacytować. Ktoś przedstawiający się jako “obserwator sukcesów medycyny” napisał w mailu: “Toksyczność i nieefektywność chemioterapii czy przykład dla narodu? Czy to prawda, że szewc bez butów chodzi? A promowanie margaryny z widokiem serduszka odbija się czkawką u promującego? A trzy wielkie anteny GSM na dachu budynku Instytutu Onkologii to co? Może tamtejszym doktorom nie szkodzą (elektryka prąd nie tyka), ale pacjentom przebywającym w ich zasięgu 24 godz. na dobę na pewno nie pomagają. Także sąsiadom w promieniu kilkuset metrów od Instytutu.”

Uczciwa dyskusja o zdrowiu narodu powinna znaleźć odpowiedź także na te pytania.
 
 22. czerwca 2007

Postawić problem na ostrzu noża, nazwać sprawę po imieniu, wzmocnić swoje argumenty twardą retoryką, okazać bezkompromisowość i wygrać. To dopiero sztuka! Takim sposobem osiągnięte zwycięstwo z jednej strony eliminuje wrogów i zmusza do milczenia przeciwników, a z drugiej – przysparza przyjaciół i poszerza strefę wpływów tryumfatora. Ludzie lgną do zwycięzcy.

W przyrodzie ożywionej dominuje brutalna przemoc, zwyciężysz albo zginiesz, chyba że zdążysz uciec, albo tak się zamaskować, że unikniesz ataku. Te prawa dżungli od dwóch tysięcy lat sam Bóg naznaczył piętnem niegodnych człowieka jako istoty tylko ciałem związanej ze znanym nam światem. Mało tego, dla lepszego zrozumienia swojej woli, w osobie Jezusa Chrystusa dał ludziom wzorzec osobowy człowieczeństwa, jakże odmienny od wcześniej im znanych. Wyrazistość ocen postępowania, ale szacunek dla osoby ludzkiej, bezkompromisowość, ale wyrozumiałość, sprawiedliwość, ale miłosierdzie, a nade wszystko miłość bliźniego, eliminująca zemstę, okrucieństwo i pogardę dla słabych.

Brutalna siła zawsze towarzyszyła zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, czyli polityce. Była i jest skutecznym narzędziem podbojów i polityki wewnętrznej. Do czasu. Starożytny Rzym jednak nie przetrwał tysiąca lat, sowieckie imperium zła – nawet stu, a Rzesza Wielkoniemiecka “rozbudowana” o Polskę i Czechy – nawet dziesięciu. Opowiedzieć się za chrześcijańską wizją świata, to rzucić wyzwanie brutalnej sile, która w ograniczonych ramach czasu kumuluje niewyobrażalne zło skierowane przeciw człowiekowi, a dla podkreślenia nieuchronności swoich zbrodni powołuje się na wyimaginowaną nieprzemijalność systemu. Tysiącletnia Rzesza w krótkim czasie zrujnowała świat i samą siebie, ale do dziś obowiązujący hymn sąsiadującego z nami państwa-twórcy innego rozpadłego mocarstwa zaczyna od słów: Sojuz nieruszymyj riespublik swobodnych, Spłotiła nawieki Wielikaja Rus”, czyli Niezłomny Związek wolnych republik, Zespoliła na wieki Wielka Rosja. Ileż to ludzi padło ofiarą wprowadzania w życie ideologii totalitarnych, zarówno po stronie przeciwników, jak i zwolenników wcielonego zła.

Nam, należącym do starszych i średnich pokoleń obecnie żyjących, akurat przydarzyło się przetrwać. Przetrwaliśmy i pamiętamy. Mając w pamięci lata przemocy, rządów brutalnej siły i poniewierania godności pojedynczego człowieka, świętej osoby ludzkiej, jesteśmy szczególnie wyczuleni na łamanie naturalnych praw człowieka i obywatela. Ktoś powie, że jesteśmy nadwrażliwi, reagujemy alergicznie na każde zdarzenie podobne do opresji czasu niewoli, na każdą wypowiedź przypominającą arogancję władzy. No cóż, takie jest doświadczenie naszego narodu wyniesione z lekcji historii. Naród się nie zmieni, a dla rządzących będzie lepiej, kiedy zmienią rzeczników swoich racji, argumentację, retorykę i sposób odnoszenia się do ludzi i ich nierozwiązanych problemów. Od zaraz. Nie ma ludzi niezastąpionych na stanowiskach rządowych i partyjnych. Łatwiej znaleźć kandydata na ministra niż na obsadzenie wakatu anestezjologa lub instrumentariuszki, bez których obecności na sali operacyjnej ten minister nie przeżyje.

Kiedy nie wiadomo komu zaufać, lepiej zaufać ludowi. Vox populi, vox Dei. Szkoda, wielka szkoda, że aż tyle opłacanego przez podatników czasu i społecznej energii pochłania przerzucanie się inwektywami na poziomie coraz to bardziej zbliżonym do dialogu władz PRLu z burzycielami jedynie słusznej linii partii.

Zasadniczość i nieustępliwość w obronie suwerenności Polski to najjaśniejsza karta dokonań obecnego rządu i trudno sobie wyobrazić, do czego mogłoby dojść, gdyby wyniki wyborów i uzgodnień koalicyjnych po ostatnich wyborach parlamentarnych oddały reprezentację Polaków osobom o karku jak język giętkim. Rzeczywiście, Opatrzność ma nas w opiece. Ale czy naprawdę odpowiedzialnością za powodzenie bądź fiasko unijnej batalii o niepodległość Polski wolno obciążać zdesperowane grupy zawodowe? Ta wydumana presja moralna jest z gruntu fałszywa i na odległość cuchnie argumentacją z późnego Gomułki. Niechże nasi przedstawiciele w Brukseli, a także ich przeciwnicy dążący do zniewolenia Polaków i nieprzychylni nam obserwatorzy mają przekonanie o jedności narodowej zarówno w sprawie naszej suwerenności, jak i zniesienia niewolniczych warunków pracy zawodów medycznych w tak niesprawnym systemie ochrony zdrowia, że jego ofiary powinny podlegać obowiązkowej rejestracji. Liczby zmarłych z powodu braku dostępu do pomocy lekarskiej na aktualnym poziomie wiedzy medycznej, liczby osób, których stan zdrowia uległ pogorszeniu podczas oczekiwania na rozpoznanie i leczenie, liczby godzin straconych w poczekalniach oraz złotówek wydanych dodatkowo w stosunku do składek na Narodowy Fundusz Zdrowia w gabinetach prywatnych i aptekach trzeba rejestrować, a przynajmniej umiejętnie szacować, aby uciec od poniżającego wszystkich poziomu dyskusji.

Nie mogą pozostać bez odpowiedzi beztrosko rzucane oskarżenia o sabotaż polskiej pozycji negocjacyjnej. W miejscach protestów warto prezentować kartki ze znakiem graficznym pierwiastka, wywieszać transparenty popierające naszych przedstawicieli na szczycie w Brukseli, od czasu do czasu zebrać siły, aby razem gromko krzyknąć: pierwiastek albo śmierć!

29. czerwca 2007

Będąc zwykłymi ludźmi, nie umiemy przewidzieć przyszłości, nie za dobrze potrafimy zrozumieć znaczenia zdarzeń aktualnych, a o przeszłości wiemy tylko tyle, co powiedzą nam o niej inni.

Jeszcze gorzej bywa z oceną wypowiedzi i postępowania osób nawet nam bliskich, ale jednak odrębnych, a tym bardziej takich, których wprawdzie osobiście nie znamy, ale jesteśmy od nich zależni, W megaskali od decyzji osób aktualnie sprawujących władze zależy nie tylko teraźniejszość i bliska przyszłość milionów ludzi, lecz także losy narodu i państwa w nieodgadnionej perspektywie nadchodzących dziejów świata. Intencje każdego człowieka są zagadką i nigdy nie wiadomo, jak odnieść się do czyichś słów i czynów, dopóki po upływie wielu nieraz lat nie doczeka się ich odległych skutków. Długotrwałość procesów politycznych przekracza ludzkie możliwości obserwacji. Co to jest 60, 70, w najlepszym wypadku 80 lat świadomego życia, wobec zjawisk trwających po kilkaset i więcej lat. Możemy być świadkami tylko początkowego etapu jakiegoś ciągu zdarzeń. Dlatego rozsądek nakazuje korzystać z mądrości i doświadczenia, które zgromadziły nasze rodziny, a zwłaszcza rodzina rodzin, czyli w naród. Naród, jak każda rodzina, składa się z ludzi lojalnych i nielojalnych w stosunku do wyróżniającej tożsamości i wspólnoty interesów, gotowych do opowiedzenia się za wspólnym dobrem i obojętnych, a nawet wrogich, choćby deklarujących najszczersze oddanie wspólnocie. Żyjąc pod jednym niebem, jak pod jednym dachem, początkowo obcy sobie ludzie stają się z reguły coraz sobie bliżsi, lepiej się rozumieją, unikają zadrażnień, uzupełniają się, a w chwili zagrożenia nie wbijają obrońcom wspólnego domu noża w plecy, nie wysługują się wrogom, nie zagarniają mienia bohaterów, nie dopuszczają się zdrady. Kryterium lojalności musi być stale przywoływane w Polsce, której położenie i cechy charakteru rdzennych mieszkańców wręcz zapraszają obcych do korzystania z przyjaźni ziemi i ludzi.

Podczas drugiej wojny światowej zginął co piąty obywatel Polski, a co trzeci został dla Polski utracony. Gdyby nie druga wojna światowa, która odebrała Państwu Polskiemu 11 milionów 400 tysięcy obywateli, czyli 32,3%, w roku 2007 nasz kraj liczyłby o 27,5 miliona, czyli 41,7%, więcej obywateli niż obecne 38,5 miliona. Ostatnie wydarzenia polityczne wyraźnie dowodzą, że strata obywateli w żadnym razie nie ma znaczenia tylko historycznego, a jak najbardziej przekłada się na polityczno-gospodarczą teraźniejszość i najbliższą przyszłość. Należy często i wyraźnie powtarzać, że gdyby sojusz Niemiec, których spadkobiercą jest obecna Republika Federalna Niemiec i Sowietów, których następcą prawnym jest Federacja Rosyjska nie napadł na Polskę w 1939r., Polska liczyłaby obecnie 66 milionów ludzi. Cytowane z lubością w Polsce opinie polakożerczych środków masowego przekazu ukazujących się w Niemczech i innych krajach dziwnej koalicji propagandowej stwarzają wrażenie, że dla Europejczyków wypominanie Niemcom ich zbrodni wojennych jest przejawem polskiego nacjonalizmu. Nic bardziej fałszywego. Oto na stronach internetowy brytyjskiego dziennika Daily Mail w dniu 22. czerwca pojawił się sondaż opinii publicznej, w którym należało odpowiedzieć tak lub nie na pytanie redakcji: Czy Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość? Dwóch na trzech biorących udział w sondażu Daily Mail odpowiedziało, że Polska miała rację wypominając Niemcom nazistowską przeszłość. Należy sądzić, że wynik sondażu byłby jeszcze bardziej miażdżący dla rzeczników czerpania korzyści z niedawnej eksterminacji ludności Polski, gdyby wszyscy Europejczycy wiedzieli, że część uciekinierów przed karą za wywołanie wojny domaga się zwrotu pozostawionego za sobą mienia i w tym zakresie znajduje poparcie polityków Republiki Federalnej Niemiec zajmujących najwyższe stanowiska i w tym państwie i w strukturach europejskich. Czyli doktryną Niemiec usiłujących narzucić swoją wolę całemu kontynentowi jest praktyczny rewizjonizm i konstytucyjnie umocowane roszczenia terytorialne do 1/3 obszaru państwa sąsiedniego, czyli Polski. Dlaczego o tym Europejczycy nie wiedzą? Dlaczego ewidentne łamanie praw człowieka w Niemczech, w których nie wolno używać języka polskiego w rozmowie rodziców z dziećmi, jest zagłuszane socjalistycznym rykiem w Europarlamencie przypisujących nam wyimaginowane cechy i winy? Gdzie są ludzie wynagradzani za kreowanie wizerunku Polski i Polaków, a gdzie lojalność mniejszości niemieckiej w Polsce, która – bez wzajemności w Bundestagu – ma zapewnione dwa miejsca w Sejmie?

W związku z przypomnieniem Niemcom ich potwornej przeszłości, nawet w Polsce odezwały się szydercze głosy Polaków, że sięganie do doświadczeń drugiej wojny światowej jest równie kompromitujące, jak przypominanie złowieszczej roli Krzyżaków w naszej części Europy. No cóż. dla odparcia argumentacji świadomych i mimowolnych członków stronnictwa pruskiego warto jednak w kilku słowach przypomnieć wydarzenia sprzed niemal ośmiuset lat, których konsekwencje do dzisiaj, jak się okazuje, zagrażają Polakom zagładą. Na początku XIII wieku Hermann von Salza, wielki mistrz zakonu krzyżackiego, doszedł do wniosku, że pobyt w Palestynie jest zbyt niebezpieczny i zaczął szukać miejsca w Europie. Po krótkim pobycie na Węgrzech, skąd został wypędzony za nielojalność, w 1226r. Krzyżacy trafili na ziemię chełmińską zaproszeni przez Konrada Mazowieckiego namówionego przez Jadwigę, żonę Henryka Brodatego, a szwagierkę króla Węgier Andrzeja II, który to właśnie wypędził Krzyżaków za łamanie umów. Przyszła śląska święta nie wiedziała, że następstwem jej rekomendacji, będzie sprowadzenie na Polaków i ludy nam najbliższe sprawców bezlitosnej grabieży, rozpasanego okrucieństwa, mordowania kobiet i dzieci. Od roku 1308 do 1945, przez 637 lat Polacy masowo ginęli z rąk Krzyżaków i ich ideologicznych następców z łupieżcą Śląska Fryderykiem II, katem Polaków Bismarckiem i ludobójcą Hitlerem na czele. O tym na zachodzie Europy wielu słuchać nie chce. Widać wśród piewców tolerancji wykorzystywanej do propagandowych nagonek na Polskę nadal obowiązuje rasistowska zasada SLAVICA NON LEGUNTUR – pism słowiańskich nie czyta się.

16. listopada 2007

Wylatuje wróblem, a może wrócić kamieniem każde słowo rzucone w przestrzeń publiczną. Ze strachu przed ukamieniowaniem milkną nawet ci, którzy z tytułu swojego powołania mają obowiązek głosić prawdę, choćby ta była najmniej popularna, szła pod prąd aktualnym trendom, modom i kanonom politycznej poprawności. Mierząc życiowy sukces stanem posiadania, każdy polityczny geszefciarz z reguły gardzi prawdą, bo po co mu taki kamień młyński u szyi. Co innego półprawda, prawda zmanipulowana, zawoalowane kłamstwo, czy spinning, a więc manipulowanie faktami, reglamentowanie informacji, propaganda – według nomenklatury obowiązującej w firmach Public Relations będących odpowiednikiem dawnych najemnych wojsk dokonujących podbojów na zlecenie, po prostu za żołd. I dzisiaj mając pieniądze, można sobie wynająć prywatną firmę wojskową – z angielska zwaną PMC (private military company), ale dla osiągnięcia tych samych celów drogą pokojową, bez krzyku ofiar i głośnych oskarżeń o przemoc, wystarczy posłużyć się skutecznym projektem p. r. Publika widzi tylko to, co wolno jej zobaczyć. Cel projektu, sposoby jego realizacji, a także forma zapłaty dla najemników są całkowicie ukryte przed opinią publiczną. Słowo stypendium wywodzi się z łacińskiego stipendium, co w legionach rzymskich oznaczało żołd. Niemieckie das Stipendium zachowało łacińską pisownię, ale po polsku znaczy – stypendium…

Częstym polem zmagań prawdy z wytworami firm Public Relations jest zdrowie publiczne. Stawki są tu dużo skromniejsze niż w zakresie energetyki, wojskowości i budownictwa, ale bogactwo zadań i ścierających interesów jest tak ogromne, że prawie każda firma PR ma jakiś udział w podziale tego ogromnego tortu. Wmówić ludziom potrzebę korzystania z jakiegoś preparatu rzekomo ratującego zdrowie, znaleźć dojście do decydenta, który na ten preparat wyda pieniądze podatników, pokonać przy tym licznych konkurentów, to najprostsza ścieżka postępowania. Ważne jest przy tym staranne zatarcie śladów korupcji. Kto tam potrafi dociec prawdziwych przyczyn takiego czy innego wyniku przetargu. Można też wprząc wysokiego urzędnika państwowego w kampanię reklamową, promocyjną, czy osłonową. Kto tam potrafi dociec prawdziwych przyczyn takiego czy innego zaangażowania prominenta w sytuację zdecydowanie korupcjogenną. Polityczna szajka, z której ów prominent się wywodzi, nie będzie się przecież sama kompromitować i rozliczać kamrata czy to z podejrzanych działań, czy z zaniedbania obowiązków.

Państwo bezczynne w obronie dobra wspólnego jest wymarzonym polem działania firm Public Relations i wykonujących ich zlecenia lub działających na własną rękę beneficjentów styku polityki z gospodarką, dochodzących do fortun, w tym latyfundiów, w tempie niepojętym przez praworządnych obywateli.

Warto tu zastosować pojęcie krzywdy społecznej, która dzieje się wtedy, kiedy władza i jej organy naruszają prawa człowieka i obywatela nie tylko czynnie, lecz także i biernie, nie wykonując swoich ustawowych obowiązków.

Do najbardziej jaskrawych przykładów krzywdy społecznej należą zaniedbania w dziedzinie zdrowia publicznego, a w szczególności w zakresie medycyny konsumenta i medycyny środowiskowej. Medycyna konsumenta koncentruje się na dochodzeniu przyczyn alergii, zatruć, zakażeń i urazów w składzie żywności, napojów, kosmetyków, leków i in. produktów, w usługach oraz w otaczającym środowisku. Sukces diagnostyczny pozwala wyeliminować czynnik szkodliwy oraz podjąć czynności naprawcze dotyczące nie tylko stanu zdrowia, lecz także sytuacji prawnej i materialnej pacjenta. Z kolei medycyna środowiskowa zajmuje się zapobieganiem, rozpoznawaniem i leczeniem następstw skażenia środowiska.

Rozwijana przeze mnie wiedza naukowa zajmująca się czynnikami szkodliwymi, czyli noksologia (od łac. noxa – czynnik szkodliwy), uwzględnia szereg pomijanych zazwyczaj aspektów oddziaływania czynnika szkodliwego na człowieka, do których należy zróżnicowana podatność poszczególnych osób (rodzin) na czynnik szkodliwy występujący w pojedynkę lub wespół z innymi, wzajemnie potęgującymi niepożądane oddziaływanie na zdrowie. W noksologii za punkt wyjścia procesu diagnostycznego przyjmuje się przyczynę zgodnie z zasadą wyrażoną po łacinie słowami POSITA CAUSA, PONITUR EFFECTUS, czyli “gdy działa przyczyna, jest i skutek”. Ów skutek z powodu wyżej przedstawionego może być trudno uchwytny i wbrew popularnym oczekiwaniom często niemożliwy do wykazania w oparciu o zbadanie pojedynczego pacjenta, choćby najbardziej gruntowne. Trzeba wówczas przeprowadzić badania epidemiologiczne, czy to o charakterze prowadzonej przez mój zespół szybkiej oceny epidemiologicznej (Rapid Epidemiological Assessment – RAE), czy też rozbudowanych i z tego powodu niezwykle kosztownych i bardzo podatnych na błędy w fazie projektowania badań populacyjnych.

Noksologia weryfikuje i obala mity tworzone przez firmy Public Relations, przeciwdziała krzywdzie społecznej, ale też bezpostawnym roszczeniom.

Łatwo się domyślić, że działanie w obszarze epidemiologii lekarskiej, często naraża konflikt ze znachorami, a więc osobami głoszącymi nieuprawnione poglądy na temat występowania i uwarunkowań chorób oraz zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom.

Postępując według kodeksu etyki lekarskiej, czyli zgodnie ze swoim sumieniem i współczesną wiedzą medyczną, lekarz epidemiolog nie może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub nie zweryfikowanymi naukowo, ma przy tym obowiązek zwracania uwagi społeczeństwa, władz i każdego pacjenta na znaczenie ochrony zdrowia, a także na zagrożenie ekologiczne.

23. listopada 2007

Obecnie w medycynie zasada PRIMUM NO NOCERE, ustępuje zwykle nakazowi PRIMUM SUCCERRERE. Zamiast przede wszystkim nie szkodzić, należy przede wszystkim osiągnąć sukces. Oby był to sukces prewencyjny, profilaktyczny lub terapeutyczny a nie tylko ekonomiczny.

Wbrew popularnym poglądom zasada PRIMUM NO NOCERE nie była zawarta w tzw. przysiędze Hipokratesa, ani też nie występuje w obecnie obowiązującym przyrzeczeniu lekarskim. Lekarz przyrzeka według najlepszej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc. Często margines bezpieczeństwa rozmaitych procedur leczniczych czy schematów terapeutycznych jest tak wąski, że faktyczna korzyść dla pacjenta staje się bardzo problematyczna. Zaufanie do postępów medycyny bywa jednak ślepe u ludzi szukających pomocy w nieszczęściu i często bez wahania decydują się na podjęcie każdego ryzyka. Przewodnikiem po świecie chorób i dostępnych sposobów ich leczenia jest zwykle lekarz prowadzący. To lekarz przejmuje na siebie ciężar odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta, pyta pacjenta o wszystko co ma znaczenie dla postawienia rozpoznania i śledzenia przebiegu choroby, udziela porad, bada, kieruje na badania specjalistyczne, wypisuje recepty, wykonuje zabiegi, a w razie braku odpowiednich kwalifikacji przekazuje pod opiekę innych lekarzy. Medycyna opiera się o autorytety, więc jeśli silny autorytet oddziałuje na sposób postępowania wszystkich lekarzy, pacjent szukający na własną rękę drugiej opinii lekarskiej, może jej po prostu nie znaleźć.

Dla koncernów produkujących środki farmaceutyczne i sprzęt medyczny sytuacja, w której wystarczy zyskać przychylność dość nielicznej grupy wpływowych ekspertów, aby osiągnąć miażdżący sukces ekonomiczny, jest wprost wymarzona. Od nauczania studentów na wydziałach lekarskich, przez system szkolenia specjalistycznego i doskonalenia zawodowego po tak zwane badania naukowe przewija się stale i niezmiennie wprowadzona przez koncern X doktryna Y służąca sprzedaży produktu Z. Jeden za drugim fenomen XYZ oplata każdego lekarza od początku studiów po zasłużoną emeryturę, no chyba, że akurat lekarz pokusi się o samodzielny przegląd światowej literatury, uzna kontrowersje za warte zgłębienia i ucieknie od narzucanych odgórnie doktryn, które z kolei oddolnie wzmacnianie są przez zastępy reprezentantów koncernów farmaceutycznych oraz pacjentów – ofiar Goździkowej i jej podobnych autorytetów medycyny reklamowej.

Do największych sukcesów medycyny XX wieku należało wprowadzenie szczepień ochronnych. Dzięki szczepieniom ludzkość wykorzeniła ospę prawdziwą, tego prawdziwego jeźdźca śmierci. Dzisiaj wirus ospy naturalnej jest w rękach twórców organizmów genetycznie modyfikowanych szykujących ludziom masową zagładę. Właśnie obchodziliśmy trzydziestolecie rejestracji ostatniego przypadku rodzimej ospy na świecie. 26 października 1977r. w dystrykcie Merca w Somalii zachorował szpitalny kucharz. Osoby z kontaktu wyszukano, poddano ponownym szczepieniom i objęto nadzorem epidemiologicznym. Nikt więcej nie zachorował. Świat odetchnął z ulgą. O jedną plagę mniej.

Epidemie choroby Heinego i Mediny, czyli porażenia dziecięcego, po łacinie poliomyelitis, w skrócie – polio, szerzyły się w Polsce lat pięćdziesiątych XX wieku, przynosząc co roku średnio niemal 2,5 tysiąca rejestrowanych zachorowań i niemal 150 zgonów. Większość tych, którzy przeżyli polio, a były to głównie maleńkie dzieci, do końca życia pozostaje niepełnosprawna. Po wprowadzeniu szczepień sytuacja uległa gwałtownej poprawie. Liczby rejestrowanych zachorowań spadły poniżej 100 w ciągu roku. Ale w 1968 pojawiła się epidemia w następstwie szczepień, które miały chronić przed zachorowaniami. Po zastosowaniu polecanej przez światową Organizację Zdrowia szczepionki przeciw typowi 3 wirusa polio wystąpiła w Polsce epidemia poszczepienna choroby Heinego i Mediny. W 1968 r. zarejestrowano 464 zachorowania i 17 zgonów, głównie w Wielkopolsce, na Pomorzu Zachodnim, Ziemi Lubuskiej i na Dolnym Śląsku.

Dziki, czyli nieszczepionkowy wirus polio był przyczyną ostatnich notowanych zachorowań w Polsce w 1982 i 1984r. Polska odetchnęła z ulgą. O jedną plagę mniej, ale w odróżnieniu od ospy prawdziwej – pod warunkiem utrzymania wysokiego poziomu zaszczepienia populacji przeciw tej strasznej chorobie. Dzieci nieszczepione przeciw polio, na przykład z powodu przeciwwskazań, bądź szczepione niezgodnie z programem szczepień ponoszą ryzyko ostrych porażeń wiotkich związanych z narażeniem na wirusy szczepionkowe pochodzące od dzieci zaszczepionych.

Jak widać szczepienia ochronne dobrze bronią ludzi przed nieszczęściem na masową skalę. Pomimo ewidentnych korzyści poddawane są jednak krytyce, a nawet próbom ich likwidacji. Mamy tu do czynienia z typowym przykładem wyboru mniejszego zła. Kierując się wiedzą o powikłaniach poszczepiennych, zwłaszcza liczbą zgonów i trwałych niepożądanych następstw w wyniku zastosowania szczepionek, bylibyśmy gotowi ze szczepień zrezygnować, a zwłaszcza uchylić przymus poddawania się szczepieniom ochronnym. Kiedy jednak po sięgnięciu do annałów z niedawnej przeszłości i poznaniu rozmiaru corocznych strat, jakie ponosiliśmy w wyniku szalejących epidemii, wyliczymy korzyści ze szczepień – rozsądek nakazuje nam przyjąć argumentację epidemiologów. Tak myśli ogromna większość ludzi na świecie, a w Polsce niemal wszyscy.

Korzystając z ugruntowanego zaufania do programu szczepień ochronnych, kolejne koncerny farmaceutyczne wprowadzają do arsenału szczepionek jeden po drugim fenomen XYZ, o nie wystarczającej przewadze korzyści nad ryzykiem szczepień.

Zanim koncern X wprowadzając doktrynę Y służącą sprzedaży produktu Z w wyniku kompromitacji hałaśliwej kampanii reklamowej zniszczy powszechne zaufanie do szczepień ochronnych, warto stanąć w obronie wspólnego dobra, jakim jest zdrowie publiczne.

30. listopada 2007

AIDS uczy pokory. Śmiertelna choroba zabija tym szybciej, im trudniej o opiekę lekarską i drogie leki. Kto może mieć łatwy dostęp do lekarza? Kogo stać na drogie leki? Na pewno handlarzy narkotykami i żywym towarem. Na pewno tych, którzy ułatwiają handel narkotykami i żywym towarem, budując rynek tak po stronie podaży, jak i popytu. Wystarczy włączyć telewizor, aby stać się odbiorcą jasnych i wyraźnych komunikatów kryptoreklamowych ułatwiających sprzedaż narkotyków – “bo wszyscy biorą” i pozyskiwanie najcenniejszego – najmłodszego – ludzkiego surowca obu płci do handlu żywym towarem – “bo wszyscy to robią bez żadnych zahamowań”. Rodzice z reguły nie zdają sobie sprawy z rozmiaru ryzyka, jakie ponoszą ich dzieci formowane przez telewizję już w młodszych klasach szkoły podstawowej. Odkrywanie nieznanych z własnej obserwacji zachowań przedstawianych jako przyjemne, nieszkodliwe i powszechnie akceptowane, utożsamianie się z rówieśnikami, którym wolno robić rzeczy potępiane przez rodziców i wychowawców, pozwala dziecku, jak tylko osiągnie wiek gimnazjalny poddać się bez najmniejszego protestu naciskowi grupy rówieśniczej, bez żadnych obaw i zastrzeżeń wprowadzać w życie wiedzę wcześniej nabytą drogą edukacji telewizyjnej. Jedenastoletnie dziewczynki, dwunastoletni chłopcy są już oswojeni z tematem, teraz wystarczy tylko sprytnie wykorzystać przekorę i bunt nastolatków, wprowadzić między nich dealerów i liczyć zarobki ze sprzedaży narkotyków kolejnej fali młodych klientów. Jest też łatwa okazja wyszukać tych, których da się sprzedać.

Z niewielkimi wyjątkami najbardziej rozwinięte gospodarczo kraje świata tolerują skrajnie drastyczne formy handlu żywym towarem. Czy to z powodu korupcji organów ścigania, czy też w związku ze światopoglądem rządzących elit, handel ludzkim ciałem w najbardziej odrażających formach nie znajduje odporu. Wręcz odwrotnie, głosiciele praw człowieka, nie dostrzegają niczego złego w tym, że doprowadzenie wielu rodzin do ruiny, np. w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, spowodowało, że kraje te stały się zagłębiem żywego towaru przeznaczonego na eksport, na oddanie w spocone łapy zagranicznych kupców i klientów. Tzw. przemysł rozrywkowy rozwija się dynamicznie w wielu najbogatszych miastach świata, tworzy znaczną część dochodu narodowego wielu państw i w żadnym przypadku nie może popaść w stagnację. Krzywa musi rosnąć. Skoro tak, potrzebne są nowe atrakcje. Atrakcje młode, coraz młodsze, obu płci. Potrzebne są nasze dzieci.

Do akcji przystępują kreatorzy zachowań. Na początku jest miło. Kino, koncert, dyskoteka, pub, piwko, trawka, nowi ludzie bardzo fajni, nie jakiś ciemnogród. Można się zakochać, można popróbować, można mieć już to za sobą. To jest przecież XXI wiek, nie średniowiecze! To Unia Europejska a nie za…ścianek! Tolerancja a nie ciemnota. A co ja tu robię? Nie mam pieniędzy, przecież nie będę wysługiwać się za jakieś grosze, jak rodzice.

Ta refleksja bywa przełomowa. Dziewczyna czy chłopiec są już gotowi do sprzedaży. Wystarczy ich wywieźć, zapewniając, że praca jest już załatwiona, ale nie mówiąc, jaka to praca. Wystarczy w sobie rozkochać, a po przyjeździe bez litości sprzedać. Wystarczy zorganizować przyjazdy klientów, też wcielających się w rozmaite role, i już nawet nie trzeba wywozić. Czy to z powodu korupcji organów ścigania, czy też w związku ze światopoglądem rządzących elit, ludzie czerpiący zyski z nierządu pozostają bezkarni. Interes kwitnie. Koszty ponoszone przez ofiary rozbudowanego systemu rekrutacji pracowników są niegarniętne.

Eksploatacja jest szybka i bezlitosna. Potrzeba coraz więcej alkoholu i narkotyków, aby to wytrzymać. Z roku na rok coraz trudniej zarobić, ubywa przyjaciół, rosną długi. Nie łatwo sobie powiedzieć: nie mam jeszcze trzydziestu lat, a już jestem wrakiem. Wstyd wracać. Czym się pochwalić znajomym z podwórka i klasy? Tym nieśmiałym kujonom bojącym się wszystkiego. A jednak mają lepiej. Mają rodziny. Nie mają AIDS.

Według ostatnich danych ONZ na 500 osób pomiędzy 15 a 49 rokiem życia w Wielkiej Brytanii i Irlandii jedna jest zakażona wirusem wywołującym AIDS, we Francji, Szwajcarii i Portugalii- dwie, we Włoszech, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych – trzy, w Federacji Rosyjskiej – 6, na Ukrainie – 7. Na 500 osób pomiędzy 15 a 49 rokiem życia.

7. grudnia 2007

Konsumentom żywności genetycznie modyfikowanej grozi alergia, oporność na antybiotyki i rak. Coraz większym poparciem cieszy się stawiana przeze mnie hipoteza, że wspólnym mianownikiem wychodzącej z USA pandemii otyłości i cukrzycy są efekty oddziaływania organizmów genetycznie modyfikowanych. Organizmy genetycznie modyfikowane wykorzystuje się na wielu etapach masowej produkcji żywności i napojów, ponieważ dostarczają enzymów, olejów i lecytyny, ale na bezpośrednie spożywanie białek zawierających m. in. pestycydy wbudowane w rośliny (ang. plant-incorporated pesticides), a więc toksyny białkowe Bacillus thuringiensis i materiał genetyczny niezbędny do ich wytworzenia, są narażeni konsumenci transgenicznej kukurydzy, ziemniaków i pomidorów. Nadto na geny kodujące syntezę enzymu EPSPS decydującego o odporności na herbicyd glifosat pochodzące z bakterii Agrobacterium tumefaciens, zgodnie z nazwą produkującej onkogeny wywołujące rozrost guzów nowotworowych u roślin, narażeni są konsumenci np. izolatów białka sojowego dodawanego do licznych produktów wędliniarskich, garmażeryjnych, cukierniczych i in. Skutki oddziaływania organizmów genetycznie modyfikowanych na zdrowie ludzi i zwierząt oraz na środowisko są stopniowo odsłanianie w miarę upływu lat wymaganych do ukończenia badań i narastającego sprzeciwu opinii publicznej wobec zatajania prawdy o gmo. Polskie przepisy regulujące gmo odzwierciedlają bardzo ułomny w tym zakresie dorobek prawny Wspólnot Europejskich, są słabo egzekwowane, a próby ich zaostrzenia napotykają na głośny opór kierowany przez podmioty gospodarcze czerpiące krociowe zyski ze sprzedaży modyfikowanej genetycznie żywności, paszy i karmy.

Od 25. maja 1999r. ogólnopolskie Stowarzyszenie Ochrony Zdrowia Konsumentów konsekwentnie domaga się od władz państwowych Rzeczypospolitej Polskiej zarządzenia bezterminowego zakazu wprowadzania organizmów genetycznie modyfikowanych do łańcucha pokarmowego człowieka. Wszelkie półśrodki, w tym zakaz upraw, włącznie z eksperymentalnymi, wybiórczo nakładane zakazy importu i obrotu odnoszące się do całości lub części dorobku inżynierii genetycznej nie są w żadnej mierze wystarczające, gdyż stwarzają fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Nielegalne uprawy dowodzą pogardy sprawcy i kierowanej przez niego grupy przestępczej dla praw Rzeczypospolitej Polskiej, czynią z Polski ubezwłasnowolnioną kolonię, na której obszarze można uprawiać co się chce, mając pewność ślepoty inspektorów i bezkarności. Proste fałszowanie deklaracji składu lub etykiet obnaża nieuczciwość oszusta, ale też uzasadnia mocne podejrzenie o skorumpowanie organów kontrolnych, które mimo ciążących na nich obowiązków nie eliminują oszukańczych praktyk. Korupcja torująca drogę uprawie, importowi i wprowadzaniu do obrotu zakazanych organizmów genetycznie modyfikowanych jest dobrze udokumentowana na całym świecie. W wielu przypadkach niemrawe działania inspektorów nie są tylko efektem wzięcia takiej czy innej korzyści za przymykanie oka na łamanie prawa, a wynikają z silnych nacisków politycznych porównywalnych z tymi, które kiedyś doprowadziły do wojen opiumowych.

Nowe odkrycia z zakresu genetyki potwierdzają tezę o oparciu opinii na temat skomercjalizowanych wynalazków inżynierii genetycznej na nieaktualnej wiedzy naukowej. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić odkrycie mechanizmów usypiania i budzenia genów pod wpływem czynników środowiskowych, w tym żywieniowych. Usypianie i budzenie genów kontrolujących rozwój raka i chorób metabolicznych pod wpływem wynalazków inżynierii genetycznej jest bardzo prawdopodobne, a zważywszy na rewolucyjne postępy nauki w tym zakresie można spodziewać się fali doniesień o wpływie GMO na każdy spośród 196 genów uśpionych w wyniku oddziaływania matczynej lub ojcowskiej kopii, a składających się na 1% ludzkiego genomu. Sygnały z nawet bardzo zdegradowanych w procesie trawienia organizmów genetycznie modyfikowanych mogą usypiać lub budzić geny znajdujące się w tych regionach chromosomów, o których wiadomo, że decydują o podatności na raka, cukrzycę, otyłość, odporność.

W trakcie ewolucji organizmy naturalne, w tym zwierzęta żyworodne, których naznaczenie genetyczne dotyczy, poprzez selekcję naturalną dostosowały się do oddziaływania naturalnych składników pożywienia. Składniki nienaturalne, genetycznie modyfikowane, wchodzące w skład wcześniej nieznanej żywności i paszy narażają świat ludzi i zwierząt na niechciany eksperyment na masową, globalną skalę.

Głównym odbiorcą genetycznie modyfikowanej soi i kukurydzy nie jest przemysł żywności wysoko przetworzonej a przemysł paszowy zaopatrujący fabryki mięsa i mleka. Rozwój genetyki ujawnia mechanizmy potencjalnych zagrożeń ze strony gmo, przy których bledną tak proste do wykazania efekty stosowania pasz genetycznie modyfikowanych, jak ubojowe skażenie mięsa enterokrwotoczną Escherichia coli O157:H7, która z paszy gmo mogła nabyć geny antybiotykooporności, albo nieusuwalne w procesie pasteryzacji skażenie krowiego mleka sekwencjami DNA, takimi samymi jak w genetycznie modyfikowanej soi i kukurydzy wchodzącej w skład paszy.

14, grudnia 2007

Ochrona zdrowia zamiast celem, bywa narzędziem polityki. Narzędziem potężnym, choć prymitywnym. Czymś na kształt maczugi, która spada na głowy wyborców. Co oczywiste, spada dopiero po wyborach. W maczugę przekształca się sztandar z motto WIEM LEPIEJ, jakże wysoko powiewający przed wyborami. W polityce zagranicznej maczuga spada na głowy przedsiębiorców państw zbyt niezależnych od dawnych kolonialnych metropolii, albo państw po prostu nielubianych przez część decydentów. Powołując się na argumenty z zakresu ochrony zdrowia, można zdobyć władzę w kraju, a w polityce zagranicznej można zadać potężne uderzenie w ramach niewypowiedzianej wojny gospodarczej.

To jedna strona medalu. Jest też druga.

Tuż przed sezonem szału zakupów świątecznych prezentów pani Nancy Nord, pełniąca obowiązki przewodniczącej Komisji ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich, oświadczyła, że w 2007 r. jej agencja wycofała z rynku ponad 25 milionów zabawek. Według Stowarzyszenia Przemysłu Zabawkarskiego 80% zabawek kupowanych w Stanach Zjednoczonych to import z Chin. Przed Komisją Kongresu Amerykańskiego 4 października 2007r. przedstawiciel Unii Konsumentów, tej samej, która wiosną wykryła melaminę we wchodzącej w skład karmy dla zwierząt domowych importowanej z Chin mące pszennej (według amerykańskich lekarzy weterynarii zabójczą dla tysięcy psów i kotów), zeznał, że tylko w lecie wycofano z obrotu ponad 20 milionów zabawek importowanych z Chin z powodu farby zawierającej ołów i innych zagrożeń, pomimo faktu, że w USA zakaz pokrywania zabawek farbą ołowiową obowiązuje już od 30 lat. Największy szok przeżyły dzieci, a jeszcze większy – ich rodzice, dowiadując się 4 września 2007r., że koncern MATTEL wycofuje z rynku ok. 675 000 zabawek Barbie wyprodukowanych w Chinach pomiędzy 30 września 2006r. a 20 sierpnia 2007r. z powodu zagrożenia zdrowia wynikającego z obecności na ich powierzchni farby zawierającej zakazane prawem poziomy ołowiu. Podając powyższe do wiadomości, Komisja ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich zaleciła natychmiast odebrać dzieciom niebezpieczne zabawki i zgłosić się do koncernu MATTEL po instrukcje jak bezpłatnie otrzymać na zamianę zabawkę w tej samej cenie. Fotografie niebezpiecznych produktów pojawiły się na stronach agend rządowych USA, w tym Narodowego Ośrodka ds. Zdrowia Środowiskowego, należącego do Ośrodków Zwalczania Chorób, sławnych Centers for Disease Control, podległych odpowiednikowi naszego ministerstwa zdrowia.

To oczywiście nie uspokoiło rozsierdzonych rodziców. Silna grupa pod nazwą Kampania na rzecz Przyszłości Ameryki żąda głowy szefowej Komisji ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich, obwiniając ją o dopuszczenie do uwiądu kontroli bezpieczeństwa produktów. Przed objęciem obecnego stanowiska Nord była lobbistką koncernu Eastman Kodak, dyrektorem wykonawczym Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników pracujących na rzecz korporacji (American Corporate Counsel Association) i dyrektorem ds. konsumenckich Amerykańskiej Izby Gospodarczej (the U.S. Chamber of Commerce). Nic dziwnego, że bez protestu przyjmuje cięcia budżetowe i redukcję kadr w podległym jej pionie kontroli państwowej. Amerykanie wzywają panią Nancy Nord do rezygnacji z zajmowanego stanowiska, gdyż nie potrafi ona kierować podległą jej inspekcją, a nadto przyjmowała korzyści od producentów zabawek. Obok organizacji pozarządowych o słabości nadzoru na bezpieczeństwem produktów konsumenckich w USA są też przekonani amerykańscy parlamentarzyści, którzy dążą do zmiany przepisów:

    * górna granica grzywny ma być podniesiona z obecnego poziomu 250 000 USD do 100 000 000 USD, aby kary faktycznie odstraszały, a nie stanowiły tylko kosztów prowadzenia działalności gospodarczej
    * trzeba stworzyć etykiety pozwalające śledzić kolejne etapy produkcji i handlu produktami przeznaczonymi dla dzieci, co ułatwi wycofywanie tych produktów z obrotu
    * za sprowadzanie produktów wadliwych i niebezpiecznych należy odbierać zezwolenia na wielokrotny import
    * pracowników ujawniających informacje o niebezpiecznej produkcji trzeba objąć ochroną
    * mają być zaostrzone wymagania co do farby ołowiowej w produktach przeznaczonych dla dzieci

Tolerowane tygodniowe pobranie (PTWI) ołowiu bez szkody dla zdrowia człowieka ustalone jest na poziomie 0,025 mg/kg masy ciała.

Niezwykle łatwo jest przekroczyć tolerowaną dawkę ołowiu pochodzącego ze wszystkich źródeł: żywności, wody z kranu i powietrza oraz różnych przedmiotów, w tym pokrytych farbą ołowiową. Głównym źródłem ołowiu są środki spożywcze i woda.

Rozporządzenie Komisji (WE) nr 1881/2006 z dnia 19 grudnia 2006 r. ustalające najwyższe dopuszczalne poziomy niektórych zanieczyszczeń w środkach spożywczych określa najwyższe dopuszczalne poziomy ołowiu w mg/kg świeżej masy. Najniższe są w środkach spożywczych objętych szczególną troską, jak surowe mleko, mleko poddane obróbce cieplnej i mleko służące do wytwarzania produktów na bazie mleka oraz preparaty dla niemowląt i preparaty pochodne – 0,02 mg/kg. Najwyższe w małżach, spożywanych rzadko, w małych ilościach i wyjątkowo przez dzieci – 1,5 mg/kg.

Dopuszczalny poziom ołowiu w wodzie przeznaczonej do spożycia przez ludzi do 31. grudnia 2012r. może sięgać 0,025 mg/litr, a po tej dacie tylko – 0,01 mg/litr. Tej ostatniej wartości już obecnie nie wolno przekraczać w naturalnych wodach mineralnych, gdyż ołów na poziomie 0,01 mg/litr wymieniony jest w obowiązującym wykazie składników naturalnie występujących w naturalnej wodzie mineralnej i maksymalnych limitów, których przekroczenie może stanowić ryzyko dla zdrowia publicznego.
Najbardziej groźne źródła ołowiu to: żywność ze stref skażonych, woda z ołowianych rur i kranów, ekspozycja w miejscu pracy, pył z dawno malowanych ścian, hałd i zanieczyszczonych gleb oraz zabawka z Chin zawierająca ołów w ilości ponad 600 mg/kg, a ołów rozpuszczalny w stężeniu ponad 90 mg/kg.

21. grudnia 2007

Respektować środowisko to nie znaczy uznać, że natura nieożywiona czy ożywiona jest ważniejsza od człowieka. Nie znaczy jednak też, że można egoistycznie uważać, że w pełni możemy nią dysponować dla własnych interesów, gdyż przyszłe pokolenia również mają prawo do korzystania z dóbr stworzenia, postępując w duchu tej samej odpowiedzialnej wolności, której domagamy się dla siebie. Nie można też zapominać, że w wielu przypadkach ubodzy są odcięci od dóbr stworzonych o powszechnym przeznaczeniu. Dziś ludzkość niepokoi się o przyszłą równowagę ekologiczną. Oceny sytuacji w tym względzie należy dokonywać z rozwagą, poprzez dialog ekspertów i znawców, bez ulegania presjom ideologicznym sugerującym pochopne wnioski, a przede wszystkim budując wspólnie model zrównoważonego rozwoju, który może zapewniać dobrobyt wszystkim w poszanowaniu równowagi środowiskowej. Jeśli ochrona środowiska wiąże się z kosztami, winny one być rozkładane sprawiedliwie, z uwzględnieniem różnorodności rozwoju w poszczególnych krajach i w poczuciu solidarności z przyszłymi pokoleniami. Rozwaga nie oznacza, że unika się odpowiedzialności i odwleka decyzje; zobowiązuje raczej do wspólnego podejmowania decyzji po odpowiedzialnym przemyśleniu drogi, jaką należy pójść, stawiając sobie za cel umocnienie przymierza między człowiekiem a środowiskiem, mającego odzwierciedlać stwórczą miłość Boga, od którego pochodzimy i ku któremu zdążamy.

Powyższy rozdział 7. przesłania Papieża z 8 grudnia 2007 roku nosi tytuł “Rodzina, wspólnota ludzka i środowisko”. Pełne ORĘDZIE OJCA ŚWIĘTEGO BENEDYKTA XVI NA ŚWIATOWY DZIEŃ POKOJU 1 STYCZNIA 2008 ROKU jest dostępne w wielu językach na stronie internetowej i kto może, niechże sobie je ściągnie, wydrukuje i przekaże innym, gdyż trudno sobie wyobrazić, aby uprzywilejowana dostępem do internetu garstka spośród ponad miliarda katolików nie chciała poznać i rozpowszechnić – także wśród bliskich nam obcokrajowców – dosłownej treści stanowiska Ojca Świętego na temat kluczowych dylematów naszych czasów. Poznać i przyjąć za swoje rozstrzygnięcia Stolicy Piotrowej każdy katolik chce a nie musi. Musi tylko wtedy, kiedy katolika udaje z przyczyn np. politycznych w myśl starego zawołania Henryka IV Bourbona “Paryż wart jest mszy!”. Motywowani polityką nibykatolicy bardzo łatwo ulegają manipulacji antykatolików, stąd warto rozpowszechniać oryginalne materiały źródłowe prosto z Rzymu.

Tuż po opublikowaniu orędzia, odezwały się głosy, że Papież wprost krytykuje polityczno-gospodarczą doktrynę przypisywania człowiekowi odpowiedzialności za zmianę klimatu. A przecież zabiegając o dobro wspólne, Ojciec Święty powie dosłownie: “Dziś ludzkość niepokoi się o przyszłą równowagę ekologiczną. Oceny sytuacji w tym względzie należy dokonywać z rozwagą, poprzez dialog ekspertów i znawców, bez ulegania presjom ideologicznym sugerującym pochopne wnioski..” Tego rodzaju presję ideologiczną prezydent Republiki Czeskiej prof. Vaclav Klaus, sam członek narodowego kościoła husyckiego, nazwał nową religią, ideologią zagrażającą wolności oraz światowemu porządkowi ekonomicznemu i społecznemu. 12. maja br. przemawiając w Instytucie Cato powiedział, że enwiromentalizm jest formą odgórnego kierowania społeczeństwem, na co Czesi są szczególnie uwrażliwieni, gdyż żyli pod panowaniem komunizmu. No tak, Czesi z komunizmu już wyszli i potrafią bronić się przed kolejną opresją. Czechy zajmują trzecią pozycję w świecie w wykazie państw o najwyższym wydobyciu węgla na jednego mieszkańca, Polska – szóstą. O 1/3 więcej wydobytego węgla przypada na Czecha niż na Polaka. Spalanie paliw stałych wiąże się z emisją m. in. gazów cieplarnianych, w tym wskaźnikowego dwutlenku węgla. Według ostatnich statystyk ONZ w 2004 r. na głowę mieszkańca Republiki Czeskiej przypadało 11,4 tony dwutlenku węgla, a na mieszkańca Polski – 8 ton. O 1/3 więcej emisji dwutlenku węgla przypada na Czecha niż na Polaka. Czeski patriota pan prezydent Klaus na przekór globalnej poprawności politycznej nie waha się twardo bronić interesów swojego państwa opartych o własne bogactwa naturalne a nie o importowany uran, choć już 14,3% energii w Republice Czeskiej pochodzi z elektrowni atomowej. W 2005r. w Republice Czeskiej węgiel był źródłem energii w 44,7% a w Polsce w 58,7%. Energia wodna, słoneczna, wiatrowa i geotermalna w Czechach składała się na 0,5% zaopatrzenia, a w Polsce tylko na 0,2%, pomimo udokumentowanych bogatych zasobów geotermii . Tymczasem nasi obecni przywódcy chcą pogrzebać gotowy projekt wykorzystania energii geotermalnej, który niewątpliwie miałby charakter koła zamachowego dla polskich interesów opartych o własne bogactwa naturalne – węgiel i właśnie energię geotermalną.

Zabierając głos na posiedzeniu plenarnym ONZ 24. września b. r., prezydent Vaclav Klaus wyraził wątpliwość co do tego czy zmiana klimatu jest następstwem działalności człowieka. Podobną opinię można usłyszeć od wielu niezależnych ekspertów. 12 grudnia 2007 r. stu naukowców wystosowało list otwarty do sekretarza generalnego ONZ, pana Ban Ki-Moon, stanowczo odrzucający twierdzenie jakoby można byłoby powstrzymać zmianę klimatu, która jest naturalnym zjawiskiem od wieków oddziałującym na ludzkość. Wszystkie geologiczne, archeologiczne, ustne i pisemne świadectwa potwierdzają obecność dramatycznych wyzwań, którym musiały w przeszłości stawić czoła społeczności ludzkie zagrożone nieoczekiwanymi różnicami temperatury, opadów, wiatrów i innych zmiennych klimatycznych. Nie ma możliwości znacząco zmienić klimat poprzez cięcia w zakresie emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych przez człowieka. A co najgorsze, ponieważ usiłowania zmniejszenia emisji będą spowalniać rozwój, obecne podejście ONZ do redukcji dwutlenku węgla raczej przyczyni się do zwiększenia a nie do zmniejszenia cierpień ludzi z powodu nadchodzącej zmiany klimatu.

Ostatnie obserwacje takich zjawisk, jak topnienie lodowców, podnoszenie się poziomu mórz i migracje gatunków wrażliwych na temperaturę nie stanowią dowodu na nienormalne zmiany klimatu, ponieważ nie zdołano wykazać, aby którakolwiek z tych zmian wychodziła poza granice znanej naturalnej zmienności.

Średni przyrost ocieplenia o 0,1- 0,2 st. C w ciągu dekady zarejestrowany przez satelity pod koniec XX wieku mieści się w znanych naturalnych przyrostach ocieplenia i ochłodzenia w ciągu ostatnich 10 000 lat.

Wiodący naukowcy, w tym najwyżsi przedstawiciele Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC), przyznają, że obecnie stosowane symulacje komputerowe nie potrafią przepowiadać klimatu. Zgodnie z tym i pomimo komputerowych projekcji wzrostu temperatury, od 1998r. nie pojawiła się żadna nadwyżka ciepła w skali globalnej. Bieżący poziom temperatury jest następstwem okresu ocieplenia z końca XX wieku i stanowi kontynuację naturalnego cyklu klimatycznego rozciągającego się na wiele dekad lub tysiąclecie.

Wśród stu sygnatariuszy powyższego listu otwartego jest dwóch naukowców z Polski: prof. dr Zbigniew Jaworowski, fizyk, przewodniczący rady naukowej Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie i prof. dr A. J. Tom van Loon, geolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

28. grudnia 2007

Ochrona życia i zdrowia to podstawowy cel każdej żywej istoty. Także człowieka, skoro oddanie życia za bliźniego uznaje się za dowód świętości. Dokonane ze świadomego wyboru poświęcenie własnego zdrowia i życia przez męczennika, bohatera narodowego, czy matkę nienarodzonego dziecka jest czynem wielkiej wagi, godnym powszechnego uznania i należnego rozgłosu. Święci, bohaterowie narodowi i rzesze zwykłych ludzi postępujących zgodnie z zasadami wiary, potwierdzają swoim poświęceniem wartość zdrowia i życia człowieka. Z drugiej strony biblijny zakaz zabijania, po części respektowany przez systemy wartości dalekie od Chrześcijaństwa, a nawet Chrześcijaństwu wrogie, znajduje swoje rozszerzenie na wszelkie przejawy okrucieństwa wobec ludzi, a także – jak najbardziej – wobec zwierząt i całej przyrody ożywionej. Poddawanie ludzi torturom, katowanie zwierząt, podpalanie lasu to różne stopnie tego samego wynaturzenia wynikającego z wystąpienia przeciwko przykazaniu NIE ZABIJAJ. Aby ze zwykłego człowieka stworzyć antyludzką bestię w mundurze SS-mana czy żołnierza Wehrmachtu, niemieckim dzieciom nakazywano zadawać okrutne cierpienia psom i kotom hodowanym przez nie od maleńkości. Aby ze zwykłego człowieka stworzyć bestię nieczułą na cierpienia ludzi, zwierząt i całej przyrody ożywionej, pół wieku później przeciwko przykazaniu NIE ZABIJAJ wytacza się argumenty prowadzące do konkluzji typu “nie zabijaj ludzi już urodzonych, ale w łonie matki to możesz”, “nie zabijaj ludzi zdrowych, ale chorych to możesz”. To tylko dwa najbardziej drastyczne wyjątki od zasady NIE ZABIJAJ, będące głównymi punktami globalnego sporu w sprawie odbierania życia ludziom bezbronnym. Wszędzie najodważniej bronią życia ci katolicy, którzy w pełni realizują naukę Kościoła, czyli prawdziwi. Pozostałe osoby, w tym te, które według własnego uznania wybierają z nauki Kościoła jakieś fragmenty, prywatnie grzeszą, a publicznie oszukują, jeśli demonstrują przy tym swoją przynależność do Kościoła Katolickiego. Nie wtrącając się w sprawy prywatne, mamy prawo potępiać oszustów, bowiem godząc się na oszustwo, stajemy się jego sojusznikami. Oszustom należy powiedzieć: lepszy jawny wróg, niż fałszywy przyjaciel.

Tzw. aborcja i eutanazja to akty jednorazowe i ostateczne dla zabitego człowieka. Walka o prawną obronę życia ludzi zabijanych w ten sposób w skali globalnej ledwo się rozpoczęła, do najbardziej ludnych krajów nawet nie dotarła. A przecież zabijanie najczęściej odbywa się powoli, po cichu, bez wiedzy ludzi zabijanych i ich opiekunów. Jest rozciągnięte na miesiące życia płodowego i lata po urodzeniu. Bywa wieloczynnikowe, z winy palącej tytoń i pijącej alkohol matki, warunków jej pracy i zamieszkania, szkodzących zdrowiu czynników chemicznych, fizycznych, biologicznych i społecznych. Za prawną ochroną życia poczętego przed aborcją musi postępować ochrona dziecka rozwijającego się w łonie matki przed działaniem czynników szkodliwych. Za prawną ochroną życia ludzi do tego stopnia chorych, że wołają o zastrzyk śmierci, musi postępować taka organizacja opieki zdrowotnej, aby wbrew regularnie składanym wyborcom deklaracjom polityków nie dochodziło do masowej nienazwanej z imienia eutanazji chorych z powodu braku dostępu na czas do lekarza. Cierpieniom trzeba nie tylko ulżyć, ale przede wszystkim zapobiegać. Zanim powali ból wynikający z choroby, zanim dojdzie do niepełnosprawności i uzależnienia od miłosiernej opieki innych ludzi, każdy z nas ma jeszcze siłę do walki o zdrowie i życie swoich bliskich i własne. Jest to przecież zachowanie zupełnie naturalne, w pełni zgodne z wszelkimi znanymi systemami wartości, z określonymi przez Dekalog na czele. Jego zaprzeczeniem jest wynikające z chwilowej ciężkiej dysfunkcji świadomości zabójstwo osoby pozostającej pod opieką lub samobójstwo. Te straszne rzeczy się zdarzają, ale, dzięki Bogu, niezwykle rzadko, o ile zło ludzi do nich nie popycha. Zwykli ludzie do końca walczą o podstawowe prawa do życia i zdrowia.

Okrągłe frazesy kampanii wyborczej coraz bardziej okazują się pustosłowiem także co do sanacji publicznego systemu opieki zdrowotnej opłacanego w formie zbieranych pod przymusem podatków i składek na Narodowy Fundusz Zdrowia. Rosnące koszty utrzymania już wkrótce odetną dostęp do świadczeń zdrowotnych nie objętych finansowaniem przez Narodowy Fundusz Zdrowia, wprawdzie drugorzędnych, ale stanowiących pewien wentyl bezpieczeństwa dla ludzi zaniepokojonych swoim stanem zdrowia. W tej sytuacji po raz kolejny muszę przypomnieć najważniejsze zagrożenia zdrowia, których można i trzeba unikać, którym można i trzeba się przeciwstawiać, z którymi można i trzeba walczyć w pojedynkę, a jeszcze lepiej razem, choćby we wspólnocie terytorialnej mieszkańców osiedla, wsi, dzielnicy lub gminy. Są to między innymi:

    * chemiczne, fizyczne i mikrobiologiczne skażenie wody wodociągowej i studziennej oraz powstałych z jej użyciem niektórych napojów i potraw
    * związane z transportem drogowym skażenie powietrza w zasięgu 500 m od jezdni, tym bardziej groźne, im bliżej tej jezdni, a przy tym wprost proporcjonalne do natężenia ruchu samochodowego
    * inne zabójcze skutki transportu drogowego, w tym hałas i drgania.
    * promieniowanie jonizujące związane z uwalnianiem radonu do powietrza mieszkań z doprowadzanej do nich wody wodociągowej
    * promieniowanie niejonizujące emitowane przez stacje bazowe telefonii komórkowej, zwłaszcza zlokalizowane w gęstej zabudowie mieszkaniowej
    * oddziaływanie energetycznych linii przesyłowych wysokiego napięcia w odległości mniejszej niż 400 m od osiedli mieszkaniowych i 200 m od pojedynczych domów, a także w strefach ochrony krajobrazu.
    * związane z działaniem hodowli przemysłowych, głównie trzody chlewnej i drobiu, skażenie powietrza, wód powierzchniowych i podziemnych oraz gleb
    * oddziaływanie składowisk odpadów komunalnych, hałd przemysłowych, spalarni odpadów i krematoriów na powietrze wdychane przez ludzi, wody powierzchniowe i podziemne stanowiące źródło zaopatrzenia ludności w wodę do spożycia, a także gleb i płodów rolnych.
    * związane z lokalizacją lotnisk w pobliżu siedzib ludzkich zabójcze dla okolicznych mieszkańców natężenia hałasu i drgań oraz groźne dla zdrowia i życia stężenia składników paliwa i spalin w powietrzu, wodach, glebach i płodach rolnych.

i wreszcie w odróżnieniu od wcześniej wymienionych zazwyczaj legalnych, oczywiście bezprawne, a

    * wynikające z bezczynności policji, prokuratury oraz organów nadzoru i kontroli przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu osób narażonych na skutki nielegalnych przedsięwzięć zarobkowych dokonywanych nieraz w sposób ciągły i prowadzących w otoczeniu do licznych zachorowań i przedwczesnych zgonów w związku ze skażeniem środowiska.

W nadchodzącym roku 2008 życzę wszystkim wygranej w walce o zdrowie i życie.

ROK 2008

4. stycznia 2008

Medycyna środowiskowa zajmuje się zapobieganiem następstwom skażenia środowiska, ich rozpoznawaniem i leczeniem. Wśród następstw skażenia środowiska może pojawić się choroba, jednostka nozologiczna wyodrębniona w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 (International Classification of Diseases). Według Annales Academiae Medicae Silesiensis najnowsza definicja choroby brzmi następująco: “choroba jest takim stanem organizmu, kiedy to czujemy się źle, a owego złego samopoczucia nie można jednak powiązać z krótkotrwałym, przejściowym uwarunkowaniem psychologicznym lub bytowym, lecz z dolegliwościami wywołanymi przez zmiany strukturalne lub zmienioną czynność organizmu. Przez dolegliwości rozumiemy przy tym doznania, które są przejawem nieprawidłowych zmian struktury organizmu lub zaburzeń regulacji funkcji narządów.”

Co oczywiste, przepaść pomiędzy definicją choroby wychodzącą z jej poczucia a sklasyfikowaną w ICD-10 można po części zasypać tylko poprzez zastosowanie wysokosprawnych metod diagnostycznych, o ile takie istnieją, zważywszy na powszechne błędy systemowe diagnostyki wynikające z niedostatecznie wysokiej czułości i swoistości użytych metod, niezależnie od pochłanianych przez nie kosztów.

Nie wolno też zapominać – jak to czyni Narodowy Fundusz Zdrowia – że choroba jest procesem rozwijającym się w czasie. Historia naturalna choroby, czyli następstwo kolejnych etapów od najwcześniejszych zmian patologicznych do wyzdrowienia lub zgonu musi być rozpatrywana jako podstawowy element budowy rzeczywistego koszyka świadczeń zdrowotnych, a nie jakiejś jego propagandowej namiastki. Postęp choroby w czasie dzieli się na cztery etapy

1. etap podatności
2. etap przedkliniczny
3. etap kliniczny
4. wyzdrowienie, niepełnosprawność, zgon

Przyjęło się mówić, że choroba jest zaprzeczeniem zdrowia.

Definiowanie choroby jako odwrotności zdrowia spotyka się obecnie z krytyką. Nic dziwnego, skoro według Światowej Organizacji Zdrowia, WHO, “zdrowie jest pełnym dobrostanem fizycznym, psychicznym i społecznym a nie wyłącznie brakiem choroby lub niedomagania”. W moim przekonaniu utopijna i wewnętrznie sprzeczna definicja WHO powinna być zastąpiona przez następującą: “zdrowie społeczeństwa ludzkiego jest to nie tylko brak choroby oraz dobry stan zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego jednostek składających się na dane społeczeństwo, ale również harmonijny rozwój naturalny ludności oraz takie warunki otoczenia, które sprzyjają zdrowiu ludności.” Autorem tej definicji zdrowia jest twórca polskiej szkoły epidemiologii lekarskiej prof. zwycz. dr hab. med. Jan Kostrzewski, zmarły w 2005r.

Zdrowie i choroba rozpatrywane w perspektywie populacyjnej pozwalają uniknąć kompromitujących współczesną medycynę pułapek nastawianych na ludzi przez biznesmenów i polityków, często występujących w jednej osobie. Warto więc przypomnieć obowiązującą definicję epidemiologii, której autorem jest prof. John M. Last: “epidemiologia jest nauką o występowaniu i uwarunkowaniach chorób, zaburzeń zdrowia i zjawisk zdrowotnych w określonych populacjach ludzkich oraz systemem działań wykorzystujących uzyskane informacje do zmniejszenia rozpoznanych problemów zdrowotnych w populacji.” Triada epidemiologiczna, czyli trójkąt epidemiologiczny, wyjaśnia zależność pomiędzy stanem zdrowia a czynnikami chorobotwórczymi, cechami gospodarza i środowiskiem. Dla zrozumienia naturalnej historii choroby niezbędna jest analiza udziału wszystkich elementów, bowiem zmiana jednego z elementów prowadzi do zachwiania równowagi i zwiększania lub zmniejszania szansy pojawienia się choroby.

Dwaj wybitni amerykańscy epidemiolodzy Milton Terris i Victor Schoenbach określili następujące funkcje epidemiologii lekarskiej:

1. Wykryć wpływające na zdrowie swoiste czynniki chorobotwórcze, czynniki gospodarza i czynniki środowiskowe, aby dostarczyć naukowych podstaw zapobiegania chorobom i urazom oraz promocji zdrowia

2. Określić względne znaczenie przyczyn choroby, niepełnosprawności i zgonu, aby ustalić priorytety badań i działań

3. Zidentyfikować te segmenty populacji, które ponoszą największe ryzyko specyficznych przyczyn złego stanu zdrowia [i odnoszą największe korzyści ze specyficznych interwencji], aby wskazane działanie mogło być właściwie ukierunkowane (działanie celowe)

4. Oceniać skuteczność zapobiegawczych i leczniczych programów i świadczeń na rzecz poprawy zdrowia populacji

5. Badać historię naturalną choroby od stadium przedklinicznego do jej objawów w stadium klinicznym

6. Prowadzić obserwację występowania choroby i urazu w populacjach oraz poziomów czynników ryzyka w sposób bierny – przez rejestrację zgłoszeń oraz w sposób czynny – przez gromadzenie opinii lekarzy i/lub prowadzenie badań terenowych

7. Podejmować dochodzenia w ogniskach epidemicznych, jak zakażenia szpitalne, skupiska chorób, zakażenia pokarmowe, zakażenia wodno pochodne, aby wykryć ich źródło i zwalczać epidemie (n. p. odry, różyczki, choroby wieńcowej serca, nadwagi)

Za przyczynę choroby uznaje się wydarzenie lub stan, które albo w pojedynkę, albo w powiązaniu z innymi czynnikami zapoczątkowują łańcuch pewnych zmian patologicznych wywołujących chorobę.

Na koniec warto podać definicję zdrowia środowiskowego według WHO: “Aspekty zdrowia człowieka, w tym jakość życia, warunkowane przez czynniki biologiczne, chemiczne, fizyczne, psychiczne i społeczne środowiska. Pojęcie to obejmuje także teorię i praktykę oceny, naprawy, kontroli i zapobiegania w odniesieniu do tych czynników środowiska, które mogą szkodliwie wpływać na zdrowie obecnego i przyszłych pokoleń.

Zgodnie z prawem w naszym kraju obowiązującym a niewykonywanym, inicjowanie przedsięwzięć oraz prac badawczych w dziedzinie zapobiegania negatywnym wpływom czynników i zjawisk fizycznych, chemicznych i biologicznych na zdrowie ludzi należy do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

11. stycznia 2008

Używanie tytoniu to pojedyncza przyczyna zgonów, której najłatwiej zapobiec.

Tytoń zabija mniej więcej co drugiego spośród wieloletnich użytkowników. W swoim najnowszym raporcie Amerykańskie Towarzystwo Walki z Rakiem (American Cancer Society) przytacza ostatnie dostępne wyliczenia obwiniające tytoń o śmierć jednego na ośmiu dorosłych przedwcześnie zmarłych. Spośród ofiar tytoniu niemal co trzecia osoba zmarła na raka, w większości przypadków na raka płuc.

Ogółem w XX wieku na całym świecie tytoń zabił 100 milionów ludzi i jest w głównej mierze odpowiedzialny za epidemię raka szerzącą się pod koniec ubiegłego stulecia w krajach uprzemysłowionych. Jeżeli palenie tytoniu nie ulegnie ograniczeniu, w XXI w. tytoń pochłonie jeden miliard istnień ludzkich, przede wszystkim w krajach rozwijających się. Obecnie pali tytoń około 1/3 ludności świata w wieku lat 15 i więcej, z czego 84% to mieszkańcy krajów rozwijających się i o gospodarce w okresie przejściowym. Do tych ostatnich zaliczana jest też Polska. Według prognoz ONZ spożycie tytoniu bardzo wzrośnie w krajach rozwijających się, ale spadnie w krajach najbogatszych, jak Wielka Brytania, Kanada, USA, Australia i Skandynawia.

Nie istnieje żadna bezpieczna dla zdrowia i życia forma używania tytoniu. Palenie tytoniu, jego żucie, wciąganie przez nos w postaci tabaki, czy też mieszanie z innymi składnikami, zawsze jest obciążone poważnym ryzykiem ciężkiej choroby i przedwczesnej śmierci. Narastająca w Europie i Stanach Zjednoczonych popularność fajek wodnych (zwanych huka, szisza, lub nargile) budzi przerażenie epidemiologów, bo podstępnie, pod przykrywką egzotycznej przygody, wciąga w śmiertelny nałóg szukających nowości młodych ludzi, zwłaszcza studentów.

Im wcześniej człowiek jest narażony na działanie tytoniu, tym cięższe ponosi następstwa. Obok dobrze już znanych, nauka przedstawia coraz to nowe dowody. Substancja biała mózgu, stanowiąca skupiska wypustek nerwowych (dendrytów i aksonów), ulega uszkodzeniu zarówno u dziecka w łonie używającej tytoń matki, jak i u narażonego na nikotynę nastolatka, którego rozwijający się mózg jest szczególnie podatny na uszkodzenie dojrzewających struktur przenoszenia impulsów nerwowych. Nikotyna wiąże się z tymi receptorami mózgu, które decydują o rozwoju neuronów. W efekcie młodzi ludzie nie potrafią skupić uwagi na wypowiadanych do nich słowach.

Nawet nie znając najnowszych doniesień naukowych, każdy zdaje sobie sprawę, że tytoń szkodzi, np. osobom palącym papierosy. Kaszel, chrypka, częste przeziębienia, zepsute zęby, niezdrowa cera, nasilające się dolegliwości różnych narządów, wreszcie jedna po drugiej choroba rozpoznana przez lekarza, coraz trudniej poddająca się leczeniu, wreszcie bardzo poważna diagnoza, której każdy palacz papierosów prędzej czy później się spodziewa, ale nie chce o niej myśleć, a tym bardziej o niej rozmawiać.

Nie ma co ukrywać – używanie tytoniu jest przejawem autodestrukcji, samozniszczenia. Ta od dawna wysuwana hipoteza znalazła potwierdzenie w opublikowanych ostatnio wynikach trwających cztery lata badań kilku tysięcy młodych mieszkańców Monachium w Bawarii. Wyższe odsetki młodych ludzi cierpiących na myśli samobójcze i podejmujących próby samobójstwa obserwowano wśród palących tytoń, co objaśnia się przede wszystkim wpływem nikotyny na obniżenie poziomu serotoniny w mózgu. Inne badania wykazały, że podobne cechy osobowości, jak impulsywność, agresywność i chwiejność emocjonalna, predysponują zarówno do palenia tytoniu, jak i do tendencji samobójczych.

Autoagresji towarzyszy postawa agresywna wobec otoczenia. Każda osoba paląca tytoń jest źródłem emisji dymu tytoniowego o udowodnionej bezspornie szkodliwości dla osób na ten dym narażonych. Uzasadniając w ostatnich dniach zakaz palenia tytoniu w samochodach osobowych w obecności osób poniżej 18 roku życia, minister zdrowia Tasmanii, pani Lara Giddings stwierdziła, że dzieci narażone na dym tytoniowy w samochodach ponoszą większe ryzyko astmy, zapalenia płuc, zapalenia oskrzeli, kaszlu, świstów w klatce piersiowej, zapalenia ucha środkowego i zakażeń menigokokowych. Podobny zakaz wprowadza Kalifornia, dowodząc, że skażone dymem tytoniowym powietrze w samochodzie może być od 10 do 30 razy bardziej trujące niż najbardziej zanieczyszczone powietrze na ulicy. W efekcie dzieci chorują na astmę, zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc i ucha środkowego. Świat broni niepalących przed agresją palaczy. Na samym początku 2008r. parlament Turcji uchwalił zakaz palenia tytoniu w obiektach publicznych. Kierując się najlepiej pojętym interesem swoich wyborców, nie ustępując przed protestami, nieraz sterowanymi przez koncerny tytoniowe, parlamentarzyści tureccy odważnie stanęli w obronie zdrowia publicznego, nie zważając na to, a może właśnie dlatego, że tytoń pali 40% dorosłych Turków – 25 milionów ludzi niszczących zdrowie swoje i otoczenia.

Zakazy palenia wewnątrz obiektów publicznych, łącznie z restauracjami, kawiarniami, hotelami stają się normą cywilizacyjną, a w wielu krajach, nawet bardzo egzotycznych coraz częściej wprowadzane są zakazy palenia tytoniu w miejscach publicznych pod gołym niebem, na ulicy, na przystankach autobusowych i tramwajowych, w parkach itp. miejscach przebywania wielu ludzi, w tym dzieci i innych osób szczególnie wrażliwych na dym tytoniowy.

Agresji palaczy wszędzie stawiana jest tama.

W Polsce obowiązuje ustawa z dnia 9 listopada 1995 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Nie dość, że przestarzała, nie dotrzymująca kroku rozwojowi cywilizacyjnemu całego świata, to jeszcze słabo egzekwowana. Efekt jej stosowania czyni z naszego kraju pośmiewisko w skali międzynarodowej. Palacze z Niemiec przekraczają Odrę i Nysę, aby w spokoju popalić w polskiej kawiarni. To brzmi, jak złośliwy dowcip o Polakach – Polish joke. Wystarczy przejść się po ulicy Marszałkowskiej, aby zadusić się dymem tytoniowym dmuchanym przez setki przechodniów prosto w twarz. Dym w restauracji, kawiarni, nie mówiąc o pubie czy dyskotece, też może zadusić. Nawet wchodząc do szpitala, trzeba przemknąć poprzez szpaler emitorów cuchnącego dymu tytoniowego, owszem stojących pod chmurką, ale zbyt blisko wejścia. To samo dotyczy wszelkich przystanków, kiosków itp. miejsc wysokiej koncentracji dymu tytoniowego. Przestrzeganie ustawy w szkołach dla ochrony najmłodszych i najbardziej wrażliwych na skutki palenia tytoniu, to naigrywanie się z prawa i strasznego losu tych ludzi, którzy już niedługo będą mieli uzasadnione pretensje o zaniedbanie opieki. Z ekranów telewizyjnych i kinowych nie schodzą idole z przyklejonymi do warg papierosami, jak Bogart w filmach z lat czterdziestych, zaś rozmaite autorytety, zwłaszcza te uparcie nam narzucane, bez papierosa nie mogą stanąć przed kamerą. Według ustawowej definicji jest to forma publicznego zachęcania do nabywania lub używania wyrobów tytoniowych.

18. stycznia 2008

Wybór pieniądze albo życie został dokonany już we wczesnych latach 90-tych. Jeszcze w roku 1991 na ochronę zdrowia przydzielono 18,4% dochodu budżetu państwa, a na finanse 8,4%. Rok później oba te działy niemal zrównano, a w 1993 r. rozdział dochodów budżetu państwa na finanse był już wyższy niż na ochronę zdrowia. W następnych latach nożyce rozwierały się coraz szerzej, gdyż pełnię władzy zagarnęli ludzie finansów, tworzący wokół siebie aurę nieomylności, przybierając pozy zbawców Ojczyzny, wręcz mężów opatrznościowych. Ich poglądy były najciekawsze, pomysły najmądrzejsze, a decyzje niepodważalne. Geniuszom od finansów należały się niebotyczne zarobki i wszechmocne wpływy w każdej dziedzinie. Blask ich wiedzy przyćmiewał wszelkie inne, zagłuszał każdą opinię odwołującą się do wartości innych niż mamona. Głównym aktorom warto było się trudzić. Obsadzając najwyższe stanowiska państwowe, pobierali odpowiednie pensje i premie. Pojedyncze nagrody przekraczały roczny dochód przeważającej części Polaków. Pod koniec kadencji najbardziej zasłużeni ruszali w turnee po luksusowe posady w ponadnarodowych instytucjach finansowych, których wdzięczności za wierną służbę mogli i powinni się spodziewać. Przecież wobec narastającego deficytu budżetowego część wydatków pokrywano z pożyczek krajowych, ale już w 1995r. również z zagranicznych. W roku 2006 wydatki na obsługę długu publicznego oraz wydatki jednostek budżetowych związane z tą obsługą wśród wydatków budżetu państwa znalazły się na drugiej pozycji za obowiązkowymi ubezpieczeniami społecznymi i sięgnęły 12,5%. W tym samym roku wydatki budżetu państwa na ochronę zdrowia wyniosły 1,7% – siedem razy mniej niż na obsługę długu publicznego. Nadal każdy zatrudniony w finansach może liczyć na wynagrodzenie znacznie, w licznych przypadkach – wielokrotnie – przekraczające średnią, nawet w przedsiębiorstwach, nie mówiąc o budżetówce. Deklarowane przyczyny nieproporcjonalnie wysokich wynagrodzeń są rozmaite, na czele ze zdroworozsądkowymi w rodzaju wynagradzamy uczciwość na bank, ale głownie ciche – jak tu nie dać zarobić rodzinie i znajomym, kiedy budżet państwa albo jakiejś instytucji finansowej jest dla ich obsługi prostu workiem bez dna. Dla nas wystarczy, reszta nas nie obchodzi. W kapitalizmie to my, finansiści decydujemy o tym co jest ważne, a co nie warte funta kłaków. Każdy głos sprzeciwu będzie bezwzględnie tępiony, krzyk ofiar finansowych oszustw i bezczelnych nadużyć zagłuszą medialne nagonki i mury więzień. Mając pieniądze, można wynająć nie tylko pojedynczego dziennikarza, ale i całą redakcję, nie tylko pojedynczego funkcjonariusza aparatu państwowego, ale i cały pion władzy państwowej. Ludziom, którzy domagają się wynagrodzeń proporcjonalnych do ponoszonych kosztów pracy – w tym wykształcenia, zagrożeń i odpowiedzialności, np. lekarzom, pielęgniarkom i górnikom, można odpowiedzieć: finansiści muszą znacznie więcej zarabiać, bo trzeba opłacić ich mądrość, przezorność, uczciwość i niemałe ryzyko zawodowe związane z przebywaniem w klimatyzowanym wnętrzu biurowców i limuzyn. Co tam ochrona zdrowia, co tam fedrunek. Najcięższa, najbardziej odpowiedzialna i niebezpieczna praca jest przy pieniądzach. I musi być odpowiednio wynagradzana.

No cóż. Bywa i tak, że i za doczesnego życia można doczekać się sprawiedliwego osądu. Wyłącznie dzięki mobilizacji lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników ochrony zdrowia doszło w Polsce do dyskusji i pierwszych kroków w kierunku wyzwolenia tych zawodów spod haniebnej niewoli. Kasta partyjniaków do dzisiaj nie może się otrząsnąć z szoku wywołanego żądaniem sprawiedliwego wynagrodzenia za wykonywaną pracę. Bo słupki się nie zgadzają. Słupki w rachunkach geniuszów finansowych się nie zgadzają, ponieważ każda zmiana systemu opieki zdrowotnej zaszkodziłaby tymże geniuszom, musieliby nieco stracić, aby inni mogli dużo zyskać. Perspektywa obsługi zysków z odebrania Polakom szpitali i przychodni wraz z wyposażeniem i rozkwitającym masą seniorów rynkiem świadczeń zdrowotnych jest oszałamiająca i znacznie przekracza dotychczasowe, jakże owocne dokonania prywatyzacyjne w zakresie bankowości, przemysłu i handlu. A ile będzie można zarobić na obsłudze zysków z odebrania Polakom nieruchomości – mieszkań, domów i ziemi? Już banki przygotowały dożywotnią rentę w zamian za posiadaną własność. Kto spośród osób skazanych na głodowe emerytury nie skorzysta z tej oferty, kiedy nie wystarczy na prąd, gaz, wodę i wywóz śmieci? I tak wszystko się straci za zaleganie ze stałymi opłatami. A ile pochłaniają leki? A co będzie, kiedy wprowadzą dopłaty za wizytę u lekarza i pobyt w szpitalu? Jak nie kijem go, to pałką. Np. pałką podatków od nieruchomości. I trzymaną w zanadrzu maczugą podatku katastralnego. Początkowo 0,5%, potem 1, 2 i więcej procent wartości mieszkania, domu, ziemi co roku przyjdzie zapłacić za to, co raz kiedyś już się kupiło, albo odziedziczyło. Jakaż to fantastyczna okazja zarobku dla finansistów ciężko pracujących przy odbieraniu ludziom dorobku wielu pokoleń. Polska wykształcona młodzież i tak myje gary w Londynie i sprząta w Irlandii, więc jej pewnie nie zależy na rodzinnym majątku, który dziadkom i rodzicom zabierze bank. W wielu domach pamięć rodzinna sięga nawet czasów Odsieczy Wiedeńskiej, co najmniej czasu zaborów. Kto wie ile poświęcenia wymagało utrzymanie domu i ziemi za Niemca i Moskala, niech nie lekceważy prawa do swojego dziedzictwa, niech pomaga dziadkom i rodzicom utrzymać rodzinne nieruchomości. Niech broni wspólnego dobra. Ale nawet wydatna pomoc okaże się niewystarczająca, kiedy nadejdzie ciężka choroba, której kosztów leczenia nie zechce pokryć Narodowy Fundusz Zdrowia, bowiem choroba ta znajdzie się w negatywnym koszyku świadczeń zdrowotnych, albo też chronicznie wadliwy system opieki zdrowotnej odmówi pomocy w potrzebie. Człowiek w potrzebie stanie przed wyborem: pieniądze albo życie. I znowu okazja dla finansistów – zarobić wielkie pieniądze na szybkiej sprzedaży mieszkania, domu, ziemi oddawanych za bezcen z powodu braku pieniędzy na leczenie.

A może by tak sięgnąć do gwarantowanych zysków z inwestycji dokonywanych za namową finansistów? Oszczędzanie na starość, odkładanie na korzystny procent w banku, perspektywy dobrej emerytury z funduszy inwestycyjnych jako gwarancje spokojnej jesieni życia właśnie biorą w łeb. Rosnące koszty utrzymania napędzają inflację. Notowania giełdowe przerażają. Podobno około trzech milionów Polaków powierzyło funduszom znacznie ponad 100 miliardów złotych. Obecny krach na giełdzie spowodował, że dużej części tych pieniędzy już nie ma. Po prostu znikły. Finansiści uspokajają i edukują inwestorów giełdowych, którzy powinni byli wiedzieć, że na giełdzie można i zarobić i stracić, a pewność zarobku jest tylko w dłuższej perspektywie. Pewnie mają rację. Przeczekają i jeszcze dobrze na tym wszystkim zarobią. Zwykłym ludziom pozostaje chronić swoje zdrowie i resztki majątku.

25. stycznia 2008

Polska – kraj wolny od atomu, kraj wolny od gmo, kraj dla wolnych. (Poland – gmo free land, nukes free land, land for the free.) Tak zdefiniowanej marki naszego kraju nie dziedziczymy po przodkach, ale pożyczamy od następnych pokoleń. Moc marki POLSKA już przed tysiącem lat sprowadzała pod opiekę polskich katolików ludzi uchodzących z innych krajów przed ograniczeniami wolności. W naszych czasach moc marki POLSKA przyciągnie turystów, studentów i inwestorów szukających azylu od zmartwień o skażenie środowiska radioaktywnymi izotopami i organizmami genetycznie modyfikowanymi (gmo). O mocy marki POLSKA zadecyduje postrzegana przez konsumentów jako wyróżniająca jakość zdrowotna płodów naszej ziemi, wolnych od skażeń radioaktywnych i genetycznych.

Takie były nadzieje. Tak mogło być.

Ale tak nie będzie. Nie będzie dlatego, że zmienił się rząd.

Poprzedni rząd też nie wykazał się spójnym, jednoznacznym działaniem na rzecz wspólnego dobra Polaków. Plany, deklaracje i faktyczne dokonania w obszarze szerokiego spektrum ochrony zdrowia – od zdrowia środowiskowego do opieki zdrowotnej – nie mogły znaleźć uznania w oczach wyborców i były ważną przyczyną przegrania ostatnich wyborów z powodu niewystarczającego do pokonania konkurencji przyrostu liczby zwolenników. Trudno się dziwić. Miliony mieszkańców, konsumentów i pracowników były świadkami bezczynność niemrawych inspektorów i nadzorujących ich ministrów. Bezczynności karygodnej, ale nie ukaranej. Kara za brak społecznego oporu spadała za to na tysiące rodzin nagle zmuszonych do stawienia czoła katastrofie w postaci choroby, której politycy i obsadzeni przez nich funkcjonariusze państwowi zapobiec nie chcieli i której leczenia zorganizować nie umieli. Nie chcieli i nie umieli, ale pieniądze brali. Pomylili wysokie uposażenia i przywileje władzy z aktorską gażą za igrzyska oferowane ludowi, który chleba musiał szukać zagranicą. Błazenada wielu pozerów sięgnęła bruku, bigoteria i załganie wołały o wielkie pióra z czasów złotego wieku polskiej literatury, a prywata i egoizm szczurów uciekających z pokładu partii dla nich zbyt ludowej, obrażały pamięć polskiej inteligencji, tej prawdziwej awangardy ludu – narodu, rozwojowi tego ludu poświęcającej swoją wiedzę, umiejętności i serca. Żaden tytuł zawodowy, żaden tytuł naukowy nie wystarczy, aby ktoś, kto gardzi ludem, zaliczał się do polskiej inteligencji. Nawet jeśli posługuje się polszczyzną na poziomie niekompromitującym.

A jednak nadchodzą jeszcze gorsze czasy. Za ich motto można uznać oświadczenie Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej z 2. stycznia 2008r. : “to społeczeństwo rządzi regułami wolności jednostek i współżycia” (la “sociedad la que ordena los principios de libertad individual y de convivencia”). W myśl tej doktryny osoba ludzka, persona humana, traci przyrodzoną wolność, staje się niewolnikiem społeczeństwa. Na śmietnik historii wysyłany jest nawet dorobek rewolucji francuskiej w postaci przyjętej w dniu 26 sierpnia 1789 r., Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, której art. 4 rozpoczyna się od słów: “Wolno robić wszystko, co nie szkodzi innym” (Déclaration des Droits de l”homme et du citoyen du 26 aout 1789: La liberté consiste a pouvoir faire tout ce qui ne nuit pas a autrui), opierając się o przekonanie, że “moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna wolność innego człowieka”. O Dekalogu lepiej nie wspominać, bo można wywołać gwałtowną reakcję alergiczną zawodowych wrogów Pana Boga. Przecież w myśl współczesnej socjalistycznej doktryny rządzącej Unią Europejską człowiekowi wolność nie należy się dlatego, że otrzymał ją od samego Boga. O wolności jednostki decyduje społeczeństwo, a tak naprawdę mający swoje interesy doktrynerzy, propagandyści i wodzowie. Dzisiaj społeczeństwo zarządzi zamknięcie ust protestującym, jutro śmierć słabych i bezbronnych. Dzisiaj masowe pranie mózgu, jutro oporne jednostki za kraty, do łagru albo obozu koncentracyjnego. Tego rodzaju społeczeństwo, które rządzi regułami wolności jednostek i współżycia w Unii Europejskiej raz po raz wyciąga łapy i po naszą wolność. Zagrożona jest nawet góralska śleboda, ten wzór swobody dla każdego Polaka. Według relacji pana Wojciecha Bonowicza ks. Józef Tischner w sierpniu 1981r. na Polanie Rusnakowej pod Turbaczem w Gorcach, tak powiedział: – “Moi drodzy, kiedy się tutaj jest, to się widzi, co znaczy to słowo “śleboda” – Śleboda, moi drodzy, to jest coś takiego, co czuje gospodarz w swoim gospodarstwie. To jest coś różnego od swawoli. Swawola niszczy, swawola depcze. Nie patrzy: trawa, nie trawa, zboże, nie zboże… Śleboda jest mądra. Śleboda umie po gospodarsku zadbać, po gospodarsku umie tę ziemię uprawić. Las chroni, żeby był lasem. A z człowieka ta śleboda potrafi wydobyć to, co w człowieku najlepsze.”

Wąskie zagony Podhala i całej Małopolski, różnokolorowe mozaiki poletek bez miedzy na Podgórzu Beskidów i Sudetów jak wy sobie poradzicie z narzuconą Polsce swawolą? “Swawola niszczy, swawola depcze. Nie patrzy: trawa, nie trawa, zboże, nie zboże.” Jak uratujecie dobrą markę swoich płodów, kiedy obcy wprowadzą między was genetyczne mutanty i zasypią chemią niszczącą wszystko co żyje z wyjątkiem tych mutantów? Jak wydacie żywność ekologiczną, jeżeli pyłek mutantów rozniesie się z wiatrem po całej okolicy? Jak będziecie rodzić zboża, owoce i warzywa, kiedy z powodu mutantów wyginą pszczoły? Kto zechce przyjechać do gospodarstwa agroturystycznego ze skażonym powietrzem i zatrutą wodą, gdzie zamiast miodu z własnej pasieki, gospodarze postawią na stole przemysłowy produkt z supermarketu? “Trawa, nie trawa, zboże, nie zboże.” Może kapusta z wirusem szczepionkowym, albo sałata z silnym lekiem na serce? Może kukurydza ze środkiem poronnym? A może szpinak z genem świni? A może karp z genem człowieka? A właściwie, to kiedy zaczyna się kanibalizm? Ile człowieka musi zawierać istota z pozoru roślinna albo zwierzęca, aby uznać ją za na tyle ludzką, że nie wolno jej jeść bez obawy, że zjada się człowieka? Hinduiści wygrali proces z McDonald’s-em o obrazę uczuć religijnych poprzez ukrywanie dodatku krowiego łoju do frytek. Zatajenie składników wieprzowych żywności, mogłoby wywołać gwałtowne reakcje wyznawców kilku głównych religii, a nawet doprowadzić do wojen. A człowieka to wolno jeść?

Kupując jakikolwiek produkt, nabywca zwraca uwagę na cenę, rozważa ewentualne zagrożenia zdrowia związane ze zgodnym z przeznaczeniem użytkowaniem tego produktu, kieruje się informacją o kraju lub regionie pochodzenia. Na decyzję o zakupie bądź odrzuceniu oferty coraz częściej wpływa wiedza klienta o sposobie produkcji. Sumienie nie pozwala przyczyniać się do epidemii nieuleczalnych chorób, katowania zwierząt w fabrykach mięsa przerabiających genetycznie modyfikowaną soję i kukurydzę na tkanki zwierzęce, zatruwania powietrza, wody i gleby po to, aby kosztem ludzi, zwierząt i środowiska ktoś obwieścił zwycięstwo w walce z wolnością.

1. lutego 2008

Nie godząc się na zło, można przed złem uciec, albo ze złem walczyć. Większość ludzi za zło uznaje nędzę i niewolę. Nie widząc szans na poprawę swojego losu, kto może ucieka od nędzy i prześladowań religijnych, narodowych i wszelkich innych narzuconych przez rozmaite formy totalitaryzmu. Wobec braku możliwości ucieczki, wobec przyparcia do muru, wobec zagrożenia rodziny, życia, zdrowia i majątku ludzie są zmuszeni o przeżycie walczyć.

Wrota do ucieczki otwarto szeroko. Pracowici, solidni, dobrze wychowani i wykształceni Polacy są potrzebni wszędzie. Ekonomiczni emigranci uciekli przynajmniej od narzuconej Polsce nędzy, realizując w istocie podstawowy punkt programu ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej poprzez wyludnienie położnego na wschód od Niemiec terytorium Unii Europejskiej.

Są też tacy, którzy wyjechać nie mogli i jeszcze żyją, albo tacy, którzy wyjechać nie chcą. Nie chcą z wielu powodów. Na przykład tych, dla których Józef Ślimak trzymał się placówki. Warto przypomnieć sobie lektury szkolne, zanim zostaną zepchnięte do drugiego obiegu. Tych, co nie chcą lub nie mogą wyjechać, zostało w Polsce jeszcze kilkadziesiąt milionów. Części tej ogromnej rzeszy ludzi powodzi się dobrze. Według wyliczeń ministerstwa zdrowia 7% Polaków stać na kupno biletu za rzeczywisty dostęp do opieki zdrowotnej. Bilet miesięczny w cenie od 600 do 1 500 zł pozwoli wybrańcom losu korzystać bez kolejki ze świadczeń, na które złożą się składki wszystkich płacących na Narodowy Fundusz Zdrowia. Reszta będzie czekać w kolejce może i do śmierci z nieznanego, bo niezdiagnozowanego powodu. W karcie zgonu jako przyczyna bezpośrednia zgonu pojawi się “ostra niewydolność krążenia”, albo “niewydolność oddechowa”, bez informacji o przyczynie zgonu wyjściowej czy wtórnej. W końcu każda śmierć to ustanie akcji serca i oddechu… Brak dostępu do świadczeń zdrowotnych opłacanych regularnie, przez całe pracowite życie, może mieć też – w cudzysłowie “dobre” strony. Na przykład pozwoli niedoszłym pacjentom uniknąć wirusa zapalenia wątroby typu B, typu C, AIDS i szeregu innych zakażeń przenoszonych przez skażony sprzęt medyczny. O tym, że w wyniku planowanego dopiero uszczelnienia systemu opieki zdrowotnej szpitale i przychodnie musiałyby stosować sprzęt jednorazowego użytku powiedział do kamery publicznej telewizji 30. stycznia 2008r. pan Marek Balicki, lider LiD i poseł obecnej kadencji, w latach 1992-93 z ramienia lewego skrzydła Unii Wolności sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia kierowanym przez pana ministra Andrzeja Wojtyłę, potem minister zdrowia w rządach panów Leszka Millera i Marka Belki, w wolnych chwilach dyrektor szpitala w Ząbkach, Szpitala Bielańskiego, a ostatnio Wolskiego w Warszawie. Bezspornie kompetentne świadectwo pana posła Balickiego z wielu powodów musi zainteresować prokuraturę i liczne ofiary oszczędności na sprzęcie jednorazowego użytku, nie tylko w szpitalu w Ząbkach, Bielańskim i Wolskim. Wirusowego zapalenia wątroby typu C, pacjent nie uniknie za żadne pieniądze, jeśli szpital czy przychodnia lekceważy wymogi prawa sanitarnego. A do szpitala można trafić w następstwie narażenia na liczne szkodliwe czynniki w żywności, w wodzie z kranu lub studni, w powietrzu, przez władze lekceważone, gdyż od wielu lat zanika działalność kontrolna inspekcji pilnujących naszego zdrowia. Do tego ministerstwo środowiska informuje opinię publiczną, że nie jest w stanie dopilnować nielegalnego importu odpadów. Warto dodać, że Niemcy zwożą odpady szczególnie niebezpieczne z całego świata, celem spalenia w swoich – jak zapewniają – wysokosprawnych spalarniach, zaś do Francji mają trafić odpady radioaktywne z elektrowni atomowych Tajwanu. Wystarczy spojrzeć na góry importowanych opon wyrastające na polskich polach, aby zdać sobie sprawę z faktu, że ludzie doprowadzeni do nędzy chętnie przyjmą każdy zarobek, nie oglądając się na skutki doraźne, a tym bardziej rozciągnięte w czasie. Zwłaszcza tam, gdzie inspektorom egzekwowanie obowiązującego prawa wydaje się zajęciem niepotrzebnym, odrywającym od organizowania konferencji na dowolny temat lub udziału w kryptoreklamie połączonej z autoreklamą. Nielegalny import odpadów dołoży nam nieszczęść związanych z ich importem legalnym – w postaci wraków samochodowych. Ale tłem całego obrazu i tak pozostanie masowe zagrożenie azbestem lekceważone przez władze wszystkich opcji.

Wobec braku możliwości ucieczki, wobec przyparcia do muru, wobec zagrożenia rodziny, życia, zdrowia i majątku ludzie są zmuszeni walczyć o przeżycie. Jak to zrobić? Wybrać posła, który nas obroni? Nie te czasy. Kiedyś owszem i to nawet w zaborze pruskim jeden śląski poseł Wojciech Korfanty potrafił wstrząsnąć systemem ówczesnej europejskiej opresji Polaków. Dzisiaj brytyjski konserwatywny poseł do parlamentu europejskiego pan Daniel Hannan w wypowiedzi pt. “Despotyzm w parlamencie europejskim” w the Telegraph z 25. stycznia 2008r. w takich słowach odnosi się do sposobu w jaki dzień wcześniej przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering zamknął usta posłom domagającym się referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego, będącego w istocie Konstytucją Europejską: “Cała ta sprawa jest oburzająca. Mógłbym to porównać z nazistowskim Ermaechtigungsgesetz, Ustawą o uprawnieniu z 1933r., która pozwoliła Hitlerowi rządzić bez oglądania się na parlament i konstytucję.” Dalej poseł Hannan pisze “Ale tego nie zrobię, ponieważ a) byłoby to nieproporcjonalne i b) byłoby to okropnie niegrzeczne w stosunku do Hansa-Gerta [Poetteringa], który stracił ojca na wojnie i który, pomimo że zachowuje się w tej sytuacji w sposób bulwersujący, jest przyzwoitym człowiekiem i demokratą. Właśnie dlatego tak bardzo mnie rozczarował. Bardziej od innych powinien być świadomy zagrożeń wynikających z zagarnięcia uprawnień do stronniczego rozjeżdżania prawa buldożerem.”

Prawo łamie nie tylko przewodniczący Parlamentu Europejskiego. A czym jest regularny atak na polskie prawo ze strony Komisji Europejskiej? Zdarzają się interwencje uzasadnione, ale na pewno nie należą do nich próby zmuszenia Polski do zaakceptowania zagrożeń zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska tylko dlatego, że wpływowe grupy interesu zagarnęły uprawnienia do rozjeżdżania polskiego prawa buldożerem.

O tym jak wobec zagrożenia rodziny, życia, zdrowia i majątku mimo wszystko walczyć o przeżycie powiem już za tydzień. Kto zna melodię Franciszka Schuberta, niech się przez ten czas sam zastanawia, nucąc “Choć burza huczy wkoło nas, Do góry wznieśmy skroń!”

8. lutego 2008

Skuteczna walka o przeżycie to polska specjalność. Po pierwsze Opatrzność czuwa i znaczy nasze losy kolejnymi cudami. Po drugie wobec zagrożenia rodziny, życia, zdrowia i majątku Polacy energicznie walczą o przeżycie za pomocą najbardziej skutecznego oręża. Orężem najbardziej skutecznym jest jasne wyrażenie własnej opinii i przekazanie jej w formie prośby do Pana Boga oraz w formie żądania kierowanego do władz. Jednak ludzie nie korzystają z zachęty Chrystusa: proście a będzie wam dane, a także rezygnują z politycznych narzędzi wpływu na własny los. Chcą wejść, ale nie pukają do drzwi i dziwią się, że nikt im nie otwiera. Niechby wzięli przykład z tych, którzy wierzą, że każdy kto prosi, ten otrzymuje. Może są jeszcze za młodzi i za mało doświadczeni. Za to na pewno umieją korzystać z internetu. Warto im uzmysłowić, że modlitwą można się komunikować jeszcze łatwiej niż za pomocą internetu i to w sprawach najważniejszych. W ramach wymiany doświadczeń od osób biegle korzystających z internetu można za to uzyskać pomoc w szybkim i skutecznym przesyłaniu swoich żądań do polityków. Ten sposób wywierania nacisku na władze muszą poznać dziesiątki milionów Polaków lżonych, prześladowanych i dyskryminowanych z pobudek rasistowskich i religijnych, regularnie oszukiwanych podczas kampanii wyborczych i porzucanych po wyborach. Szybkie i skuteczne przesyłanie swoich żądań do polityków eliminuje koszty pośrednictwa. Nie trzeba ponosić kosztów pośrednictwa. Nie trzeba zawracać sobie głowy bełkotem megalomanów o ewidentnie paranoidalnych i psychopatycznych cechach osobowości. Nie trzeba ulegać wpływowi profesjonalnych projektów lobbingowych, których celem jest łatwy zarobek klienta, narzędziem – aktor obsadzony w roli polityka, urzędnika, eksperta lub dziennikarza, a polem działania – każda dziedzina obiecująca zysk, od importu pasz po ochronę zdrowia, od wymuszenia nieruchomości po rewizję granic. Z podatków nie trzeba politykowi płacić na utrzymanie pałacu w postaci stale zamkniętego biura poselskiego i dworu zapewniającego dobre zarobki rodzinie posła i autorom stronniczych ekspertyz. Nie trzeba płacić składek na utrzymanie rosnącej liczby krzykaczy, którzy chętnie stają na czele grup pokrzywdzonych, z pozorowanej reprezentacji czerpią wielkie zyski, a przy nadarzającej się okazji jeszcze lepszego zarobku przechodzą na przeciwną stronę. Nie trzeba opłacać adwokatów i pokrywać kosztów przegranych przez nich spraw sądowych. Nie trzeba ślęczeć nad przepisami prawa, tak formułowanymi, aby umocnić władzę megalomanów, zleceniodawców projektów lobbingowych, polityków, prawników i stronniczych ekspertów. Nie warto zwracać się do władz, które – pomimo konstytucyjnych obowiązków wobec własnej ojczyzny – wyrzekają się jakiejkolwiek odpowiedzialności za podejmowane decyzje lub za zaniechanie podjęcia decyzji, wykręcając się brakiem kompetencji oddanych rzekomo Brukseli, w czym daleko prześcigają serwilizm władz PRL wobec Moskwy. Jak w takim razie można szybko i skutecznie przesyłać swoje żądania do wskazywanego przez polskich polityków jako kompetentny Parlamentu Europejskiego? Każdy obywatel Unii Europejskiej, działając indywidualnie lub łącznie z innymi osobami, może w dowolnym czasie skorzystać z przysługującego mu prawa do złożenia petycji do Parlamentu Europejskiego w sprawie, która wchodzi w zakres działalności Unii Europejskiej oraz dotyczy bezpośrednio tej osoby lub osób. Prawo do złożenia petycji, zagwarantowane traktatem, przysługuje także przedsiębiorstwom, organizacjom i stowarzyszeniom, które posiadają siedzibę na terenie Unii Europejskiej. Petycja może mieć formę skargi lub wniosku i może dotyczyć spraw leżących w interesie publicznym lub prywatnym. Petycja może zawierać indywidualny wniosek, skargę lub komentarz dotyczący stosowania wspólnotowego prawa, lub też wezwanie Parlamentu Europejskiego do przyjęcia stanowiska w danej sprawie. Petycje te umożliwiają Parlamentowi Europejskiemu zwrócenie uwagi na wszelkie przypadki naruszenia praw obywateli Unii Europejskiej przez państwo członkowskie, władze lokalne lub instytucję. Przedmiot petycji musi odnosić się zagadnień takich jak:

* prawa obywatelskie,
* ochrona środowiska naturalnego,
* ochrona konsumentów,
* swobodny przepływ osób, towarów i usług oraz rynek wewnętrzny,
* zatrudnienie i polityka społeczna,
* wzajemne uznawanie kwalifikacji zawodowych,
* inne problemy związane z wprowadzaniem w życie prawa UE.

Petycja musi być sporządzona w jednym z języków urzędowych Unii Europejskiej, w tym polskim. Istnieją dwa sposoby złożenia petycji: za pośrednictwem poczty, i drogą elektroniczną (formularz elektroniczny). Petycja powinna zawierać fakty istotne dla przedstawianego problemu, należy jednak unikać podawania zbędnych szczegółów. Powinna ona być napisana w jasny i czytelny sposób. Należy krótko i dosadnie sformułować tytuł petycji. Petycja musi zawierać imię i nazwisko, narodowość oraz adres pocztowy (ulica, nr domu i mieszkania, kod pocztowy, miasto, kraj). Może też zawierać adres e-mail. Dostęp opinii publicznej do postępowania z Państwa petycją umożliwi udzielenie odpowiedzi twierdzącej na dwa pytania: Czy w wypadku uznania Państwa petycji przez Komisję Petycji za dopuszczalną zgadzają się Państwo na rozpatrywanie jej jawnie? Czy zgadzają się Państwo na rejestrację Państwa nazwiska w rejestrze publicznym, dostępnym w internecie?

Zamiast chodzić na pocztę i wydawać pieniądze na znaczki warto skorzystać z internetu, choćby w kawiarence internetowej, albo poprosić kogoś przyjaznego o pomoc w wysłaniu internetem formularza petycji ze strony Parlament Europejski Petycje, którą łatwo znaleźć za pomocą wyszukiwarki internetowej.

Przykładowe tematy petycji dotyczyć mogą łamania następujących praw człowieka:

Każdy pracujący ma prawo do odpowiedniego i zadowalającego wynagrodzenia, zapewniającego jemu i jego rodzinie egzystencję odpowiadającą godności ludzkiej i uzupełnianego w razie potrzeby innymi środkami pomocy społecznej.

Każdy człowiek ma prawo do tworzenia związków zawodowych i do przystępowania do związków zawodowych dla ochrony swych interesów. Każdy człowiek ma prawo do urlopu i wypoczynku, włączając w to rozsądne ograniczenie godzin pracy i okresowe płatne urlopy.

Każdy człowiek ma prawo do stopy życiowej zapewniającej zdrowie i dobrobyt jego i jego rodziny, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską i konieczne świadczenia socjalne, oraz prawo do ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w inny sposób od niego niezależny. Matka i dziecko mają prawo do specjalnej opieki i pomocy.

15. lutego 2008

Prawa człowieka Polak wysysa z mlekiem matki. Tak było, jest i będzie, a kto ma co do tego jakieś wątpliwości, niech porówna realia życia w niepodległej Polsce i w innych państwach świata od zamierzchłej przeszłości do chwili obecnej. Niech zapozna się z żywotami świętych w dziejach Narodu Polskiego, dokonaniami polskich królów w obronie słowiańskich i bałtyckich ludów Europy przed teutońską furią ludobójstwa, a całej Europy – przed ottomańską niewolą, z legendą Tadeusza Kościuszki po obu stronach Atlantyku i w Australii i z dorobkiem Jana Pawła II. Za wolność waszą i naszą oddali życie piastowski władca Henryk II Pobożny, król Władysław Warneńczyk, Polak z wyboru książę Józef Poniatowski, polski szlachcic – działacz rosyjskiej organizacji Narodna Wola Ignacy Hryniewiecki, zabójca cara Aleksandra II, setki tysięcy znanych i dziesiątki milionów nieznanych z imienia bohaterów wyzwoleńczych wojen, powstań, partyzantek i niezbrojnego polskiego podziemia, do którego spychali nas zaborcy i okupanci do końca XX wieku, jak na razie. Tym bardziej nieznośne staje się wysłuchiwanie ataków zarzucających Polakom urojoną odpowiedzialność za cudze zbrodnie. Zwłaszcza, że zarzuty te płyną z państw, nad którymi jeszcze nie przebrzmiał brzęk łańcuchów kolonialnego i okupacyjnego niewolnictwa będącego źródłem dobrobytu najeźdźców, a znad których nadal nieustannie dobiega jęk ofiar tortur, pobić i zabójstw na tle rasowym i religijnym, swąd podpalonych świątyń, spalonych domów i ciał ich mieszkańców, w których rozkwita poniewierka kobiet i młodzieży oraz mniejszości narodowych i językowych. Notoryczni agresorzy i zbrodniarze chcą uczyć Polaków demokracji!

W bieżącym roku przypada 60 rocznica przyjęcia przez Organizację Narodów Zjednoczonych Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Do cytowanych przed tygodniem jej postanowień dotyczących praw, których łamanie powinno być przedmiotem petycji przez każdego Polaka bezpośrednio kierowanych do Parlamentu Europejskiego, należy dodać następujące:

Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa. Każdy człowiek posiada wszystkie prawa i wolności zawarte w Deklaracji bez względu na jakiekolwiek różnice rasy, koloru, płci, języka, wyznania, poglądów politycznych i innych, narodowości, pochodzenia społecznego, majątku, urodzenia lub jakiegokolwiek innego stanu. Nie wolno ponadto czynić żadnej różnicy w zależności od sytuacji politycznej, prawnej lub międzynarodowej kraju lub obszaru, do którego dana osoba przynależy, bez względu na to, czy dany kraj jest niepodległy, czy też nie rządzi się samodzielnie lub jest w jakikolwiek sposób ograniczony w swej niepodległości. Każdy człowiek ma prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa swej osoby. Nie wolno nikogo czynić niewolnikiem ani nakładać na nikogo służebności. Nie wolno nikogo torturować ani karać lub traktować w sposób okrutny, nieludzki lub poniżający. Wszyscy mają prawo do jednakowej ochrony przed jakąkolwiek dyskryminacją, będącą pogwałceniem Deklaracji, i przed jakimkolwiek narażeniem na taką dyskryminację. Nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne, rodzinne, domowe, ani w jego korespondencję, ani też uwłaczać jego honorowi lub dobremu imieniu. Każdy człowiek ma prawo do ochrony prawnej przeciwko takiej ingerencji lub uwłaczaniu. Rodzina jest naturalną i podstawową komórką społeczeństwa i ma prawo do ochrony ze strony społeczeństwa i Państwa. Każdy człowiek, zarówno sam jak i wespół z innymi, ma prawo do posiadania własności. Nie wolno nikogo samowolnie pozbawiać jego własności. Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania; prawo to obejmuje swobodę zmiany wyznania lub wiary oraz swobodę głoszenia swego wyznania lub wiary bądź indywidualnie, bądź wespół z innymi ludźmi, publicznie i prywatnie, poprzez nauczanie, praktykowanie, uprawianie kultu i przestrzeganie obyczajów. Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Każdy człowiek ma prawo spokojnego zgromadzania i stowarzyszania się. Każdy człowiek ma prawo do uczestniczenia w rządzeniu swym krajem bezpośrednio lub poprzez swobodnie wybranych przedstawicieli. Każdy człowiek ma prawo równego dostępu do służby publicznej w swym kraju. Każdy człowiek ma jako członek społeczeństwa prawo do ubezpieczeń społecznych; ma również prawo do urzeczywistniania – poprzez wysiłek narodowy i współpracę międzynarodową oraz zgodnie z organizacją i zasobami każdego Państwa – swych praw gospodarczych, społecznych i kulturalnych, niezbędnych dla jego godności i swobodnego rozwoju jego osobowości. Każdy człowiek ma prawo do pracy, do swobodnego wyboru pracy, do odpowiednich i zadowalających warunków pracy oraz do ochrony przed bezrobociem. Każdy człowiek, bez względu na jakiekolwiek różnice, ma prawo do równej płacy za równą pracę. Każdy człowiek ma prawo do nauki. Nauka jest bezpłatna, przynajmniej na stopniu podstawowym. Rodzice mają prawo pierwszeństwa w wyborze nauczania, które ma być dane ich dzieciom. Każdy człowiek ma prawo do ochrony moralnych i materialnych korzyści wynikających z jakiejkolwiek jego działalności naukowej, literackiej lub artystycznej. Każdy człowiek ma prawo do takiego porządku społecznego i międzynarodowego, w którym prawa i wolności zawarte w niniejszej Deklaracji byłyby w pełni realizowane. Każdy człowiek ma obowiązki wobec społeczeństwa, bez którego niemożliwy jest swobodny i pełny rozwój jego osobowości. W korzystaniu ze swych praw i wolności każdy człowiek podlega jedynie takim ograniczeniom, które są ustalone przez prawo wyłącznie w celu zapewnienia odpowiedniego uznania i poszanowania praw i wolności innych i w celu uczynienia zadość słusznym wymogom moralności, porządku publicznego i powszechnego dobrobytu demokratycznego społeczeństwa. Żadnego z postanowień niniejszej Deklaracji nie można rozumieć jako udzielającego jakiemukolwiek Państwu, grupie lub osobie jakiegokolwiek prawa do podejmowania działalności lub wydawania aktów zmierzających do obalenia któregokolwiek z praw i wolności zawartych w niniejszej Deklaracji.

Według Jana Pawła II Powszechna Deklaracja Praw Człowieka to ” jedna z najwznioślejszych wypowiedzi ludzkiego sumienia naszych czasów”.

22. lutego 2008

Przestępstwa przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej definiuje Rozdział XVII Kodeksu Karnego.

Art. 127. k. k. głosi, co następuje:

§ 1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

§ 2. Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w § 1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

W dniu secesji Kosowa 17. lutego 2008 r. z Telewizji Polskiej TVP INFO (dawniej TVP 3) wielokrotnie popłynęło ostrzeżenie dla Polaków. Red. Dominika Ćosić, korespondentka tygodnika “Wprost” z Brukseli,
 była obserwatorka OBWE na Bałkanach, tak skomentowała rozpacz Serbów po utracie kolebki ich państwowości na rzecz ludności napływowej:
“…gdyby Śląsk oderwał się od Polski z powodu dążeń mniejszości niemieckiej
 podejrzewam, że Polacy również nie byliby szczęśliwi…”. powiedziała red. Ćosić.

Czym dla Serbów Kosowo, tym dla Polaków Wielkopolska i Śląsk. Za ostrzeżenie – choć nie za żałosną jego formę – należy podziękować. Red. Ćosić są zapewne nieobce plany Brukseli względem Słowian. Co na to polskie władze – prezydent, premier i parlamentarzyści? Jakie działania podejmują odpowiednie służby, aby zapobiec zbrodni przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej z Art. 127. Kodeksu karnego polegającej na sygnalizowanych przez red. Ćosić przygotowaniach do oderwania części obszaru Rzeczypospolitej Polskiej?

Wielu osobom wypowiadającym się na temat rewindykacji terytorialnych myli się nie tylko większość z mniejszością, ale i własność z łupem. Ziemia należy się temu narodowi, który z niej wyrósł a nie napływowym kolonistom, którym drogę torowały zbrodnie, czystki etniczne i oszukańcze traktaty. Swojej własności coraz dobitniej domagają się rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej, Australii i Syberii, naród kurdyjski, szkocki i wiele innych. Dlaczego dla równowagi nie powstaje słowiańskie państwo serbołużyckie? Przecież 30 stycznia 1018r. cesarz Niemiec Henryk II Święty w traktacie pokojowym w Budziszynie potwierdził, że najdalej wysuniętym na zachód obszarem Państwa Polskiego są położone na zachód od Śląska terytoria Słowian Zachodnich: Milsko (dzisiaj Górne Łużyce, czyli Hornja Łužica, Górna Łužyca, Lusatia Superior, Oberlausitz) i Łużyce Dolne (Dolna Łužyca, Delnja Łužica, Lusatia Inferior, Niederlausitz). Skoro Unia Europejska planuje utrzymywać mieszkańców Kosowa, równie dobrze może rozwiązać problemy bezrobocia i braku perspektyw na Łużycach, triumfalnie tworząc i biorąc na swoje utrzymanie nowe Państwo Serbołużyckie. Dla ochrony przed germanizacją Polska mogłaby tam wysłać policjantów i niektórych prawników. Nadszedł ostatni moment na zachowanie przy życiu Serbów Łużyckich – naszych pasierbów, od pierwotnego znaczenia słowa pasierb – współplemieniec, ten, który ssał mleko tej samej matki. Zostało ich kilkadziesiąt tysięcy. Czego nie udało się osiągnąć Hitlerowi i Honeckerowi, właśnie odbywa się w ramach miłującej mniejszości Unii Europejskiej – zamyka się księga życia Słowian pomiędzy Łabą i Soławą a Odrą.

Wobec tak drastycznych wydarzeń stanowiących widoczny znak skutków utraty suwerenności warto przytoczyć kolejne artykuły kodeksu karnego.

Art. 129. k. k. głosi, co następuje: Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

Najbardziej zbrodnicze i zagrożone najwyższą karą działanie na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej to nic innego, jak wspomniane wyżej podejmowanie w porozumieniu z innymi osobami działalności zmierzającej bezpośrednio do pozbawienia niepodległości lub zmiany przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.

Działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, kto występuje przeciwko postanowieniom Konstytucji uchwalonej w dniu 2 kwietnia 1997 r. przez Zgromadzenie Narodowe, zawartym w Art. 3. – Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym, w Art. 5. – Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium,(…)strzeże dziedzictwa narodowego(…)oraz w Art. 82. – Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne.

Obowiązek ten wypełniają dziesiątki milionów Polaków żyjących w kraju i na obczyźnie. Nawet jeśli mają podwójne obywatelstwo, na wiele sposobów wypełniają obowiązek wierności Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety, nie wszyscy. Są i tacy, którzy z powodów sobie znanych, a dla wszystkich oczywistych, łamią nie tylko nasze prawa zawarte w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, ale i bezkarnie dopuszczają się przestępstw ściśle zdefiniowanych przez obowiązujący Kodeks Karny. Defamacja Narodu Polskiego jest przestępstwem, a organy Państwa Polskiego mają obowiązek niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego niezależnie od tego czy mają do czynienia z obywatelem polskim, obcym, czy też z osobą o obywatelstwie podwójnym. Gdy organy państwa od działania się powstrzymują, odpowiadają za przestępstwo w formie pomocnictwa.

Art. 132a k. k. głosi, co następuje:

Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3, zaś Art. 133. – Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Do form popełnienia przestępstwa Kodeks Karny zalicza pomocnictwo. Zgodnie z Art. 18. odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie.

Im większa władza, tym większa odpowiedzialność za zdradę ojczyzny.

 29. lutego 2008

Barany prowadzone na rzeź przez wilka w owczej skórze. Szare myszki wabione zapachem słoniny wyłożonej na desce. Dorosłe dzieciaki o buziach rozpromienionych radością na widok zabawnego pajaca. Cieszcie się, póki można. Beczcie chórem pochwały wilkowi, sięgajcie śmiało po przynętę, zaśmiewajcie się do rozpuku z wygłupów błazna. Nic nowego pod słońcem. Gdyby wilk zdjął owczą skórę, rozszarpałby zaledwie kilka baranów, reszta by uciekła. Gdyby myszki znały konstrukcję pułapki, omijałyby ją z daleka. Gdyby fikającemu kozły pajacowi nagle spadła maska, widownię wypełniłyby krzyki przerażenia na widok piętna prywaty. Na pamiątkę po baranach zostaną rogi, o szarych myszkach wszelki ślad szybko zaginie. Zdziecinniali dorośli nieoczekiwanie dla siebie samych staną się niedołężni i bezbronni.

Siedząc przy świeczce w nieogrzewanej norze i schorowanymi palcami krusząc znalezioną w śmietniku kromkę chleba do kubka wody nabranej z rzeki, będą mieli czas żałować łatwowierności i bezczynności, kiedy jeszcze byli w stanie wpłynąć na swoją przyszłość. Energia i entuzjazm młodości wzbogacone doświadczeniem owocują nieograniczonymi wprost możliwościami w sile wieku i mądrością na starość. Zabezpieczona na wypadek choroby, nędzy i braku bliskich złota jesień życia bywa długa i pogodna, a mądrość osób w podeszłym wieku to niewyczerpywalny zasób naturalny każdej rodziny, społeczności lokalnej i całego narodu. Godna przyszłość jest najpoważniejszą inwestycją na tej ziemi. Kto w młodości z własnej woli rezygnuje z walki o przyszłość własną, swojej rodziny i narodu, niech ma pretensje tylko do siebie, kiedy już dołączy do grona ofiar losu przestrzegającego niedowiarków znanym powiedzeniem: młodość nie wieczność, starość nie radość.

O przyszłości Polski i Polaków wiele można powiedzieć, obserwując naszą teraźniejszość w naszym kraju i słuchając prognoz polityków. Trzeba jednak sięgnąć do doświadczeń przeszłości. Obwieszczenia, gadzinowa prasa, dudniące megafony głosiły kłamstwa stanowczo i wytrwale. A jednak tylko do czasu upadku kłamców. Seniorom i ludziom w sile wieku nieobce jest odczytywanie komunikatów władzy raczej au rebour niż wprost. Warto więc posłuchać rady płynącej z bolesnych doświadczeń, zanim weźmie się kredyt, zainwestuje w unijny projekt, a tym bardziej – zanim poprze się jakiegoś polityka. Może to wilk w owczej skórze, pajacujący karierowicz, a może przebrany za bożą krówkę kleszcz, który odpadnie dopiero wtedy, kiedy naje się do syta. Wilki, pajace i kleszcze wypełniają haniebne role na skalę nie spotykaną w kraju, który nie wydał z siebie Quislinga, z gorliwością przekraczającą oddanie Związku Patriotów Polskich sprawie światowego komunizmu.

Żeby chociaż ludziom spadały resztki z pańskich stołów. Niedawno ujawniona nędza, w tym głodowa bieda co czwartego dziecka, pokazuje dowodnie, że nawet najmłodszym Polakom dzieje się krzywda od urodzenia. Jest to szkoła przeżycia w kraju głodowych pensji i lawinowych podwyżek kosztów utrzymania, lekceważenia masowych zagrożeń zdrowia i braku dostępu do opieki zdrowotnej, rujnujących składek ubezpieczeniowych i rychłego załamania się systemu emerytalnego o bez porównania gorszych następstwach dla zwykłych ludzi niż obecny krach na giełdzie i wysoka inflacja. To wszystko odbywa się przy akompaniamencie intensywnych działań lub zaniechań niszczących wizerunek Polski w świecie, a nawet dobrą markę płodów polskiej ziemi. W oczach naszych najlepszych klientów – sąsiadów zza Odry i Nysy Łużyckiej – Polska jako kraj wolny od gmo ma tym lepszą pozycję, im bardziej świat jest zalany produktami inżynierii genetycznej. 1 lutego bieżącego roku Bundestag uchwalił możliwość znakowania żywności pochodzenia zwierzęcego tj.: jaj, mleka, mięsa i przetworów informacją, że do ich wytworzenia nie stosowano pasz z roślin genetycznie modyfikowanych – OHNE GENTECHNIK. 15 lutego prawo to zatwierdził Bundesrat. W związku z tym niemiecki odbiorca naszych płodów rolnych, najbardziej spośród wszystkich importerów szanujący polską żywność, będzie miał prawo żądać na produktach żywnościowych pochodzenia zwierzęcego informacji, że powstały one bez użycia pasz genetycznie modyfikowanych. Biada temu, kto skłamie!

Pan red. Jacek Sądej z tygodnika NASZA POLSKA zapytał mnie w jaki sposób przysłowiowy Jan Kowalski może się obronić przez taką żywnością? Odpowiedziałem, że Kowalski nie będzie zakładał laboratorium w swojej kuchni ani łazience. Nie będzie też wiedział, kiedy na sklepowej półce pojawi się ryż genetycznie modyfikowany. Jesienią 2006 roku nie sanepid a Greenpeace wykrył w supermarketach ryż transgeniczny. Nie wiedzieli co mają mówić. Pokazano panią rzecznik Głównego Inspektora Sanitarnego, która powiedziała, że się nie boi i ona to zje. To jest bicie podatników polskich po twarzy. Jeżeli ktoś uważa, że pada deszcz a nie, że plują mu w twarz to niech się z tym pogodzi. Ja uważam, że trzeba z bezprawiem walczyć. Jeżeli mamy przepis, który nakazuje znakować żywność genetycznie modyfikowaną, to musimy go egzekwować. To nie jest sprawa bagatelna. Jedynym wyjściem jest zmuszenie władz do egzekwowania obowiązującego prawa. To samo dotyczy konieczności natychmiastowej likwidacji 350 hektarów kukurydzy gmo, uprawianej bez zachowania wymogów bezpieczeństwa środowiska i żywności, prezentowanej jako triumf nad polskim prawem. W istocie jest to arogancja kolonizatorów chełpiących się skutecznością wobec słabości władz podbijanego kraju.

Red. Sądej stwierdził, że uprawa roślin transgenicznych postępuje, a zwolennicy przymykają oczy na zagrożenia i zapytał skąd bierze się przyzwolenie na to ze strony różnych naukowców i ekspertów? W odpowiedzi usłyszał, że medycyna, a zwłaszcza epidemiologia, posługuje się dowodami naukowymi. Marketing, lobbing i reklama oczywiście też, ale cel i kodeks etyki jest tu skrajnie odmienny. To są dwa różne podejścia. Jeżeli narasta przekonanie że modyfikowane genetycznie środki spożywcze i pasze są związane przyczynowo z narastają pandemią otyłości, cukrzycy i innych chorób metabolicznych, powietrze skażone transgenicznym pyłkiem grozi zaduszeniem, a woda podziemna skażona plazmidami opornością na antybiotyki, to epidemiolog alarmuje, a lobbista uspokaja. W moim przekonaniu, którym podzieliłem się z uczestnikami zeszłorocznego briefingu dla Parlamentu Europejskiego pod nazwą „Członkowie Parlamentu Europejskiego i naukowcy na rzecz Europy wolnej od gmo” mamy do czynienia z bronią masowego rażenia. Zapraszam na stronę internetową www.halat.pl i zachęcam do samodzielnej krytycznej oceny naukowych faktów i lobbingowych mitów.

7. marca 2008
tylko audio

14. marca 2008

Pan Bogdan Czajkowski reprezentuje milczącą większość Polaków. Wprawdzie na arenę dziejów ponownie wkroczył w Pałacu Namiestnikowskim, do niedawna zwanym magistratem, ale za to w jakim stylu! Kto w latach pierwszej Solidarności, zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego, nosił w klapie opornik, ten wie co to znaczy. Wierność ideałom, których Polakom tłumaczyć nie trzeba, była powodem bytowej klęski pana Czajkowskiego. Nie sprzedał swojego kombatanctwa, nie został prezydentem, parlamentarzystą, ministrem, dobrze opłacanym urzędnikiem państwowym lub samorządowym ani też biznesmenem żerującym na budżecie. Pozostał sobą i w marcu 2008 r. po czterdziestu latach, pokazał światu, że lepiej być niż mieć.

Ci, którym na polityce wyszły najlepsze interesy życia, mają trudny orzech do zgryzienia. Pan Czajkowski jak romantyczne czy młodopolskie widmo wyłania się z niebytu i nie tylko cichym szeptem potrafi zakłócić huczną biesiadę, ale i pokrzyżować plany, które biesiadnicy uznali za już zrealizowane. Reytan, Kukliński i Czajkowski, ten Czajkowski, każdy w swojej epoce, w pojedynkę stoczyli swoją walkę o Polskę. Kto w XVIII wiecznej Polsce słyszał o istnieniu Reytana? Komu spośród uratowanych przed atomową zagładą znane jest bohaterstwo i najcięższa ofiara pułkownika Kuklińskiego, którego żaden prezydent nie raczył dotychczas ani awansować do stopnia generała, ani uhonorować orderem Orła Białego, nawet pośmiertnie. Ale pan Bogdan Czajkowski zaistniał właśnie teraz, jest znany każdemu, promieniuje energią, a najgorsze ma już za sobą, daj Boże. Jeżeli sam jeszcze nie ma ambicji politycznych, to bez wątpienia jest dobrą ikoną oporu przeciwko rozstrzygnięciom ponad głowami Polaków. Mało tego. Zmanipulowane, przycięte, dosłownie sfałszowane medialne preparaty z wypowiedzi pana Bogdana Czajkowskiego, trzeba uznać za żywą skamielinę, na której przykładzie studenci dziennikarstwa powinni uczyć się jak działała bezpieka w PRLu, nie po to, aby ją naśladować, ale po to, aby umieć rozpoznać jawnie esbeckie metody zakłamywania rzeczywistości.

Kompromitacja polityczno-finansowego establishmentu nie jest jednak serialem telewizyjnym. Wystarczy wyłączyć telewizor, aby w porze posiłku nie oglądać w telewizji publicznej reklam odnoszących się do fekaliów, bądź za własne abonamentowe pieniądze nie słuchać równie odrażającego ataku na swoje wartości w skrajnie stronniczych i niczym nie równoważonych programach. Prawdziwa kompromitacja rządzących odbywa się przy domowych rachunkach w każdym domu polskich wyborców, nie wybrańców. Kładziemy na stół dochody wszystkich domowników i dzielimy na niezbędne wydatki. Musimy zapłacić za prąd, bo nam wyłączą, za gaz, bo nam odetną, za ogrzewanie, bo zamarzniemy, poza tym za wodę, za wywóz śmieci, za czynsz, spłacić kredyty. Jeśli nie zapłacimy, to przyjdzie komornik i zabierze nam wszystko na co pracowaliśmy całe życie, albo co zostawili nam rodzice. Kto nie płaci, idzie pod most, a tam już ciasno. Żeby dojechać do pracy i zarobić na chleb, trzeba mieć na bilet, albo na paliwo. Dzieci też jakoś muszą dojechać do szkoły i na uczelnię. Z czasem ubrania się drą, buty rozpadają, dzieci wyrastają z odzieży i obuwia, nieraz bardzo szybko. Mundurki chcą zabrać, a tak dobrze pozwalały ukryć biedę w tej fazie życia, kiedy człowieka najłatwiej skrzywdzić słowem i spojrzeniem. Na książki do nauki trzeba pożyczyć. W spożywczym ceny jak z księżyca, droższe niż na zachodzie. Na nic nie wystarczy, choć kto może, to bierze każdą pracę. Głodowe pensje, emerytury, renty i zasiłki zżarła drożyzna, a jeszcze mówią o podwyżkach cen prądu, gazu, wody, wywozu śmieci, bo w Unii Europejskiej jest drożej.

Owszem, bywa drożej, bowiem ludzie tam więcej zarabiają i mają większą siłę nabywczą. Opublikowane 19. lutego dane Eurostatu, pozwalają uszeregować 271 tak zwanych regionów europejskich, w tym 16 naszych województw według stopnia zamożności ich mieszkańców mierzonego parytetem siły nabywczej w stosunku do średniej wszystkich państw Wspólnot Europejskich. W podsumowaniu roku 2005 pierwsze w kolejności polskie województwo znalazło się na pozycji 187 na 271 regionów, było to województwo mazowieckie osiągające 81% średniej europejskiej. Kolejne województwo to śląskie na pozycji 235 – 55,3% i zaraz za nim wielkopolskie – 54,8%. Dalej pojawia się cała Litwa jako region, a za nią województwo dolnośląskie na pozycji 238 – 53% średniej europejskiej, dalej jest jeden z regionów bułgarskich i Gujana Francuska. Za regionem z Trzeciego Świata na pozycji 241 plasuje się województwo pomorskie – 50,4% średniej europejskiej, potem cała Łotwa i ostatnie trzydzieści najbiedniejszych regionów europejskich, w których siła nabywcza mieszkańca nie osiąga nawet połowy wartości unijnej. Na pozycji 243 znajduje się zachodniopomorskie, za nim łódzkie, lubuskie, kujawsko-pomorskie, małopolskie, opolskie, warmińsko mazurskie, świętokrzyskie, podlaskie, podkarpackie i lubelskie rozdzielone kilkoma regionami słowackimi, węgierskimi i rumuńskimi. Za ostatnim z polskich województw, którym jest właśnie lubelskie na pozycji 261 osiągające zaledwie 35% średniej europejskiej, do końca listy mieści się jeszcze dziesięć najbiedniejszy z biednych regionów Europy należących do Bułgarii i Rumunii. Życząc jak najlepiej naszym przyjaciołom z Bałkanów, nie można powstrzymać się od uzasadnionej własnymi obserwacjami uwagi, że o ile Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria wychodzą z nadzwyczaj wielkiej biedy, to Polska stacza się w przepaść. Ograbiona z dorobku uprzemysłowienia ze sztandarowymi inwestycjami II Rzeczypospolitej w Centralnym Okręgu Przemysłowym, Gdyni i na Śląsku, okradziona z fabryk powstałych po II wojnie światowej, których marki były rozpoznawalne na całym świecie, dzisiaj nie potrafi wytworzyć nawet paszy dla zwierząt hodowlanych. Zburzyć i zalesić, majątki odebrać, ludzi wysłać na poniewierkę, niech służą innym, skoro sami tego chcą. Na razie obiecać, że jak Unia da, to będzie lepiej. No właśnie. Pomiędzy rokiem 2004 a 2005, już jako członek Wspólnot Europejskich, odnotowaliśmy wątpliwy postęp. Oto Polska z 46,8% dokonała skoku cywilizacyjnego o 0,2%. Dzięki wspaniałomyślności unijnych i domorosłych wielkorządców siła nabywcza Polaka w 2005 roku osiągnęła 47% średniej unijnej, a przyrost był najwyższy tam, gdzie dzielą pieniądze – w Warszawie. Mazowieckie z 77,3% skoczyło do 81,2% średniej europejskiej, co daje przyrost względny 5,1%. Swoją pozycję w Unii poprawiło jeszcze tylko 8 województw. Podkarpackie zatrzymało się na poziomie roku 2004, ale 6 województw odnotowało względny spadek siły nabywczej mieszkańców, średnio o 1,6%, w tym najwięcej śląskie, opolskie, świętokrzyskie, kujawsko-pomorskie i należące do najbiedniejszych w całej Europie – warmińsko-mazurskie i lubelskie.

4. kwietnia 2008

W systemie zwanym demokracją przycisk do głosowania stał się narzędziem zbrodni. Na miejscu zbrodni parlamentarnej złoczyńca zostawia swoją wizytówkę. W Narodowym Programie Zdrowia na lata 2007-2015 można przeczytać: “W ostatnich latach konsumpcja alkoholu wysokoprocentowego w Polsce wzrosła, co było spowodowane głównie obniżeniem akcyzy na napoje spirytusowe w 2002 roku. W latach 2002-2004 nastąpił 15-procentowy wzrost konsumpcji rejestrowanej przez statystykę sprzedaży z ok. 7 do 8 l czystego alkoholu na jednego mieszkańca. Badania ankietowe zrealizowane na zlecenie PARPA pokazują, że w latach 2003-2005 konsumpcja zwiększyła się o 30%. (…) W referencyjnych latach 1994/95 spożycie rejestrowane wynosiło odpowiednio 6,5 i 6,3 litra etanolu na jednego mieszkańca i utrzymywało się w tych granicach do roku 2002. W roku 2003, w następstwie obniżki akcyzy na napoje spirytusowe, statystyki odnotowały 40% wzrost sprzedaży wódek. Wzrosła też o ponad 5% sprzedaż piwa. W rezultacie, konsumpcja rejestrowana zwiększyła się prawie o litr i po raz pierwszy od 15 lat przekroczyła poziom 7 litrów etanolu na jednego mieszkańca. Spożycie rzeczywiste, uwzględniające zarówno dane rejestrowane przez statystyki sprzedaży jak i te, które wymykają się z oficjalnych rejestrów w roku 2003, zbliżyło się ponownie do pułapu z lat 1995/96 a więc do 11 litrów etanolu na jednego mieszkańca.

W pijanym widzie podejmowane są błędne decyzje Według danych AC Nielsen w samym 2007r. spożycie piwa wzrosło o 10,6%, wina – o 6,6%, a wódki – o 15%, Można mieć obawy graniczące z pewnością, że proweniencja niektórych osób stojących obecnie u steru nawy państwowej, zwłaszcza tych, których wrzask z tuby władzy jest najbardziej ordynarny, zapewni Polakom rychły powrót do rynsztoka, z którego mozolnie wydobywali się w latach 90. ubiegłego wieku. Szczególna rola przypada tu piwu, torującemu dzieciom drogę do pijaństwa i narkomanii, a przy tym fałszywie prezentowanemu jako mało szkodliwe.

Maksymalna dzienna dawka alkoholu średnio u dorosłych mężczyzn wynosi 60 g, u kobiet – 20 g, przy czym przewlekłe zatrucie z objawami uszkodzenia wątroby i mózgu na czele u wielu osób może pojawić się przy dawkach znacznie niższych i bardzo wcześnie. Zero tolerancji dla spożycia alkoholu podczas ciąży i karmienia piersią chroni dziecko przed trwałym uszkodzeniem, czy to w formie dyskretnych zmian psychosomatycznych, czy też w postaci plejady ciężkich chorób i niepełnosprawności. Zabici i ranni w wypadkach drogowych, są łatwo rozpoznawani jako ofiary zamroczenia alkoholem, co nie oznacza, że ich liczba jest większa od liczby ofiar “cichych”, w szczególności dzieci spłodzonych w upojeniu alkoholowym, bądź też ludzi zapadających na bezobjawowe zakażenia i choroby weneryczne, w tym wirusowe zapalenie wątroby typu B i C, HIV/AIDS, prowadzące do bezpłodności chlamydiozę i rzeżączkę, a do raka szyjki macicy – wirusy brodawczaka ludzkiego. Wymaga przypomnienia, zwłaszcza wśród młodzieży odurzającej się piwem, stary slogan oświaty zdrowotnej – ALKOHOL STRĘCZYCIELEM CHORÓB WENERYCZNYCH.

Na początku 2005r. The Lancet opublikował artykuł pt. “Alkohol a zdrowie publiczne” zawierający ranking głównych zabójców ludzkości: nadciśnienie tętnicze – 4,4%, tytoń – 4,1%, alkohol – 4,0%. Ryzyko raka przypisane alkoholowi oszacowano zależnie od lokalizacji – od 37% w przypadku raka przełyku u mężczyzn do 7% raka piersi u kobiet. Alkohol jest też przyczyną 32% przypadków marskości wątroby. W cywilizowanym świecie artykuł wywołał poważną debatę publiczną.

Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) od dawna uznaje alkohol etylowy za bezsporny czynnik rakotwórczy. Opublikowany z końcem 2007r. Drugi Raport Światowego Funduszu Badań nad Rakiem i Amerykańskiego Instytutu Badań nad Rakiem p.t. “Żywność, Żywienie, Aktywność Fizyczna i Prewencja Raka w Perspektywie Globalnej” uwzględnił liczne badania epidemiologiczne dotyczące związku pomiędzy spożywaniem napojów alkoholowych a rakiem o różnej lokalizacji. Siłę dowodów na ryzyko raka jamy ustnej, gardła i krtani, przełyku, jelita grubego u mężczyzn oraz raka piersi u kobiet w następstwie spożywania napojów alkoholowych, panel badaczy uznał za przekonującą. Siłę dowodów na ryzyko raka wątroby oraz jelita grubego u kobiet w następstwie spożywania napojów alkoholowych panel badaczy uznał za prawdopodobną. W oparciu o bezsporne dowody z badań epidemiologicznych zalecono ograniczyć spożycie alkoholu przez osoby pijące napoje alkoholowe do nie więcej niż dwóch porcji dziennie dla mężczyzn i jednej porcji dziennie dla kobiet. Jedna porcja zawiera ok. 10 – 15 gramów alkoholu etylowego. Spośród wszystkich chorób układu krążenia jedynie prawdopodobny efekt ochronny przed chorobą wieńcową serca daje medyczne postawy dopuszczenia alkoholu do spożycia w powyższych dawkach dziennych, przy czym osoby, które piją napoje alkoholowe, mogą to robić tylko podczas posiłków. Gdyby nie to, ze względu na dowiedzioną rakotwórczość alkoholu, dla populacji generalnej wyznaczony byłby taki sam próg bezpieczeństwa jak dla kobiet w ciąży i dzieci – zero tolerancji. Dla alkoholu jako prawdopodobnej przyczyny raka wątroby dawki progowej nie ustalono, rakiem zagraża nawet najmniejsza jego ilość.

Rak wątroby z reguły jest następstwem marskości wątroby wywołanej czy to wirusami, czy też substancjami chemicznymi. Już umiarkowane ilości alkoholu zwiększają ilości RNA wirusa zapalenia wątroby typu C krążącego we krwi jego nosicieli, z definicji bezobjawowych. Zakażenie wirusem wzw typu C występuje u 3% populacji świata, jest wyższe w krajach rozwiniętych, w 80% przechodzi w postać przewlekłą, z czego 15 – 20% przekształca się w marskość wątroby, a ta zaś u 1 – 4% na rok prowadzi do raka wątroby. Alkohol działa jako rozpuszczalnik ułatwiający penetrację do komórek innych kancerogenów, w szczególności pochodzących z dymu tytoniowego, żywności i napojów. Zaburza procesy syntezy, naprawy i metylacji DNA. Za czynnik rakotwórczy uznaje się aldehyd octowy powstający w wyniku metabolizmu alkoholu. Bakterie zasiedlające jelito grube charakteryzują się wysoką aktywnością dehydrogenazy, która utleniając alkohol w ścianie jelita prowadzi do pojawienia się w niej aldehydu octowego na poziomie 1 000 razy wyższym niż we krwi. Zanim będzie za późno, nie wolno przeoczyć obecności krwi w stolcu, ani zlekceważyć zmiany rytmu wypróżnień u osoby z dotychczasowym prawidłowym rytmem. Pijący alkohol muszą pamiętać, że cofanie się treści żołądkowej 40-krotnie zwiększa ryzyko raka przełyku. Reszta w ręku lekarzy.

11. kwietnia 2008

Kiedy to Polacy chronią się na Jasnej Górze? Kiedy opatrują bramy, umacniają klasztorne wały, a przede wszystkim padają na kolana przed Królową Polski, niezawodną orędowniczką narodu w potrzebie? Znakomita większość ludzi mówiących po polsku dobrze wie, kiedy Polacy uciekają się do Matki Boskiej Częstochowskiej. Tym, którzy nie wiedza lub zapomnieli, trzeba cierpliwie tłumaczyć, czym jest rdzeń polskości, czym Polska zasłużyła na cierniową koronę Mesjasza Narodów, na zaszczytny tytuł Przedmurza Chrześcijaństwa, na serdeczna matkę wszystkich wzajemnie lojalnych i wiernych ojczyźnie katolików, prawosławnych, protestantów, żydów i muzułmanów. Uduchowienie, miłość bliźniego, poczucie osobistej wolności czyni z Polaków niedościgniony przez inne narody wzorzec ludzi wartości w świecie opanowanym przez chciwość, nienawiść i zniewolenie. W XXI w. Polska jest ta sama jak od tysiąca lat. Przytula do piersi wszystkie swoje dzieci, modli się z nimi w kościołach, cerkwiach, zborach, meczetach i synagogach, cieszy się radością odwiedzających ją Chasydów i prosi o nie mniejszy szacunek dla religijnej wolności katolików. Wydawałoby się, że fundamentalizm członków Kościoła rzymskokatolickiego ma takie samo prawo do istnienia jak fundamentalizm Chasydów. Przecież każdy człowiek posiada wszystkie prawa i wolności bez względu na jakiekolwiek różnice rasy i wyznania. Tymczasem katolicy w Polsce są prześladowani z pobudek rasowych i religijnych w ramach planowej, coraz bardziej agresywnej kampanii propagandowej połączonej z poniżaniem i lżeniem księży i zakonników, ingerowaniem w wewnętrzne sprawy kościoła, kneblowaniem katolikom ust i wprowadzaniem zakazu pracy, Berufsverbot, już nie tylko w sektorze prywatnym o wiadomych źródłach kapitału, ale i w publicznym, gdzie katolicka większość ma składać daniny na utrzymanie prześladowców bez prawa skutecznego ubiegania się o pracę we własnej ojczyźnie.

Na szczęście spektakl p. t. “Dobry i zły glina” właśnie się zakończył i każdy mógł poznać skutki wybierania rzekomo mniejszego zła. Warto dobrze zapamiętać ten obrzydliwy festiwal kluczenia, półprawd i kłamstw, aby już nigdy więcej nie dać się oszukać. A czy jest za późno, czy nadeszła chwila narodowej żałoby i lamentu? W żadnym razie! Przecież pod Twoja obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko!

***

Niestrudzona pani Jadwiga Łopata serdecznie zaprasza na Jasną Górę 24 kwietnia (czwartek) na spotkanie modlitewne połączone z konferencją pt. “Polska wolna od GMO. Etyczny Aspekt Wprowadzania GMO do Polskiego Rolnictwa.”

Konferencji przewodniczy Ojciec Stanisław Jaromi, dr filozofii, franciszkanin, Przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu (REFA).

Konferencję otworzy o godz. 11.00 Msza Święta w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Boskiej. Msza będzie w intencji Polski wolnej od GMO; będziemy prosić Matkę Boską o wstawiennictwo we wszystkich działaniach, jakie podejmuje KOALICJA POLSKA WOLNA OD GMO w trosce o człowieka i przyrodę.

Po Mszy przeniesiemy się do Sali Papieskiej, gdzie o godz. 12:15 w imieniu KOALICJI POLSKA WOLNA OD GMO powita gości pan Marek Kubara.

Program przewiduje następujące wystąpienia:

“Czyńcie sobie ziemię poddaną – jak etycznie zagospodarowywać Ziemię.” – Ojciec dr Jerzy Kielech, Klasztor na Jasnej Górze;
“Dlaczego NIE dla GMO w środowisku rolniczym” – Prof. Magdalena Jaworska, Kierownik Katedry Ochrony Środowiska Rolniczego, Akademia Rolnicza, Kraków;

“Organizmy genetycznie modyfikowane (GMO) zagrażają zdrowiu i życiu.” – dr Zbigniew Hałat, lekarz medycyny specjalista epidemiolog, Medyczne Centrum Konsumenta;

“Samorządy wobec zagrożenia GMO” – pani Maria Malinowska – radna Sejmiku Małopolskiego;

Przerwę okrasi poczęstunek daniami tradycyjnymi i ekologicznymi od rolników.

W sesji popołudniowej:

“Manipulacje genetyczne – nowy grzech?” – O. dr Stanisław Jaromi, Przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu (REFA)

“GMO poważny problem etyczny w historii nauki” – Prof. Stanisław Wiąckowski

“Zagrożenia ze strony GMO dla rolnika tradycyjnego i jego rodziny” – pani Edyta Jaroszewska, rolnik, EKOLAND i pani Danuta Pilarska prezes Krajowego Związku Zawodowego Rolników Ekologicznych św. Franciszka “serceEKOziemi”;
Następnie Koronka do Miłosierdzia Bożego, którą poprowadzi pan Waldemar Caboń, wiceprezes KZZRE św.Franciszka “serceEKOziemi”.

I kolejne wystąpienia:

“Nasiona genetycznie modyfikowane (GMO). Globalne zagrożenie dla niezależności rolników.” – Sir Julian Rose, rolnik, prezes Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi – ICPPC (z tłumaczeniem)

“Polska Wolna od GMO wyzwania i perspektywy. Apel/list otwarty” pan Paweł Połanecki, niezależny ekspert KOALICJI POLSKA WOLNA OD GMO Ponowienie propozycji wprowadzenia 10 letniego MORATORIUM na GMO

w Polsce i całej Unii Europejskiej. Dyskusja. – prowadzenie pani Jadwiga Łopata, Laureat Nagrody Goldmana (ekologiczny Nobel), ICPPC i dr Marek Kryda KOALICJA POLSKA WOLNA OD GMO

Na zakończenie – przed 17.00 – modlitwa, którą poprowadzi Ojciec Stanisław Jaromi OFMConv

Pan Jurek Duszyński właśnie dostarczył drogą elektroniczną wszystkim odbiorcom swoich niezwykle ważnych materiałów list księdza Biskupa Elbląskiego Jana Styrny do Koalicji Polski Wolnej od GMO. Krajowy Duszpasterz Rolników w tych słowach zwraca się do pani Jadwigi Łopaty:

(…) proszę przyjąć wyrazy mojej łączności w modlitwie, solidarności w podejmowaniu tak ważnej tematyki i serdeczne życzenia błogosławionych owoców spotkania modlitewno-konferencyjnego na Jasnej Górze.
 Ze swojej strony widzę wielką potrzebę:

- prowadzenia solidnych badań naukowych rozpoznających w możliwie szerokim zakresie rzeczywiste skutki produkcji dopuszczającej GMO;
- na obecnym etapie wiedzy, wskazującej na możliwość różnorakich zagrożeń, i to trudnych do odwrócenia, jest nieetyczna akceptacja produkcji dopuszczającej GMO;
- utrzymywanie przez państwo polskie zdecydowanej bariery prawnej, co do dopuszczenia produkcji z GMO;

- rozwijanie i wspieranie takiej produkcji rolnej w Polsce, zwłaszcza w dziedzinie pasz, aby polskie rolnictwo mogło osiągnąć należyte zyski i nie
 ulegało presji finansowej potężnych koncernów zagranicznych i pozaeuropejskich produkujących masowo organizmy genetycznie modyfikowane i czerpiących z tego ogromne korzyści.
 Wszystkim Uczestnikom Spotkania i rolnictwu polskiemu oraz całej naszej Ojczyźnie życzę opieki Maryi Królowej Polski i łączę się w modlitwie.”

Były to obszerne fragmenty listu Krajowego Duszpasterza Rolników ks. Biskupa Jana Styrny skierowane do pani Jadwigi Łopaty w związku z organizowanym przez KOALICJĘ POLSKA WOLNA OD GMO jasnogórskim spotkaniem modlitewnym połączonym z konferencją pt. “Polska wolna od GMO. Etyczny Aspekt Wprowadzania GMO do Polskiego Rolnictwa.”

Przybywajcie!

Proście, a będziecie wysłuchani!

Przypominam: czwartek, 24. kwietnia od 11 do 17, Jasna Góra.

18. kwietnia 2008

Stan zdrowia publicznego w Polsce jest katastrofalny. Nie mogąc uzyskać skutecznej pomocy w przypadku nagłego zachorowania – nawet małego dziecka, czy ciężkiej choroby – nawet nowotworowej, Polacy powinni ściśle przestrzegać zasad prewencji chorób, niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów. Także tych zasad, który owoce będą dostrzegalne dopiero za kilkadziesiąt lat, aby nie liczyć na wyborcze obietnice oszustów i nie znaleźć się pod przymusem wyrażenia zgody na podsuwaną z szyderczym uśmiechem eutanazję. Nie trzeba mieć wątpliwości, że ci, którzy chcą nas wszystkich pozabijać – począwszy od naszych najmłodszych, dopiero co powstałych, dopiero co obdarzonych duszą, do starych, chorych i niedołężnych – sami zadbają o zdrowie swoje i swoich rodzin i w ten sposób w białych rękawiczkach dokonają czystki etnicznej. Bez wypowiedzenia wojny, bez jednego wystrzału, bez oskarżeń o ludobójstwo po prostu pozbędą się nas z tej niezwykle atrakcyjnie położonej deweloperskiej działki zwanej Polską. Jaki los gotuje nam globalna dyktatura i jej delegowani do Polski najemnicy otoczeni tubylczą służbą? Młodych przeznaczy się do podłych prac póki starczy im sił i fizycznej atrakcyjności, a jak będą już bezużyteczni, to się ich wypędzi kosztami utrzymania z własnych domów, zagłodzi niskimi płacami, emeryturami i rentami, zabije brakiem dostępu do pomocy lekarskiej. Pozostanie rzadko zaludniona, piękna, gościnna ludziom ziemia. Aby jak najpóźniej dołączyć do żałobnego konduktu sierot wlokących się za trumną Ojczyzny, aby w ogóle nie dopuścić do złożenia Polski w trumnie, trzeba o Ojczyznę walczyć. Przecież to jest napad w ciemnej bramie! Jednak zza uchylonych drzwi widać tłum przechodniów. Trzeba głośno krzyczeć i oczekiwać ratunku..

Kto przeżyje obecny okropny czas pogardy dla zdrowia i życia, ten będzie chciał w przyszłości cieszyć się jak najdłużej życiem w zdrowiu. Nie będzie to łatwe z uwagi na szerzący się analfabetyzm sanitarny, którego straszne skutki muszą odbić się na zdrowiu obecnego i przyszłych pokoleń jak Polska długa i szeroka. Od Sobięcina, przez Krzesiny, po Wiślinkę, od terenów zagrożonych radonem, przez strefy opadu pyłów obładowanych dioksynami, po obszary zaopatrzenia w wodę niosącą śmierć. Nasz kraj stał się izolowaną od cywilizowanego świata wyspą powszechnej ignorancji w sprawach zagrożeń zdrowia. Ludzie nie zdają sobie sprawy z ryzyka zawinionego przez siebie samych, innych współobywateli, a zwłaszcza przez władze publiczne. Jeszcze gorzej jest w przypadku bezpieczeństwa produktów, zwłaszcza żywności, kosmetyków, procedur medycznych, leków i szczepionek. Tu najważniejsza rola edukacyjna przypada telewizji publicznej. Nie jakimś fundacjom stowarzyszeniom, czy innym realizacjom pomysłu na zarobek bez odpowiedzialności. Jednak programy misyjne telewizji publicznej wprawdzie roją się od misjonarzy, ale są to misjonarze posłani przez działające w skali globalnej koncerny, właścicieli patentów i marek, którzy gardłują na przemian z misjonarzami mającymi na celu wyprać Polaków z polskości, katolików z Katolicyzmu i w ogóle wyzwolić nasz kraj z przypadkowego społeczeństwa.

W każdym cywilizowanym państwie musi działać, nie tylko istnieć, ale i energicznie działać, niezależne centrum obrony ludności przed zagrożeniami zdrowia. W Polsce od czasu odzyskania niepodległości po zaborach takim centrum był Państwowy Zakład Higieny, obecnie Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego.

Do szczegółowych zadań NIZP – PZH należy:

1) projektowanie, organizowanie i prowadzenie badań oraz opracowywanie naukowych podstaw działania w dziedzinie: epidemiologii, statystyki medycznej, bakteriologii, wirusologii, immunopatologii, parazytologii, zakażeń, entomologii lekarskiej, jakości biopreparatów, metod kontroli skażeń środowiska zewnętrznego, higieny komunalnej, higieny szkolnej, zdrowotnej jakości żywności, naturalnych tworzyw uzdrowiskowych, przedmiotów użytku, toksykologii środowiskowej, ochrony radiologicznej i radiobiologii, oświaty i wychowania zdrowotnego i innych specjalności medycyny zapobiegawczej oraz

dla celów promocji zdrowia a ponadto prowadzenia badań związanych z zapobieganiem chorobom będącym następstwem zmian w środowisku człowieka,

2) współdziałanie w realizacji powyższych prac prowadzonych przez inne jednostki;

3) opracowywanie analiz i ocen działalności służby zdrowia oraz stanu i rozwoju nauki w dziedzinach objętych problematyką PZH;

4) projektowanie działalności w zakresie doskonalenia metod prowadzenia badań naukowych i prac badawczo-rozwojowych, a w szczególności śledzenie rozwoju nauk będących przedmiotem zainteresowania PZH oraz inicjowanie prac mających za cel przystosowanie najnowszych zdobyczy wiedzy do potrzeb ochrony zdrowia publicznego;

5) udział i pomoc przy wprowadzaniu osiągnięć do praktycznej działalności służby zdrowia;

6) podnoszenie naukowych i zawodowych kwalifikacji pracowników PZH, służby sanitarno-epidemiologicznej i innych instytucji poprzez szkolenie podyplomowe oraz współdziałanie w szkoleniu prowadzonym przez inne placówki w zakresie statutowych zadań PZH;

7) prowadzenie badawczej i usługowej działalności diagnostycznej oraz profilaktycznej na rzecz ochrony zdrowia, a zwłaszcza:
a) diagnostyki bakteriologicznej, wirusologicznej, parazytologicznej,
patomorfologicznej i immunologicznej,
b) zapobiegania i zwalczania zakażeń,
c) diagnostyki skażeń środowiska zewnętrznego,
d) badań odwoławczych i specjalistycznych,
e) oceny naturalnych tworzyw uzdrowiskowych przeznaczonych do celów profilaktycznych i leczniczych,
f) oceny środków spożywczych, a w szczególnych przypadkach także ich produkcji i stosowanych technologii oraz dopuszczenie do obrotu przedmiotów użytku, naturalnych tworzyw uzdrowiskowych i ich produktów pochodnych,
g) kontroli jakości biopreparatów stosowanych przy rozpoznawaniu, zapobieganiu i zwalczaniu chorób zakaźnych u ludzi,
h) oceny środków ochrony roślin oraz środków stosowanych do dezynfekcji, dezynsekcji, sterylizacji i deratyzacji,
i) oceny materiałów budowlanych,
j) analizy stanu zdrowia;

8) sprawowanie specjalistycznego nadzoru w dziedzinie higieny, epidemiologii i mikrobiologii sanitarnej, a zwłaszcza:
a) opracowywanie, doskonalenie i ujednolicanie metod stosowanych w jednostkach organizacyjnych służby sanitarno-epidemiologicznej i w zakładach uzdrowiskowych,
b) sporządzanie opinii, ekspertyz i udzielanie konsultacji w sytuacjach zagrożeń zdrowia,
c) inicjowanie i konsultowanie aktów prawnych z dziedziny higieny i epidemiologii;
9) określanie kierunków i zakresu działalności oświaty i wychowania zdrowotnego, opracowywanie założeń programów oświaty zdrowotnej oraz konsultowanie wydawnictw i materiałów z tej dziedziny;
10) upowszechnianie wyników badań naukowych i prac rozwojowych
11) prowadzenie prac normalizacyjnych i unifikacyjnych

Państwowy Zakład Higieny podlega ministrowi zdrowia i pod zarządem spadochroniarzy działa tak, jak cały pion zdrowia publicznego w Polsce.

25. kwietnia 2008
tylko audio

2. maja 2008

W trosce o zdrowie młodych Polaków premier Donald Tusk zapowiedział w sejmowym expose zbudowanie w każdej gminie boiska ze sztuczną trawą. Jak obiecał, tak zrobi. Toż to prawdziwy cud! Raz położona sztuczna trawa jest pięknie zielona, równo przystrzyżona i wprost zaprasza do uprawiania sportu. A sport to zdrowie. Sztuczna trawa powstaje ze zmielonych opon samochodowych. Przekształcanie tych uciążliwych odpadów w pokrycie boisk sportowych zawiera uwielbianą przez polityków nutkę popisowej odkrywczości: patrzcie, jak ja kocham ekologię i sport, jak ja to umiem pogodzić. Wolnego. Nie dajmy się ponieść fantazjom. Eksperymenty z organizmami genetycznie modyfikowanymi i biopaliwami, które doprowadziły do głodu na świecie, aż nadto wystarczą do otrzeźwienia. Badania przeprowadzone w 2007. przez Environment & Human Health, Inc. (EHHI) z North Haven w stanie Connecticut, wykazały w sąsiedztwie boisk ze sztuczną trawą skażenie wód podziemnych takimi samymi substancjami chemicznymi, jakie stwierdza się w wyniku oddziaływani składowisk opon. Wskazano na poważne zagrożenia zdrowia ludzi związane z użytkowaniem sztucznej trawy: ostre i przewlekłe oddziaływanie drażniące na płuca, oczy i skórę oraz podkreślono konieczność dalszych badań nad oddziaływaniem połlotnych chemikaliów na nerki, układ hormonalny, nerwowy, krążenia, odpornościowy, oceną wpływu na rozwój i potencjał rakotwórczy. W sztucznej trawie powstałej ze zmielonych opon wykryto arsen, aceton, kadm, chrom, kobalt, wanad i ołów. New England Journal of Medicine z 2005r. przedstawia badania, które wykazały, że w kontakcie ze sztuczną trawą łatwo dochodzi do zakażenia gronkowcem złocistym opornym na metycylinę. Boisko pokryte naturalną trawą bez trudu samo unieszkodliwi krew, pot i ślinę. Sztuczną trawę trzeba odkazić, zmyć detergentem i wytrzeć. Rozgrzewające się w upale do 70 st. C plastikowe powierzchnie nie tylko sprzyjają namnażaniu się zarazków, ale też emitują produkty rozpadu tworzyw sztucznych wchodzących w skład sztucznej trawy, jak: poliamid, ang. polyamide (nylon) – PA, polipropylen, ang. polypropylene – PP i poli(tereftalan etylenu), ang. poly(ethylene terephthalate) – PET. Wygląda na to, że rządowy program “Orlik” wylągł się w gnieździe “Orlenu” i przyczyni się do zasypania na wieki Polski gumą i plastikiem za pieniądze, które to nam, właśnie nam, są odbierane w postaci podatków. Wymiana sztucznej trawy co 8 – 12 lat, to kolejne obok azbestu masowe obciążenie już od dawna przepełnionych wysypisk odpadów szkodliwych dla środowiska.

Miłośnikom Monsanto polecam uwadze fakt, że właśnie temu koncernowi ludzkość zawdzięcza pierwszą namiastkę trawy, zwaną Astroturf, która pokryła płytę stadionu w stanie Indiana już w 1967r. Od tamtej pory wścibscy prześladowcy koncernu, który dał światu takie dobrodziejstwa, jak polichlorowane bifenyle, aspartam, napalm i organizmy genetycznie modyfikowane, pomawiają sztuczną trawę o wywoływanie niezliczonych chorób ostrych, przewlekłych i pojawiających się u potomstwa użytkowników. Zaślepienie wrogów nowoczesności doprowadziło nawet do zamknięcia dwóch stadionów w stanie New Jersey, gdzie odpowiednik naszego san-epidu stwierdził, że sztuczna trawa jest źródłem nieoczekiwanie wysokich poziomów ołowiu, dziesięciokrotnie przekraczających dopuszczalne skażenie gleby na terenach poprzemysłowych. Dochodzenie w sprawie zagrożenia zdrowia ołowiem uwalniającym się ze sztucznej trawy rozpoczęła we wszystkich stanach USA Amerykańska Komisja ds. Bezpieczeństwa Produktów Konsumenckich. Doprawdy, o co ten cały krzyk? A ciężar ołowiu to się nie liczy? Ociężałość umysłowa objawiająca się mniej lub bardziej dyskretnymi zaburzeniami komunikacji i nieprowokowaną agresywnością pozwala przekroczyć najwyższe progi w naszym domu bez klamek, zająć najbardziej wygodne fotele w parlamencie.

W spisku przeciwko sztucznej trawie uczestniczą nawet jej wieloletni użytkownicy. Opublikowany w 2007r, raport National Football League Players Association stwierdza, że wyraźna większość amerykańskich sportowców negatywnie ocenia sztuczną trawę, gdyż jest ona powodem częstych urazów i skraca sportową karierę.

28. października 2007r., na trzy tygodnie przed expose premiera Donalda Tuska, New York Times opublikował artykuł rozpoczynający się od narzekań pani Patrycji Taylor. Mama dwunastoletniego syna miała już dość sproszkowanej sztucznej trawy roznoszonej po domu z ubrania i włosów młodego piłkarza. Podkreślając, że jej zadaniem jest chronić syna, pani Taylor uznała, że skoro są dowody na uwalnianie się gazów ze sztucznej trawy, nie będzie narażać swojego dziecka, dopóki nie pojawią się dowody, że takie boiska są bezpieczne. Prof. Philip Landrigan, pediatra zajmujący się medycyną prewencyjną, poparł żądanie moratorium na budowę nowych boisk ze sztuczną trawą i zaproponował badania skóry, krwi i moczu dzieci przed i po zajęciach na boisku pokrytym sztuczną trawą.

Pomysł zasłania Polski sztuczną trawą to idée fix wybrańców narodu. Do jego ojcostwa przyznają się politycy Prawa i Sprawiedliwości. Zarzucają swoim konkurentom Plagiat i Spowolnienie w realizacji genialnego pomysłu.

9. maja 2008

Jak odróżnić żywność bezpieczną od niebezpiecznej? Po czym poznać, że coś zaszkodzi tuż po spożyciu, za godzinę, po dwóch dniach, po tygodniu, za miesiąc, za dziesięć – dwadzieścia lat, w następnych pokoleniach? Jak uchronić przed skutkami spożywania niebezpiecznej żywności dziecko w łonie matki, niemowlę karmione piersią, dziecko żywione artykułami spożywczymi kupowanymi początkowo przez rodziców, a wkrótce – już w młodszych klasach szkoły podstawowej – samo wybierające przekąski i napoje z półki szkolnego sklepiku? Te pytania słyszę codziennie i zawsze udzielam tej samej odpowiedzi. Tym razem nieco ją rozbuduję.

Na wstępie zła wiadomość. Człowiek sam nie dysponuje żadnymi możliwościami wykrycia niebezpiecznych składników żywności. Nawet nasz pies wie od nas więcej o tym, co można zjeść. Pies kieruje się wyostrzonymi zmysłami i instynktem samozachowawczym, co w znacznym zakresie chroni go przed niebezpieczną karmą. W zakresie znacznym, ale w żadnym razie nie wystarczającym, o czym świadczy śmiertelne żniwo, jakie nie tak dawno zebrała karma dla psów sprzedawana w USA. U człowieka zdolność wykrywania zagrożeń wzrokiem, węchem, smakiem i/lub dotykiem jest aż tak bardzo ograniczona, a że tylko w sytuacjach zupełnie wyjątkowych można na niej polegać. Gołym okiem nie wykryje się larw włośnia, a co dopiero bakterii, wirusów, a tym bardziej prionów. Węch nie ostrzeże przed uranem, radem i radonem, smak nie pozwoli wykryć alergenów, a wzrokiem nie zbadamy stężenia ołowiu, dioksyn i innych toksycznych chemikaliów. Pełnoprofilowego laboratorium w kuchni nie założymy.

Kupując żywność, musimy więc zaufać jej sprzedawcy i producentowi, że ani nieumyślnie, ani tym bardziej umyślnie – nam nie zaszkodzą.

Ostatecznym wentylem bezpieczeństwa naszej żywności są jednak państwowe służby nadzoru i kontroli. W imieniu konsumentów – w naszym imieniu, w celu ochrony zdrowia publicznego – naszego zdrowia, wkraczają tam, gdzie nam wstęp jest wzbroniony: do zakładów produkcyjnych, przetwórczych, hurtowni, na zaplecze restauracji, barów, supermarketów i drobnych sklepików. Kontrolerzy sanitarni oceniają stan sanitarno-techniczny i w zakresie porządku i czystości, sprawdzają atesty sprzętu i materiałów przeznaczonych do kontaktu z żywnością, wyniki badania wody, oceniają stan zdrowia i kwalifikacje pracowników, dokonują pomiarów, pobierają próby surowców i produktów gotowych do spożycia, aby poddać je badaniom w laboratorium mikrobiologicznym, chemicznym i radiologicznym. Niezwykle ważnym aspektem kontroli sanitarnej jest sprawdzenie czy treść etykiety odpowiada prawdzie. Rozbudowane przepisy o znakowaniu żywności mają celu zagwarantować konsumentowi realizację jego podstawowego prawa – prawa wyboru. Gdy państwowe służby nadzoru i kontroli zgodności etykiet z obowiązującym prawem i stanem faktycznym nie sprawdzają, dochodzi do łamania podstawowego prawa konsumenta na masową skalę. Kierując się posiadaną wiedzą i zdrowym rozsądkiem konsument wydaje pieniądze na produkt, którego nigdy by nie kupił, gdyby nie został wprowadzony w błąd kłamliwą deklaracją producenta. Wyłudzający zakup oszust doprowadza konsumentów do niekorzystnego i niezgodnego z własnym wyborem rozporządzenia ich pieniędzmi. Proceder ten może trwać latami, może uchodzić zupełnie bezkarnie, pomimo wielorakich strat ponoszonych przez konsumentów, włącznie z utratą zdrowia i życia, a także ponoszonych przez tych producentów, którzy nie oszukując, tracą należny im zarobek. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy państwowe służby nadzoru i kontroli nie wykonują swoich ustawowych i opłacanych przez podatników obowiązków. Jak z tego wybrnąć? I tu jest dobra wiadomość.

Recepta jest gotowa i do tego bezpłatna. Oto ona. Proporcjonalnie do ich udziału w rynku markowe i niemarkowe artykuły spożywcze należy losowo wybierać z półek sklepowych, wybranych też reprezentatywnie – zależnie od obrotów obiektu handlowego, dowieźć do laboratorium zdolnego do wydania wiarygodnego i miarodajnego orzeczenia i w przypadku stwierdzenia oszustwa polegającego na niezgodności etykiety z obowiązującym prawem i stanem faktycznym, publicznie ujawnić sprawę i sprawcę. Konsumenci chętnie dowiedzą się, kto żeruje na ich naiwnym zaufaniu w uczciwość przedsiębiorców działających na jednolitym wspólnym europejskim rynku pasz i żywności. Z ulgą odetchną ci przedsiębiorcy, których uczciwość będzie potwierdzona przez niezależne państwowe służby kontroli i nadzoru. Wreszcie pozbędą się nieuczciwej konkurencji. Trzeba jednak działać szybko. Lawinowe tempo wzrostu cen żywności stwarza tyle pokus, że bezkarne oszustwa na koszt kieszeni i zdrowia konsumentów mogą zupełnie i na długo wymknąć się spod kontroli o ile najwyższe władze państwowe nie obudzą się i nie przyjrzą działaniom urzędów centralnych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności. Wyniki badań opinii publicznej wskazują na zaufanie, jakim obywatele darzą Platformę Obywatelską. Do roboty, więc, do roboty Platformo na rzecz ochrony obywateli przed bezkarnie dotychczas panoszącym się bezprawiem. Minęło już pięć miesięcy od czasu, kiedy Prezes Rady Ministrów Donald Tusk powołał – z dniem 5 grudnia 2007 r. – panią Julię Piterę, sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, na stanowisko Pełnomocnika Rządu do Spraw Opracowania Programu Zapobiegania Nieprawidłowościom w Instytucjach Publicznych. Obywatele, w tym zwolennicy Platformy Obywatelskiej, z rosnącą niecierpliwością czekają nie tyle na sam program, bo – jak wiadomo – papier wszystko zniesie, ale przede wszystkim na efekty postępowania organów państwa na rzecz zapewnienia nam bezpiecznej żywności. Pierwszy z brzegu przykład sam głośno woła o zainteresowanie organów ścigania parlamentarzystami, wysokimi urzędnikami państwowymi i ich tzw. “ekspertami” napiętnowanymi stronniczym antykonsumenckim, antyrolnicznym i antyekologicznym stosunkiem do organizmów genetycznie modyfikowanych. Kolejne przykłady za tydzień.

16. maja 2008

O zdrowiu wszystkich decyduje zarobek nielicznych. W sytuacjach kontrowersyjnych, w przypadku pojawienia się sporu co do tego czy coś szkodzi, czy też nie, ostateczną decyzję podejmują władze państwowe w oparciu o opinie naukowców, a jakże. Opinie oparte o analizę tych samych materiałów, ba – nawet dowodów, mogą jednak skrajnie się różnić. Myli się ten, kto w celu rozstrzygnięcia dylematu: którą to z biegunowo różnych opinii należy wybrać, powoła trzeciego eksperta. Ten trzeci, dziesiąty, setny i tysięczny wcale nie musi mieć bezspornej racji. Jeszcze mniejszy sens ma powoływanie komitetów i komisji podejmujących rozstrzygnięcia sporów drogą głosowania. Czy można przegłosować, że białe jest czarne? Czy można podpisać się pod decyzją, że czarne jest białe? Oczywiście, że można. A za odpowiednim wynagrodzeniem, to i nawet trzeba. Dla wielu prominentów i ich zaplecza eksperckiego jest to tak oczywiste, że nawet nie warto tego ukrywać. Ale kiedyś do władzy przyjdą konkurenci, a jak zaczną grzebać to albo znajdą haka, albo go sfabrykują. W tej sytuacji przed decydentem pojawia się widmo więziennej kraty. Czym by tu się zabezpieczyć przed posądzeniem o stronniczość w podejmowaniu decyzji? Przecież wystarczy krótka wzmianka w tych gazetach, programach telewizyjnych lub radiowych, które rządzą polskimi organami ścigania, aby decydent znalazł się za kratami, albo co najmniej w roli podejrzanego lub świadka zamienił dotychczasowy tryb życia z wyboru w niekończące się pasmo przesłuchań i rozpraw sądowych urozmaicanych dojazdami na wezwanie stawiennictwa pod groźbą kary. Na tym pożałowania godnym świecie nieraz bardzo trudno udowodnić, że nie jest się wielbłądem. Zbyt wielu uważa, że skłamać, poświadczyć nieprawdę można, a nawet trzeba, gdy da to konkretną korzyść. Za mało jest tych, którym nie wolno, choć można i trzeba. Nie wolno z powodu systemu wartości przynajmniej zbliżonego do Dekalogu, obowiązującego prawa, tego czy innego kodeksu etyki. Można i trzeba, ale nie wolno. Przekraczając granice tego co wolno, należy oczekiwać kary, której w żadnym razie nie zrównoważą korzyści uzyskane drogą zabronionego czynu. Kara spada też na krzewicieli zła, niesłusznie obwinionych przez sobie podobnych. Ten dobrze znany fenomen pożerania własnych dzieci przez zło relatywizmu jest stary jak ludzkość i prawdopodobnie od jej początków każdy, osiągając pewien wiek, dochodzi do przekonania, że jest coraz gorzej, a żyjąc jeszcze dłużej sam często widzi jak kończą się osobiste i grupowe kariery ludzi przekonanych, że im wszystko wolno. Nawet potężne szajki zwane obecnie partiami politycznymi spotyka zasłużona pogarda, a niekiedy kara. Zbyt rzadko jednak ujawniane są biznesowe powiązania partyjnych wodzów, pomniejszych prominentów i pozornie szarych członków z przedsiębiorcami rozmaitej skali: od światowych koncernów po małe firmy o lokalnej skali. A jest co dokumentować i interpretować. Wszystko zaczyna się od kampanii wyborczych prezydenckich, parlamentarnych i samorządowych. Postawić na kandydata i umieścić go w pożądanym organie decyzyjnym to inwestycja w kopalnię złota. Nie wdając się w zawiłości innych dziedzin, jak np. sukcesy gospodarki, które z Polski uczyniły importera pasz dla zwierząt, cukru i węgla, kolonię obcych sieci handlowych i energetycznych, co oczywiście ma też niezwykle istotny wpływ na zdrowie publiczne, gdyż pogłębia ocean ubóstwa w naszym kraju, warto postawić pytanie związane ściśle z bezpieczeństwem konsumenta i to tego najmłodszego. Dlaczego w Polsce nie obowiązuje zakaz stosowania niektórych barwników i konserwantów, w szczególności benzoesanu sodu, w produktach spożywczych? Oto brytyjski odpowiednik zespołu ekspertów polskiego Głównego Inspektora Sanitarnego zwrócił się do rządu Jej Królewskiej Mości o wprowadzenie zakazu stosowania mieszanek farb do środków spożywczych, zwłaszcza napojów, gdyż te dodatki do żywności wraz z konserwantem benzoesanem sodu mają udowodniony szkodliwy wpływ na zdrowie dzieci. W ten sposób w Wielkiej Brytanii zakończyła się energiczna wymiana zdań pomiędzy stowarzyszeniami działającymi na rzecz ochrony zdrowia konsumentów a władzami sanitarnymi. Te ostatnie oskarżane były o bezczynność i uleganie wpływom lobby przemysłu agrochemicznego, w szczególności wielkich korporacji ponadnarodowych. Ugrupowania rodziców dzieci cierpiących na zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD) domagały się natychmiastowego wprowadzenia zakazu użycia niektórych substancji dodatkowych żywności, w tym benzoesanów, wycofania produktów je zawierających ze sklepików szkolnych i zamieszczania wyraźnych ostrzeżeń zdrowotnych na opakowaniach jednostkowych szkodliwych artykułów spożywczych.

W związku z powyższym czuję się upoważniony do przytoczenia fragmentu swojego felietonu sprzed roku, tj. z 11. maja 2007: “Od kilku dni brytyjskie media szeroko komentują najnowsze doniesienia naukowe o skutkach spożywania chemikaliów dodawanych do artykułów spożywczych. Polskie środki masowego przekazu, łącznie z publicznym radiem i telewizją, mającymi za podatki i abonament realizować misję społeczną, milczą – jak zwykle – w takiej sprawie, nie chcąc narażać się reklamodawcom. A sprawa jest pierwszorzędnej wagi i do tego pochodzi z miarodajnego źródła. Oto Uniwersytet Southampton na zlecenie Food Standards Agency, czyli Agencji ds Standardów Żywności brytyjskiego rządu, przeprowadził badania dzieci w wieku od trzech do dziewięciu lat, w których pożywieniu znalazły się artykuły spożywcze, zawierające takie barwniki, jak: tartrazyna – E 102, czerwień koszenilowa – E 124, żółcień pomarańczowa S – E 110, azorubina – E 122, żółcień chinolinowa E 104 i czerwień allura AC – E 129. Badania dotyczyły również najbardziej niebezpiecznego konserwantu, jakim jest benzoesan sodu E 211. Przeprowadzono pomiary przeciętnego spożycia tych dodatków do żywności oraz ich wpływ na zachowanie małych konsumentów. Potwierdziły się wcześniejsze doniesienia, że dzieci narażone na chemikalia dodawane do żywności i napojów wykazują nadmierną pobudliwość ruchową, trudności z koncentracją, napady złego zachowania i reakcje alergiczne. Wchodzący w skład Agencji ds Standardów Żywności Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych uznał, że wyniki badań mają ważne znaczenie dla zdrowia publicznego. Ze swej strony muszę dodać, że związek wielu dodatków do żywności z chorobami alergicznymi skóry, zwłaszcza z pokrzywką czy atopowym zapaleniem skóry jest znany lekarzom od dziesiątków lat, ale skoro obecnie w Polsce lekarzy ubywa, to i nie ma kto ostrzegać konsumentów przed masowym i bezkrytycznym poddawaniem się presji reklam napojów i innych artykułów spożywczych pełnych szkodliwych chemikaliów.”

31. maja 2008

Naszym dzieciom pragniemy przychylić nieba. Chętnie ulegamy prośbom zaczynającym się od słów: “a kupisz mi…?”, a później “a dasz mi na…?” i kończących się lawiną produktów, które naszemu dziecku są natychmiast potrzebne. Poddając się presji skrzywionej w podkówkę buzi, nawet nie próbujemy podjąć ryzyka odmowy spełnienia jakiejkolwiek zachcianki. Po krótkim czasie w wyniku efektu kuli śniegowej liczba i wartość już nie próśb a żądań wzrasta bez umiaru i dziecko zaczyna rządzić domowym budżetem. Reklama, kryptoreklama, partnerstwo publiczno-prywatne i outsourcing w ochronie zdrowia, zwłaszcza w pseudooświacie zdrowotnej, powodują, że dziecko zasypuje nas opłaconymi przez producentów tekstami zasłyszanymi w telewizji, w szkole i podczas rozmaitych zajęć pozaszkolnych, których głównym celem jest osaczyć dziecko niemal od kołyski i Homo sapiens, człowieka myślącego, przekształcić w bezrozumnego konsumenta. Wobec obecnej katastrofy finansowej wielu rodzin, ci, którzy zaciągnęli kredyty pod wpływem reklamy, pokazywanej również w telewizji publicznej, w której to dzieci namawiały rodziców do zaciągnięcia długu w banku, niech nie mają do swoich pociech pretensji o to, że sami zachowali się, jak dzieci nie zdające sobie sprawy z okrutnego faktu, że długi należy spłacać. Dziecko ma prawo żyć chwilą, dorosły musi umieć przewidzieć odległe skutki podejmowanych decyzji. Zdziecinnienie pod wpływem własnego dziecka nikogo nie usprawiedliwia, nie jest okolicznością łagodzącą przed żadnym sądem i przed komornikiem nie uchroni.

Kiedy pod wpływem benzoesanu sodu stosowanego jako konserwant żywności i napojów oraz farb syntetycznych spożywanych w dużych ilościach właśnie w napojach, nasze dziecko dostaje napadów złości, wszczyna awantury o byle co, na niczym nie może się skupić i chce więcej, coraz to więcej wody zafarbowanej na wściekły kolor i osłodzonej syropem glukozowo-fruktozowym, albo co gorsza – aspartamem, ulegając gwałtownie wyrażanym żądaniom, pogłębiamy tylko dziecka i swoje nieszczęście. Tutaj odstęp czasu pomiędzy zadziałaniem czynnika sprawczego a skutkiem zdrowotnym jest na tyle krótki, że wystarczy zacisnąć zęby i serdecznie, ale bardzo stanowczo nie poddawać się presji przez niewiele tygodni, i w wyniku odstawienia szkodliwych substancji uzyskać radykalną poprawę zdrowia.

Co innego w przypadku czynników szkodliwych oddziałujących na nasze dzieci od najmłodszych lat po urodzeniu, których tragiczne skutki ujawniają się dopiero po latach kilkudziesięciu, w postaci nowotworów złośliwych i ciężkich zaburzeń hormonalnych. Podając niemowlęciu ftalanową zabawkę lub pojąc z buteleczki uwalniającej bisfenol A, jesteśmy w najszczęśliwszym etapie życia, ale też nieświadomie pozbawiamy nasze dziecko takiej samej radości rodzicielstwa za 20 – 30 lat. Skazujemy je też na podwyższone ryzyko raka o różnorodnej lokalizacji.

Spośród przejawów zupełnego braku wiedzy o zagrożeniach zdrowia czynnikami rakotwórczymi, bądź też karygodnej nieodpowiedzialności rodzicielskiej, na pierwszy plan wysuwa się tragiczna w przyszłych skutkach moda na solarium. Powiem bez ogródek. Rodziców kompromituje zdobiąca ich dziecko opalenizna uzyskana w wyniku naświetlania lampami emitującymi promieniowanie inicjujące proces nowotworowy, który po kilkunastu – kilkudziesięciu latach kończy się czerniakiem złośliwym, niezwykle niebezpiecznym rakiem skóry, z uwagi przerzuty szybkie i podstępne. W oparciu o ewidencję epidemiologiczną w wielu krajach wprowadzono lub wprowadza się zakaz korzystania z łóżek opalających przez osoby, które nie ukończyły 20. roku życia. Solarium do 20. roku zwiększa ryzyko raka skóry.

W miarę dorastania naszego dziecka zbieramy owoce jego wychowania i dawanego mu przykładu. Szybko tracimy kontrolę nad tym co nasze dziecko kupuje. Ponieważ pierwsze kroki mały konsument kieruje do szkolnego sklepiku, nie mogąc liczyć na żadne władze rządowe i samorządowe, sami powinniśmy zadbać o nieszkodliwą dla zdrowia ofertę handlową pod szkolnym dachem, poprzez komitet rodzicielski albo bezpośrednie rozmowy z zarządem szkoły. Podobnie jak najbardziej pożądana jest zmowa rodziców w stosunku do osiedlowego kiosku czy wiejskiego sklepiku.

Na wydawanie przez nastoletnie latorośle kieszonkowego, a tym bardziej osobiście przez nie zarobionych pieniędzy (oby bez ryzyka), mamy gwałtownie malejący wpływ i możemy tylko liczyć na to, że nasza cierpliwość, otwartość i stała gotowość do pomocy pozwoli naszemu dorastającemu dziecku ominąć rafy braku wiedzy i doświadczenia. A nieraz musimy stanąć do walki w bardzo nierównej konkurencji z wielobarwnym środowiskiem rówieśniczym, w którym niezwykle trudno ujawnić handlarzy śmiercią i żywym towarem płci obojga. Telewizja, w tym publiczna, ta misyjna, reklamy i pokazy w przestrzeni publicznej, prasa, kino, koncerty, niosą jeden i ten sam przekaz odbierający młodość młodym ludziom, z obdarzonej podmiotowością osoby ludzkiej czyniących przedmiot bezwolnie poddający się każdej manipulacji i bezwzględnej eksploatacji. Na początek młodych ludzi, którzy mają jeszcze jakieś skrupuły, odurza się, zaczynając od piwa i marihuany. Kiedy znieczulenie alkoholem lub narkotykami nie jest wystarczające, oddaleniu wszelkich obaw służą szeroko reklamowane rozmaite zabezpieczenia, a przy ich braku, rozdawanie tabletek wczesnoporonnych już dwunastoletnim dzieciom, co miało miejsce w brytyjskiej sieci supermarketów Tesco, albo też szczepionka mająca chronić przed rakiem szyjki macicy, na co obecnie wydawane są bardzo duże pieniądze oddane przez polskich podatników do dyspozycji władzom samorządowym.

13. czerwca 2008

Zarządzanie ryzykiem zdrowotnym nie może pomijać żadnego z czynników uznanych za zagrożenie zdrowia. Uznanych przez specjalistów w zakresie medycyny a nie ekonomii, inżynierii, rolnictwa, socjologii, marketingu, reklamy i szeregu innych, niezwykle ważnych obszarów wiedzy, bez których ludzkość obecnie nie może się obejść. Pilnuj szewcze kopyta, chciałoby się rzec, podziwiając wywody inżynierów rozmaitych branż, którzy bez zająknienia oddalają obawy milionów ludzi zainteresowanych wpływem rozmaitych czynników na zdrowie swoich dzieci i własne. Co upoważnia absolwenta politechniki do bagatelizowania wpływu kruszących się rur azbestowo-cementowych na zdrowie konsumentów zaopatrywanych przez rozpadający się wodociąg? Czy to on będzie w przyszłości patrzył w oczy ludziom, którzy nie potrafili zahamować procesu kancerogenezy i poprzez etap polipów doszli do raka jelita grubego? Jaki to tytuł naukowy pozwala inżynierowi autorytatywnie wypowiadać się na temat wpływu organizmów genetycznie modyfikowanych na zdrowie człowieka? Szanując własny obszar ekspertyzy, nie można kompromitować się znachorskimi popisami na poziomie podwórkowej edukacji. W ramach festiwali nauki czas za to najwyższy zacząć demonstrować arcyciekawe zjawisko wykorzystania promieniowania niejonizującego związanego z telefonią komórkową do prażenia kukurydzy. Tak, tak. Kto nie wierzy, niech zajrzy na stronę internetową www.halat.pl/telefony.html i tam znajdzie odnośnik do filmów pokazujących jak za pomocą telefonów komórkowych uzyskuje się popcorn. Może ten fenomen przekona młodzież i jej rodziców do poważnego traktowania ostrzeżeń przed skutkami prażenia mózgu, zwłaszcza rozwijającego się. Trudno jednak powiedzieć, czy to wystarczy, aby przekonać inżynierów, że stacje bazowe telefonii komórkowej, czy tzw. maszty, nie powinny oddziaływać na mieszkańców, pracowników i/lub pacjentów, gdyż grozi to powtórzeniem licznych doświadczeń na ludziach, którzy już zdążyli ponieść tragiczne skutki lekceważenia ich prawa do zdrowia i życia.

O ile informacje sygnalne pochodzące z mniej lub bardziej wiarygodnych obserwacji laboratoryjnych, klinicznych i populacyjnych powinny podlegać profesjonalnej analizie, a w razie utrzymywania się wątpliwości – otworzyć ewentualnie drogę do prawidłowo zaprojektowanych i przeprowadzonych badań epidemiologicznych, o tyle rozstrzygnięcia zapisane w postaci norm sanitarnych wymagają bezwarunkowego stosowania. Tu sprawy są już bezdyskusyjne i ich zapisaniem w postaci obowiązującego prawa i wyegzekwowaniem muszą zając się wyspecjalizowane organy państwa. Niestety, im bardziej państwo skorumpowane, tym mniej zainteresowane eliminacją czynników zagrażających zdrowiu i życiu człowieka. Żabom, ptakom, mchom i porostom należy się ochrona, ludziom – nie. A wszystko przez rozpasanie rzeczników zysku za wszelką cenę, choćby po trupach.

Aby spełnić wszystkie wymagania higieniczne i zdrowotne trzeba nieraz ponieść ogromne koszty dostosowawcze, a potem dzień i noc pilnować wszystkich elementów systemu, wśród których czynnik ludzki wcale nie jest najbardziej zawodny. W każdej chwili może dojść do katastrofy w postaci ujawnienia tych niepożądanych cech produktu, które dotychczas, nieraz bardzo długo, udawało się ukrywać tylko “dzięki” udziałowi w układzie zapewniającym bezkarność. Układ zadba o wygodne przepisy prawne i rozgrzeszy z ich nieprzestrzegania. W razie konieczności tak skroi garnitur wymagań sanitarnych, aby nigdzie nie uwierał, zwłaszcza te ryby najbardziej tłuste. W razie potrzeby nie skontroluje, a kiedy ktoś ujawni przestępstwo, układ obróci się przeciwko niemu, nie przestępcy. Znakiem przynależności do układu jest posiadanie jakiegoś niezwykle prestiżowego wyróżnienia, wszem i wobec głoszącego: nas nie ruszaj, bo pożałujesz. Za takim wyróżnieniem kryją się przecież wybitne autorytety, niezwykle niezależni eksperci, którzy przecież nie za pieniądze, a z czystej pasji naukowej polecają przebadane na wylot najlepsze w świecie produkty. Na przykład wędliny wytworzone z surowca wyprodukowanego w fabrykach mięsa, gdzie organizmy genetycznie modyfikowane przetwarza się na tkankę zwierzęcą, bądź powstałe z dużym udziałem izolatów białka soi genetycznie modyfikowanej. Albo nabiał i ryby tak nasycone dioksynami, że powinny być natychmiast wycofane z obrotu przez służby sanitarne. Albo naturalną wodę mineralną, tyleż pyszną, co radioaktywną.

20. czerwca 2008

Woda to podstawowy warunek ludzkiej egzystencji. Najłatwiej przychodzi o tym się dowiedzieć, kiedy wody zabraknie. Z różnych przyczyn, czy to z powodu krótko- lub długotrwałej suszy, czy też w wyniku tak znaczącego pogorszenia się parametrów wody, że może ona zagrażać życiu i zdrowiu konsumentów jej samej lub też produktów wytworzonych z jej udziałem. Im mniej wody, tym mniejsze rozcieńczenie szkodliwych czynników biologicznych, chemicznych i fizycznych, w tym radioaktywnych. Jest zupełnie oczywiste, że im mniej wody, tym bardziej stężenie zanieczyszczeń pochodzenia przyrodniczego, komunalnego i przemysłowego osiąga poziomy przekraczające wydolność stacji uzdatniania wody. Każdy proces technologiczny ma przecież ściśle sprecyzowane warunki efektywności i jeżeli woda pobierania do uzdatnienia jest za brudna, nie można oczekiwać, że do wodociągów trafi woda spełniająca wymagania sanitarne. W celu ochrony zasobów wody, będących coraz cenniejszym skarbem każdego narodu, należy starannie zinwentaryzować i – tam gdzie to możliwe – wyeliminować wszystkie źródła zanieczyszczeń wód powierzchniowych i podziemnych. Jeśli tego się nie uczyni, pozostaje czekać na opłakane skutki własnych zaniedbań.

Nie są one jednak tak oczywiste, jak jawne dla wszystkich zabicie człowieka z premedytacją. Z uwagi na złożoność zagadnienia, daleko wykraczającą poza możliwość indywidualnej obserwacji, dla wykazania związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy skażeniem wody a utratą zdrowia i życia należy sięgnąć do wnioskowania epidemiologicznego.

W tym zakresie Wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące jakości wody do picia, PIERWSZY DODATEK DO WYDANIA TRZECIEGO, Tom 1, Zalecenia, definiują referencyjny poziom ryzyka: “Opisy “referencyjnego poziomu ryzyka” w odniesieniu do wody są zwykle wyrażane w terminach określonych następstw zdrowotnych – n. p. najwyższa częstość chorób biegunkowych lub zapadalności na raka lub maksymalna częstość zakażeń (ale niekoniecznie chorób) wywołanych określonym czynnikiem chorobotwórczym. Istnieje szereg związanych z wodą chorób o rozmaitej ciężkości, włącznie z ostrymi, opóźnionymi i przewlekłymi następstwami zarówno w postaci chorobowości jak i śmiertelności. Następstwa mogą być tak różnorodne jak problemy ujawniane po porodzie, rak, cholera, czerwonka, zakaźne zapalenie wątroby, robaki jelitowe, fluoroza szkieletu, dur brzuszny i zespół Guillain-Barré. Decyzje co do pogodzenia się z ryzykiem są bardzo skomplikowane i wymagają uwzględnienia rozmaitych wymiarów ryzyka. W dodatku do wymiarów “obiektywnych”, jak prawdopodobieństwo, ciężkość i długość trwania skutku, pojawiają się ważne wymiary środowiskowe, społeczne, kulturowe, ekonomiczne i polityczne, które odgrywają ważną rolę w podejmowaniu decyzji.

W tych procesach ważną rolę odgrywają negocjacje, a każda sytuacja może przynieść zupełnie wyjątkowe zakończenie. Niezależnie od złożoności decyzji co do ryzyka istnieje zapotrzebowanie na podstawowe definicje ryzyka dającego się znieść (ang. tolerable risk – ryzyko które jest akceptowane społecznie w określonym miejscu, czasie i sytuacji, n.p. ze względu na duże koszty redukcji ryzyka) w celu opracowania Wytycznych dotyczących jakości wody do picia i jako punkt wyjścia dla podejmowania decyzji w określonych sytuacjach.

Referencyjny poziom ryzyka pozwala porównać ze sobą choroby związane z wodą i zapewnić jednolite podejście do postępowania z każdym zagrożeniem. Dla potrzeb obecnych Wytycznych referencyjny poziom ryzyka jest wykorzystany dla szerokiego zrównoważenia poziomów ochrony, na które można sobie pozwolić w przypadku toksycznych chemikaliów z jednej strony, a z drugiej – mikrobiologicznych czynników chorobotwórczych. W tym celu brane są pod uwagę tylko zdrowotne następstwa chorób wodnopochodnych.

Referencyjny poziom ryzyka wynosi 10-6 lat skorygowanych niepełnosprawnością (DALY – Disability Adjusted Life Years – lata życia skorygowane niepełnosprawnością. Jest to wskaźnik lat życia przeżytych w niepełnosprawności i czasu straconego na skutek przedwczesnej śmierci) na osobę na rok, co jest odpowiednikiem w przybliżeniu nadmiernego ryzyka raka w skali całego życia 10-5 (t. j. 1 dodatkowy przypadek raka na 100 000 mieszkańców spożywających przez całe życie wodę pitną zawierającą substancje w stężeniu normowanym przez Wytyczne). Dla czynników chorobotwórczych wywołujących wodniste biegunki z niska śmiertelnością chorych (n. p. 1 na 100 000) referencyjny poziom ryzyka będzie odpowiednikiem 1/1000 corocznego ryzyka choroby dla pojedynczej osoby (około 1/10 w skali całego życia).

Referencyjny poziom ryzyka może być adaptowany do miejscowych okoliczności na bazie podejścia polegającego na zbilansowaniu ryzyka i korzyści. W szczególności należy policzyć tę część obciążenia jakąś chorobą, którą prawdopodobnie można przypisać wodzie pitnej. Ustalenia priorytetów zdrowia publicznego powinny zwykle wskazać na te główne czynniki, które wpływają na sytuację i z którymi przede wszystkim trzeba się uporać, uwzględniając koszty i oddziaływanie potencjalnych interwencji. Tu jest także uzasadnienie leżące u podstaw stopniowego rozwoju i stosowania standardów. Użycie DALY dla ustalenia referencyjnego poziomu ryzyka jest podejściem nowym i rozwijającym się. Szczególnym wyzwaniem jest zdefiniowanie skutków dla zdrowia ludzi związanych z ekspozycją chemikaliów nieprogowych.”

Kto nie chce paść ofiarą negocjacji, w których nikt go nie pyta o zdanie, musi zaopatrzyć się w domowe urządzenie doczyszczania wody wodociągowej.

3 października 2008

Nauka bez właściwej etyki jest groźniejsza niż polityka bez właściwej etyki.

Ktoś spyta: a jaka to etyka jest właściwa? Kto inny powie: żadna etyka nie jest właściwa, bowiem każdy ma własną etykę. Wiadomo! Nie nam to mówić! Ten, kto strzegł jak źrenicy oka utopijnego socjalizmu właśnie doczekał upadku utopijnego kapitalizmu i niechby żył jak najdłużej, aby nie bez satysfakcji mógł posunąć się nieco na ławie oskarżonych i zrobić miejsce następnym doktrynerom kierującym się własną etyką. A jaką etyką kierować się będą sędziowie orzekający winę i nakładający karę za zbrodnie ikon utopijnych doktryn? Przecież nawet najbardziej precyzyjne sformułowanie prawne można zupełnie dowolnie zinterpretować zależnie od etyki interpretatora. I z tego prostego powodu politycy będący sprawcami zmarnowanych życiorysów milionów przed ludzi przed i po roku 1989 unikną potępienia i swoim przykładem po raz kolejny udowodnią, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Skoro tak, to nawet pozbawieni wszelkich zasad najwięksi cynicy powinni na wypadek własnej krzywdy szukać jakiejś wspólnej etyki, do której w razie potrzeby mogliby się odwołać.

Powyższe dotyczy polityki, na której każdy się zna, przynajmniej na poziomie rozmówców Stańczyka udzielających mu pseudolekarskich porad.

Nauka w odróżnieniu od polityki otacza się nimbem elitarności, a przybliżanie jej osiągnięć za pieniądze koncernów zainteresowanych bezproblemowym zbytem opatentowanych technologii, n. p. podczas tzw. festiwali nauki, jest zwykłą reklamą, tyle że z naukawym zadęciem. Jednak im większe ze strony badań i wdrożeń naukowych ryzyko dla ludzi, zwierząt i środowiska, tym większa potrzeba oceny etycznej postępowania garstki osób, być może kierujących się własną etyką, które chcą decydować za wszystkich.

Inżynieria genetyczna jest tą dziedziną nauki, która wymaga stanowczej i jednoznacznej oceny etycznej przeprowadzonej według kryteriów etyki wspólnej dla ponad jednej szóstej ludności świata, z którą inni mogą się nie zgadzać, ale nie mogą jej pomijać, gdyż jest najczęściej deklarowaną na całym świecie.

Oto aktualny komunikat:

Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego
Adam Bielan
oraz
 Rektor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie
prof. dr hab. Jan Maciej Dyduch

mają zaszczyt zaprosić na Konferencję

Organizmy genetycznie modyfikowane
 – GMO szansą czy zagrożeniem w Unii Europejskiej

pod patronatem Metropolity Krakowskiego ks. kard. Stanisława Dziwisza,

która odbędzie się

w sobotę, 4 października 2008 r., w godz. 10.00 – 14.00
 w auli Centrum Resurrectionis Księży Zmartwychwstańców
 ul. ks. Pawlickiego 1 w Krakowie

PROGRAM KONFERENCJI:

9.30 Emisja filmu dokumentalnego nt. GMO – “Życie wymyka się spod kontroli”
10.00 – 10.20 Otwarcie konferencji – wiceprzewodniczący PE Adam Bielan, rektor PAT, ks. prof. dr hab. Jan Maciej Dyduch
 10.20 – 10.50 dr Zbigniew Hałat – prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów – “Zagrożenie zdrowia człowieka ze strony organizmów genetycznie modyfikowanych”
10.50 – 11.30 prof. dr hab. Stanisław Wiąckowski – kierownik Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska Akademii Świętokrzyskiej – “Zagrożenie związane z wprowadzaniem genetycznie modyfikowanych organizmów”
11.30 – 12.00 poseł do PE Janusz Wojciechowski – “Sprawa GMO w Parlamencie Europejskim”
12.00 – 12.30 Przerwa kawowa
 12.30 – 12.50 Jadwiga Łopata ICPPC – Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi, KOALICJA POLSKA WOLNA OD GMO, laureatka ekologicznego Nobla – “Deklaracja z Jasnej Góry dla Polski i Europy wolnej od GMO”
12.50 – 13.10 radna województwa małopolskiego Maria Malinowska – “Stanowisko samorządu Województwa Małopolskiego w sprawie GMO”
13.10 – 13.40 ks. dr Andrzej Muszala – Papieska Akademia Teologiczna – “Chimery, hybrydy i GMO. Bioetyczne aspekty genetycznych modyfikacji roślin i zwierząt”
13.40 – 14.00 Dyskusja panelowa
 ok. 14.00 Zamknięcie konferencji

***
 Prosimy o potwierdzenie przybycia.

E-mail: biuro@bielan.pl
 lub
 tel. 693 74 00 75

Biuro Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego
 Adama Bielana
 ul. Łobzowska 35/7, PL 31-139 Kraków
 tel. +48 12 630 99 76 , fax 75

Podając powyższe do wiadomości, podkreślam wagę tego spotkania wobec naporu właścicieli technologii gmo na nasz kraj.

10. października 2008

Nie są w stanie tego zrozumieć mentalni spadkobiercy opartego o niewolnictwo Imperium Rzymskiego, którego granice sięgnęły zaledwie skrawków ziem Słowian Zachodnich. Także miłośnicy tradycji zaborczych i okupacyjnych cesarstw, rzesz i sojuzów nie mogą pojąć, jak to jest możliwe, że Polacy domagają się tych samych praw, które przysługują innym. To samo dotyczy obecnej naszej pozycji w Unii Europejskiej, której narzędzia nie są używane do roztrąbionego wyrównywania różnic a służą bezczelnej walce konkurencyjnej z resztkami polskiej własności w gospodarce, a wkrótce po tym – co oczywiste – będą bez pardonu wykorzystane do odebrania zubożałym Polakom zadłużonych nieruchomości. Do zadłużenia każdej rodziny łatwo doprowadzi choroba choćby jednego z jej członków. Stąd niezwykłej wagi dla bytu naszego narodu nabiera walka o konstytucyjny kształt opartego o zasadę solidaryzmu narodowego prawa do ochrony zdrowia.

Tymczasem dramatycznie nieporadne zarządzanie systemem ochrony zdrowia stanowi zdaniem winowajców argument na rzecz komercjalizacji, prywatyzacji czy innej formy zawłaszczenia wspólnego dobra przez nich samych. Tą samą metodą zawłaszczono w minionej dekadzie wielkie zakłady produkcyjne sławne w świecie polską marką, całe gałęzie gospodarki oddano w obce ręce lub po prostu zlikwidowano pod pozorem nieopłacalności. Za sztandarową aktywność w tym obszarze w postaci zatopienia 28 kopalń węgla nagrodą są europejskie posady, a nawet dożywotnie immunitety. Źle zarządzać, nie kontrolować, dopuścić do upadku i wtedy rozłożyć ręce: nooo, widzicie sami – tego bagna to już nie da się uratować! Po rękach musimy całować każdego, kto zechce przejąć te nie wiadomo skąd narosłe zobowiązania, a przy okazji cały majątek – drogie budynki, atrakcyjne działki i niezwykle kosztowny sprzęt. A miejsca pracy? Nie ma problemu! Po pracownikach wkrótce nie będzie ani śladu, pójdą na bezrobocie, kto będzie mógł, wyjedzie w poszukiwaniu pracy, rozbije rodzinę, pozostawi za sobą eurosieroty. Nie warto byle czym się przejmować!

A co z korzystającymi ze świadczeń zdrowotnych? Co z pacjentami? Pacjenci tym się różnią od klientów, że klient może zrezygnować z kupna jakiejś rzeczy lub usługi, kiedy go nie stać na zakup, a pacjent zrezygnować ze świadczenia zdrowotnego nie może, bo albo umrze, albo utrwali lub pogorszy zły stan swojego zdrowia. Będąc w tak krytycznej sytuacji sam pacjent lub jego rodzina będą gotowi sprzedać wszystko, łącznie z domem, ziemią, w najlepszym przypadku wziąć na leczenie kredyt hipoteczny, na wymuszonych nagłą potrzebą warunkach na tyle niekorzystnych, aby bank mógł bez zbędnych ceregieli zgarnąć mienie niewypłacalnego dłużnika. W stanach najwyższego napięcia emocji, kiedy np. zagrożone jest życie i zdrowie dziecka, rodzicom niezwykle łatwo przyjdzie zaakceptować propozycję pokrycia wydatków na kosztowne procedury lub leki złożoną przez przedstawiciela firmy, której statutowym celem jest zysk finansowy osiągany poprzez sprzedaż świadczeń zdrowotnych, a nie zapewnienie świadczeń zdrowotnych dla ludności. Powiązanie biznesowe, a nawet kapitałowe właściciela zakładu opieki zdrowotnej z firmami sprzedającymi leki i sprzęt medyczny jest opcją niezwykle atrakcyjną dla wszystkich stron. Dla wszystkich z wyjątkiem tej najsłabszej – pacjenta zdanego na łaskę i niełaskę systemu zaprojektowanego dla osiągania dochodów. Opowiadania o jakichś etycznych czy urzędowych gwarancjach bezpieczeństwa pacjenta w skomercjalizowanych – sprywatyzowanych zakładach opieki zdrowotnej należy włożyć między bajki. Wystarczy przypomnieć opinie wybitnych polskich onkologów o wykrywalności raka przez lekarzy pierwszego kontaktu i unieważnione badania mammograficzne wykonane za pomocą wadliwego sprzętu. Narodowy Fundusz Zdrowia potrafi z kamienia wycisnąć dziesięcinę, zapłacić z niej krocie zastępom swoich urzędników, ale nie jest w stanie wysłać ich na kontrolę w teren, aby przyjrzeli się wołającej o pomstę do nieba poniewierce płatników. Nadzór ministra zdrowia nad Narodowym Funduszem Zdrowia jest notorycznie nieskuteczny i twardej ręki potrzebnej do sprawowania nadzoru i kontroli nad wydatkowaniem dziesiątków miliardów złotych na zaspokojenie podstawowych potrzeb społecznych nie zastąpią teatralne przedstawienia przed kamerami, skoro ludzie płacą za rzetelne świadczenia zdrowotne a nie za polityczną hucpę.

Upadek ochrony zdrowia to w przekonaniu obecnie rządzących argument na rzecz komercjalizacji – prywatyzacji. To już zakrawa na kpinę z wyborców. Każdy z płatników Narodowego Funduszu Zdrowia ma prawo spytać jako wyborca: co triumfatorzy ostatnich wyborów zrobili, aby ochronę zdrowia naprawić, zanim doszli do przekonania, że trzeba mieć problem z głowy i po prostu wylać dziecko z kąpielą.

17. października 2008
tylko audio

24. października 2008

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
NIE BĄDŹ BEZPIECZNY. Poeta pamięta
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Powyższy fragment wiersza Czesława Miłosza, laureata literackiej nagrody Nobla 1980, widnieje na pomniku Poległych Stoczniowców 1970 odsłoniętym 16. grudnia 1980 r. w X rocznicę wydarzeń grudnia 70 w Gdańsku na pl. Solidarności.

Wiersz powstał w 1950 r. w Waszyngtonie, gdzie Czesław Miłosz jako wysoki urzędnik ambasady PRL reprezentował jeden z dwóch najbardziej jawnie odrażających i krwiożerczych totalitaryzmów znanych ludzkości. Od przedwojnia lewicowe i antypolskie manifestacje Miłosza nie mogły ujść uwadze KGB, stąd i pełnia zaufania, która musiała być warunkiem obsadzenia go przez Moskwę w stolicy wrogiego mocarstwa.

A jednak…A jednak…

W roku 1980 Nobel dla Miłosza i przesłanie laureata zawarte w słowach “Który skrzywdziłeś człowieka prostego” były jasnym i oczywistym dla każdego kierunkowskazem do Polski Suwerennej i Solidarnej. Jednym otwierały oczy, innym budziły sumienia, jeszcze innych napawały panicznym strachem. Nikt nie zaglądał poecie do życiorysu, bo nie było jak i po co. Wiał wiatr historii. W gablotach NSZZ Solidarność, w gazetkach i ulotkach, sam zamieszczałem fragment “Ballady o trzęsących się portkach” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

Gdy wieje wiatr historii,
Ludziom jak pięknym ptakom
Rosną skrzydła, natomiast
Trzęsą się portki pętakom.

I temu poecie nikt nie zaglądał do życiorysu, bo też nie było jak i po co. Wyrwany z całości fragment utworu powstałego pod naciskiem pogrobowców Stalina w roku śmierci megazbrodniarza i - zdaniem znawców wymierzonego przeciwko szeroko pojętej prawicy – miał za zadanie obudzić w Polakach ducha walki o Polskę Suwerenną i Solidarną. Rzeczywiście w krótkim czasie prawdziwej Solidarności, Solidarności 80, ludziom jak pięknym ptakom rosły skrzydła. Rzeczywiście, trzęsły się portki pętakom. Zamiast dołączyć do uskrzydlonych ludzi, wybrali oni drogę zbrodni, użyli brutalnej siły, ale skrzydeł połamać nie zdołali.

Skrzydła połamali ludziom dopiero wiarołomni politycy sprawujący władzę po 1989 r. Pod koniec roku 2008 na ogromną większość Polaków spadają plagi, w przeszłości niewyobrażalne i w nasileniu wcześniej niespotykanym. Człowiek prosty, ten, który nie ma żadnego wpływu na swój los i może liczyć wyłącznie na zmiłowanie kasty politycznej opętanej demonami prywaty i agentury, człowiek prosty, któremu nieludzki system nie pozwala spokojnie przyjść na świat, przepędzając rodzącą go matkę ze szpitala do szpitala, a potem odcina mu dostęp do lekarza, człowiek prosty, któremu nieludzki system nie pozwala sprzedać płodów polskiej ziemi, człowiek prosty, na którego nieludzki system nakłada koszty utrzymania przekraczające dochody, człowiek prosty, któremu odbiera się pracę, rodzinę i Ojczyznę, ten człowiek prosty ponownie zwraca się do was, rządzący Polską, słowami polskiego noblisty:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
 Gromadę błaznów koło siebie mając
 Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
 Cnotę i mądrość tobie przypisując,
 Złote medale na twoją cześć kując,
 Radzi, że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
 Możesz go zabić – narodzi się nowy.
 Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
 I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

31. października 2008

Kartka z napisem ZGON wręczania pacjentom wyrzucanym ze szpitala jest symbolem naszych czasów.

Człowiek cierpiący, oczekujący profesjonalnej pomocy, współczucia, pociechy, a wreszcie – świadczenia zdrowotnego, na które składał pieniądze całe swoje życie, nagle ze szpitalnego łóżka jest przenoszony do karetki, trzymając w ręce przeznaczoną dla niego samego przywieszkę z pustą na razie rubryką dotyczącą miejsca, daty i godziny zgonu. Być może czując zbliżającą się śmierć, sam powinien wypełnić te rubryki i nie fatygować nikogo do potwierdzenia oczywistych skutków ewakuacji ciężko chorych ludzi ze szpitala. Być może ministerstwo zdrowia wyda stosowną instrukcję napisaną prostym językiem, znanym z prasowych konferencji i parlamentarnych wystąpień, pouczającą pacjentów jak sobie wypełnić rubrykę dotyczącą przyczyny zgonu.

Okrzyki “Hańba, hańba!” oceniające dokonania sejmowej większości w zakresie likwidowania dorobku cywilizacyjnego Polaków powinny być dobrze wysłuchane przez wszystkich. Nadstawcie ucha młodzi, zdrowi i bogaci.

Zdrowie przeminie tak szybko jak młodość, oby nie szybciej, a posiadane przez was pieniądze już okazały się bańką mydlaną, wydmuszką reklamy pomieszanej z polityczną propagandą, grą komputerową. A nadchodzące nieubłaganie choroby nie są wirtualne. Kiedy trochę boli, można dać się omamić reklamom leków przeciwbólowych, które ze względu na zło, jakie wyrządzają powinny być natychmiast zakazane. Kiedy ból nie ustępuje, kiedy staje się nie do zniesienia, kiedy nie można się poruszać, jeść, trawić, widzieć, słyszeć, myśleć, trzeba szukać pomocy. Właśnie, myśleć. Już teraz powinni szukać pomocy ci, którzy nie potrafią myśleć racjonalnie i z dziecięcą naiwnością sięgają swoją wyobraźnią najdalej do prezentów pod choinką, ferii i wakacji.

Moi drodzy! To, że reklamodawcy narzucają wam wizję świata w rodzaju dziecięcych marzeń, narzucają wam dziecięcą logikę brania kredytów w rodzaju “kiedy pożyczę na zabawki, będzie mi wesoło, a o spłatę martwią się tylko ponuraki”, nie oznacza, że nadal jesteście dziećmi. Kto nie wierzy, niech założy krótkie spodenki i pogaworzy z komornikiem.

To samo ze zdrowiem. Nawet jeśli dzisiaj czujecie się świetnie, jutro możecie leżeć na OIOMie, albo usłyszeć, że wasz ojciec ma zawał, matka wylew, czy dziecko białaczkę. Szok, tak – szok. Pozbieracie myśli, dostosujecie się jakoś do nowej sytuacji i czekacie na szybką i skuteczną pomoc. A ta nie nadchodzi. Co najwyżej ktoś wam, albo waszym najbliższym, wręczy przywieszkę z napisem ZGON, z pustymi kratkami, tak na wszelki wypadek, gdyby czas dojazdu do najbliższego szpitala, w którym jeszcze ktoś pracuje, przekroczył wytrzymałość chorego. Czy nie widzicie co z nami wyprawiają? Czy nie domyślacie się, jaki los nam gotują?

I jeszcze jedno. Porównywanie etyki dygnitarzy odpowiedzialnych za ochronę zdrowia w Polsce i w krajach Trzeciego Świata uwłacza tym ostatnim. Tam ludziom nawet najuboższym żaden polityk nie ośmieliłby się urągać prosto w twarz.

7. listopada 2008

Duża medycyna, medycyna prewencyjna, im bardziej zaniedbana, tym bardziej głośno daje o sobie znać. Jej znaczenia nie doceniają zwykle niedopieczeni politycy, którym się wydaje, że przez okres sprawowania władzy nie potkną się o skutki własnej arogancji i ignorancji. Ludzie narażeni na agresję tych polityków muszą się bronić, wykorzystując twarde fakty. Oto one.

W latach 2000 – 2006 stwierdzono w Polsce 32 941 chorób zawodowych. Ponad połowa z nich dotyczyła pracowników zaliczonych do dwóch sekcji Polskiej Klasyfikacji Działalności PKD – Przetwórstwo Przemysłowe i Edukacja. W Przetwórstwie Przemysłowym stwierdzono 8 598 chorób zawodowych, w Edukacji 8 229 chorób zawodowych, co stanowi odpowiednio 26 i 25% wszystkich chorób zawodowych stwierdzonych w latach 2000 -2006.

Spośród 3 129 wszystkich chorób zawodowych stwierdzonych w roku 2006 na pierwszym miejscu znalazły się przewlekłe choroby narządu głosu spowodowane nadmiernym wysiłkiem głosowym – 762 przypadki. Miejsce drugie zajęły pylice płuc – 667 przypadków. Współczynnik chorób zawodowych stwierdzonych na 100 000 zatrudnionych w roku 2006 ogółem wynosił 32,8. Ten sam współczynnik był najwyższy dla grupy przewlekłe choroby narządu głosu spowodowane nadmiernym wysiłkiem głosowym – 8 przypadków na 100 000 zatrudnionych i grupy pylice płuc – 7 przypadków na 100 000 zatrudnionych.

Jak wynika z materiału pod nazwą STAN SANITARNY KRAJU 2007 opublikowanego przez Główny Inspektorat Sanitarny w wyniku przeprowadzonych w 2007 roku postępowań wyjaśniających, organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej wydały 3 293 decyzje o stwierdzeniu choroby zawodowej oraz 3 875 decyzji o braku podstaw do stwierdzenia choroby zawodowej. Uwzględniając postępowanie odwoławcze, w wyniku uprawomocnienia się decyzji o stwierdzeniu choroby zawodowej w 2007 roku stwierdzono 3 276 chorób zawodowych. Liczba stwierdzonych chorób zawodowych w porównaniu do roku 2006 r. uległa zwiększeniu o 147 przypadków. Wśród stwierdzonych w 2007 r. chorób zawodowych dominowały przede wszystkim: przewlekłe choroby narządu głosu, spowodowane nadmiernym wysiłkiem głosowym, trwającym co najmniej 15 lat – 796 przypadków (w 2006 r. – po korekcie 760) i pylice płuc – 700 przypadków (w 2006 r. – 667).

Postępowanie administracyjne w sprawie występowania chorób zawodowych prowadzi Państwowa Inspekcja Sanitarna, realizując zadania dotyczące nadzoru nad warunkami pracy. W toku postępowania właściwy państwowy inspektor sanitarny wydaje imienną decyzję o stwierdzeniu choroby zawodowej, bądź o braku podstaw do stwierdzenia choroby zawodowej. Do celów ustalenia orzeczenia w sprawie rozpoznania choroby zawodowej przez uprawnione placówki medyczne, pracownicy Państwowej Inspekcji Sanitarnej sporządzają oceny narażenia zawodowego u pracowników występujących o stwierdzenie choroby zawodowej, w oparciu o informacje dotyczące całkowitego przebiegu zatrudnienia w narażeniu na czynnik szkodliwy dla zdrowia, który może być przyczyną zaistnienia choroby zawodowej, bądź też w związku ze sposobem wykonywania pracy (nadmierny wysiłek głosowy, nadmierne przeciążenie układu ruchu itd.).

Szczegółowe dane dotyczące stwierdzonych chorób zawodowych opracowywane są przez Instytut Medycyny Pracy w Łodzi w ramach Centralnego Rejestru Chorób Zawodowych. Rejestr prowadzi Zakład Epidemiologii Środowiskowej Celem Rejestru jest zbieranie i przetwarzanie danych dotyczących stwierdzonych chorób zawodowych oraz analiza epidemiologiczna sytuacji w tym zakresie. Dokumentem źródłowym jest “Karta stwierdzenia choroby zawodowej”, wypełniana i przesyłana do Instytutu Medycyny Pracy przez państwowych wojewódzkich inspektorów sanitarnych, po uprawomocnieniu się decyzji o stwierdzeniu choroby zawodowej.

Jak podaje Instytut Medycyny Pracy w Łodzi aktualnie w Rejestrze zgromadzonych jest ponad 298 000 przypadków chorób zawodowych.. Od 2003 roku polskie dane o chorobach zawodowych zostały włączone do statystyki europejskiej i corocznie przesyłane są do EUROSTAT-u zgodnie z obowiązującą w tym systemie metodyką opracowania danych.

Corocznie wydawane jest opracowanie “Choroby zawodowe w Polsce …” autorstwa zespołu, którym kieruje pani prof. .Neonila Szeszenia-Dąbrowska, zawierające aktualne dane o zapadalności z uwzględnieniem jednostek chorobowych, rodzaju działalności (wg Polskiej Klasyfikacji Działalności), województw, płci). W roku 2007 ukazała się też publikacja “Choroby zawodowe w Polsce – statystyka i epidemiologia”, która jest pierwszym w Polsce zwartym wydawnictwem zawierającym dane statystyczne dotyczące zapadalności na choroby zawodowe od 1971 roku, tj. od rozpoczęcia gromadzenia danych przez Instytut Medycyny Pracy w Łodzi do 2005 roku. W opracowaniu podjęto próbę określenia czynników wpływających na występowanie chorób zawodowych wraz ze wskazaniem ich wpływu na kształtowanie się zapadalności na choroby zawodowe w różnych okresach. Zamieszczono także akty prawne zawierające listy chorób zawodowych od roku 1928 do roku 2002, tj. poczynając od pierwszej od odzyskania niepodległości do listy aktualnie obowiązującej.

14. listopada 2008

Tak w przeszłości, jak i za naszego życia, najwyższa realna siła dawała o sobie znać niezliczoną ilość razy, na miarę biblijną wprost ingerując w życie pojedynczych osób, losy rodzin i historię całego narodu. Stworzeni na wzór i podobieństwo najwyższej realnej siły jesteśmy przez nią taktowani jak równoprawni partnerzy, z pełnym szacunkiem dla naszej wolności. Obdarowanie pełnią wolności własnego stworzenia oraz wyrozumiałość i miłosierdzie okazywane własnemu stworzeniu dowodzą, że najwyższa realna siła to uosobione Dobro. Jednak wolność to wolny wybór. Aby wolny wybór mógł być dokonany, konieczne jest zagwarantowanie wybierającym dostępu do konkurencyjnej oferty. Tu pojawia się kolejny dowód na potęgę uosobionego Dobra. Najwyższa Realna Siła pozwala na istnienie innej realnej siły, siły uosobionego Zła. Ta to już nie przebiera w środkach walki konkurencyjnej. “Śmieszy, tumani, przestrasza” według słów, którymi posłużył się nasz wieszcz, opisując sztuczki człowieka, który świadomie, za realne korzyści, zgodził się na współpracę z uosobionym Złem. Balladę PANI TWARDOWSKA Adam Mickiewicz kończy happy end. Ten, który za konkretne korzyści sprzedał duszę diabłu, na jakiś czas wyłgał się od odpowiedzialności za dane słowo i uratował własną skórę. Ale nie wiemy, jakie straty ponieśli ci, których pan Twardowski, sygnatariusz paktu z diabłem, rozśmieszył, otumanił i przestraszył.

Wiemy za to, jakie straty ponieśliśmy my, których nie bajkowi a prawdziwi Twardowscy rozśmieszali, tumanili i straszyli w przeszłości i czynią to nadal.

Dr Beniamin Spock, amerykański pediatra, dał światu dzieło p. t. BABY AND CHILD CARE, wydane także po polsku pod tytułem DZIECKO PIELEGNACJA I WYCHOWANIE. W pierwszym wydaniu z 1946 r. tak skutecznie wyłożył racje bezstressowego wychowywania dzieci, że stał się duchowym ojcem wychowanych bezstressowo “pokoleń Spocka” należących do powojennego wyżu demograficznego, a nawet ich dzieci i wnuków. Już po dziesięciu latach w liście do czytelników drugiego wydania z 1957 r. dr Spock przyznał, że wychowanie bezstressowe może przynieść więcej strat niż korzyści i przedstawił bardziej zrównoważone poglądy, niż te które przez dekady druzgotały i nadal niszczą życie milionów, jeśli nie miliardów ludzi na całym świecie.

Kolejny guru na skalę globalną, tym razem w dziedzinie ekonomii, twórca właśnie rozpadającego się na naszych oczach światowego systemu finansowego – Alan Greenspan podczas przesłuchania przed Kongresem USA 24. października 2008 r. przyznał, że to jego błędy mogły przyczynić się do kryzysu finansowego pożerającego pieniężne podstawy naszej teraźniejszości i przyszłości. “Wolny rynek załamał się. To mnie zaszokowało. Do dziś nie mogę zrozumieć, co się stało” – powiedział Greenspan.

Obydwaj panowie, Spock i Greenspan, działali zapewne w dobrej wierze, dysponowali specjalistyczną wiedzą, wybitnymi talentami i charyzmą, Pociągnęli za sobą innych, stali się twarzami ideologii dominujących w zglobalizowanym świecie, przekonali swoją argumentacją niezliczonych zwolenników, ale też dorobili się niezliczonych doktrynerów bezrefleksyjnie powtarzających ich słowa. Ci przekuli głoszone przez nich idee w obowiązujące prawo i praktykę postępowania w podstawowych dziedzinach życia publicznego. Miliardy ludzi na świecie mogą na własnej skórze odczuć skutki realnej siły wyrosłej na glebie bezstressowego wychowania Spocka i polityki monetarnej Greenspana. W szerokim zakresie możliwości. Od pobicia przez zatrutych piwem młodych, którym powiedziano “róbta, co chceta”, po utratę środków utrzymania, łącznie z emeryturą, w wyniku krachu na giełdzie.

 Realną siłą nagminnie i brutalnie posługują się rozliczne totalitaryzmy poukrywane najczęściej za niezbyt dopasowanymi maskami, a to dobra ludzkości, a to wyzwolenia uciskanych. Każde pokolenie Polaków bezradnie zaciskało pięści, stając w obliczu realnej siły. Obce interesy załatwiane przez mniej lub bardziej jawnych kolaborantów, czy agentów, za pomocą realnej siły opartej o pierwszą z brzegu argumentację i oprzyrządowanie prawne zawsze miały na celu ostatecznie rozwiązać kwestię polską w Polsce. Odebrać Polakom życie i własność, kiedyś brutalnie, dzisiaj po cichu, krok po kroku, pod przykrywką jakich wyssanych z palca argumentów i skompromitowanych doktryn, to pozbyć się problemu rozsadzającego misternie układane konstrukcje panowania realnej siły uosobionego Zła nad światem.

Dzięki Bogu realna siła tkwi w także w nas. Jeszcze większa w naszej solidarności. W naszej walce o przeżycie i solidarnym poparciu dla tych, którzy na pierwszej linii frontu występują w obronie wspólnych interesów, którzy nie szepczą, kiedy trzeba krzyczeć, którzy nie żałują groszy, kiedy tracą setki złotych, którzy nie narzekają na zmęczenie, kiedy zagraża im przedwczesna śmierć.

Realna siła każdego z nas z osobna to moc, z której każdy z nas musi skorzystać w obronie zdrowia, życia i majątku własnego i własnej rodziny.

Realna siła nas wszystkich razem to potęga, z której musimy skorzystać w obronie narodowego dobra – naszej Ojczyzny i każdego z naszych rodaków.

21. listopada 2008
tylko audio

28. listopada 2008

1. grudnia 2008 r. przypada dwudziesty Światowy Dzień AIDS (1988-2008).

Krajowe Centrum ds. AIDS (ul. Samsonowska 1, 02-829 Warszawa tel. +48.(022) 331 77 77) informuje, że “materały promocyjne (plakaty, pocztówki, ulotki, itp.) przygotowane przez World AIDS Campaign, UNAIDS i Fundację FORDA dostępne są na stronie internetowej. Z materiałów można korzystać przy przygotowywaniu lokalnych obchodów 20. Światowego Dnia AIDS oraz przez cały rok, zgodnie z potrzebami małych społeczności na całym świecie. Wszystkie materiały nie są ograniczone prawami autorskimi, dlatego można z nich korzystać w sposób nieograniczony.

Autorzy zachęcają do dzielenia się własnymi twórczymi pomysłami dotyczącymi przygotowania tegorocznej kampanii i nadsyłania ich na adres: worldaidsday@worldaidscampaign.org . Najciekawsze z nich zostaną umieszczone na stronie http://www.worldaidscampaign.org/

Materiały dostępne online zostały przygotowane w czterech językach: angielskim, francuskim, rosyjskim oraz hiszpańskim (plakaty dodatkowo w języku niemieckim) i są opatrzone wspólnym hasłem: Zatrzymaj AIDS. Dochowaj obietnicy, przyjętym na lata 2005 – 2010

W 2008 r. materiały podzielono na trzy części tematyczne i opatrzono następującymi hasłami: LEAD-EMPOWER-DELIVER PROWADŹ-UMOCNIJ-UDOSTĘPNIJ

PROWADŹ (LEAD) W czasie Światowego Dnia AIDS ludzie z całego świata mobilizują się do rzucenia wyzwania AIDS. Każdy z nas może zostać przywódcą w walce z AIDS.

UMOCNIJ (EMPOWER) Sukces przeciwstawienia się AIDS zależy od siły pojedynczych ludzi i całych społeczności, dlatego tak ważne jest, aby znieść nierówności społeczne i ekonomiczne, a przede wszystkim niesprawiedliwość, która te nierówności rodzi. Aby dobrze pracować, ludzie muszą się czuć upoważnieni (umocnieni) do prowadzenia działań.

UDOSTĘPNIJ (DELIVER) Przywódcy (czyli każdy z nas, organizacje, rządy) wzywani są do znacznego podniesienia globalnego dostępu do programów profilaktycznych, leczenia, opieki i wsparcia do roku 2010.

Dlaczego właśnie hasła: PROWADŹ-UMOCNIJ-UDOSTĘPNJ? Te słowa klucze związane są z głównym tematem Światowych Dni AIDS od 2005 r., przebiegających pod hasłem: Przywództwo i propagowanych poprzez slogan: Zatrzymaj AIDS. Dochowaj obietnicy.

Hasło Przywództwo zachęca liderów na wszystkich poziomach do zatrzymania AIDS. Wychodząc od tematu Odpowiedzialności promowanego w roku 2006, Przywództwo ukazuje rozbieżność pomiędzy deklarowanymi zobowiązaniami, które podjęto, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się AIDS, a konkretnymi działaniami wprowadzonymi w życie. Przywództwo upoważnia każdego z osobna, organizacje i rządy do podjęcia walki z AIDS.

W roku 2007, na całym świecie zachęcano do przewodzenia w zatrzymaniu epidemii AIDS. Kampanie przybrały formę marszów, dyskusji, wydarzeń podnoszących świadomość społeczną i obietnic składanych przez liderów.

Dzięki tym akcjom ludzie zgłosili gotowość do swojego przywództwa, teraz przyszedł czas na rozliczenie się z konkretnych działań. Obietnice muszą zostać dotrzymane, a ludzie aby działać efektywnie muszą czuć się upoważnieni do działania.”

Sprowadzając powyższe szczytne hasła na ziemię, polską ziemię, nie sposób pominąć coraz to wyższej fali dowodów na prosty fakt, że nieobecni w debacie publicznej nie mają racji. Nieobecni w debacie publicznej katolicy też nie mają racji, tylko dlatego, że sami rezygnują z zabrania głosu w najbardziej nawet istotnych sprawach, w tym walki z selekcyjną pandemią AIDS. Praktykowanie kanonów wiary katolickiej w sposób oczywisty zatrzyma AIDS, pod warunkiem, że wobec katolików nie będzie zastosowana przemoc czy to w sferze publicznej, czy to indywidualnej. Ergo Światowy Dzień Walki z AIDS należy wykorzystać do promocji kanonów wiary katolickiej i głośnego występowania przeciwko przemocy skierowanej przeciwko katolikom, która to przemoc rozprzestrzenia AIDS w Polsce i na całym świecie.

Na czele faktów o AIDS lansowanych w ramach tegorocznej międzynarodowej kampanii przeciw AIDS znajdują wyniki najnowszych badań naukowych, bardzo praktycznie przydatne każdemu, kto zaryzykował zarazić się AIDS. W ciągu kilku dni od chwili zakażenia u 7 – 9 osób na 10 zakażonych pojawiają się łącznie trzy objawy, które wprawdzie ustępują po dwóch – trzech tygodniach, ale zawsze powinny być rozpatrywane jako wskazujące na zakażenie wirusem wywołującym AIDS. Są to: gorączka, wysypka i silny ból gardła.

5. grudnia 2008

Polska stała w obliczu zagłady też przed siedemdziesięciu laty. W innych granicach geograficznych, inni niż dzisiaj Polacy starali się złożyć z rozproszonych fragmentów mozaikę swojej przyszłości, która już wkrótce miała utonąć w czerwonej jak krew barwie, choć odróżniającej się emblematami, totalitarnej przemocy rządzącej u sąsiadów. W roku 1938 w Zamościu, nakładem OO. Redemptorystów, czcionkami Drukarni Toruńskiej S. A. Toruń, o. Leon Pyżalski, redemptorysta, wydał niewielką książeczkę p. t. WROGOWIE LUDU. PRAWDZIWI I MNIEMANI.

W Zagajeniu o. Pyżalski pisze:

“Do kogo zwraca się niniejsza książeczka? Do was, bracia, chłopi i robotnicy, którzy pragniecie się dowiedzieć, kto prawdziwie dobrze wam życzy, a kto jest waszym wrogiem”

Z perspektywy minionych 17 lat tej działalności oo. redemptorystów w Polsce i na świecie, której sami byliśmy świadkami, nie może nas dziwić, że pierwszy rozdział pracy o. Leona Pyżalskiego nosi tytuł “Zła książka, złe pismo” i zawiera kryteria wartościowania treści w najbardziej wówczas dostępnych środkach masowego przekazu, na krótko przed kataklizmem, którego skutki trwają do naszych dni, a ostatnio zaczęły lawinowo narastać. Jakie czasy, taki język, z czego warto zdać sobie sprawę, kiedy poprawność polityczna z jednej strony i umyślne szkodnictwo z drugiej strony paraliżują samoobronę Polaków. Polaków a nie mieszkańców Polski, jakim to terminem jesteśmy określani przez sprawujących najwyższe władze panujące w Polsce w roku 2008. Jest to bardzo niepokojące zważywszy na fakt, że władze wszystkich, ale to wszystkich, krajów bezwzględnie dbają o interesy swoich narodów a nie mieszkańców swoich krajów.

Tak pisał przed siedemdziesięciu laty redemptorysta o. Pyżalski:

“Czy rozumne jest hasło “Czytajcie, czytajcie jak najwięcej? “

I tak i nie!

Czytanie głupstw, oszczerstw, kłamstw, brudów i innych bezecności, od których aż roi się we współczesnym piśmiennictwie, działa jak trucizna na ducha ludzkiego. Lepiej, stokroć lepiej nie znać abecadła, niż używać znajomości czytania do karmienia się tym, co podłe…

Hasło nasze zatem powinno brzmieć: “Czytajcie dobre książki i pisma”…

Ba! – powiesz na to. A które książki i pisma są dobre, a które złe? “przecież każdy wydawca zachwala swoje książki, jako dobre, bardzo dobre, najlepsze…

Istotnie!.. Ale, ty, bracie, masz zdrowy chłopski rozum, masz sumienie, masz Boga w sercu. Jeżeli chcesz iść z głosem rozumu i sumienia, to prawie zawsze doznasz niepokoju, gdy wpadnie ci do rąk książka zła… Jak bez trudności odróżnia się w życiu cnotę od występku, miłość od nienawiści, czystość od brudu, tak i wśród czytania człowiek dobrej woli spostrzega się, czy książka zachęca go do dobrego czy złego”

Pamiętamy, że tuż przed wojną nawet radio należało do rzadkości. Jakie byłyby refleksje o. Pyżalskiego nad przekazem, którym nadawcy telewizji atakują nawet małe dzieci? Dalej czytamy:

“Powiadasz, że między pismami i książkami zakazanymi jest wiele bardzo ciekawych…

Oczywiście…to co zakazane , zawsze wydaje się bardzo ciekawe.

Tymczasem złe wydawnictwa nie są tak ciekawe jak sądzisz. .. Najczęściej powtarzają one w kółko te same bzdury i niedorzeczności, które już po niezliczone razy zostały zbite, odrzucone i napiętnowane przez ludzi mądrych i dobrą ożywionych wolą.

Trochę ciekawe bywają złe książki i pisma dlatego, że często używają języka podłego, chamskiego…Wyzywają i bezczeszczą najordynarniejszymi wyrazami wszystko i wszystkich, którzy im są niemili i niewygodni. Ty, bracie, chyba nie jesteś z liczby takich, co to się lubują we wszelakim chamstwie…”

I dalej tak pisze redemptorysta w 1938 roku:

” A czy to nie jest również ważną rzeczą, że kupując jakiekolwiek pismo złe, popierasz takowe materialnie?.. Jeżeli mało kto będzie nabywał takie wydawnictwa, przestaną one wychodzić i zatruwać dusze. Niestety, wielka liczba ludzi dobrej woli nieopatrznie groszem swoim podtrzymuje złe pisma i książki. .. A przecież za to na sądzie Bożym odpowiadać będą.”

” A już w żadnym razie nie czytaj wydawnictw rozrzucanych po świecie prze nieprzyjaciół Boga, religii i Kościoła świętego. Kto sam żyje bez Boga, nie może tego znieść, że inni Boga mają w sercu. Więc każdy bezbożnik pismami swymi usiłuje innych oderwać od Boga.

Kto w duszy ma nienawiść do rzeczy Boskich, ten prawie w każdym piśmie swoim ów jad szatański będzie wyrzucał na zewnątrz, zarażając innych.

Kto zrzucił z siebie jarzmo moralności chrześcijańskiej i żyje jak bydlę, ten błotem i cuchnącą zgnilizną bryzga na wszystkie strony, by wszyscy wokoło stali się do niego podobni.

Trzymaj się zatem, bracie drogi, z dala od wszelkich książek i czasopism, jakie wydają zdecydowani bezbożnicy, wolnomyśliciele, komuniści, socjaliści, rozmaici niby to obrońcy ludu, którzy dawno pożegnali się z wszelką religijnością.

Choćby nie zawsze i nie w każdym słowie rzucali się na wiarę i Kościół, Nie ufaj im! Udawać oni umieją ludzi szlachetnych i niewinne baranki, lec pozyskawszy twe zaufanie, wstrzykiwać ci będą coraz silniejszymi dawkami jad obojętności religijnej, a w końcu i nienawiści ku wszystkiemu, co Boże… Pod ich wpływem pozostając ani się nie spostrzeżesz, jak staniesz się bezbożnikiem.

Tak, to pewne!

Najstraszniejszym wrogiem twego szczęścia doczesnego i wiecznego jest zła książka i złe pismo!

Wydawnictwo odwracające cię od religii jest twoim szatanem.

Więc bardziej niż zarazy i śmierci, wystrzegaj się złego czytania!”

Wprost i bez owijania w bawełnę głosił prawdę dzielny redemptorysta także przed siedemdziesięciu laty.
 
12. grudnia 2008

Podłożenie Irlandii świni nafaszerowanej dioksynami dziwnym trafem ujawniono z wycyzelowanym opóźnieniem nie tylko po to, aby obrzydzić ludziom Święta Bożego Narodzenia, do czego chrześcijanie zdążyli się już chyba przyzwyczaić, ale i by rzucić na kolana niepokornych Irlandczyków. Nie dość, że nie chcą zrezygnować z suwerenności, to jeszcze trują całą Europę. Kto z telewizyjnych przekazów pamięta widok potwornie uszkodzonej skóry twarzy kandydata na prezydenta Ukrainy, ten dokładnie wie, czego można się spodziewać po spożyciu dioksyn zawartych w jednym tylko talerzu zupy.

No cóż. Żyjemy w kraju, w którym z ekranów telewizji publicznej, a więc i misyjnej, płynie przekaz reklamowy o tym, jak to za jedyne 99 złotych pozbyć się można metali ciężkich, wirusów, bakterii, a nawet pasożytów, przyklejając na noc uzdrowicielskie plastry do stóp. Budzimy się rano, a tu na prześcieradle kłębi się 10 metrów tasiemca. Oby tylko nie był uzbrojony! Reklama nie wspomina jednak o zdolności plastrów do wyciągania dioksyn z organizmu człowieka. Nic więc dziwnego, że na trop irlandzkich boczków i pasztetów rzucono wszystkie siły gwarantujące nam bezpieczeństwo żywności. Skoro nie można leczyć, plastrami – oczywiście, to trzeba zapobiegać. Sprawnie przeprowadzona akcja pod kryptonimem “Irlandzka świnia”, a bo to zatruta dioksynami, a bo nie chce do chlewa, w którym usłyszy “du Schweine”, wykazała przede wszystkim ogrom importu mięsa zalewającego polski rynek z kierunków, jak zwykle nieprzewidywalnych. Nie od dzisiaj wiadomo, że kawałek mięsa, nawet półtusza, zdjęcia w paszporcie nie ma i identyfikacja kraju pochodzenia jest co najwyżej kwestią wiary w mniej lub bardziej prawdziwe dokumenty. Oczywiście im bliższe związki importera ze służbami kontrolnymi, tym łatwiej służbom uwierzyć w dokumenty na odległość cuchnące fałszerstwem. Biorąc pod uwagę monopol znanej grupy polityczno – biznesowej na zyskowny obrót płodami rolnymi, od jej członków należy uzyskiwać informacje, za pomocą wywiadów prasowych lub przesłuchań, skąd pochodzi i jaka jest żywność lądująca na naszych stołach. Kupić tanio, sprzedać drogo, odpalić za kryszę, a czysty zysk zainwestować mądrze i bezśladowo, to rutyna o wieloletniej, niczym niezakłóconej tradycji. A tanio można kupić produkt niepełnowartościowy, a najtaniej – szkodliwy dla zdrowia konsumentów. Tu jest największy zysk. Wystarczy przypomnieć dokonany w minionej dekadzie import do Polski prionów wywołujący u ludzi nowy wariant choroby Creutzfeldta – Jakoba , a u bydła tzw. chorobę szalonych krów.

Do 1986 r., zanim odkryto, że krowy chorują na BSE, na spożycie przez ludzi w Wlk. Brytanii przeznaczono 54 000, a do 1989 r. – 446 000 sztuk bydła dotkniętego BSE. Dopiero w 1989 r. specjalnie powołany komitet doradczy rządu Wlk. Brytanii zalecił wycofać ze sprzedaży mózg, śledzionę, grasicę, migdałki i jelita oraz nakazał spalenie lub zakopanie zwłok zwierząt chorych na BSE. Jednak nakazy nie były ściśle egzekwowane, więc przyjmuje się, że w latach 1989-1995 aż 282 000 sztuk zakażonego bydła zostało przeznaczonych do spożycia przez ludzi. Ogółem uważa się, że zakażonych BSE było 3-5% zwierząt, które weszły do łańcucha pokarmowego człowieka. Zaraza mogła szerzyć się bez przeszkód nie tylko w ramach jednolitego wspólnego rynku europejskiego, lecz także poza nim. Oto w latach 1993-1994 z obszaru Unii Europejskiej pozbyto się 710 000 ton zapasów wołowiny, oferując ją po konkurencyjnej cenie 0,8-0,9 dolara za kilogram. Na tej ofercie zarobiły też firmy importujące mięso do Polski. Tylko w 1994 r. sprowadzono do nas około 25 tys. ton wołowiny i 22 tys. ton (licząc w wadze mięsa) żywca wołowego, co stanowiło ok. 10% krajowej produkcji wołowiny i miało – w opinii polskiego resortu rolnictwa – zrównoważyć spadek produkcji krajowej. Według ministerstwa rolnictwa, w latach 1994-1999 do Polski przywieziono 30 000 krów z krajów, w których stwierdzono BSE. Dopiero z początkiem 2000 r. władze wprowadziły zakaz importu bydła, mięsa, przetworów, jelit, a także mączki mięsnej z krajów, w których występuje BSE.

Wracając do dioksyn należy przypomnieć ich definicję. Zgodnie z Rozporządzeniem Komisji (WE)Nr 199/2006 z dnia 3 lutego 2006 r. zmieniającym rozporządzenie (WE) nr 466/2001 ustalającym najwyższe dopuszczalne poziomy dla niektórych zanieczyszczeń w środkach spożywczych w odniesieniu do dioksyn i dioksynopodobnych PCB, Temin “dioksyny” obejmuje grupę 75 polichlorowanych dibenzo-p-dioksyn (“PCDD”) oraz grupę 135 polichlorowanych dibenzofuranów (“PCDF”), z których 17 ma działanie toksyczne. Polichlorowane bifenyle (“PCB”) stanowią grupę 209 różnych kongenerów, które mogą być podzielone, ze względu na swoje właściwości toksykologiczne, na dwie grupy: niewielka ich liczba wykazuje własności toksykologiczne podobne do dioksyn i dlatego są one nazywane “dioksynopodobnymi PCB”. Większość z nich nie wykazuje toksyczności “dioksynopodobnej”, lecz ma inny profil toksykologiczny. Każdy kongener dioksyn lub dioksynopodobnych PCB prezentuje inny poziom toksyczności. Aby móc podsumować toksyczność tych różnych kongenerów, w celu ułatwienia oceny ryzyka i kontroli regulacyjnej wprowadzona została koncepcja współczynników równoważności toksycznej (“TEF”). Oznacza to, że wyniki analizy odnoszące się do poszczególnych kongenerów dioksyn i dioksynopodobnych PCB są wyrażone w postaci jednej jednostki wartościującej: “Równoważnik toksyczny TCDD” (“TEQ”). W 2001 r. Komitet Naukowy ds. Żywności (SCF) wydał opinię w sprawie oceny ryzyka dioksyn i dioksynopodobnych PCB w żywności, aktualizując swoją opinię w tej sprawie z 2000 r. w oparciu o nowe informacje naukowe dostępne od czasu wydania poprzedniej opinii. SCF ustalił dopuszczalną tygodniową dawkę (“TWI”) dla dioksyn i dioksynopodobnych PCB na 14 pg WHOTEQ/ kg masy ciała. Szacunki dotyczące narażenia wskazują, że u znacznej części populacji Wspólnoty w pokarmie przekraczana jest dopuszczalna tygodniowa dawka. Dla pewnych grup ludności w niektórych krajach ryzyko może być większe ze względu na szczególne nawyki jedzeniowe.

W moim, od dawna głoszonym, przekonaniu w warunkach naszego kraju głównym źródłem zagrożenia ludzi dioksynami, obok przemysłowych źródeł skażenia powietrza, jest spalanie śmieci w domach. Latem z wielu kominów wydobywa się ledwo widoczna smużka. Za to zimą, zwłaszcza w nocy, wąwozy ulic, kotlinki i doliny zapełnia dym. Drobny pył ląduje na łąkach, polach i stawach. Jest głównym nośnikiem kancero- i teratogennych dioksyn. Wypasane w okolicy kurki, świnki, czy krówki a także karpie z pobliskiej sadzawki odkładają dioksyny w swoim tłuszczu. Odkładają je dla nas – konsumentów. Wytyczne Unii Europejskiej z lipca 2004 przewidują wstrzymanie produkcji mleka, jaj, mięsa i ryb w gospodarstwie, z którego pochodzą skażone dioksynami produkty, ich zniszczenie lub odpowiednie przetworzenie (np. odtłuszczenie) w przypadku mleka.
 
19. grudnia 2008

Jakże polski to symbol wszelkiego wyobrażalnego dobra. Jakże niepolskie jego pochodzenie. Powściągliwie umiarkowane O Tannenbaum, o Tannenbaum, wie gruen sind deine Blaetter opuściło domy chrześcijańskich przybyszów z Zachodu, aby pięknie rozkwitnąć żywiołem kolęd rozpoznawanych jako kwintesencja polskiej tradycji. Tak polskiej jak polskość dwóch braci Goetlów, których ojciec, Niemiec, pisał się przez dwa t – Goettel. Ferdynand Goetel w latach 1926-1933 był prezesem polskiego PEN Clubu, a później, do wybuchu wojny, prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich. Podczas obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. był kierownikiem sekcji propagandy Obywatelskiego Komitetu Pomocy Ludności Warszawy. Sławne przemówienia radiowe prezydenta bohaterskiej Warszawy Stefana Starzyńskiego wyszły spod pióra Ferdynanda Goetla. Od 5 lat prochy pisarza spoczywają na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Jego brat, Walery Goetel był wielkim polskim geologiem, ekologiem i paleontologiem. W 1965 r. wprowadził termin sozologia. Sozologia jest nauką o czynnej ochronie środowiska naturalnego, zajmuje się przyczynami i następstwami niekorzystnych zmian w strukturze i funkcjonowaniu układów przyrodniczych, zwłaszcza zmian wynikających z rozwoju cywilizacji oraz sposobami zapobiegania im i łagodzenia ich skutków. Sozologia poszukuje skutecznych sposobów zapobiegania degradacji środowiska, w zakresie środowiska wodnego zajmuje się jego ochroną przed zanieczyszczeniem, eutrofizacją i degradacją wód. W ramach sozologii są opracowywane praktyczne metody działania zmierzające do zapobiegania lub łagodzenia skutków niekorzystnych zmian środowiska. Sozologia jest nauką interdyscyplinarną, związaną z ekologią, geologią i geografią, wykorzystuje wiedzę z różnych nauk technicznych, ekonomicznych, humanistycznych i medycznych. W ramach nauk medycznych do sozologii można zaliczyć medycynę zajmującą się wpływem środowiska zamieszkania, nauki, pracy i wypoczynku na zdrowie człowieka, przede wszystkim z punktu widzenia noksologii, a więc nauki o czynnikach szkodliwych dla zdrowia, choć nie tylko.

Bliski członek rodziny obydwu braci Goetlów, bodajże bratanek, zawitał do gospodarstwa moich dziadków ze strony ojca Mieczysława jako treuhaender, a więc zarządca w imieniu Trzeciej Rzeszy tych gospodarstw, które wkrótce po wybuchu wojny jeszcze były pod w rękach Polaków. Niemiec a pracował i jadł razem z Polakami, a nawet nie chciał pieniędzy ze sprzedaży płodów rolnych. To są wasze pieniądze, z waszego gospodarstwa i wam się należą, mówił dziadkowi. W pierwszej fazie okupacji terenów wcielonych do Rzeszy Polaków wywożono m. in do Potulic. Przed wywózką uchronił dziadków i ich trzech synów, Niemiec Gustaw Schlaeihert, ostrzegając na czas przed zagrożeniem…

Kiedy nadejdzie czas kolędowania i popłynie Stille Nacht, Heilige Nacht czy to w wersji polskiej, czy angielskiej, warto wesprzeć serdeczną myślą Ojca Świętego Benedykta XVI w jego wysiłkach na rzecz wspólnego dobra w naszej części świata.

ROK 2009

2. stycznia 2009

Ludzi boli kiedy tracą dom, pracę, szpital, transport. Bezdomni, bezrobotni, pozbawieni dostępu do opieki lekarskiej i jakiegokolwiek środka komunikacji ludzie czują się nieszczęśliwi i oszukani. Oszukani przez tych, których rozpromienione twarze opowiadają o dobrobycie, jaki potrafili zapewnić swoim wyborcom. Jest się czym pochwalić. Na polu międzynarodowym same sukcesy. Sukcesy na miarę San Domingo. Albo niechybnej nominacji na sekretarza Generalnego ONZ, która wszakże skończyła się na stołku zgoła mniej uniwersalnym, bo zdefiniowanym etnicznie, jak to się określa we współczesnej nowomowie. Albo światowej promocji kolejnych miast, których mieszkańcy nie pytani o sensowność fanaberii swoich prezydentów, spokojnie, bez protestu składają się na rosnące koszty zagranicznych wojaży prezydenckich dworów z jednej strony i utrzymania miejskich spółek zaopatrujących w wodę, odprowadzających ścieki i zapewniających komunikację z drugiej strony. Mieszkańcy dużych miast potrafią być hojni. Zapłacą miejscowe podatki, pogodzą się z zaporową ceną wody i nie pytają o nic. W oczekiwaniu jeszcze wyższych podatków, w tym katastralnego, oszczędzają pieniądze, rzadziej się kąpiąc. Po co się zresztą myć, kiedy w centrum miasta rządzonego przez najbardziej ambitnego prezydenta można potknąć się o zwały śmieci i to wcale nie po największej w świecie imprezie, ale na co dzień. Brudne ciało mieszkańca, którego nie stać na kąpiel, dobrze się komponuje z brudem komunalnym. Bezdomni, bezrobotni, pozbawieni dostępu do opieki lekarskiej i jakiegokolwiek środka komunikacji już wiedzą co oznaczają piękne słówka polityków. Pozostali podskakują w rytm kakofonii z ryczących głośników. Jest im dobrze. …Ulubiona muzyka znieczula, wyzwala z potrzeby myślenia. Zwłaszcza myślenia o przyszłości.

W ciepłej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia w kolejce do osiedlowego warzywniaka zasłabł starszy pan. Upadł dwukrotnie. Nikt z kolejki nie podszedł. No bo wszyscy mieli ręce zajęte siatkami. Starszy pan stanął na nogi i przewrócił się ponownie. Tym razem uderzył głową w twardy przedmiot. Kiedy przyjechało pogotowie ratunkowe, usłyszał, że nic mu nie jest, że może iść do domu. A to, że trzykrotnie upadł? Ależ to zwykły przypadek. Taki zbieg okoliczności. Kto i jak wychowuje ludzi, których przeżarło okrucieństwo tzw. znieczulicy? Kto i czego uczy ludzi pracujących w pogotowiu ratunkowym? Kto szczuje ludzi na ludzi? Kto obrzuca oszczerstwami i insynuacjami tych, którzy dowiedli, że potrafią bezinteresownie służyć innym i wychowywać, i nie oglądać się na własne korzyści? Kto podkopuje sprawdzone autorytety po to, aby je zastąpić lobbistami opłacanymi za demontaż służącego Polakom państwa, a nawet dobiera się do naszych zasobów naturalnych, takich jak zasoby energii geotermalnej, po to, aby umożliwić sprzedaż technologii elektrownii atomowych, importować uran, a także doprowadzić do zamknięcia polskich kopalni? Kto? Wiadomo, politycy. Oby rok 2009 był rokiem sądnym dla polskich polityków.

9. stycznia 2009
tylko audio

23. stycznia 2009

Majestat śmierci przytłacza.

Nieodwracalność czyni z niej zdarzenie bezdyskusyjne co do faktu zaistnienia. We współczesnym świecie totalnego ograniczenia świadomości, powszechnego zamroczenia propagandą i reklamą, stwierdzenie znamion śmierci pewnych pozwala rozpoznać śmierć biologiczną, czyli ustanie wszelkich procesów życiowych komórek. Reszta prawdy o człowieku jest przedmiotem zażartych sporów wspieranych stronniczymi opiniami opisującymi jeden i ten sam fakt w skrajnie odmienny sposób co do jego charakterystycznych cech, przyczyn i kutków. Jedno jest pewne: człowiek nie żyje. Reszta jest kwesti domysłów popartych mniej lub bardziej wiarygodnymi dowodami. A które to dowody są wiarygodne? Ktoś przecież musi je za takie uznać lub je odrzucić. Policjant, prokurator, sędzia, aby mógł wypełniać swoją rolę w społeczeństwie musi być przede wszystkim bezstronny. Jeżeli jest stronniczy, to lepiej żeby go w ogóle nie było. Zajmując pozycję niezbędną w siatce społecznych współzależności stwarza pozór, że potrafi odróżnić sprawcę od ofiary, że dostrzega granicę pomiędzy dobrem a złem, że wie co to znaczy dobro wyższe na tle kłębowiska interesów poszczególnych osób, ugrupowań i przestępczych szajek. Dysponując oddaną mu do dyspozycji siłą państwa, w tym brutalną siłą środków przymusu, policjant, prokurator i sędzia ponosi odpowiedzialność proporcjonalną do posiadanych uprawnień za to co zrobił, jak co zrobił i czego nie zrobił. Uprawnień do wyłamania komuś drzwi, wykręcenia rąk, wsadzenia za kraty na parę lat bez wyroku, czy też po uprawomocnionym wyroku, sponiewierania fizycznego i psychicznego, odebrania zdrowia, dobrego imienia i majątku nie ma nikt inny jak tylko policjant, prokurator i sędzia. Tym większa jego chwała za wykorzystanie tych uprawnień do walki z przestępcami, tym większa jego hańba za wykorzystanie tych uprawnień do walki politycznej lub handlowej poprzez jawne lub niejawne opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu.

Nagłośniona śmierć jednego człowieka przyniosła dymisje dygnitarzy w resorcie sprawiedliwości, cicha śmierć każdej z ofiar ruiny systemu ochrony zdrowia w Polsce jest traktowana marginalnie. Nawet po śmierci ludzie nie są traktowani na zasadzie równości. Z jednej strony polityczne trzęsienie po śmierci mordercy, z drugiej – martwa cisza nad gwałtownie rozszerzającym się cmentarzyskiem ofiar braku dostępu do lekarza i leczenia.

Wśród osób, które nie mogą doczekać się skutecznej interwencji leczniczej są też zagrażający zdrowiu i życiu innych ludzi. Nosiciele, podejrzani o zakażenie, podejrzani o chorobę zakaźną i chorzy na chorobę zakaźną stanowią narastającą masę ludzi zagrażających zdrowiu i życiu innych co najmniej tak długo jak długo trwa ich stan niewiedzy o własnym zdrowiu i sposobach zabezpieczania innych przed zakażeniem. Brak dostępu do lekarza i skutecznego leczenia oznacza, że ich nieszczęście będzie przeniesione na innych ludzi.

Kolejna narastająca masa ludzi, którzy bez skutecznej interwencji leczniczej mogą zagrażać zdrowiu i życiu innych osób, to cierpiący na niektóre zaburzenia psychiczne. Albo są już zdiagnozowani i skutecznie leczeni, albo też w fazie rozwoju choroby, niezdiagnozowani, albo nieleczeni skutecznie. Art. 31 Kodeksu karnego uwalnia osoby niepoczytalne od odpowiedzialności karnej: “§1 Nie popełnia przestępstwa, kto, z powodu choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia czynności psychicznych, nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem. §2 Jeżeli w czasie popełnienia przestępstwa zdolność rozpoznania znaczenia czynu lub kierowania postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary. §3 Przepisów §1 i 2 nie stosuje się, gdy sprawca wprawił się w stan nietrzeźwości lub odurzenia powodujący wyłączenie lub ograniczenie poczytalności, które przewidywał albo mógł przewidzieć”.

Na podstawie art. 15 ust. 9 ustawy z dnia 21 maja 1999 r. o broni i amunicji (Dz. U. z 2004 r. Nr 52, poz. 525 z p. zm.) wydano Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 23 grudnia 2005 r. w sprawie wykazu stanów chorobowych i zaburzeń funkcjonowania psychologicznego wykluczających możliwość wydania pozwolenia na broń i rejestracji broni (Dz. U. z 2006 r. Nr 2 poz. 14). Oto wykaz stanów chorobowych i zaburzeń funkcjonowania psychologicznego wykluczających możliwość wydania pozwolenia na broń i rejestracji broni:
1) organiczne zaburzenia psychiczne włącznie z zespołami objawowymi;
2) zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania spowodowane używaniem substancji psychoaktywnych, z wyłączeniem palenia tytoniu;
3) schizofrenia, zaburzenia typu schizofrenii (schizotypowe) i urojeniowe;
4) zaburzenia nastroju (afektywne);
5) zaburzenia nerwicowe lękowe, obsesyjno-kompulsyjne, dysocjacyjne, pod postacią somatyczną;
6) przewlekająca się reakcja na ciężki stres i zaburzenia adaptacyjne;
7) przewlekłe zaburzenia behawioralne związane z zaburzeniami fizjologicznymi i czynnikami fizycznymi z wyłączeniem dysfunkcji seksualnych niespowodowanych zaburzeniem organicznym ani chorobą somatyczną;
8) zaburzenia osobowości;
9) zaburzenia nawyków i popędów;
10) zaburzenia preferencji seksualnych (transwestytyzm fetyszystyczny, ekshibicjonizm, oglądactwo, pedofilia, sadomasochizm);
11) upośledzenie umysłowe;
12) całościowe zaburzenia rozwojowe;
13) zaburzenia zachowania i emocji rozpoczynające się zwykle w dzieciństwie i wieku młodzieńczym.

Odcięcie dostępu do leczenia i równoczesne otwarcie dostępu do broni palnej to wyraźne przesłanie: wystrzelajcie się sami.

6. lutego 2009

Przełom może przynieść oczyszczenie.

Brudy, nawet te najlżejsze, nie pokonają przełomu, osiądą w górnym nurcie rzeki, pozostaną w jej przeszłości. W przyszłość popłynie tylko czysta woda.

Mamy prawo sądzić, że żyjemy w czasach przełomu. I to pomimo nieustępliwej agresji skierowanej na nasz kraj, której coraz to bardziej oczywistym dla każdego celem jest wywłaszczenie Polaków i pozbycie się nas z zajmowanego przez nas terytorium.

Jakże żałośnie nieporadne były wcześniejsze pomysły strasznych Fryców, Bismarka, Hitlera, carów, Lenina i Stalina. Teraz to już nie oprawcy w obcych mundurach, wypędzają z domu, rugują z własności, strzelają, wieszają, gazują, zamęczają na śmierć pracą i mrozem. Teraz to już są bardziej wyszukane metody osiągania tych samych celów bez zbędnego zamieszania i protestu. Teraz to odbiera się ludziom ochronę zdrowia, pracę i emeryturę, podnosi do nierealnie wysokiego poziomu stałe koszty utrzymania i efekt jest dokładnie ten sam, co z zastosowaniem metod budzących powszechnych sprzeciw z powodu ich jawnej brutalności.

Nikogo już nie dziwi stronnicza argumentacja zastosowana przez sprawujących władzę w Unii Europejskiej konkurentów polskiego przemysłu stoczniowego i rybołówstwa. Mają władzę, więc wszelkie wątpliwości rozstrzygają na swoją korzyść. Jakkolwiek te rozstrzygnięcia te byłyby niesprawiedliwe i krzywdzące dla milionów ludzi. Milionów ludzi tym tylko różniących się od innych, rzekomo równouprawnionych, że są Polakami.

Należy oczekiwać od polskich historyków, tych rzetelnych a nie sprzedanych za stypendia i granty, że zechcą nagłośnić paralele przyczyn i skutków wybrania w ramach wolnej elekcji Niemców z dynastii saskiej na tron polski i objęcia władzy za pomocą sprytnej socjotechniki przez obecną dziwną ekipę. Być może jest to ostatnia szansa dotarcia do polskiej młodzieży przez system szkolny nauczania historii. Jak wiadomo do czyszczenia basenów i strzyżenia psów unijnej elity znajomość polskiej historii jest Polakom zbędna. Co trzeba dowiedzą się z polakożerczych kompilacji, a wyzbyci odrobiny patriotyzmu, z wdzięczności za rzucone im ochłapy, bez szemrania przyjmą każdą obelgę, każde historyczne oszczerstwo i kłamstwo. Wojna propagandowa przybiera na sile i nie pomoże zamykanie oczu i zatykanie uszu i wołanie: “nic nie widzę, nic nie słyszę”. Minimum zdrowego rozsądku wystarczy, aby połączyć dowody świadomej i bezlitosnej destrukcji cywilizacyjnej Polski z wyraźnie już deklarowanym geopolitycznym celem.

Co zatem składa do optymizmu, co pozwala wierzyć, że będzie lepiej? Oto narasta masa krytyczna ofiar błędów i wypaczeń, przy których te wcześniejsze -z czasów PRLu – bledną, jeśli uwzględni się stan w punkcie wyjścia i porówna osiągnięcia. Prosta sprawa – propaganda z gadzinowych środków masowego przekazu nie zaspokoi podstawowych potrzeb ludzi. Nie nakarmi, nie napoi, nie ogrzeje, nie przewiezie. Im więcej ludzi na własnej skórze odczuje skutki rozkradzenia Ojczyzny, tym więcej Polska zyska patriotów.
Docenić dobro wspólne najłatwiej, kiedy się nie ma własnego.

Dobro grupowe, czyli politycznych szajek, też stopnieje bez intensywnego zasilania utrzymującego się na wysokim poziomie od 20 lat. A iluż to sprzedawczyków potrzeba, aby rozszarpać resztki polskiego majątku narodowego? Wielu już wykonało swoje zadanie i otrzymało sowitą zapłatę. Ci są już niepotrzebni, a w sytuacji coraz bardziej dramatycznych skutków swoich decyzji spadających na głowy coraz to większej liczby osób, powinni się liczyć z rozliczeniem. Z rozliczeniem przez trzeźwiejących Polaków. Trzeźwiejących z bólu zderzenia twardej rzeczywistości z wirtualnym światem propagandy.

 Z prawdziwą satysfakcją należy zapoznać polską opinię publiczną z aktualnym poglądem osoby prezentowanej w Polsce jako główny ideolog wolnego rynku, który to wolny rynek był bojowym zawołaniem wrogów dobra wspólnego Polaków.

“Ideologia wolnego rynku jest anachronizmem w erze zmiany klimatu, niedostatku wody, braku żywności i kryzysu energetycznego” (Free-market ideology is an anachronism in an era of climate change, water stress, food scarcity and energy insecurity). Słowa te opublikował 28. stycznia 2009 r. pan Jeffrey Sachs.

6. lutego 2009

Własność ziemi to pewność przeżycia.

Zwłaszcza teraz, kiedy przez media przewija się karnawałowy korowód prominentów minionego dwudziestolecia, których rozradowane twarze zaświadczają o historycznym sukcesie ich autorstwa. A na ulicach ląduje jedna za drugą wielotysięczna fala bezrobotnych, jedynych żywicieli rodzin. Od bezrobocia do bezdomności droga krótka, zważywszy na wyśrubowane koszty utrzymania mieszkań z zastosowaniem największych z możliwych do osiągnięcia sposobów oszczędzania wody, prądu, gazu, ogrzewania i wywozu śmieci. Koszty te przekraczają już możliwości rodzin mających stały dochód, a co dopiero, gdy do pokrycia minimum życiowego pozostaje jakaś żałośnie śmieszna kwota do podziału na wiele licznych potrzeb.

Za przegranie wojny z rozumem na Polaków zostały nałożone wysokie kontrybucje w postaci wpłat do kasy Unii Europejskiej. Ta zaś zadbała, aby do nowej kolonii wysłać perkal i koraliki w zamian za należne dziesiątki miliardów euro. Nie wydać, to znaczy zarobić. Starym łupieżcom opłaciło się zainstalować w swoich ludzi nad Wisłą. To przecież nic nowego w historii kolonializmu. Na bogactwo kolonialnych metropolii złożyły się nie tylko efekty rzezi Bogu ducha winnych plemion i narodów, lecz także owoce mniej lub bardziej misternej dyplomacji kończącej się obsadzeniem władzy przez spolegliwych kacyków. Ci przecież nie ogłoszą publicznie, że służą interesom obcych. No jakże! Uśmiechną się zalotnie, dobrodusznie poklepią po plecach i zapowiedzą cud. Cud. Cud, który przecież nie pojawia się na żądanie. Do cudu może dojść za wstawiennictwem świętych Pańskich, nie samozwańczych cudotwórców. Co więc zgotował Polakom Donek? Najwyraźniej karę Boską za bluźnierstwo w postaci zawierzenia w jego przymioty ze świętością na czele. Czy to nie jest historia z powieści podróżniczych? Tyle, że jej akcja nie toczy się w dziewiętnastym wieku na rzeką Kongo, a w dwudziestym pierwszym wieku nad Wisłą i Odrą. Zamiast szukania odpowiedzi na pytanie, jak wybrać najsmaczniejsze kawałki z przelewającego się kotła dobrobytu wnoszonego na platformie, w milionach polskich domów pojawia się dylemat jak, nie mając pieniędzy, przetrwać we współczesnym świecie. Jeżeli ktoś myśli, że ten dylemat go nie dotyczy, niech się dobrze zastanowi nad przebiegiem wydarzeń w ostatnim półroczu. Jeżeli zaś zdarzyło się komuś być widzem telewizyjnego wywiadu z nadmiernie wylewnym – zapewne pod wpływem alkoholu – filarem obu głównych polskich partii, ten wie, że już kilka lat temu obowiązywała doktryna Darwina w polskiej polityce: przeżyją tylko najsilniejsi. Właśnie rząd wprowadza w życie zasady tej doktryny. Obecnie, w sezonie mrozów, zapowiadane są cięcia budżetu opieki socjalnej. Bezdomni, korzystający z miłosierdzia bliźnich składających się za pomocą podatków na noclegownię i miskę zupy dla najbardziej potrzebującego, będą pozbawieni minimum szans na przeżycie. Wyczyny rządu w zakresie odbierania ostatniej nadziei chorym komentują negatywnie wszyscy, ale nikt nie podejmuje żadnej skutecznej akcji przeciwko tej formie eutanazji. Eutanazji nie nazwanej, choć masowej. Sami chorzy tego nie zrobią, są za słabi, za młodzi, za starzy, a wyciskające łzy z oczu materiały telewizyjne nagłośniające pozostawienie ludzi chorych sam na sam z ich nieszczęściem coraz bardziej powszednieją i tracą zupełnie swoją moc demaskatorską. Sprawcy już przecież nie zakładają masek. Oto znaleźli sobie słowo – wytrych na usprawiedliwienie, Kryzys. Kryzys globalny. Kryzys w Europie. Kryzys u najbliższych sąsiadów.

Aby mieć szanse za parę lat dowiedzieć się jak to było naprawdę z tym kryzysem, kto na nim najbardziej stracił, a kto najwięcej zarobił, trzeba robić wszystko, aby rodzinie i rodzinie rodzin, czyli narodowi, zapewnić przetrwanie kryzysu. Zapewnić najsłabszym przetrwanie kryzysu humanitarnego w Polsce.

Warto rozejrzeć się za każdym dostępnym skrawkiem ziemi matki – żywicielki. Zadbać o swoją działkę w ogrodach pracowniczych, porozmawiać z zaprzyjaźnionymi rolnikami, ogrodnikami i sadownikami, zaopatrzyć się posiadane przez nich nasiona i materiał hodowlany. W miarę możności unikać sklepów i sieci sprzedaży, w których spowodowane umyślnym brakiem państwowej kontroli rozpasanie sprzedawców organizmów genetycznie modyfikowanych sięga zenitu. Umówić się na wspólną pracę przy własnej lub czyjejś uprawie czy hodowli, w sadzie czy ogrodzie. I wspólne dzielenie owoców tej pracy. Oby zeszłoroczne masowe marnotrawstwo owoców było nam zapomniane. Przygotować się do robienia przetworów na następną zimę. Dobrze opatrzyć dom, póki jest, przed zimnem, zalaniem, pożarem. Kupić opał, świece. Poradzić się, poczytać, pomyśleć nad przetrwaniem swoich dzieci, rodziców, niedołężnych sąsiadów i swoim własnym, kiedy już skończy się zima i wiosna a z nimi wszelkie oszczędności, zapomogi, odszkodowania za skradzioną nam pracę. A przede wszystkim modlić się o ratunek.

13. lutego 2009

Narodowe szkodnictwo i błazeństwo polityków wymaga naukowej oceny.

W pierwszym tegorocznym felietonie życzyłem rodakom, aby rok 2009 był rokiem sądnym dla polskich polityków. Po sześciu tygodniach dobrze widać, że życzenia nabierają rozpędu realizacyjnego. Starannie wyhodowany i pielęgnowany z wielkim nakładem sił i środków wizerunek kolejnych polityków pada pod ciosami topora opinii publicznej. “Wyrwać chwasta”, którym okazał się dopiero co bijący rekordy popularności wizerunek polityka, albo – jakby to ujęli koledzy lekarze weterynarii – dokonać uboju sanitarnego sztuki wizerunku czy stada wizerunków zagrażających całemu pogłowiu politycznych wizerunków, to praktyki zyskujące entuzjastyczny aplauz publiczności. Nasuwa się pytanie, czy masakra wizerunków osiągnęła już maksimum wysokości funkcji oraz rozległości aktualnego i byłego partyjnictwa? Do czasu obchodów pamiętnych czerwcowych wyborów z 1989r. warto ułożyć trafione i zatopione główki w jakiś sensowny ranking odchodzącego w niesławie dwudziestolecia. Szanse wystąpienia w konkursie obywatelskiej brzydoty powinien mieć każdy, poczynając od kilku zaledwie prezydentów, poprzez marszałków sejmu, senatu, premierów i ministrów, posłów i senatorów, aż po polityków błyszczących na firmamencie województwa, powiatu, gminy, czy też miasta, wsi i osiedla. Nie wolno pominąć posłów do Parlamentu Europejskiego i tych, którzy za pieniądze obcych państw, udając działaczy organizacji pozarządowych, wylądowali na ciepłych synekurach unijnych. Ranking mógłby uwzględniać dwa podstawowe kryteria oceny: pierwsze kryterium to szkodliwość dla dobra wspólnego, a drugie – to cała reszta przyczyn kompromitacji.

Do ludzkich słabości należy wścibstwo i plotkarstwo eksploatowane niemiłosiernie przez tabloidy, nazywane przez niektórych prasą brukową, lokujących w ten sposób w rynsztoku miliony czytelników, a równocześnie potencjalnych wyborców. Gdyby to tylko czytelników! Potwarz i pomówienie znacznie częściej niż w tabloidach pojawiają się na łamach gazet z rzekomo wyższej półki, mało tego – notorycznie perumerowanych przez aparat rządowy i samorządowy, cytowanych też obficie przez publiczną telewizję i radio.

Tym samym, drodzy podatnicy, utrzymujecie ze swoich podatków i abonamentów, owe wybijające kłamstwem szamba medialne, raz po raz zalewające nasz kraj cuchnącymi nieczystościami. Ich odorem napawają się przecież nie tylko zwykli obywatele, ale też decydenci wszystkich szczebli, od góry do dołu. Są wśród nich funkcjonariusze państwa najwyższej rangi, podejmujący decyzje wagi państwowej, czyli rozstrzygające o losie całego narodu na dzisiaj i na dającą się przewidzieć przyszłość. Są politycy i urzędnicy samorządowi, od których arbitralnych decyzji zależy szansa na przeżycie wszystkich z nas. Są też policjanci, prokuratorzy i sędziowie decydujący o życiu i śmierci pojedynczych obywateli. Nie tylko w sensie biologicznym przecież. Niezawinione prześladowanie przez aparat tak zwanej sprawiedliwości, bardziej niszczy niż rak, bo zabiera i zdrowie i godności i własność. Jak w gangsterskim filmie. Złożone w redakcji zamówienie na zabójstwo podlega tam profesjonalnej obróbce i pojawia się jako materiał medialny, pięknie uszminkowany pozorami obiektywizmu dziennikarstwa śledczego, demaskatorskiego, a więc kochanego przez wszystkich za to, że staje po stronie zwykłych ludzi. Walec medialny zaczyna się toczyć. Miażdży ofiarę zgodnie z wolą zleceniodawcy przy powszechnym aplauzie widowni. Jak na rzymskiej arenie. Ręce do oklasków składają się same, od prezydenta do bywalców przysłowiowego magla. Co tam magiel! Inteligencja, czy też samozwańcza “intligencja”, przoduje w łatwych osądach, chętnie dołącza się do chórów potępienia. Ech, śmiercionośne teksty i uczone komentarze mają w sobie tę słodką nutkę snobizmu. Łechcze ambicje przekonanie, że jest się intelektualistą zdolnym do czytania między wierszami, kojarzenia faktów, podpierania osądów swoim wyższym wykształceniem.

A gdyby tak pobawić się w intelektualną grę przekształcania wciskanych rewelacji w negatyw? Tak jak to było za komuny. Im więcej pan Jerzy Urban, zasłużony gieroj obrad okrągłego stołu, wciskał ludziom w mózgi, tym mniejszym cieszył się poparciem. Kiedy mówił – czarne, każdy wiedział, że to nie czarne a białe. Zabawa prosta, a jakże rozwijająca. Kto nie wie, jak w nią się bawić, niech spyta starszych, którzy za komuny byli już dorośli, a do tego wykształceni przez prawdziwych polskich nauczycieli. Prawdziwych, bo z przedwojennego naboru. Mając, tę mentalną gimnastykę za sobą, spojrzycie, moi drodzy, inaczej na otaczający was świat. Po prostu spadną wam łuski z oczu i być może uzyskacie szanse wybicia się na niepodległość mierzoną odpornością na manipulację.

Poświęciwszy dużo miejsca dostępnym narzędziom oglądu dygnitarzy, wracam do zamysłu rankingu skompromitowanych polityków dwudziestolecia i postuluję nadanie odmiennych wag każdej z proponowanych kategorii oceny. W szerokiej wspólnej dla obu kategorii skali od 1 do 10. Kategorii szkodnictwa i kategorii błazeństwa,. Szkodnictwo narodowe wyniszczające Polaków – mnożnik szkody nie mniej niż 6. Kabaretowe występy obecnych i byłych prominentów – mnożnik błazeństwa najwyżej 5. O ile szkodnictwo narodowe da się opisać liczbami i nieszczęściem ludzkim pomnożonym przez dziesiątki milionów obywateli, o tyle błazeństwo umyka tak łatwej ocenie. Wszak jednemu podoba się “Kariera Nikodema Dyzmy” a drugiemu “Trędowata”.

20. lutego 2009

Broń masowego rażenia może łatwo wymknąć się spod kontroli.

Tragedia Polaka w Pakistanie pozwoliła przyjrzeć się realiom kontroli rządu tego kraju nad własnym terytorium. Obok wielu innych państw pałających nienawiścią do mniej lub bardziej odległych współmieszkańców Ziemi, także Pakistan kiedyś skorzystał z omijania zakazu proliferacji broni jądrowej i dzisiaj broń ta może dostać się w ręce osób, które za nic mają życie własne i cudze. Po 6. sierpnia 1945r. każdy wie, że zrzucenie małej 4-tonowej uranowej bomby atomowej zabiło na miejscu lub ciężko zraniło połowę z liczącej 275 tysięcy ludności Hiroszimy. Jak to ujął pod swoją winietą DZIENNIK POLSKI z 8. sierpnia 1945r. był to największy triumf nauki.

Jeszcze większego tryumfu nauka o masowym zabijaniu mogła oczekiwać w wyniku ataku atomowego na zaplecze sowieckich armii prących na Zachód. Tym zapleczem miała być Polska. Św. pamięci płk Ryszard Kukliński, narodowy bohater i męczennik za sprawę narodową, który w wieku 17 lat wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, a w latach 1971-1981 przekazał na Zachód ponad 40 tys. stron najbardziej tajnych dokumentów dotyczących wojennych planów Rosji Sowieckiej, uchronił znaczą część dzisiaj żyjących Polaków przed wyparowaniem i chorobą popromienną w wyniku odwetu naszych dzisiejszych sojuszników. Dla Zachodu broniącego się przed atakiem Sowietów Polska to było po prostu miejsce dyslokacji agresora, a Polacy nie zasługiwali na lepszy los niż cywilna ludność Hiroszimy. I pomyśleć, że ziejący jadem rasista i polakożerca wschodnioniemiecki arystokrata graf von Stauffenberg, strateg i ideolog nazimu, jest w obecnych Niemczech uznawany za bohatera narodowego za to, że w obliczu klęski Niemiec chciał zabić Hitlera i przy tym zachować dorobek Drang nach Osten z czasów rozbiorów. Ratujące Polaków przed zagładą, a cały świat przed III wojną światową, dzieło i ofiara pułkownika Ryszarda Kuklińskiego są nie tylko niedoceniane w krajach NATO, ale i we własnej ojczyźnie jego pamięć spotyka się z obelgami ze strony janczarów Rosji. Takie traktowanie bohatera naszych czasów jest haniebne i znamienne dla pętaków, którzy mu do pięt nie dorośli, a wypinają piersi do orderów, choć już wiele razy zostali sowicie nagrodzeni przez siebie samych lub im podobnych..

Wyobraźmy sobie, że w takim położeniu geopolitycznym, w jakim się znajdujemy, powstaną elektrownie atomowe, jakże skuteczny owoc lobbowania kolejnego rządu przez zainteresowane koncerny i ich akwizytorów, wśród których są nawet prezydenci pewnych państw. Co będzie celem ataku na terenie Polski? Nieistniejąca tarcza przeciwrakietowa, czy może elektrownia atomowa?

A jak ona będzie wykonana i konserwowana? Na poziomie sieci autostrad? A może eskadry F-16? A ile będzie kosztować import paliwa, skoro światowe zasoby uranu mają wyczerpać się w tym samym roku, w którym przypaść powinno zakończenie budowy elektrowni atomowej już rujnującej wieloletnie budżety naszego państwa. Już rujnującej z tej racji, że jest pomysłem dywersyjnym w stosunku do suwerennego wykorzystywania narodowych zasobów energetycznych o najwyższej światowej wydajności i ekonomice eksploatacji. Są one dwa. Energia geotermalna i węgiel. Obydwa dostępne, tylko trzeba po nie sięgnąć, zlecając na dziesiątki lat za ciężkie pieniądze polskich podatników ogrom zadań polskim firmom zatrudniającym polskich inżynierów, techników i robotników, z których każdy ma polską rodzinę, a ta cała rodzina płaci podatki na dobro wspólne. Nie dość, że fundusze emerytalne, monstrualne zyski obcych firm zwłaszcza handlowych, a także dochody wcześniej i obecnie znacjonalizowanych przez obce rządy przedsiębiorstw dawniej polskich, dokładają się do dochodów budżetów państw, których produkt krajowy brutto wielokrotnie przekracza nasz własny, to jeszcze jest pomysł na dalszy rabunek: pod urojonym pretekstem nie dopuścić Polaków do eksploatacji własnych zasobów energetycznych i nałożyć im nową kontrybucję w postaci niewyobrażalnej co do rozmiarów zapłaty za budowę elektrowni atomowych. Ile to miliardów złotych ma kosztować druga nitka metra warszawskiego? Dwa, trzy, pięć? Dziura w ziemi, owszem okablowana, wybetonowana i odpowiednio wyposażona, aleć zawsze to tylko pozioma dziura w ziemi. I do tego śmiesznie krótka. Zanim zacznie gwałtownie rosnąć kontrybucja nałożona na Polaków za przegraną wojnę z rozumem, warto odnieść ceny budowy elektrowni atomowych do cen za linie metra. I mając w pamięci rozwój spraw przy budowie stadionów na EURO, zwłaszcza we Wrocławiu, a także jakichś etnicznych muzeów, na które akurat w czasie kryzysu trzeba wykładać pieniądze odebrane muzeom upamiętniającym wspólne dokonania Polaków wszystkich narodowości, trzeba pomyśleć jak będą wyglądać przetargi na elektrownie atomowe. I którą część dorobku wielu pokoleń Polaków trzeba będzie zniszczyć, aby zapłacić zagranicznym koncernom? Może tak, jak dla stworzenia montowni elektrycznych wiatraków z odzysku zniszczono przemysł stoczniowy z jego dotyczącym całego kraju otoczeniem, zostanie brutalnie zlikwidowana kolejna gałąź narodowego przemysłu? Tylko jaka jeszcze pozostała do likwidacji?

27. lutego 2009

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

Za lasy uznawane są worki wirtualnych pieniędzy, z których nie pozostaje nawet garść popiołu. Za róże – działania z zakresu zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom. Niesłusznie. Od skutków narażenia na działanie czynników szkodliwych dla zdrowia nie ucieknie się ani zagranicę, ani w odległą przyszłość.

Nadzwyczaj sprawnie realizowany plan likwidatorów Państwa Polskiego wymaga jakichś pijarowskich zasłon dymnych. Na szczęście dla likwidatorów, a na pohybel nam wszystkim, kiedy już wyczerpały się im możliwości udawania głupiego Jasia, jak królik z kapelusza wyskoczył kryzys. Światowy, potworny, bardziej straszny od terroryzmu, a nawet zmiany pogody zwanej ociepleniem klimatu. Jakaż to ulga! Jej Bohu, to nie my jesteśmy winni! To światowy kryzys pożera was i wasze dzieci. To ci wstrętni zagraniczni bankowcy nie pozwolili upleść koszyka świadczeń leczniczych, to oni pozamykali odziały położnicze i dziecięce, rozpędzili doświadczone zespoły operacyjne wybitnych chirurgów i instrumentariuszek. To oni obsadzili ludźmi z ulicy kluczowe stanowiska państwowe decydujące o bezpieczeństwie zdrowotnym 38 milionów ludzi w środku Europy. I pomyśleć, że z braku lekarzy z drugim stopniem specjalizacji w zakresie pediatrii zamyka się oddział pediatryczny szpitala powiatowego, a w tym samym czasie powołuje na stanowisko powiatowego inspektora sanitarnego człowieka, którego dotychczasowy kontakt z sanepidem ograniczał się do płacenia mandatów za niechlujstwo. Co tam powiat! Stanowiska wojewódzkich inspektorów sanitarnych wpadają w chciwe łapy ludzi kompletnie nieprzygotowanych do udźwignięcia ciężaru pracy i odpowiedzialności za zdrowie publiczne, nawet nie zdających sobie sprawy z przypadającej im części podziału zadań w naszym państwie, a tym samym w Unii Europejskiej i na całym świecie, uwzględniając odpowiedzialność za produkty na eksport oraz zdrowie i życie przebywających w Polsce turystów i migrantów. Nie lepiej na samym szczycie.

Wśród wieloletnich pracowników sanepidu panuje głębokie przekonanie, że wulgarne palikocie miauknięcia wydobyły się z tej żałosnej postaci po spotkaniu na forum jego własnej partii z obsadzonymi przez POPiS spadochroniarzami, którzy wylądowali na szczycie władzy sanitarno-epidemiologicznej bez jakiegokolwiek przygotowania. Wicie, rozumiecie, dzisiaj towarzysz robi w mięsie, jutro w cukrze, a pojutrze w sanepidzie. A propos, warto tu przytoczyć definicję słowa koprolalia – jest to skłonność do używania nieprzyzwoitych, wulgarnych wyrazów i może być objawem niektórych zaburzeń psychicznych.

To ci krwiożerczy finansiści z Wall Street i Docklandu wpuszczają do Polski każdy odpad, w postaci żywności, rozmaitych wraków i rzekomych surowców wtórnych, i to im nie chce się zająć wykonywaniem jasno określonych obowiązków w ustawie o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, ustawach powołujących inne służby nadzoru i kontroli i w przepisach wykonawczych do tych ustaw. To oni nie mogą się doczytać jasno sprecyzowanych postanowień zawartych w przedmiotowych ustawach i rozporządzeniach, które na poziomie kuchennych przepisów szczegółowo opisują procedury do wykonania przez funkcjonariuszy naszego państwa na rzecz ochrony zdrowia publicznego, ochrony nas wszystkich razem i każdego z osobna, żyjących dzisiaj i w pokoleniach, które po nas przyjdą. Dzisiaj zawinione zaniedbania sanitarne przyniosą wielu ludziom straszną chorobę i śmierć za kilkanaście – kilkadziesiąt lat, kiedy już nikt nie będzie pamiętał, kto zaniedbał wykonanie ustawowych obowiązków w zakresie możliwej do osiągnięcia eliminacji czynników rakotwórczych, a gdyby nawet, to winowajca uratuje skórę z racji przedawnienia. A kto odpowie za sprowadzeniem powszechnego zagrożenia życia i zdrowia wielu osób poprzez zaniechanie prawem nakazanej eliminacji chemicznych i fizycznych czynników mutagennych w miejscu naszego zamieszkania, pracy, nauki i wypoczynku? Nie ma ucieczki od mutacji w komórkach somatycznych i rozrodczych: nowotwory, wady rozwojowe, poronienia, choroby genetyczne wystąpią w pokoleniach bezpośrednio narażonych na działanie mutagenów, u dzieci, wnuków, prawnuków, ale i niespodziewanie po wielu pokoleniach, kiedy sprawcach przyszłych – jakże odległych w czasie nieszczęść – pozostanie na tej ziemi tylko proch. Taki jest ogrom odpowiedzialności ludzi korzystających z partyjniactwa i kolesiostwa jako trampoliny do skoku na te państwowe stanowiska, na których podejmowane są decyzje o zdrowiu milionów. Skoro sumienie nie zabrania im zabierać się do pozorowania pracy, o której nie mają żadnego pojęcia, skoro nie czeka ich kara za życia, skoro są głusi i ślepi na wszelkie argumenty natury etycznej, prawnej i naukowej, musimy bronić się sami.

W kolejnych felietonach postaram się przybliżyć rodakom, polskim wyborcom i podatnikom, obowiązki organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej w przedmiocie realizacji konkretnych zadań z zakresu zdrowia publicznego, do których Państwowa Inspekcja Sanitarna jest powołana.

6. marca 2009

Zdrowia publicznego sprywatyzować się nie da.

Od zarania dziejów zawsze istniał jakiś stadny, społeczny mechanizm, który dążył do ograniczenia liczby utraconych przez daną populację lat życia w zdrowiu. Zawsze też istniała hierarchia potrzeb do zaspokojenia przez ten mechanizm. Prawo do długiego życia w zdrowiu było i jest z reguły zawłaszczone przez najsilniejsze jednostki i ich ugrupowania. Najbardziej bezwzględnym drapieżnikom instynkt czy rozum nakazuje zabić, aby dłużej lub lepiej przeżyć. Tak… rozum, ludzki rozum odarty z sumienia, niestety też nie liczy się z prawem do życia innych ludzi. Aby się rozgrzeszyć, drapieżcy w ludzkiej skórze po prostu odmawiają uznania innych ludzi za sobie równych. Po zepchnięciu ofiar do kategorii podludzi przystępują do rzezi z dowolnych pobudek: strategicznych, religijnych, rasowych, ekonomicznych i takich, jakie tam jeszcze są pod ręką. Wiek XX charakteryzujący się masowym ludobójstwem na nieznaną wcześniej skalę przeszedł w wiek XXI, w którym kryterium fazy rozwoju lub stanu zdrowia człowieka osiąga rangę kryterium rasy czy narodowości stanowiących doktrynę państwową w Niemczech i Rosji upoważniającą wczoraj do eksterminacji naszego narodu, a dzisiaj do zaprzeczania odpowiedzialności za monstrualne zbrodnie. W odróżnieniu od ludzi w fazie zarodkowej i płodowej, czy też ciężko chorych i z tego tytułu pozbawianych prawa do życia, Polacy z samego tytułu przynależności do narodu polskiego nie są obecnie zabijani w sposób jawnie brutalny.

Są inne metody.

Należy do nich demontaż systemu lecznictwa, co odbiera szanse przeżycia ludziom już chorym i wymagającym skutecznego leczenia, a także tym, którzy, gdyby mieli dostęp do opieki zdrowotnej, poddaliby się na czas działaniom profilaktycznym i uniknęliby rozwoju ciężkich, nieraz śmiertelnych chorób, rujnujących życie ich własne i ich rodzin. Tu sprawa jest prosta. Nie ma gdzie się leczyć, nie ma czym się leczyć, nie ma za co się leczyć. Trzeba umierać. Trzeba umierać za inne sprawy niż życie własne i życie najbliższych. Na przykład za chore ambicje polityków, albo za ich o mało co światowe kariery wyrosłe na służalczości i dyspozycyjności względem tych, którzy przywykli trzymać w ręku wszystkie sznurki władzy. Za poświęcenie wszystkich Polaków pojedyncze jednostki wpuszcza się na salony, a pozostałych obrzuca obelgami i spycha na coraz to niższy szczebel rozwoju cywilizacyjnego.

Od projektu pierwszej reformy opieki zdrowotnej storpedowanego przez koalicjanta tworzącego rząd pani Hanny Suchockiej, do dnia dzisiejszego na reformach zdrowia zarabiają wyłącznie politycy, ich rodziny, znajomi i tzw. eksperci, którzy niezależnie od rządzącej opcji zawsze są potrzebni do spisania w miarę uczonych uzasadnień kolejnej fali grabieży pieniędzy i zdrowia pod szczytnymi hasłami reformy opieki zdrowotnej. Potrzebni są także klakierzy, czy to medialni, czy też działający w środowiskach profesjonalnych. A ludzie na to patrzą i już się nie dziwią i nie buntują. Jak gdyby zasiadali w fotelach przed telewizorami i oglądali horror, który wprawdzie straszy, ale ich nie dotyczy. Przypomina to sytuację Irlandczyków wymierających w XIX w. z powodu głodu na wyspie otoczonej morzem pełnym ryb, z czego zwykli szydzić Anglicy, odpowiedzialni za skutki skolonizowania Zielonej Wyspy. Irlandczycy jednak próbowali wzniecić powstanie przeciwko rujnującym ich opłatom dzierżawnym, które musieli spłacać, sprzedając płody rolne niepodatne na zarazę ziemniaczaną. To podatki nałożone na głodujący naród były przyczyną masowych zgonów z powodu głodu i chorób a nie sam brak ziemniaków.

A my na kogo możemy zrzucić winę za stan opieki zdrowotnej w Polsce? Na cara, kajzera, Hitlera, Stalina, PZPR? Może są jakieś inne propozycje? A może na nas samych za brak skutecznego oporu przeciwko likwidacji lecznictwa?

Pseudoreformując opiekę zdrowotną, zabrano się także do komercjalizowania systemu zapobiegania chorobom i przedwczesnym zgonom. Tu jednak struktur – tak jak w przypadku lecznictwa – wprost nie zniszczono, decydując się na stopniową ich anemizację poprzez przykręcanie kroplówki budżetowego finansowania, bądź też tworzenie takiego otoczenia prawnego i administracyjnego, które krok po kroku odbierało Polakom państwowe gwarancje bezpieczeństwa zdrowotnego.

Jakże by mogło być inaczej, jeżeli dla polityków kolejnych rządzących ekip stanowiska państwowych inspektorów sanitarnych należały – z małymi wyjątkami – do łupu politycznego, który rozdziela się na szczeblu kraju, województwa i powiatu według partyjnych potrzeb i zasług.

A jakie są skutki obsadzania tych stanowisk ludźmi marki BMW, czyli bierny, mierny, ale wierny? Wyjrzyjcie Państwo przez okno, zwróćcie uwagę na zagrożenia zdrowia w najbliższej okolicy, w szkole waszych dzieci, w waszym zakładzie pracy, zastanówcie się jaką wodę i żywność wam sprzedają, w jakich warunkach was leczą. I pomyślcie na jakim poziomie są wykonywane postanowienia ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Art. 1 tej ustawy głosi co następuje:

Państwowa Inspekcja Sanitarna jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru nad warunkami:

1) higieny środowiska,
2) higieny pracy w zakładach pracy,
3) higieny radiacyjnej,
4) higieny procesów nauczania i wychowania,
5) higieny wypoczynku i rekreacji,
6) zdrowotnymi żywności, żywienia i przedmiotów użytku,
7) higieniczno-sanitarnymi, jakie powinien spełniać personel medyczny, sprzęt oraz pomieszczenia, w których są udzielane świadczenia zdrowotne

- w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych, zapobiegania powstawaniu chorób, w tym chorób zakaźnych i zawodowych.

13. marca 2009

Fałszywa trawa zagraża zdrowiu i środowisku.

Do najbardziej niebezpiecznych domieszek sztucznej trawy należy ołów.

W czerwcu 2008r. władze sanitarne Stanów Zjednoczonych wydały zalecenia w sprawie badania sztucznej trawy i ograniczania potencjalnego narażenia na ołów.

Podniesiony alarm uwzględniał konieczność badania plastiku, w którym widać ubytki, odbarwienia, połamania i pył. W przypadku stwierdzenia, że pył sztucznej trawy zawiera więcej ołowiu niż 400 części na milion, czyli 400 mg/kg, nie wolno do boiska ze sztuczną trawą dopuszczać dzieci poniżej sześciu lat. Sztuczną murawę wykazującą cechy zużycia i pylenia należy wymienić przy najbliższej nadarzającej się sposobności. U dzieci należy prowadzić badania krwi na poziom ołowiu.

Oto ogólne zalecenia władz sanitarnych USA w sprawie korzystania z powierzchni pokrytych sztuczną trawą:

1. Zarządcy powierzchni pokrytych sztuczną trawą powinni podjąć czynności zmniejszające pylenie polegające na zmywaniu tych powierzchni wodą przed korzystaniem i po korzystaniu z boiska.

2. Aby zabezpieczyć ludzi, zwłaszcza małe dzieci, należy postawić tablice ogłoszeniowe informujące, że:
a. po zakończeniu gry na boisku jej uczestników należy nakłonić do intensywnego mycia rąk i całego ciała przez co najmniej 20 sekund, przy użyciu mydła i ciepłej wody
b. ubrania używane na boisku należy zdjąć i obrócić zewnętrzną stroną do środka jak tylko to możliwe po zakończeniu korzystania z boiska, aby uniknąć zawleczenia pyłu do innych miejsc. Jeżeli nie ma możliwości zdjęcia ubrań, w samochodzie należy usiąść na dużym ręczniku lub kocu. Tak używane ręczniki i koce należy prać oddzielnie a buty używane na boiskach ze sztuczną trawą należy trzymać na zewnątrz domu.
c. Nie wolno pozwolić na jedzenie na boiskach pokrytych sztuczną murawą
d. Należy unikać skażenia pojemników na napoje pyłem i włóknami pochodzącymi z boiska. Kiedy się z nich nie pije, należy je zamknąć i trzymać w torbie, chłodziarce, lub w innym zamkniętym pojemniku na poboczu boiska.

Objawy zatrucia ołowiem są bardzo liczne. Ołów może uszkodzić wiele różnych narządów. Narażenie na nawet niewielkie dawki ołowiu może po pewnym czasie doprowadzić do uszkodzenia rozwoju umysłowego dzieci. Im wyższy poziom ołowiu we krwi, tym bardziej poważne problemy ze zdrowiem, takie jak:
- obniżony iloraz inteligencji IQ
- opóźnienie rozwoju
- zaburzenia słuchu
- zaburzenia zachowania i trudności skupienia uwagi
- trudności w szkole
- uszkodzenie nerek

Do objawów zatrucia ołowiem należy:
- drażliwość
- zachowanie agresywne
- brak apetytu i energii
- zaburzenia snu
- bóle głowy
- obniżenie czucia
- utrata postępów rozwojowych
- niedokrwistość
- zaparcia

Wyższe dawki ołowiu powodują bóle i kurcze brzucha, jeszcze wyższe – wymioty osłabienie mięśniowe, drgawki i śpiączkę.

20. marca 2009

Propaganda i reklama odbierają ludziom rozum.

Sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i bezwzględnie szkodliwe decyzje podjęte pod wpływem propagandy i reklamy mogą przynieść gorzkie owoce wkrótce po ich podjęciu, albo też po kilku, kilkudziesięciu latach, kiedy to będzie o wiele za późno, aby przeciwdziałać skutkom własnej głupoty.

Najczęściej jest już za późno, bowiem wyjątkowo spada ludziom z nieba ujawnienie na czas prawdziwych przyczyn likwidacji podstawowej gałęzi narodowego przemysłu, zniszczonej pod fałszywym pretekstem tylko po to, aby ktoś zarobił na zamieszaniu wokół zatrudnienia tysięcy ludzi wyrzuconych na bruk.

Za każdą formę propagandy i reklamy ktoś płaci jej wykonawcom – politykom za uchwały parlamentarne i samorządowe, urzędnikom za decyzje i oświadczenia, ekspertom za opinie, naukowcom za dorobek i wreszcie dziennikarzom za nagłaśnianie lub przemilczanie czego tam trzeba. Po osiągnięciu zamierzonego celu zyski i tak do potęgi przewyższą koszty zatrudnienia rozmaitych zleceniobiorców – marionetek składających się na sukces udanego projektu.

Zleceniodawcy też bywają rozmaici. A to drobni przedsiębiorcy korzystający z platformy obywatelskiej wiary w cuda na zamówienie jak z wytrycha do państwowego skarbca, a to władze obcego państwa po raz kolejny w ciągu 90 lat stające w obronie pokrzywdzonych ziomków, a to wielkie korporacje, dla których wynajęcie prezydentów państw, w tym wielkiego mocarstwa, wszystkich tych komisarzy, premierów, ministrów jest równie łatwe jak ściągnięcie chóru stu profesorów na posiedzenie komisji w naszym parlamencie.

Skutki puszczonej w ruch machiny propagandowo-reklamowej są jednak nieprzewidywalne i daleko wykraczają poza zamierzony cel.

Bagatelizowanie nieodwracalnych zagrożeń zdrowia ludzi i środowiska przez akwizytorów opatentowanych produktów zawierających organizmy genetycznie modyfikowane lub powstałych przy udziale gmo, doprowadziło do utraty rozsądku i rozplenienia się pokątnych laboratoriów inżynierii genetycznej, gdzie dosłownie w garażu, czy mieszkaniu ludzie sobie tworzą organizmy genetycznie modyfikowane własnego chowu. Coraz tańsze i w coraz większym wyborze komponenty są łatwo dostępne przez internet dla wszystkich zainteresowanych.

Jak słychać, Polska jest zagłębiem amfetaminy na całą Europę, być może więc jakiś przekonany przez entuzjastów gmo zawodowiec, a nawet amator, podejmie próby stworzenia organizmu genetycznie modyfikowanego dającego produkt jeszcze bardziej dochodowy niż narkotyk i jeszcze bardziej przerażający okropieństwem swojego działania. A nadto zdolnego do niezamierzonego uwolnienia się do środowiska, nawet wbrew woli jego wytwórcy. Uwadze wszystkich – profesjonalistów i amatorów, ich współpracowników i sąsiadów, a zwłaszcza rozlicznych służb nadzoru i kontroli, należy więc polecić zapoznanie się z Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 29 lutego 2008 r. zmieniającym rozporządzenie w sprawie szkodliwych czynników biologicznych dla zdrowia w środowisku pracy oraz ochrony zdrowia pracowników zawodowo narażonych na te czynniki. Aktualne brzmienie przepisu jest następujące:

“§ 2. 1. Szkodliwe czynniki biologiczne mogące być przyczyną zakażenia, alergii lub zatrucia obejmują:

1) drobnoustroje komórkowe, w tym zmodyfikowane genetycznie;
2) jednostki bezkomórkowe zdolne do replikacji lub przenoszenia materiału genetycznego, w tym zmodyfikowane genetycznie;
3) hodowle komórkowe;
4) pasożyty wewnętrzne człowieka.

2. Klasyfikacja i wykaz szkodliwych czynników biologicznych są określone w załączniku nr 1 do rozporządzenia.”;

§ 4 ust. 3 otrzymał brzmienie:

“3. Jeżeli w środowisku pracy występują mikroorganizmy genetycznie zmodyfikowane, co do których istnieje podejrzenie, że mogą wykazywać właściwości chorobotwórcze, pracodawca, w zakresie swojej właściwości, zapewnia warunki określone w przepisach ustawy z dnia 22 czerwca 2001 r. o organizmach genetycznie zmodyfikowanych”

§ 8 w ust. 1 zawiera wprowadzenie:

“Informację dotyczącą użycia szkodliwego czynnika biologicznego w celach naukowo-badawczych, diagnostycznych lub przemysłowych pracodawca przekazuje właściwemu inspektorowi sanitarnemu:”.

§ 2. Pracodawca, który użył, w celach diagnostycznych, szkodliwego czynnika biologicznego, zakwalifikowanego do grupy 2-4 zagrożenia, przed dniem wejścia w życie niniejszego rozporządzenia, przekaże właściwemu inspektorowi sanitarnemu, w terminie 30 dni od dnia wejścia w życie niniejszego rozporządzenia, informację o tym fakcie.”

Wspomniane grupy zagrożenia wynikają z prawnej klasyfikacji szkodliwych czynników biologicznych:

Grupa 1 zagrożenia: czynniki, przez które wywołanie chorób u ludzi jest mało prawdopodobne.

Grupa 2 zagrożenia: czynniki, które mogą wywoływać choroby u ludzi, mogą być niebezpieczne dla pracowników, ale rozprzestrzenienie ich w populacji ludzkiej jest mało prawdopodobne. Zazwyczaj istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.

Grupa 3 zagrożenia: czynniki, które mogą wywoływać u ludzi ciężkie choroby, są niebezpieczne dla pracowników, a rozprzestrzenienie ich w populacji ludzkiej jest bardzo prawdopodobne. Zazwyczaj istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.

Grupa 4 zagrożenia: czynniki, które wywołują u ludzi ciężkie choroby, są niebezpieczne dla pracowników, a rozprzestrzenienie czynników w populacji ludzkiej jest bardzo prawdopodobne. Zazwyczaj nie istnieją w stosunku do nich skuteczne metody profilaktyki lub leczenia.

27. marca 2009

Rzecznik interesu narodowego polskiego potrzebny jest od zaraz.

Każdy w swojej dziedzinie specjalności mógłby – gdyby chciał – być takim rzecznikiem.

Jednak w żadnym razie rzecznik interesu narodowego polskiego nie powinien być w jakikolwiek sposób związany z dominującą partią polityczną lub jej przybudówką, n. p. pod postacią centrali związkowej, na  tyle potulnej, aby jej oficjele mogli występować na wspólnej scenie teatru politycznej poprawności. Co potrafią obecni i byli luminarze establishmentu, wiemy już niemało, a w miarę ożywienia partyjnej walki,  choćby o stołki w eurokołchozie, dowiemy się jeszcze więcej. W swoim podstawowym wymiarze walka ta jest po prostu kopią walki coca-coli z pepsi-colą. Pozorowany konflikt budzi zainteresowanie całym  asortymentem oferty rynkowych gigantów i niszczy przy tym B-brandy. Wojowanie o pietruszkę odwraca też uwagę od rzeczywistych problemów. Cel niby ten sam: zysk za wszelką cenę. A jednak z małymi  wyjątkami koncerny napojowe nie udają zbawców ludzkości, co najwyżej pojawiają się na liście ukochanych sponsorów organizacji pozarządowych, w tym ekologicznych, ślepych raz na jedno, raz na drugie oko.

A jednak koncerny płacą mediom i partiom za reklamę, promocję i lobbowanie swoich interesów. Tymczasem politycy, mając gęby pełne frazesów, nie wykorzystują oddanych im przez naród narzędzi chronienia i rozwijania wspólnego dobra, za wysokie apanaże i rozległe przywileje co najwyżej wygłupiają się jak dzieci w przedszkolu, opowiadają facecje, stroją miny do kamery, to się naburmuszą, to  spiorunują wzrokiem, to krzywo uśmiechną. Czy to jest poważne traktowanie wyborców? Mnie osobiście obraża błazeńska forma narracji, którą posługuje się wielu polityków niewyżytych w kabarecie. To jasne, że błazenada pod publiczkę jest ich sposobem zdobycia popularności, ale i oczywiste, że tak się zachowując, pokazują co naprawdę myślą o poziomie umysłowym wyborców i jak gardzą majestatem  Rzeczypospolitej. Jeszcze do tego jeden z drugim potrafi powiedzieć, że najważniejsza jest popularność i daje do zrozumienia, że nikt nie przebije jego popularności, bo to on ma wpływy w takich czy innych środkach masowego przekazu. Ma bo je zawłaszczył, albo wyłudził, aby nie dopuścić do głosu konkurencji i jej poglądów niebezpiecznych dla rządzącej kasty.

Każdy zawsze powie: “dajcie mi święty spokój, nie chcę słyszeć o żadnych problemach, ta czy ten poseł, senator, minister, czy jeszcze inny prominent, to sympatyczna postać, ma poczucie humoru, nie marudzi i ładnie mówi.”

I z takimi opiniami na temat polityków dotarliśmy do obecnego etapu likwidacji Polski.

Dla zwycięzców skryty i wyjątkowo skuteczny Blitzkrieg to okazja to podziału niebywałych dzisiejszym świecie trafiejnych łupów. Ci mogą spokojnie eksploatować odbierane Polakom przebogate zasoby naturalne. A i najemnikom należy się premia za dobrze wykonaną brudną robotę. Podobno w Polsce są trudności z zakupem sztabek złota. Wszystkie zostały już wykupione.

Jest też druga strona tej wojny. To przegrani, którym wkrótce na minimum przeżycia nie postanie nic innego jak sprzedaż własnej nerki. Oczywiście sprzedaż nielegalna. Kto jednak stwierdzi legalność bądź nielegalność działalności gospodarczej, w ramach której pod dowolnym szyldem można poza wszelką kontrolą robić co się chce?

W grudniu ubiegłego roku sejm jednomyślnie uchwalił, a w styczniu bieżącego roku prezydent podpisał, nowelizację ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej. Działalnością gospodarczą jest zarobkowa działalność wytwórcza, budowlana, handlowa, usługowa oraz poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie kopalin ze złóż, a także działalność zawodowa, wykonywana w sposób  zorganizowany i ciągły. Zgodnie z nowym prawem, które weszło w życie w marcu 2009 r. organy kontroli zawiadamiają przedsiębiorcę o zamiarze wszczęcia kontroli. Kontrolę wszczyna się nie wcześniej niż po upływie 7 dni i nie później niż przed upływem 30 dni od dnia doręczenia zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli. Zawiadomienia o zamiarze wszczęcia kontroli nie dokonuje się, w przypadku  zaistnienia wymienionych w znowelizowanej ustawie okoliczności, z których dwie odnoszą się szczególnie do działań na rzecz zdrowia publicznego wykonywanych przez Państwową Inspekcję Sanitarną, a więc gdy:

1) kontrola ma zostać przeprowadzona na podstawie bezpośrednio stosowanych przepisów powszechnie obowiązującego prawa wspólnotowego albo na podstawie ratyfikowanej umowy międzynarodowej;

5) przeprowadzenie kontroli jest uzasadnione bezpośrednim zagrożeniem życia, zdrowia lub środowiska naturalnego;

Oczywiście, aby stwierdzić czy działalność gospodarcza powoduje bezpośrednie zagrożenie życia, zdrowia lub środowiska naturalnego należy kontrolę przeprowadzić zanim jest już za późno i nie czekać, aż powiadomiony o terminie kontroli przedsiębiorca zwinie niebezpieczny interes i zatrze wszelkie jego ślady, mając do dyspozycji co najmniej tydzień. Przynależność do partyjnej szajki, czy lokalnego układu pozwala przedsiębiorcom unikać kontroli w nieskończoność. Według nowego prawa, jeżeli kontrola nie zostanie wszczęta w terminie 30 dni od dnia doręczenia zawiadomienia, wszczęcie kontroli wymaga ponownego zawiadomienia.

Po latach anemizacji i paraliżowania Państwowej Inspekcji Sanitarnej grupa niezmiennie trzymająca władzę w mijającym dwudziestoleciu osiągnęła sukces w postaci ostatecznego rozwiązania problemu będącego solą w oku już w PRLu i definiowanego wtedy pod hasłem: “sanepid przeszkadza”.

Rzecznik interesu narodowego polskiego potrzebny jest od zaraz. Ktokolwiek zechce podjąć to zadanie w obszarze własnej specjalności, musi zacząć od przeglądu obowiązującego prawa i zaproponować w nim zmiany eliminujące zapisy sprzeczne z naszym interesem narodowym. Do publikacji proponowanych zmian i dyskusji nad nimi można wykorzystać najbardziej demokratyczny środek masowego komunikowania, jakim jest internet i te media ogólnodostępne, na których Polacy nigdy się nie zawiedli.

3. kwietnia 2009

Męka i zmartwychwstanie to dar Boga dla Jego stworzenia.

Dar miłości. Dar miłosierdzia. Dar dobrowolny. Tym samym wynoszący ponad wszystko miłość, miłosierdzie i wolność. Ale przecież nie bez celu. Jak pisze dominikanin o. Marie-Joseph Le Guillou w książce SENS NASZEGO ŻYCIA. MĘKA I ZMARTWYCHWSTANIE JEZUSA CHRYSTUSA “Człowiek poszukuje sensu życia. Jeśli celem jego pragnień i działań nie jest Bóg, to zadowala się on doznawaniem krótkotrwałych przyjemności. Jednak prędzej czy później każdy z nas zostaje poddany takim czy innym próbom i wtedy na pewno zadaje sobie pytania o sens istnienia cierpienia, zła i śmierci.”

Męka i zmartwychwstanie Syna Bożego to najważniejszy argument na rzecz wolnego wyboru Dobra w toczącej się w sumieniu każdego człowieka walce Dobra ze Złem. Siła tego argumentu jest tak wielka, że Zło podejmie każdą próbę odwrócenia naszej uwagi od istoty rzeczy. Jak wilk w owczej skórze zareklamuje się jako piewca miłości, miłosierdzia i wolności, aby przy pierwszej nadarzającej się okazji wykazać się chorobliwą nienawiścią, bezdusznością o cechach okrucieństwa i jawnie wrogim stosunkiem do wolności. Uosobione Zło nienawidzi wolności, bowiem stworzony na wzór i podobieństwo Pana Boga wolny człowiek znajdzie w końcu cel swoich pragnień i działań. odrzuci krótkotrwałe przyjemności i wybierze usosobione Dobro. Czy koniecznie jednak dopiero wtedy, kiedy będzie poddany próbie cierpienia? Czy zdrowy rozsądek nie zachęci młodych, zdrowych i bogatych do chwili refleksji? Zwłaszcza teraz, kiedy wirtualny dom, który sobie budowali, ba, wieżowiec, w którym pełnili rolę najemników od brudnej nieraz roboty, nagle zmienia się w rumowisko. Nic dziwnego, bez fundamentu nie przetrwa żaden budynek. Mając wielki kredyt do spłacenia zamiast domu i kolejkę w pośredniaku zamiast pracy, może pójdą po rozum do głowy i wrócą z tej podróży z przekonaniem, że warto spróbować czegoś nowego. Tym razem zaufać systemowi zbudowanemu na skale. Część zlekceważy i to doświadczenie. Na stronicach Starego i Nowego Testamentu, i historii czasów późniejszych, człowiek nieustannie unosi się pychą, wyzywa Pana Boga na pojedynek, mocuje się z Nim, wykrzykuje wrogość wobec Niego. Do czasu. O ile zdąży, to zmieni poglądy, choćby najbardziej radykalnie formułowane i realizowane. I o ile wyrazi skruchę, to zyska przebaczenie. Wolna wola jest najbardziej Boskim pierwiastkiem człowieczeństwa. Jakże wobec tego żałosne są próby ograniczenia wolności człowieka przez innego człowieka. A jednak powtarzają się nieustannie, także w skali państwowej i światowej. Prześladowanie religijne, ograniczanie możliwości wypowiedzi, gwałt na niezależności akademickiej, brutalne traktowanie osób o poglądach innych niż głosi narzucona przez władzę doktryna, to wstęp do realnego totalitaryzmu. Nie inaczej był wprowadzany we Włoszech faszyzm, w Niemczech – nazizm, a w krajach zniewolonych przez Rosję Sowiecką – komunizm, socjalizm, ludowa demokracja, czy jak to tam jeszcze nazywano. Po medialnych nagonkach, po zaprowadzeniu prawnego porządku zgodnie z doraźnymi potrzebami władzy, faszyści, komuniści, czy ich obecne – jeszcze niedookreślone – odpowiedniki, przystępują do likwidacji ludzi uznanych za przeszkodę, nazwanych wrogami i przeznaczonych do zgładzenia. Zwykle jednak mają za sobą popierające ich masy, ogłupione propagandą i żądne krwi, tak długo, jak długo nie dostrzegą, że jest to krew ich własna i ich własnych dzieci. Inaczej jest w naszym kraju. Totalitaryzm wkracza bez zabiegów o popularność. Trudno przecież piramidalne głupstwa głoszone do kamer i mikrofonów uznać za jakiś program polityczny będący w stanie zyskać poparcie dla ich głosicieli. Tym bardziej zadziwia fakt, że w ojczyźnie Jana Pawła II, rozpoznawanego na całym świecie jako pielgrzym niosący wolność wszystkim narodom, opór przeciwko coraz to bardziej licznym przejawom totalitarnego zniewolenia, jest tak mizerny, tak słaby, jakby za chwilę płomyk wolności miał zgasnąć…

17. kwietnia 2009

Na straży zdrowia i życia ludzi stoi armia inspektorów.

Anemizowanie, paraliżowanie i marginalizowanie roli wszelkich inspekcji w Polsce to proces wieloletni, zapoczątkowany przed niemal dwudziestu laty na fali sprzeciwu wobec struktur państwa wobec Rosji wasalnego i jego funkcjonariuszy. Premier Mazowiecki i komunistyczni dygnitarze w tzw. pierwszym rządzie solidarnościowym zadbali o zakonserwowanie struktur i obsadzenie ich ludźmi sprawdzonymi co lojalności wobec junty pozornie oddającej władzę. Dopiero trzy kolejne rządy – Bieleckiego, Olszewskiego i Suchockiej pozwoliły zaistnieć skromnym przejawom myśli o rzeczywistej odbudowie Państwa Polskiego jako wspólnego dobra wszystkich Polaków. Niestety, pożytecznym inicjatywom nie dane było przebić się przez wulgarne, bezczelne, rozbudowane w formie oszustwo, zwane jednym słowem, za słownikiem języka polskiego, hucpą. Ot choćby taką jak oferta talerza zupy rozdawanej z ministerialnego kotła w zamian za pracę. Na przykład w pegeerze. Poprzez stały dostęp do środków masowego przekazu minister od darmowej zupy do dziesiątego pokolenia zagwarantował sobie cenioną markę w sprawach kulinarnych, innym ministrom przypadł łup w postaci latyfundiów z ziemi popegeerowskiej. A co z tysiącami rodzin z PGR-ów? Ile ofiar pochłonęło nagłe wyrwanie ludziom źródła utrzymania innego niż wspomniany talerz telewizyjnej zupy wsparty drobną zapomogą? Jaka część ofiar ówczesnego bezwzględnego wdrażania doktryny wolnego rynku zapoczątkowała dziedziczne wykluczenie społeczne? Dzisiaj, kiedy doktryny wolnego rynku wypierają się jej autorzy i globalni animatorzy, doprowadzeni pod jej sztandarem do nędzy ludzie płoną żywcem w domu typowym dla slumsów – realnym pomniku mijającego dwudziestolecia. Oby obraz małych żywych pochodni nie dał zasnąć budowniczym III RP. A przecież to dopiero początek. Bez pracy, bez możliwości opłacenia rosnących kosztów utrzymania, łatwo trafić do domu socjalnego, do getta dla nie dających sobie rady.

Dla wyciszenia sprzeciwu wobec bezprawia dość wcześnie zabrano się do demontażu kolejnych filarów systemu bezpieczeństwa obywateli we własnym państwie. A to z zemsty za zgodne z prawem i interesem publicznym czynności inspektorów, a to z obawy o torpedowanie interesów politycznych i finansowych partii i partyjniaków aktualnie sprawujących władzę przystąpiono od krojenia inspekcji i inspektorów na aktualną, wygodną władzy modłę. Poprzez zmiany w prawie i obsadzanie decyzyjnych stanowisk ludźmi zupełnie przypadkowymi większość inspekcji stojących na straży zdrowia i życia milionów doprowadzono do poziomu kompromitującego nasze państwo na tle Europy. Zaprzepaszczono narodowe tradycje służby publicznej, zamiast zachować to, co cenne z pragmatyki zawodowej służb nadzoru i kontroli, ich państwowotwórcze znaczenie, szczery patriotyzm i humanitaryzm zakorzeniony w filozofii polskiego pozytywizmu i heroizmu.

Z oczywistych powodów najstarsza i najbardziej rozbudowana służba nadzoru i kontroli była w dziejach ludzkości związana z działalnością przeciwepidemiczną, stąd i przyjęty sposób postępowania inspekcyjnego winien zawsze odnosić się do złotego wzorca, jakim jest w naszych warunkach ustawa o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Odrzuciwszy śmieci i buble prawne zniekształcające ducha tej ustawy, jak choćby dorobek rządów Buzka i Tuska, należy ustawę o Państwowej Inspekcji Sanitarnej uznać za pierwszą wymagającą analizy co do wypełnienia jej postanowień w sytuacjach poszukiwania winnych zaniedbań, które zagrażają zdrowiu i życiu ludzi.

Do obiektów budowlanych odnosi się kilka artykułów ustawy Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Art. 3. Do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegawczego nadzoru sanitarnego należy w szczególności uzgadnianie dokumentacji projektowej pod względem wymagań higienicznych i zdrowotnych dotyczących budowy oraz zmiany sposobu użytkowania obiektów budowlanych,

Art. 23. Państwowy inspektor sanitarny jest uprawniony do kontroli zgodności budowanych obiektów z wymaganiami higienicznymi i zdrowotnymi, określonymi w obowiązujących przepisach. Stwierdzone w toku kontroli nieprawidłowości są wpisywane do dziennika budowy, z wyznaczeniem terminu ich usunięcia.

Art. 25. Państwowy inspektor sanitarny w związku z wykonywaną kontrolą ma prawo
1) wstępu na terenie miast i wsi do obiektów użyteczności publicznej, obiektów będących w trakcie budowy;
2) żądania pisemnych lub ustnych informacji oraz wzywania i przesłuchiwania osób,
3) żądania okazania dokumentów i udostępniania wszelkich danych,
4) pobierania próbek do badań laboratoryjnych.

Art. 26. Państwowy inspektor sanitarny ma prawo wstępu do mieszkań w razie podejrzenia lub stwierdzenia choroby zakaźnej, zagrożenia zdrowia czynnikami środowiskowymi,

Art. 27. W razie stwierdzenia naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor sanitarny nakazuje, w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie stwierdzonych uchybień. Jeżeli naruszenie wymagań, o których mowa w ust. 1, spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje zamknięcie obiektu użyteczności publicznej decyzje w tych sprawach podlegają natychmiastowemu wykonaniu.

Art. 28. Państwowemu inspektorowi sanitarnemu przysługuje prawo zgłoszenia sprzeciwu przeciwko uruchomieniu wybudowanego lub przebudowanego obiektu budowlanego – jeżeli w toku wykonywanych czynności stwierdzi, że z powodu nieuwzględnienia wymagań higienicznych i zdrowotnych określonych w obowiązujących przepisach mogłoby nastąpić zagrożenie życia lub zdrowia ludzi. Zgłoszenie sprzeciwu wstrzymuje dalsze działania w tych sprawach, do czasu wydania decyzji przez państwowego inspektora sanitarnego wyższego stopnia. (Art. 29.) W tych wypadkach państwowi inspektorzy sanitarni są uprawnieni do zabezpieczenia pomieszczeń. Do postępowania zabezpieczającego stosuje się przepisy ustawy z dnia 17 czerwca 1966 r. o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, o ile przepisy szczególne nie stanowią inaczej.
 
24. kwietnia 2009

Anteny telefonii komórkowej i linie wysokiego napięcia zagrażają zdrowiu mieszkańców.

W jałowych i niekończących się dyskusjach z decydentami sami mieszkańcy są zmuszeni wypełniać rolę organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która zgodnie z obowiązującym prawem jest powołana do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności poprzez sprawowanie nadzoru nad warunkami higieny radiacyjnej w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych.

Do dotychczasowej ewidencji epidemiologicznej, która musi wreszcie znaleźć zrozumienie w naszym kraju, trzeba dołączyć ważny argument natury politycznej. Jest nim Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 2 kwietnia 2009 r. w sprawie obaw dotyczących wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie.

Zachęcając do zapoznania się z pełnym tekstem rezolucji, pozwolę sobie przytoczyć kilka jej fragmentów.

Parlament Europejski,

A. mając na uwadze, że pola elektromagnetyczne występują w przyrodzie, a zatem zawsze istniały na Ziemi; jednak w ostatnich dziesięcioleciach narażenie środowiskowe na źródła pól elektromagnetycznych wytworzone przez człowieka systematycznie wzrastało ze względu na zapotrzebowanie na energię elektryczną, coraz bardziej zaawansowane technologie bezprzewodowe i zmiany zachodzące w organizacji społeczeństwa; oznacza to, że obecnie każdy obywatel zarówno w domu, jak i w pracy narażony jest na działanie złożonej kombinacji pół elektrycznych i magnetycznych o różnych częstotliwościach,

B. mając na uwadze, że urządzenia bezprzewodowe (telefony komórkowe, urządzenia WiFi, Wimax, Bluetooth, telefony bezprzewodowe DECT ze stacjami bazowymi) emitują pola elektromagnetyczne, które mogą mieć szkodliwe skutki dla zdrowia ludzi,

C. mając na uwadze, że większość obywateli europejskich, zwłaszcza ludzi młodych w wieku od 10 do 20 lat, korzysta z użytkowego, funkcjonalnego i modnego przedmiotu, jakim jest telefon komórkowy, a także mając na uwadze, że nadal występuje niepewność co do płynących stąd potencjalnych zagrożeń dla zdrowia, szczególnie w przypadku osób młodych, których mózg nadal się rozwija,

H. mając jednak na uwadze, że wszyscy wydają się zgodni co do niektórych kwestii, zwłaszcza co do zmienności reakcji poszczególnych osób na narażenie na mikrofale, co do konieczności priorytetowego przeprowadzenia testów narażenia w skali rzeczywistej w celu dokonania oceny innych niż cieplne skutków działania pól o częstotliwościach radiowych oraz co do szczególnej wrażliwości dzieci na narażenie na pola elektromagnetyczne ,

2. wzywa do szczególnego uwzględnienia skutków biologicznych przy dokonywaniu oceny potencjalnego wpływu promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie ludzkie, zwłaszcza że według niektórych badań najbardziej szkodliwe skutki występują przy najniższych poziomach promieniowania; wzywa do aktywnego prowadzenia badań w celu przeciwdziałania potencjalnym problemom zdrowotnym poprzez opracowanie rozwiązań pozwalających wyeliminować lub ograniczyć pulsowanie i modulację amplitudy częstotliwości wykorzystywanych do transmisji;

4. zauważa, że zarówno podmioty z branży, jak i odpowiednie podmioty zarządzające infrastrukturą i właściwe organy już teraz mogą oddziaływać na pewne czynniki, np. wprowadzając przepisy dotyczące odległości między danym miejscem a przekaźnikami czy też wysokości danego miejsca n.p.m. w stosunku do wysokości stacji bazowej n.p.m. oraz ukierunkowania anteny nadawczej w stosunku do miejsc, w których przebywają ludzie, czyniąc to w oczywistej trosce o uspokojenie i o lepszą ochronę osób mieszkających w pobliżu tego rodzaju urządzeń; wzywa do optymalnego rozmieszczania masztów i przekaźników, a także do wspólnego korzystania z masztów i przekaźników umiejscowionych przez dostawców, tak by ograniczyć liczbę nieodpowiednio zlokalizowanych masztów i przekaźników; wzywa Komisję i państwa członkowskie do opracowania odpowiednich wytycznych;

5. zachęca państwa członkowskie oraz władze lokalne i regionalne do utworzenia punktu kompleksowej obsługi wydającego pozwolenia na montaż anten i przekaźników oraz do uwzględnienia w planach zagospodarowania przestrzennego regionalnego planu rozmieszczania anten;

6. apeluje do organów odpowiedzialnych za wydawanie pozwoleń na montaż anten telefonii komórkowej o uzgodnienie z operatorami z branży kwestii wspólnego korzystania z infrastruktury w celu ograniczenia liczby anten oraz narażenia ludności na pola elektromagnetyczne;

8. uważa, że – wobec mnożących się przypadków kierowania spraw do sądu, a nawet przyjmowania przez władze publiczne środków w rodzaju moratorium na montowanie nowych urządzeń przekaźnikowych wytwarzających pola elektromagnetyczne – w powszechnym interesie leży sprzyjanie rozwiązaniom opierającym się na dialogu między podmiotami z branży, władzami publicznymi, władzami wojskowymi i stowarzyszeniami mieszkańców na temat kryteriów instalacji nowych anten telefonii komórkowej lub linii wysokiego napięcia i dbanie przynajmniej o to, by szkoły, żłobki, domy spokojnej starości i budynki służby zdrowia znalazły się w określonej zgodnie z kryteriami naukowymi odległości od tego rodzaju infrastruktury;

9. wzywa państwa członkowskie, by wraz z operatorami z branży udostępniły społeczeństwu mapy przedstawiające narażenie na linie wysokiego napięcia, częstotliwości radiowe i mikrofale, zwłaszcza generowane przez maszty telekomunikacyjne, przekaźniki radiowe i anteny telefoniczne; wzywa do umieszczenia tych informacji na stronie internetowej, tak aby opinia publiczna mogła z łatwością się z nimi zapoznać, oraz do ich rozpowszechnienia w mediach;

10. proponuje, by Komisja rozważyła możliwość wykorzystania funduszy przeznaczonych na transeuropejskie sieci energetyczne do zbadania skutków pól elektromagnetycznych o bardzo niskich częstotliwościach, zwłaszcza w liniach elektroenergetycznych;

11. zwraca się do Komisji, by w czasie nadchodzącej kadencji (2009-2014) zainicjowała ambitny program poświęcony kompatybilności elektromagnetycznej między falami tworzonymi sztucznie a falami emitowanymi naturalnie przez żywy organizm ludzki, co pozwoli stwierdzić docelowo, czy mikrofale mają niepożądany wpływ na zdrowie ludzi;

14. ubolewa, że w wyniku systematycznego odkładania od 2006 r. wciąż nie opublikowano wniosków z międzynarodowego badania epidemiologicznego Interphone, którego celem jest stwierdzenie, czy istnieje związek między korzystaniem z telefonu komórkowego a niektórymi rodzajami raka, zwłaszcza guzami mózgu, nerwu słuchowego i ślinianki przyusznej;

15. podkreśla w tym kontekście apel o ostrożność skierowany przez koordynatorkę badania Interphone Elisabeth Cardis, która na podstawie obecnej wiedzy zaleca dzieciom racjonalne korzystanie z telefonu komórkowego i preferowanie telefonu stacjonarnego;

17. sugeruje również Komisji, by w trosce o skuteczność polityczną i budżetową przeniosła część wspólnotowych środków finansowych z badań nad polami elektromagnetycznymi na szeroko zakrojoną kampanię uświadamiającą skierowaną do młodych Europejczyków, a dotyczącą dobrych praktyk w zakresie użytkowania telefonu komórkowego, np. korzystania z zestawów słuchawkowych, nieprzedłużania rozmów, wyłączania telefonów w czasie, kiedy nie są używane (np. podczas lekcji), i korzystania z telefonów w miejscach dobrego odbioru sygnału;

20. proponuje uzupełnienie mandatu Europejskiej Grupy ds. Etyki w Nauce i Nowych Technologiach o zadanie oceny uczciwości naukowej, by pomóc Komisji zapobiec ewentualnym sytuacjom stanowiącym zagrożenie, konfliktom interesów, a nawet oszustwom, które mogłyby wystąpić w sytuacji wzmożonej obecnie konkurencji wśród naukowców;

23. potępia niektóre kampanie marketingowe operatorów telefonicznych, szczególnie agresywne w okresie świątecznym przed końcem roku i podczas innych specjalnych okazji, np. sprzedaż telefonów komórkowych przeznaczonych wyłącznie dla dzieci czy też skierowane do nastolatków oferty abonamentów z “darmowymi minutami”;

24. proponuje, by UE włączyła do swojej polityki jakości powietrza w pomieszczeniach badanie dotyczące bezprzewodowych urządzeń domowych, np. urządzeń WiFi zapewniających dostęp do Internetu i telefonów pracujących w standardzie DECT, które upowszechniły się w ostatnich latach w miejscach publicznych i mieszkaniach, narażając obywateli na stałą emisję mikrofal;

27. jest żywo poruszony faktem, że towarzystwa ubezpieczeniowe dążą do wykluczenia zagrożeń związanych z polami elektromagnetycznymi z polis ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej, co wyraźnie dowodzie, że europejscy ubezpieczyciele już stosują własną wersję zasady ostrożności;

28. wzywa państwa członkowskie do pójścia za przykładem Szwecji i uznania osób cierpiących na nadwrażliwość elektromagnetyczną za osoby niepełnosprawne w celu zapewnienia im odpowiedniej ochrony i równych szans.

8 maja 2009

Grypa A H1N1 czy zwykłe przeziębienie?

Mariodajnej i wiarygodnej odpowiedzi udzieli laboratorium wymienione w wykazie Światowej Organizacji Zdrowia 5 May 2009 (Revision 3) po raz pierwszy opublikowanym w dniu 2 maja 2009r. i aktualizowanym 7 maja b r. (rewizja 4) po południu czasu polskiego.

Dokument nosi tytuł “Państwa będące w stanie wykonać PCR w celu rozpoznania zakażenia wirusem grypy A (H1N1) u ludzi. (Countries able to perform PCR to diagnose influenza A (H1N1) virus infection in humans) i można w nim znaleźć wiele mniej lub bardziej zamożnych krajów świata, w tym tak dotkniętych nieszczęściem, jak afrykańska Rwanda, a nawet Polska, którą dopisano do wykazu w czwartek po południu.

Diagnostyka laboratoryjna to podstawowy warunek oceny sytuacji epidemiologicznej i obok logicznego rozumowania składa się na racjonalne uzasadnienie postępowania przeciwepidemicznego. Amerykańskie Ośrodki Zwalczania Chorób (Centers for Diseases Control – CDC) opracowały efektywną metodę analityczną o nazwie reakcja łańcuchowa polimerazy DNA z analizą ilości produktu w czasie rzeczywistym (ang. real-time PCR), przeznaczoną do wykrywania nowego wirusa A H1N1, a Światowa Organizacja Zdrowia 2. maja br. udzieliła zainteresowanym stronom instrukcji jak otrzymać z CDC zestawy diagnostyczne zawierające stosowne primery. Do sposobu pobierania próbek, materiałów dozwolonych przy pobieraniu wymazów odnoszą się szczegółowe instrukcje, nie poleca się na przykład wacików na drewnianych szpatułkach, które należy zastąpić poliestrem osadzonym na aluminium. To samo dotyczy transportu próbek na suchym lodzie w odpowiednim pojemniku. Błędy popełnione podczas pobierania i transportu materiału do badania nie pozwalają odróżnić chorobę tak obecnie nagłośnioną jak grypa A H1N1 od zwykłego przeziębienia. Według danych amerykańskich u każdego dziecka zwykłe przeziębienie występuje od sześciu do dziesięciu razy w ciągu roku, u dorosłych od dwóch do czterech razy w ciągu roku, rzadziej po sześćdziesiątce, co łącznie składa się na ponad miliard zachorowań w samych Stanach Zjednoczonych.

Tymczasem do godz. 9 rano 7 . maja 2009r. z całego świata zgłoszono do rejestrów Światowej Organizacji Zdrowia 2099 laboratoryjnie potwierdzonych przypadków zachorowania na grypę A H1N1 z 23 krajów świata, w tym 12 europejskich, ale Polska w tym zestawieniu nie występuje. Z 2099 potwierdzonych laboratoryjnie przypadków 1112 zgłoszono z Meksyku, 642 ze Stanów Zjednoczonych. Łącznie ze wszystkich państw świata zgłoszono 44 zgony na grypę A H1N1 potwierdzoną laboratoryjnie, z tego w Meksyku – 42 i USA – 2.

Nowe światło na pochodzenie pandemii nowej grypy o zazwyczaj łagodnym przebiegu i umiarkowanej zaraźliwości rzuca dobrze udokumentowany raport wirusologiczny, którego autorem jest prof. Ji-Ming z Ośrodka Epizoocjologicznego i Epidemiologicznego w Qingdao w Chinach. Oto źródłem pandemii nowej grypy A H1N1 miałyby być niewykryte dotychczas ogniska grypy świń w Ameryce Północnej. Z natury rzeczy jest to ślad tyleż kontrowersyjny co ryzykowny dla przemysłu mięsnego w szczególności opartego o fabryki wieprzowiny i niewątpliwie wymaga starannej analizy pozbawionej stronniczości w rodzaju kampanii public relations.

Podobnie rzecz się ma z niekontrolowanym i nieuzasadnionym stosowaniem leku przeciwwirusowego o nazwie Tamiflu. Zapełnione po sufity magazyny rządowe wielu krajów przygotowanych na zwalczanie mutanta grypy ptasiej muszą być opróżnione, gdyż wirus ptasiej grypy zdążył się na ten lek uodpornić a sam lek traci ważność. Tymczasem wskazania do stosowania Tamiflu w nowej grypie A H1N1 są ściśle określone i uwzględniają, co oczywiste, ryzyko działań nieporządanych.

22. maja 2009

Bezpieczeństwo epidemiologiczne to minimum bezpieczeństwa państwa.

Żadna władza publiczna nie może uchylać się od obowiązku zapobiegania epidemiom, zwalczania epidemii i łagodzenia skutków epidemii. Jedyne logiczne wytłumaczenie zawinionych i pozornie niezawinionych zaniedbań w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa epidemiologicznego konkretnej ludności konkretnego państwa to realizacja planu eksterminacji tej ludności.

Nie trzeba mieć złudzeń. To co dla eksterminowanych jest zbrodnią, dla eksterminujących, ich najemników i wspólników to powód do dumy i chwały. Za poprzedniej okupacji eksterminacją obywateli Rzeczypospolitej Polskiej zajmowali się nie tylko Reichsdeutscher, czyli obywatele Niemiec i Austrii, lecz także ogromna część spośród 2 milionów obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, którzy po 4. marca 1941r. podpisali niemiecką listę narodowościową – Deutsche Volksliste ( DVL ).

Niemiecka lista narodowościowa wyróżnia następujące kategorie

Kategoria 1 – Volksdeutscher – osoby narodowości niemieckiej działające na rzecz Niemiec już przed podbojem, zajmujące się dywersją, paraliżowaniem Państwa Polskiego i przygotowujące listy proskrypcyjne, czyli listy nazwisk współobywateli polskich z góry skazanych na zagładę za lojalność w stosunku do ojczyzny i/lub choćby lepiej wykształconych i bardziej energicznych.

Kategoria 2 – Deutschstaemmige – osoby przyznające się do narodowości niemieckiej, posługujące się w domu językiem niemieckim, kultywujące kulturę niemiecką, ale bez takich jak folksdojcze zasług dla niemieckiego parcia na wschód, czyli Drang nach Osten

Kategoria 3 – Eingedeutschte – głównie Ślązacy i Kaszubi, którym w razie odmowy podpisania folkslisty groziła zagłada za “zdradę rasy”, stąd Rząd Polski na Uchodźctwie nakłaniał Polaków na Śląsku i Kaszubach do podpisywania się pod niemieckimi urojeniami.

Kategoria 4 – Rueckgedeutschte – osoby narodowości polskiej uznane za wartościowe rasowo, bo działające na rzecz Niemiec, nazywane przez Polaków kolaborantami

Kategoria 5 Nicht Eindeutschungsfaehige – nie nadający się na Niemców i przeznaczeni na zagładę

Rasistowski system folkslisty jest produktem niemieckiej myśli politycznej i dziełem państwa niemieckiego prowadzącego planową eksterminację polskich obywateli w warunkach bezwzględnego terroru. Cienie zamordowanych domagają się sprawiedliwego osądzenia zbrodniarzy i takiego wyroku historii, który będzie przez nich na zawsze zapamiętany. Niech inne państwa upomną się o swoich, jeżeli mają taką wolę. Polska upomnieć się musi. Nie może stać oniemiała wobec niebywałej buty winowajców zadeptujących ślady zbrodni.

Bezpieczeństwo epidemiologiczne obecnej Polski, państwa ludności należącej dotychczas do kategorii 5 Nicht Eindeutschungsfaehige – nie nadających się na Niemców i przeznaczonych na zagładę, ilustruje – spośród wielu – najbardziej jaskrawy przykład zaniedbań w zakresie zaopatrzenia chorych w podstawowe leki przeciwgruźlicze. Lekarze biją na alarm i wtórują im media szczegółowo opisujące załamanie się programu zapobiegania i zwalczania gruźlicy w Polsce z powodu kardynalnych błędów zarządu resortu zdrowia.

Załącznik do ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi WYKAZ CHORÓB ZAKAŹNYCH w poz. 17 wymienia gruźlicę, tym samym nakłada na organy Państwa Polskiego liczne obowiązki związane z zapobieganiem i zwalczaniem tej zarazy.
Art. 5. Ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej głosi, iż do zakresu działania Państwowej Inspekcji Sanitarnej w dziedzinie zapobiegania i zwalczania chorób zakaźnych należy m. in :
1) dokonywanie analiz i ocen epidemiologicznych,
2) opracowywanie programów i planów działalności zapobiegawczej i przeciwepidemicznej, przekazywanie ich do realizacji zakładom opieki zdrowotnej oraz kontrola realizacji tych programów i planów,
3) ustalanie zakresu i terminów szczepień ochronnych oraz sprawowanie nadzoru w tym zakresie,
4) wydawanie zarządzeń i decyzji lub występowanie do innych organów o ich wydanie – w wypadkach określonych w przepisach o zwalczaniu chorób zakaźnych.

29. maja 2009

Fałszywa troska polityków o zdrowie publiczne to wróg numer jeden zdrowia i życia każdego z nas.

Ogłoszone z wielkim zadęciem kosztowne, a przy tym chybione programy profilaktyczne oraz telewizyjne występy oficjeli sycących swoje głody pychy i zarozumialstwa w żadnym razie nie zastąpią naukowo uzasadnionej działalności władzy publicznej na rzecz najważniejszego z doczesnych dóbr, jakim jest długie życie w zdrowiu.

Oczywiście dziedziną wiedzy uzasadniającą wydatkowanie pieniędzy podatników na cele prozdrowotne nie jest ani wiedza o tym jak ukraść pierwszy milion i nie dać się złapać, ani też jak skutecznie ogłupić wyborców, aby ponownie wybrali swojego kata. Wielu wyborców nic tak cieszy, jak przyjmowanie ciosów zadanych kochającą ręką zgodnie z deklaracją “miłości”.

Wszelkie działania w zakresie zdrowia publicznego muszą być zgodne z aktualnym poziomem wiedzy epidemiologicznej. Ta zaś – jak każda – podlega weryfikacji w miarę pojawiania się nowych wyników badań. Badań miarodajnych i wiarygodnych, nie zaś napisanych w gabinetach planistów kampanii marketingowych z rozpisaniem na role w wykonaniu a to profesorów, a to polityków, a to inspektorów, a to dziennikarzy. Czyli tzw. niezależnych autorytetów. Niezależnych do chwili ujawnienia ich powiązań ze zleceniodawcami. Powiązań finansowych i wszelkich innych, bezpośrednich i pośrednich z zaangażowaniem familii, przyjaciół i przyjaciółek, płatnych z góry i po wykonaniu zadania, a nawet z płatnością odłożoną dla zatarcia śladów na kilka, kilkadziesiąt lat.

Walka o prawdę w zdrowiu publicznym wydaje się przegrana w skali globalnej, a tym bardziej w Polsce, gdzie manipulacji i załganiu podlega dosłownie wszystko w niemal każdej dziedzinie życia państwowego i to w czasie rzeczywistym, nie wspominając o skrajnie przeciwnych interpretacjach faktów sprzed roku, czy kilku dekad.

Za sir Franciszkiem Baconem, pionierem myśli naukowej z przełomu XVI/XVII wieku, złudzenia, którym podlegają umysły ludzi w wieku XXI należy nazwać idola mendacis, złudzenia kłamstwa. Wiadomo: incredibile verum et verisimile mendacium, czyli niewiarygodna prawda i prawdopodobne kłamstwo. Jednak Zgodnie z teorią idoli Bacona, warto wykrywać i analizować czynniki deformujące naszą wiedzę, bowiem scientia potentia est – wiedza to potęga, wiedza daje siłę.

Nie mając wiedzy wystarczającej do przeżycia we współczesnym świecie, łatwo stracić zdrowie, a przez to majątek i w końcu życie, gdy zabraknie pieniędzy na leczenie. Stąd w narodach wielokrotnie od naszego bogatszych wielkim zainteresowaniem cieszą się informacje o zagrożeniach zdrowia i sposobach ich unikania.

Oto przykład informacji sprzecznej z kampaniami marketingowymi gigantów rynkowych, za to zgodnej z aktualnym poziomem wiedzy epidemiologicznej, a przy tym niezwykle ważnej dla każdego użytkownika telefonu komórkowego oraz osób z jego otoczenia. Czyli dla wszystkich.

Tuzin podstawowych zasad ostrożności w celu zminimalizowania narażenia na promienoiwanie przy korzystaniu z telefonów komórkowych:

1. Używaj komórki tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. Rozmawiaj najdłużej przez 6 minut, co jeszcze organizm może wytrzymać. Korzystaj ze słuchawek lub z zestawu głośno mówiącego i trzymaj telefon w odległości co najmniej 20-30 cm od siebie,

2. Nie noś telefonu bezpośrednio przy sobie i nie korzystaj niego w odległości bliższej niż 1 metr od innych osób

3. Osoby poniżej 15 roku życia wcale nie powinny używać komórek, ponieważ nadal rosną. Mając niższą masę ciała, ponoszą większe ryzyko uszkodzenia w wyniku oddziaływania promieniowania zwłaszcza na mózg i barierę krew – mózg oraz gonady, zwłaszcza jajniki.

4. Nie należy zachęcać do korzystania z komórek osób starszych i wszystkich innych o osłabionych funkcjach życiowych, gdyż promieniowanie może pogłębić osłabienie. Kobiety w ciąży nie powinny używać komórek, ponieważ promieniowanie mikrofalowe jest łatwo absorbowane przez płyn owodniowy, którym rozwija się dziecko w łonie matki.

5. Używaj komórki wyłącznie w warunkach najlepszego odbioru. Nie korzystaj z komórki w ograniczonych pomieszczeniach takich, jak winda, podziemie, metro, wagon. W tych miejscach siła sygnału zarówno wysyłanego, jak i otrzymywanego jest znacznie większa, tym samym promieniowanie jest dużo bardziej intensywne.

6. Nie używaj komórki w czasie jazdy samochodem, autobusem, pociągiem itp. , gdyż w tej sytuacji antena komórki cały czas skanuje w poszukiwaniu nadajnika, używając maksymalnej siły sygnału i promieniowanie zarówno przychodzące jak i wychodzące ulega nasileniu.

7. Nie używaj komórki w jakimkolwiek pojeździe, nawet nie będącym w ruchu. Zamknięty pojemnik metalowy daje efekt klatki Faradaya, co prowadzi do maksymalnego nasilenia szkodliwego wpływu promieniowania, oddziałującego nie tylko na osobę telefonującą, lecz także na innych pasażerów, zwłaszcza dzieci. Koniecznie trzeba wyjść z pojazdu zanim zacznie się telefonować.

8. Nie trzymaj włączonej komórki przy łóżku, ponieważ nawet kiedy nie jest używana, pozostaje w kontakcie z najbliższym masztem telefonii komórkowej i emituje promieniowanie w regularnych odstępach.

9. Zaopatrz się najlepiej w

- komórkę z najniższym możliwym SAR rating będącym miarą specyficznej absorpcji promieniowania mikrofalowego przez tkanki ciała człowieka, przy najwyższy dopuszczalnym natężeniu 1,1 W /kg dla oczodołów i policzków

- telefon z anteną zewnętrzną, choć mniej modny, to wyposażony w wielokierunkową antenę nadającą z maksymalną skutecznością i dlatego używającą słabszego sygnału niż taki, który ma antenę wbudowaną. Sprawy mody są mniej ważne niż sprawy zdrowia.

10. Należy unikać korzystania z telefonów komórkowych mając elementy metalowe w lub na głowie, niezależnie od tego czy są namagnetyzowane, czy też nie, takie jak wypełnienia amalgamatowe, mostki dentystyczne, płytki metalowe, śruby, klipsy, ozdoby, kolczyki, czy metalowe oprawki okularów. To samo dotyczy osób używających metalowych chodzików, kul i wózków inwalidzkich, które powinny unikać zjawisk odbicia, amplifikacji, rezonansu i biernej reemisji promieniowania.

11. Korzystaj z osłon chroniących cię prze promieniowaniem, takich jak metalowe kasety do noszenia komórek, materiały, zasłony i farby chroniące przed promieniowaniem, folie metaliczne i wszystkie inne wynalazki o uwodnionej skuteczności

12. Telefonuj najwięcej jak tylko możesz używając linii przewodowych, które nie emitują żadnego promieniowania i z których można korzystać w nieograniczonym czasie przez Internet, nawet w rozmowach zagranicznych.

5. czerwca 2009

O obiecany cud najłatwiej w urnie wyborczej.

Od ostatnich wyborów minęło dość czasu, aby każdy Polak zdał sobie sprawę z prostego faktu, że nawet największy zadufek cuda to może jedynie obiecać. Nie jest przecież Wszechmogącym zadufek znany także jako buc, bufon, chwalipięta, fanfaron, megaloman, mitoman, narcyz, pyszałek, samochwała, ważniak i zarozumialec.

Zamiana bieli i czerwieni w czerń, czerwień i żółć, bądź w pełną czerwień to cud w urnie wyborczej, który przyniósłby kolejną falę złośliwych dowcipów o Polakach typu Polish jokes. Disgusting racist jokes zaczynałyby się od pytania: ile Polakom trzeba ukraść, aby zaczęli szukać złodzieja. Albo: jaki naród na świecie dobrowolnie wybiera bezrobocie, nędzę, wygnanie, zagrożenia zdrowia z powodu braku prewencji albo cierpienie i przedwczesne zgony w wyniku odcięcia dostępu do medycyny naprawczej.

W dawnych wiekach w wyniku traktatów sukcesyjnych ziemia wraz ludźmi przechodziła z rąk do rąk królów i książąt. W ten sposób na wieleset lat Państwo Polskie utraciło jedną ze swoich kolebek, ziemię o tysiącleci zasiedloną przez Prasłowian kultury łużyckiej. W wyniku koronkowej roboty Śląsk dostał się w ręce dynastii niemieckich. Dzisiaj zamiast traktatów sukcesyjnych traktaty akcesyjne mają oddać całą Polskę we władanie różnych umlaut, von, zu, a nawet von und zu w jednym, którzy niezmiennie kierują się dewizą cuius regio, eius religio, czyli czyja władza, tego religia. Tą religią jest obecnie europeizm, z jego antychrześcijaństwem czy pseudochrześcijaństwem, pogardą dla życia i prawdziwej wolności człowieka, które co rusz rażą nas wściekłym wzrokiem znad ust głoszących miłość i coś, co nazywają tolerancją.

Broniąc swojej tożsamości, rodziny, zdrowia, życia, pracy, domu i ziemi, idźmy na wybory. Po przegranej w tych wyborach Polska może już się nie podnieść.

Kto ma dostęp do internetu, niech wejdzie na serwer sejmowy i zapozna się szczegółowo z ujednoliconymi tekstami trzech ustaw: Kodeks karny, Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego, Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej.

Oto najbardziej praktyczne wyjątki z nich.

Wyborca głosuje, stawiając na karcie do głosowania znak “x” w kratce z lewej strony obok nazwiska jednego z kandydatów z tej listy, przez co wskazuje jego pierwszeństwo do uzyskania mandatu. Za nieważny uznaje się głos, jeżeli na karcie do głosowania postawiono znak “x” w kratce z lewej strony obok nazwisk dwóch lub większej liczby kandydatów z różnych list okręgowych albo nie postawiono tego znaku w kratce z lewej strony obok nazwiska żadnego kandydata z którejkolwiek z list. Dopisanie na karcie do głosowania dodatkowych nazwisk lub nazw albo poczynienie innych dopisków poza kratką nie wpływa na ważność głosu. Czyli na karcie do głosowania wolno dopisać co się chce, byle przy jednym nazwisku postawić w kratce znak x. Wtedy głos na pewno będzie ważny.

Stawiając znak x, trzeba pamiętać, że w podziale mandatów uwzględni się wyłącznie listy okręgowe tych komitetów wyborczych, które otrzymały co najmniej 5% ważnych głosów w skali kraju.

Przestępstwa przeciwko wyborom zagrożone są wysoką karą pozbawienia wolności. Karze podlega, kto w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego
- niszczy, uszkadza, ukrywa, przerabia lub podrabia protokoły lub inne dokumenty wyborcze
- dopuszcza się nadużycia lub dopuszcza do nadużycia przy przyjmowaniu lub obliczaniu głosów
- odstępuje innej osobie przed zakończeniem głosowania niewykorzystaną kartę
do głosowania lub pozyskuje od innej osoby w celu wykorzystania w głosowaniu niewykorzystaną kartę do głosowania,
- przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem przeszkadza głosowaniu lub obliczaniu głosów oraz sporządzaniu protokołów lub innych dokumentów wyborczych;
Karze podlega także kto, naruszając przepisy o tajności głosowania, wbrew woli głosującego zapoznaje się z treścią jego głosu.

Interesy poszczególnych komitetów wyborczych reprezentują ich pełnomocnicy wyborczy i mężowie zaufania. Państwowa Komisja Wyborcza może utworzyć na czas wyborów swoją inspekcję i określić jej zadania lub powierzyć wykonywanie jej zadań inspekcji rejonowej komisji wyborczej. Także Rejonowa komisja wyborcza może utworzyć na czas wyborów swoją inspekcję i określić jej zadania. Dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej prowadzonej w wyborach do parlamentu europejskiego zarządzonych na dzień 7 czerwca 2009 r. zmusza do podjęcia przez poszczególne komitety wyborcze i Państwową Komisję wyborczą zdecydowanych działań na rzecz prewencji i wykrywania przestępstw przeciwko wyborom.

Wyborca też może wykryć przestępstwa przeciwko wyborom, obserwując co się dzieje w lokalu wyborczym.
Najważniejsze jest jednak skorzystanie z uprawnień określonych w Art. 117. Ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Nakłada on na obwodową komisję wyborczą obowiązek udostępnienia wyborcom po godz. 22.00 w dniu 7. czerwca 2009r. wyników głosowania obejmujących m. in.
- liczby wyborców uprawnionych do głosowania i którym wydano karty do głosowania oraz
- liczby głosów ważnych oddanych na poszczególne listy okręgowe i na poszczególnych kandydatów.

Dane te muszą być wywieszone w lokalu wyborczym w miejscu łatwo dostępnym dla wyborców oraz udostępnione przez internet w urzędowym publikatorze teleinformatycznym – Biuletynie Informacji Publicznej.

Warto powołać ad hoc komitety obywatelskie w celu wykrywania i natychmiastowego powiadamiania niezależnej opinii publicznej i organów ścigania o przestępstwach przeciwko wyborom. Niestety, sumowanie danych z lokali wyborczych jest poza możliwością kontroli obywatelskiej.

19. czerwca 2009

Polityczne trzęsienie unijno europejskiej ziemi zapowiada przełom.

Miejsce goebbelsowskiej propagandy europeizmu zajmą coraz to ostrzej stawiane interesy narodowe. Pytanie tylko kto i z jakim skutkiem będzie bronił interesu narodu polskiego. Narodu, jak mało który, zdradzonego przez swoje “jelyty”, charakteryzujące się poziomem tyleż żenującym, co sposoby, jakimi zagarnęły władzę i jej pilnują. Jedno jest pewne. Moda na patriotyzm prędzej czy później dotrze i do nas, a wówczas nie wystarczą słodkie słówka, kombatanckie wspominki i bogoojczyźniane zaklęcia. Aby zdobyć władzę w kolejnych wyborach, trzeba będzie wykazać się konkretnym dorobkiem. Widownia rozliczy obydwie pierwszoligowe drużyny i z samobójczych goli strzelonych do polskiej bramki i ze skutecznych akcji tej bramki obrony.

Jest nadzieja, że walka na śmierć i życie politycznych gigantów w nowej europejskiej rzeczywistości odwróci złą kartę historii naszej ojczyzny i da nam szansę odbić się od dna. Niech biją się w piersi ci, którzy, czy to szydząc z patriotyzmu, czy nawet udając patriotów, polski patriotyzm nazywali i nazywają nacjonalizmem, podczas gdy u sąsiadów partie stawiające na pierwszym miejscu jasno określony interes narodowy nie są kneblowane karykaturą poprawności politycznej i zdobywają władzę. Czesi, Słowacy, Rosjanie i Niemcy mogą wyraźnie artykułować swoje interesy, ale Polacy nie mogą bo zaraz zostaną obrzuceni salwą błota oszczerstw i pomówień przez tych, dla których Polska to tylko obszar eksploatacji. Czy ktoś, wybierając się na grzyby, pyta znalezione prawdziwki o zdanie, czy chcą być ścięte i jak mają być przyrządzone? Nie pyta, tylko spokojnie zbiera. Po to przyszedł do lasu. Z ostatniej kampanii wyborczej jasno wynika, że nas też nikt nie pyta o opinię w sprawie naszej przyszłości. Nie pokazuje alternatyw i szans ich zrealizowania. Wyborcy nie pytani, nie odpowiadają. Na wybory nie chodzą, bo mają dość nudnego już widowiska w wykonaniu kiepskich aktorów. W Polsce frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego okazała się żałośnie niska, a ich wynik w postaci skopiowania proporcji parlamentarnych kompromituje kastę polityczną. Po co komu takie wybory, kiedy nie ma czego wybierać.

W odróżnieniu od Polski, Niemcy miały okazję pokazać światu co wybierają. Wybory samorządowe przyniosły tam triumf Narodowo Demokratycznej Partii Niemiec. Nationaldemokratische Partei Deutschlands to nie Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, a mimo to jest postrzegana jako kontynuatorka znanego dobrze światu, zwłaszcza Polsce, nazizmu. Już w poprzednim wcieleniu w postaci Niemieckiej Partii Rzeszy Deutsche Reichspartei była opanowana przez hitlerowców, obecnie domaga się uznania dorobku nazizmu, rewizji granic i uprawia jawną propagandę antypolskiej nienawiści. Wygodnym pretekstem są tu gościnne występy polskich przestępców w Niemczech. Jak zwykle w takich przypadkach bezczynność organów naszego państwa przynosi gorzkie owoce i to po dziesiątkach lat od pojawienia się w Niemczech dużej fali złodziei z Polski za tytułem filmu “15.10 do Jumy” zwanych “jumakami” od godziny odjazdu pociągu do Niemiec z miasta, którego nazwy tu nie wymienię.

Zdaniem niemieckich władz poniżanie narodu polskiego nie jest jednak przestępstwem. W tej sytuacji należy postawić wyraźne pytanie o gwarancje naszego bezpieczeństwa nie tylko podczas pobytu obywateli polskich w Niemczech. Brak jednoznacznej odpowiedzi na zasadnicze pytania w sprawie bytu narodowego musi przerwać milczenie polityków, którzy twierdzą, że reprezentują interesy narodowe Polaków.

26 czerwca 2009

Komunizm, faszyzm, europeizm, klimatyzm i każdy inny totalitaryzm żąda tego samego. Zrezygnujcie z własnego interesu na rzecz zakamuflowanego interesu nowego hegemona, a po przejściowych kłopotach czeka was raj na ziemi. Wy, którzy tego nie rozumiecie, jesteście zacofanymi wrogami postępu i nie unikniecie kary, która nieuchronnie spadnie na was samych i wasze rodziny. Wystarczy, że zabierzemy wam pracę, a szybko skruszejecie i zasilicie szeregi entuzjastów żebrzących o odpady z naszego stołu. Nawet gdy władza działa nieudolnie i sprzecznie ze zdrowym rozsądkiem, to i tak dysponuje siłą wystarczającą, aby zabrać wam wszystko: zdrowie, majątek i życie.

Widomym znakiem panoszącego się w Polsce totalitaryzmu, któremu, tak jak stalinizmowi i hitleryzmowi, należy się już nazwa o charakterze odosobowym, są turbiny wiatrowe szkodliwe dla krajobrazu, przyrody i zdrowia człowieka.

To, że wiatraki psują krajobraz, widzi każdy i to powinno martwić wszystkich, którzy inwestują w turystykę i chcą z niej się utrzymywać. To, że kładą trupem zwierzęta latające, w tym objęte prawną ochroną gatunki latających ssaków – nietoperzy, powinno wstrząsać sumieniem każdego, nie tylko ekologów na etacie. Ale to, że turbiny wiatrowe szkodzą zdrowiu ludzi powinno stać się tematem debaty narodowej od zaraz. Przecież nawet gdyby doszło do natychmiastowego odsunięcia od władzy ludzi odpowiedzialnych za upadek lecznictwa w Polsce, to i tak skutki zdrowotne oddziaływania turbin wiatrowych pozostaną nieuleczalne na dziesiątki lat. Kto zapłaci za utracone zdrowie? Kto zrekompensuje utratę możliwości zarobkowania? Kto pokryje koszty leczenia?

Brak odpowiedzi na te proste pytania dowodzi, że instalatorzy wiatraków elektrycznych ukrywają rzeczywiste koszty swojego przedsięwzięcia. Te ukryte każą płacić innym. Tak samo, jak w przypadku energii jądrowej. To co jest prezentowane jako tanie i ekologiczne, po ujawnieniu kosztów ukrytych i przeniesionych na innych, okazuje się najbardziej kosztowne i najbardziej dla środowiska szkodliwe. Sprzedawcom elektrowni atomowych i ich akwizytorom z trudem przychodzi przyznać rację oczywistym faktom. Również w Polsce, gdzie do kosztów budowy i eksploatacji reaktorów atomowych należy doliczyć następstwa oddziaływania na zdrowie ludzi elektroenergetycznych linii napowietrznych, które trzeba będzie zbudować, aby rozprowadzić energię z jej kilku nowych źródeł. Już dotychczas Polacy traktowani są jak przygodni mieszkańcy ziemi niczyjej, więc nie trzeba się dziwić, kiedy wkrótce na łóżeczko naszego dziecka padnie złowieszczy cień linii wysokiego napięcia siejącej promieniowanie elektromagnetyczne.

Nietoperze muszą liczyć na zmiłowanie ludzi. Ludzie mogą i muszą bronić się sami. Taki już mają przywilej, że mogą czytać i wykorzystywać zdobytą wiedzę dla obrony zdrowia i życia swoich bliskich i własnego.

W roku 1991 w The Johns Hopkins University School of Medicine odbyłem pożyteczne szkolenie z zakresu epidemiologii i w tym samym roku dyplom lekarza medycyny w tej szacownej uczelni uzyskała dr Nina Pierpont.
Dr Nina Pierpont sformułowała definicję zespołu hałasu turbiny wiatrowej jako zespołu objawów, które rozpoczynają się z chwilą uruchomienia okolicznych turbin, zaś ustępują, gdy turbiny są wyłączone lub osoba zgłaszająca symptomy nie przebywa w ich sąsiedztwie. Do objawów tych należą:
- problemy ze snem: słyszalny hałas lub fizycznie odczuwalne uczucie pulsowania czy ciśnienia utrudniają zaśnięcie oraz powodują częste wybudzanie.
- bóle głowy o nasilonej dokuczliwości lub częstotliwości,
- zawroty głowy, drżenie, nudności,
- wyczerpanie, niepokój, złość, skłonność do irytacji, depresja,
- problemy z koncentracją uwagi i uczeniem się,
- szum uszny (dzwonienie w uszach).

Nie wszystkie osoby mieszkające w pobliżu turbin wiatrowych zauważają powyższe symptomy. Nie oznacza to, że ludzie je wymyślają, lecz raczej, że ludzie różnią się pod względem podatności na nie.

Najpowszechniejszym objawem jest przewlekłe zaburzenie snu. Wyczerpanie, huśtawka nastrojów oraz problemy z koncentracją i uczeniem się są naturalnymi następstwami słabego, niezdrowego snu.

Wrażliwość na hałas o niskiej częstotliwości stanowi potencjalny czynnik ryzyka. Niektórzy ludzie odczuwają hałas o niskiej częstotliwości raczej jako ciśnienie w uszach, niż jako słyszalny dźwięk, lub też doświadczają go jako odczuwalne uczucie lub drganie w klatce piersiowej albo gardle. Osoby zamieszkujące w sąsiedztwie przemysłowych turbin wiatrowych skarżą się także na niepokojące uczucie przymusu oddychania zsynchronizowanego z rytmicznym pulsowaniem turbin, które to pulsowanie niekoniecznie musi być słyszalne, zwłaszcza w nocy gdy próbują spać.

Powyższe ustalenia dr Niny Pierpont należą do głównego nurtu medycyny opartej o ewidencję naukową. Trwałym skutkiem oddziaływania turbin wiatrowych o nazwie choroba wibracyjno-akustyczna zajmuje się wibroakustyka – dziedzina naukowa, w której Polska odnosi międzynarodowe sukcesy, a dr Wojciech Marciniak należy do pionierów medycyny w tym zakresie.

16. października 2009

Przed dwudziestu laty niemal każdego dnia odwiedzałem jakiś szpital lub uczelnię, aby wygłosić wykład na temat AIDS i innych chorób przenoszonych drogą płciową. Było to powrocie z pracy w Afryce, gdzie jako konsultant epidemiolog rządu Republiki Kenii prowadziłem badania lekarskie w założonej przeze mnie państwowej przychodni dla osób z objawami chorób wenerycznych. Trwający od rana do nocy natłok pacjentów, głównie młodych i bardzo młodych, a przy tym z powodu braku dostępu do lekarza i skutecznych leków niezwykle cierpiących w wyniku nieleczonego zakażenia i to niejedną na raz chorobą weneryczną, skłaniał do poważnej refleksji nad ograniczeniami terapii i profilaktyki z jednej strony a możliwościami prewencji z drugiej strony. A działo się to w początkowej fazie epidemii AIDS. W roku 1982 nikt nie odważył się połączyć znanej od dawna w Afryce “slimming disease” (“choroby wychudzającej”) z pierwszym w historii ujawnionym ogniskiem epidemicznym AIDS wśród homoseksualistów w San Francisco, USA. I to pomimo zbieżności obrazu klinicznego. Jeszcze w marcu roku 1987 w rejestrach Światowej Organizacji Zdrowia spośród 43 tys. przypadków AIDS na całym świecie, aż 31 tys. zarejestrowano w USA, 5 tys. w Europie i zaledwie 3 tys. w Afryce. W ciągu 20 lat obraz sytuacji uległ zasadniczej zmianie. Szacowana liczba osób żyjących z HIV/AIDS w 2007r. osiągnęła 33 miliony, z czego 22 miliony, czyli 2/3 żyły w Afryce. Tam też zmarły 3/4 spośród 2 milionów zmarłych na AIDS w samym roku 2007 na całym świecie. Według ostatnich opublikowanych oszacowań ONZ od 1981 r. na świecie zmarło 25 milionów ludzi. W 2007 r. wirusem wywołującym HIV zaraziło się 2,9 miliona ludzi, w tym 1, 9 w Afryce. Odsetek osób w wieku 15 – 49 lat żyjących z HIV/AIDS na świecie wynosi 0,8%, taki sam jest w Europie Wschodniej i Azji Środkowej, zaś w Afryce jest ponad siedmiokrotnie wyższy i sięga 5%. W obrębie poszczególnych kontynentów występują jednak znaczące różnice. W Polsce odsetek osób żyjących z HIV/AIDS szacuje się na ok. 0,1% i jest on 11-krotnie niższy niż na Ukrainie, gdzie żyje 440 tys. osób z HIV/AIDS i 10-krotnie niższy niż w Rosji, gdzie liczba osób zakażonych sięga 860 tys. Z narodów Europy Zachodniej najbardziej cierpią Hiszpanie: zakażonego HIV można tam spotkać sześć razy częściej niż w Polsce. W Afryce różnice pomiędzy poszczególnymi regionami zawsze były i są niezwykle uderzające. Muzułmańskie państwa Północnej Afryki z wyjątkiem Libii, do w której doszło do zakażeń szpitalnych, mają odsetek zakażonych HIV taki sam jak Polska, czyli 1 osoba zakażona HIV na 1000 ludności, zaś w państwach południa kontynentu, jak Lesotho, Swaziland, Zimbabwe i Botswana sytuacja jest 250 razy bardziej groźna – jeden na czterech jest zakażony HIV. W samej Republice Południowej Afryki, gdzie co dziesiąta osoba jest zakażona HIV, żyje najwięcej osób z HIV/AIDS na świecie – 5 700 000.

Podejmując w latach osiemdziesiątych intensywne działania na rzecz prewencji AIDS w naszym kraju, kierowałem się przekonaniem, że jedynym złotym środkiem zapobiegawczym jest oświata zdrowotna skierowana przede wszystkim do ludzi młodych, pierwszych ofiar i rozsadników chorób wenerycznych, włącznie z tą najbardziej potworną w naszych czasach, jaką jest AIDS. W ramach Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Czerwonego Krzyża, któremu prezesował pan Andrzej Wydro i z wsparciem krajowego duszpasterza służby zdrowia i wiceprzewodniczącego Komisji Episkopatu do Spraw Duszpasterstwa Akademickiego, którym był wówczas ks. biskup Adam Dyczkowski udało się nam się wydrukować i zamieścić nawet w gablotach parafialnych tysiące ulotek zawierających szczegółowe ostrzeżenia przed chorobami przenoszonymi drogą płciową, w tym AIDS, oraz wielorakie zachęty do unikania ryzyka zakażenia. Potem założyłem pierwszą w Polsce i całej Europie Środkowo – Wschodniej automatyczną informację telefoniczną o AIDS, której tekst można znaleźć na stronie www.halat.pl/hiv.html , aż wreszcie wraz z mgr Elżbietą Janik i mgr Krystyną Lasek, dyrektorami wydziałów pielęgniarskich i położnych szkół medycznych odpowiednio we Wrocławiu i Świdnicy, do których później dołączyły szkoły w Warszawie, Bytomiu i innych miastach, stworzyliśmy zakrojony na szeroką skalę program promocji zdrowia młodzieży “Sami Sobie” – rówieśniczy program edukacyjny realizowany przez słuchaczki wydziałów pielęgniarskich i położnych szkół medycznych. Jego celem było wyposażenie młodych ludzi w wiedzę, umiejętności i motywację do ominięcia zagrożeń zdrowia i życia ich samych i ich przyszłych rodzin. Było to w czasach gwarantowanego przez nasze państwo dostępu do leczenia chorób przenoszonych drogą płciową w świetnie zorganizowanej sieci przychodni skórno-wenerologicznych, całkowicie bezpłatnego diagnozowania i darmowego leczenia osób zgłaszających się do tych przychodni z objawami wskazującymi na zakażenie i ich kontaktów. Było to w czasach, kiedy chlamydioza, najczęstsza, a przy tym bezobjawowa choroba przenoszona drogą płciową nie przyniosła jeszcze takich strat w obszarze płodności jak obecnie. Było to w czasach w czasach stabilizacji zawodowej ogromnej większości Polaków, kiedy to nierząd oczywiście występował, ale nie jawił się jeszcze jako jedyna szansa na przeżycie. Było to też w czasach, kiedy fala emigracji młodych i niemających oprócz ciała zbyt wiele do sprzedania nie była tak wysoka. Było to też w czasach, w których handel ludźmi, tymi naiwnymi, gotowymi uwierzyć w każdą bajkę o pracy za granicą akurat w charakterze modelki, kelnerki, opiekunki napotykał znaczne przeszkody w ograniczeniach migracyjnych.

Nie działo się to na kilkaset dni przed mistrzostwami w piłce nożnej, które – z zachowaniem odpowiednich proporcji – zagrażają erupcją nierządu, jak podczas mistrzostw świata w Niemczech w roku 2006. Promiskuityzm, nierząd, narkotyki, alkohol i hazard w kraju szalejącego bezrobocia i i związanych z nim wywłaszczeń wkrótce przekształcą Polskę w Haiti, najbardziej zniszczone przez AIDS państwo zachodniej półkuli, którego największym nieszczęściem jest geograficzne położenie obok bogatego sąsiada.

Każdy widzi do czego doszliśmy. Każdy powinien wyciągnąć właściwe wnioski i podjąć działania ratunkowe na miarę swoich sił i możliwości.

30. października 2009

Czy można mieć wszystko? To pytanie w dzisiejszej Polsce brzmi jak prowokacja. Owszem można mieć wolność wypowiedzi. Nowak i Kowalski mogą się wygadać, ponarzekać do woli, wyżalić, popłakać, a nawet rzucić ciężkie słowa pod adresem rządzących. I to w publicznej telewizji. Ale co z tego za korzyść? Biadolenie, choćby najbardziej rozpaczliwe i najmocniej uzasadnione tragiczną sytuacją wielu rodzin niczego nie zmieni. Dostaliśmy się w niewolę uzurpatorów, którzy opanowali do perfekcji sztukę zdobywania i utrzymywania władzy za pomocą narzędzi prawnych i propagandowych. Od dwudziestu lat na przemian ci sami rządzący robią to do czego się zobowiązali i biorą za to sowite wynagrodzenie. Nie są to obcy. Tak było i w przeszłości. To polska szlachta skapitulowała pod Uściem i dopuściła do szwedzkiego potopu. To polska arystokracja sprowadziła na ojczyznę kaduk, czyli wielką niemoc. Kaduk. Według słownika języka polskiego, który wydał w 1808r. Samuel Bogumił Linde, a obecnie books.google.com udostępnia ten rarytas wszystkim użytkownikom internetu, kaduk to 1) odumarłe dobra, czyli w obecnym rozumieniu mienie pozostawione bez spadkobiercy i przechodzące na własność lokalnych działaczy wiadomej partii, 2) choroba rzucająca, czyli padaczka, epilepsja – tu Linde podaje przykład “Gdy kaduk kogoś rzucił zrywano seymy, dlaczego choroba ta nazwana sejmowa, comitialis” i wreszcie trzecie znaczenie – kat, czart, bies, diabeł. To wiele wyjaśnia. Już w 1831 ówcześni Polacy szli na bagnety z wiarą, że “kto przeżyje wolnym będzie, kto umiera wolnym już”. Przekonanie, że sprzedawczykowstwo i narodowe zaprzaństwo magnatów, szlachty i części duchowieństwa doprowadziły do utraty naszej niepodległości przez wiele dziesiątków lat napędzało walkę klas, tak długo, aż ciotki rewolucji, Róża Luksemburg i Wanda Wasilewska – aby dać pierwszeństwo paniom – zatryumfowały na całego, pokazując tym Polakom, którym pozwoliły jakoś przeżyć, prawdziwe znaczenie socjalistycznego hasła “wolność, równość i braterstwo”.

Zdając sobie sprawę z ceny bolesnych nauk, których przeszłość i teraźniejszość nam nie szczędzą, starajmy się dotrzeć do przyczyn naszej głównej słabości, a więc sprzedawczykowstwa.

Rząd się wyżywi. To słyszeliśmy od samego klasyka, który reprezentował władzę rzucającą jednak jakieś większe kawałki ochłapów swoim poplecznikom. Dzisiaj różnorodność form wynagradzania za poparcie jest niewspółmiernie większa: tu gwarancje wygrania przetargu, tam korzystna ustawa lub przyjazna decyzja. W końcu nie wiadomo kto kim rządzi, kto zleca a kto wykonuje czyjeś życzenia, polecenia, zadania. Wszyscy są uwikłani w sieć wzajemnych zależności. Może i stąd wysokie sondażowe poparcie dla partii dającej taaakie niezwykłe możliwości, potrafiącej taak ładnie obiecać i ukochać. Wobec niezwykłych szans na szybki zarobek, wręcz porównywalnych z rozbiciem banku 138 razy w gdyńskim kasynie, dorośli ludzie lgną do obiecującej wszystko władzy jak nastolatki do jednorękiego bandyty. Emocje nie pozwalają przejrzeć na oczy. A wystarczy pomyśleć o realnych dochodach i porównać je z wysokością bieżących spłat kredytów, kosztach utrzymania, stałych opłatach i nagłych potrzebach, jak na przykład leczenie. Wszak obecnie tylko rząd się wyżywi i wyleczy. Na Florydzie, naturalnie.

Czy zatem opłaca się sprzedawać za bajki o szansach? Czy nie warto wrócić do korzeni własnej tożsamości narodowej? A tym samym do solidaryzmu społecznego, do lojalności w stosunku do współobywateli, do rzetelnej służby Ojczyźnie pojmowanej jako dobro wspólne. Jeżeli brakuje chęci wyrzeczenia się zła, służenia złej sprawie, ujawnienia złoczyńców, złapania złodzieja wspólnego dobra za rękę i oddania go w ręce wymiaru sprawiedliwości, jaki by on to nie był, to nie trzeba się dziwić, że życie w państwie, które w wyniku rozkradzenia ulega rozpadowi, staje się nie do zniesienia.

Waldemar Łysiak na str. 164 “Stulecia kłamców” (dostępnego także w internecie) w rozdziale pt. “Kłamstwo libertynizmu 2 – Relatywizm” podaje, że wspomniany wyżej Jerzy Urban zwie Polskę “(trzy kropki) państewkiem” i głosi otwarcie, że jego cel to “(trzy kropki) narodu polskiego”. Pomijając milczeniem pierwszy wulgaryzm godny filmów Lwa Rywina i jemu podobnych, warto zastąpić drugi wulgaryzm słowem zagranicznym, dzięki czemu będzie wiadomo, że klasyk polskiej lewicy osiągnął zamierzony cel. Oto od angielskiego słowa “slut” oznaczającego osobę niezbyt ciężkich obyczajów, pochodzi termin sluttification, mniej niż polski odpowiednik obciążony wulgarnością a przy tym używany w dyskusjach publicznych dotyczących przyczyn szerokiego zakresu patologii społecznej od promiskuityzmu niosącego choroby i socjopatie po korupcję wyniszczającą ekonomicznie i politycznie. Starych Polaków było stać na makaronizmy, my twórzmy anglicyzmy, skoro jest taka potrzeba. Tak więc slutyfikacja oznacza czynienie z kogoś człowieka o niskiej moralności, postępującego niemoralnie, zwykle dla osiągnięcia korzyści materialnej. Walkę z zapowiedzianą przez Urbana i osiągniętą przez jego przyjaciół slutyfikacją narodu polskiego musimy rozpocząć natychmiast i potraktować ją jako ostatnią dla nas wszystkich szansę narodowego istnienia między Odrą a Bugiem.

6. listopada 2009
tylko audio

13 listopada 2009

Kultura decyduje o tym, kim jesteśmy. Jak głosił amerykański filozof Willard Van Orman Quine, znany jako “Van”, zaprzyjaźniony z wybitnym Polakiem o przyjętym nazwisku Alfred Tarski, “no entity without identity”, po łacinie nullam esse entitatem sine identitate, czyli: nie ma osoby bez tożsamości. Wydawałoby się, że wszyscy rodacy autora książki “Pamięć i tożsamość” wiedzą doskonale jakie są źródła i cechy ich własnej tożsamości. Ale tak nie jest. Ale tak nie jest, niestety. Jak tylko Polak poczuje się silniejszy, zapomina o katechizmie i patriotyzmie. A zwłaszcza, kiedy dojdzie do władzy lub do pieniędzy. I to w tej kolejności, charakterystycznej dla krajów napiętnowanych korupcyjnym zdziczeniem. Także agent wpływu nie pracuje dla idei. Choćby i znalazł się na szczycie władzy państwowej. Na przykład taki…, taki… król Stanisław August Poniatowski. Przyszły król dzieciństwo spędził w Gdańsku, gdzie pobierał nauki od niemieckiego historyka o antypolskim nastawieniu, Gotfryda Lengnicha. Później lekcji logiki udzielał mu przyszły poseł rosyjski w Rzeczypospolitej, Herman Karl von Keyserling. W 1756 Poniatowski został posłem saskim w Petersburgu, gdzie spłodził córkę. Matką nieślubnego dziecka była Sophie Friederike Auguste księżna von Anhalt-Zerbst, przyszła cesarzowa Rosji Katarzyna II. Wzorzec osobowy kanclerz obecnych Niemiec, pani Angeli Merkel, caryca Katarzyna II tak uzasadniała przyjęte 11 kwietnia 1764r. porozumienie pomiędzy Rosją i Prusami w sprawie zapewnienia, że najwyższa władza w Polsce będzie oddana w ręce marionetki: “Jest rzeczą nieodzowną, abyśmy wprowadzili na tron Polski Piasta dla nas dogodnego, użytecznego dla naszych rzeczywistych interesów, jednym słowem człowieka, który by wyłącznie nam zawdzięczał swoje wyniesienie. W osobie hrabiego Poniatowskiego, stolnika litewskiego, znajdujemy wszystkie warunki niezbędne dla dogodzenia nam i skutkiem tego postanowiliśmy wynieść go na tron Polski”. Ponieważ wtedy jeszcze nie było telewizji, caryca przysłała nam swoje wojska, dla naszego dobra – oczywiście – by broniły naszych swobód, a te już zadbały, aby 17 września 1764r., przy znacznej absencji uprawnionych elektorów Poniatowski został wybrany królem Polski. Elekcję Poniatowskiego podpisało jedynie 5 320 osób. Po upadku insurekcji kościuszkowskiej, kiedy Polska przestała istnieć jako państwo, w 31 rocznicę swojej koronacji Poniatowski abdykował na rzecz Rosji 25 listopada 1795r., w dniu imienin Katarzyny II i przeszedł na stałą pensję od carycy. Jeden dobrze obsadzony agent wpływu potrafił tyle zła wyrządzić swoim rodakom. I cóż z tego, że naród pamiętał. O kimś, kto się “zeszmacił” politycznie, mówiono, że się “zestanisławoauguścił”. Ale czy rzeczywiście Poniatowski się zeszmacił, czy też może zachował swoją tożsamość ukształtowaną przez wspomnianych nauczycieli, a przy tym doskonale przydatną do wykonania zadań najemnika na wysokim, najwyższym szczeblu władzy?

Niedawne obchody Dnia Niepodległości muszą skłaniać do refleksji nie tylko nad sposobem, w jaki tę niepodległość przed 91 laty Polska odzyskała, ale też nad jak najbardziej aktualnym tematem przyczyn, dla których tę niepodległość Polska na 123 lata straciła. Jeszcze ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jakie Polska ma szanse na odzyskanie niepodległości, gdyby dalszy rozwój spraw prowadził do jej całkowitej utraty. Wszystko leży w rękach młodzieży, naturalnie. Dzisiaj młodzi, jutro rodzice, pojutrze dziadkowie przeniosą cechy swojej tożsamości na następne pokolenia. Jaki jest dorobek własny pokoleń wychowanych w atmosferze uwielbienia dla Festiwalu w Woodstock 1969 oraz takich ikon, jak Che Gevarra i Madonna, widzi każdy, komu w zamian za opiekę i leczenie zapewnia się porzucenie i/lub eutanazję. Zresztą do zalegalizowania eutanazji dążą ci sami, którzy są entuzjastami zalegalizowania narkotyków i innych narzędzi uśmiercania na masową skalę. Skoro – jak uczą ojcowie Kościoła Katolickiego i co potwierdzają nasze własne liczne obserwacje – kultura śmierci zjada własne dzieci, warto, mając na względzie przyszłości Ojczyzny i świata, pomyśleć o sposobach zapobiegania jej szerzeniu się w wyniku tak powszechnych obecnie zjawisk, jak zeszmacenie polityków i slutyfikacja elektoratu.

Inne dobre powiedzenie Vana, szczególnie miłe dla ucha epidemiologa brzmiało następująco: “być to znaczy być wartością zmiennej” (to be is to be the value of a variable, łac. esse variabilis cuiusdam esse). W zastosowaniu do obłąkańczego promiskuityzmu będącego jedną z najważniejszych zdobyczy kultury śmierci i niosącego gorzkie owoce w postaci pandemii chorób wenerycznych, w tym AIDS i chlamydiozy prowadzącej do bezpłodności, oraz bezmiaru patologii społecznej, stwierdzenie “być to znaczy być wartością zmiennej” daje się łatwo wyrazić liczbą osób, z którymi ktoś podjął współżycie płciowe. Oczywiście im większa ta liczba, tym większe zagrożenie dla zdrowia i życia. W świecie zachodnim coitarche, czyli wiek podjęcia współżycia, decyduje o liczbie osób, z którymi ktoś podejmie współżycie w przyszłości i to poza małżeństwem. Tymczasem młodzi ludzie coraz wyżej cenią zachowanie i ofiarowanie przyszłemu małżonkowi lub przyszłej małżonce nieodnawialnej wartości jaką jest dziewictwo. Uniwersalna wartość dziewictwa aż do ślubu jest duchowym zobowiązaniem dwóch głównych religii świata, które są deklarowane przez ponad połowę obywateli krajów Unii Europejskiej i Unii Afrykańskiej. Wśród ludności Europy poza jej częścią wschodnią 54,8 % deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego a 4,3 % wyznaje islam, a wśród ludności Afryki jest 45,8 % muzułmanów i 15,3 % rzymskich katolików. Błogosławiona Karolina Kózka, która zginęła śmiercią męczeńską 18. listopada 1914r. wiedziała, że nie ma osoby bez tożsamości.

20. listopada 2009

Uzurpatorzy tak sprawują władzę, jak ją zdobyli. Posłużywszy się kłamstwem dla zdobycia władzy, przywłaszczają sobie prawo do starcia ogłupionych wyborców z powierzchni ziemi. Jeżeli nie ma osoby bez tożsamości, tym bardziej bez tożsamości nie ma narodu. Biologia wobec kultury nic nie znaczy, co łatwo dostrzec pomiędzy Łabą a Odrą, a także wyspowo i za silnym wsparciem centrali, także na Śląsku. Skoro w wyniku jakichś prymitywnych operacji psychologicznych w rodzaju referendum czy wyborów do takiego czy innego parlamentu naród w ciągu zaledwie kilku lat traci tożsamość budowaną przez wiele tysiącleci, powinien przynajmniej zdawać sobie sprawę z narzędzi, które przeciwko niemu użyto i musi wiedzieć, z jakich narzędzi obrony sam zrezygnował.

Amerykański ekspert ds. broni psychologicznej płk dr Alfred H. Paddock jr już w roku 1989 podał następującą definicję: Operacja psychologiczna (PSYOP) jest to planowane wykorzystanie środków komunikowania dla zdobycia wpływu na postawy i zachowania ludzi. Do operacji psychologicznych należą działania polityczne, wojskowe i ideologiczne prowadzone na rzecz wzbudzenia w grupach docelowych zachowań, uczuć i postaw, które przyczynią się do osiągnięcia celów polityki państwa prowadzącego te operacje.

Grupą docelową skutecznie przeprowadzonych PSYOPów okazały się polskie tzw. elity polityczne wyłonione i tolerowane przez naród, który ginie bez protestu, co samo w sobie jest fenomenem na skalę światową. Może jednak wśród 40 milionów znajdzie się grupa na tyle silna, aby skutecznie obronić choćby własne dzieci.

Uczucia rodzicielskie należą, a właściwie należały, do najsilniejszych emocji rządzących zachowaniem wszystkich ludzi, ludzi o nieuszkodzonej mentalności. Filozofia matki i ojca gotowych stanąć w obronie swoich dzieci, legła u podstaw Deklaracji Genewskiej z roku 1924 w sprawie praw dziecka oraz dwóch dokumentów Organizacji Narodów Zjednoczonych, których okrągłe rocznice uchwalenia przypadają na 20. listopada 2009r. Jest to 50 rocznica proklamowania Deklaracji Praw Dziecka z 1959r. i 20 rocznica przyjęcia Konwencji o Prawach Dziecka z 1989r. Ta ostatnia została ratyfikowana przez wszystkie państwa świata z wyjątkiem USA i Somalii. Polska ratyfikowała Konwencji o Prawach Dziecka 7. lipca 1991r. i dopóki swojej ratyfikacji nie wycofa, każdy ma prawo domagać się bezwzględnego wykonywania postanowień Konwencji przez władze wszelkich szczebli, od samorządowego, przez państwowy, po rozrastający się na kształt raka szczebel ponadnarodowy reprezentowany m. in. przez siedmiu sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, którzy 3. listopada 2009 r. jednomyślnie uznali, że symbol Chrześcijaństwa zagraża prawom człowieka. Byli to: Françoise Tulkens z Belgii, Ireneu Cabral Barreto z Portugalii, Vladimiro Zagrebelsky w Włoch, Danute Jočiene z Litwy, Dragoljub Popović z Serbii, András Sajó z Węgier i Işil Karakaş z Turcji.

Wykorzystując do walki z Chrześcijaństwem stronniczą interpretację praw człowieka, ponadnarodowa władza sądownicza nie dostrzega, że na przeważającym obszarze Europy od lat dochodzi do masowych zabójstw dzieci, a kiedy pozwoli im się urodzić, do bezkarnego niszczenia ich fizycznej, moralnej i psychologicznej integralności, do wyrywania ich spod opieki rodziców, do zmasowanego ataku na ich zdrowie i życie.

A więc dopóki Polska i inne kraje, o których kulturze decyduje siedmiu sędziów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, nie wycofają się z ratyfikowania Konwencji o Prawach Dziecka z 20. listopada 1989r., trzeba posłużyć się tym narzędziem ratowania naszej cywilizacji. Nie wolno przy tym sięgać do okrojonych w sposób niezwykle stronniczy skrótów bądź omówień tego dokumentu. Jak każda konstytucja, tak samo konstytucja praw dziecka obowiązuje wprost i dosłownie. Dla zachęty przytoczę kilka dosłownych cytatów z Konwencji o Prawach Dziecka z 20. listopada 1989r.:

“wyrażając przekonanie, że rodzina jako podstawowa komórka społeczeństwa oraz naturalne środowisko rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, powinna być otoczona niezbędną ochroną oraz wsparciem, aby mogła w pełnym zakresie wypełniać swoje obowiązki w społeczeństwie,
mając na uwadze, że – jak wskazano w Deklaracji Praw Dziecka – “dziecko, z uwagi na swoją niedojrzałość fizyczną oraz umysłową, wymaga szczególnej opieki i troski, w tym właściwej ochrony prawnej, zarówno przed, jak i po urodzeniu”,
biorąc w należyty sposób pod uwagę znaczenie tradycji i wartości kulturowych każdego narodu dla ochrony i harmonijnego rozwoju dziecka,

Państwa-Strony niniejszej konwencji uzgodniły, co następuje

Art. 1.
W rozumieniu niniejszej konwencji “dziecko” oznacza każdą istotę ludzką w wieku poniżej osiemnastu lat, chyba że zgodnie z prawem odnoszącym się do dziecka uzyska ono wcześniej pełnoletniość.

Art. 6.
Państwa-Strony uznają, że każde dziecko ma niezbywalne prawo do życia (co jak wynika z Preambuły jednoznacznie zobowiązuje do prawnej ochrony życia dziecka także przed jego urodzeniem)

Art. 12.
1. Państwa-Strony zapewniają dziecku, które jest zdolne do kształtowania swych własnych poglądów, prawo do swobodnego wyrażania własnych poglądów we wszystkich sprawach dotyczących dziecka, przyjmując je z należytą wagą, stosownie do wieku oraz dojrzałości dziecka.

Art. 14.
1. Państwa-Strony będą respektowały prawo dziecka do swobody myśli, sumienia i wyznania.
2. Państwa-Strony będą respektowały prawa i obowiązki rodziców lub, w odpowiednich przypadkach, opiekunów prawnych odnośnie do ukierunkowania dziecka w korzystaniu z jego prawa w sposób zgodny z rozwijającymi się zdolnościami dziecka.

Art. 18.
1. Państwa-Strony podejmą wszelkie możliwe starania dla pełnego uznania zasady, że oboje rodzice ponoszą wspólną odpowiedzialność za wychowanie i rozwój dziecka. Rodzice lub w określonych przypadkach opiekunowie prawni ponoszą główną odpowiedzialność za wychowanie i rozwój dziecka. Jak najlepsze zabezpieczenie interesów dziecka ma być przedmiotem ich największej troski.

Art. 24.
1. Państwa-Strony uznają prawo dziecka do najwyższego poziomu zdrowia i udogodnień w zakresie leczenia chorób oraz rehabilitacji zdrowotnej. Państwa-Strony będą dążyły do zapewnienia, aby żadne dziecko nie było pozbawione prawa dostępu do tego rodzaju opieki zdrowotnej.

Art. 29.
1. Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na:
c) rozwijanie w dziecku szacunku dla jego rodziców, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i dla innych kultur;

Art. 34.
Państwa-Strony zobowiązują się do ochrony dzieci przed wszelkimi formami wyzysku seksualnego i nadużyć seksualnych.

Art. 35.
Państwa-Strony będą podejmowały wszelkie kroki o zasięgu krajowym, dwustronnym oraz wielostronnym dla przeciwdziałania uprowadzeniom, sprzedaży bądź handlowi dziećmi, dokonywanych dla jakichkolwiek celów i w jakiejkolwiek formie.

Art. 36.
Państwa-Strony będą bronić dziecko przed wszelkimi innymi formami wyzysku, w jakimkolwiek aspekcie naruszającym dobro dziecka.

Art. 42.
Państwa-Strony zobowiązują się do szerzenia informacji o zasadach i postanowieniach niniejszej konwencji zarówno wśród dorosłych, jak i dzieci, wykorzystując do tego celu będące w ich dyspozycji środki.”

27. listopada 2009

Z wiekiem ubywa złudzeń, za to przybywa rozumu. Do czynów najbardziej odrażających należy przeto nadużycie zaufania ludzi młodych, którzy, nie mając własnych doświadczeń, z dziecięcą łatwowiernością przyjmują za własne narzucane im z premedytacją sprzeczne z rozumem przekonania. Na przykład sprzyjające szerzeniu się AIDS, co warto wspomnieć na kilka dni przed Światowym Dniem Walki z AIDS 2009. Jeszcze bardziej godne pogardy jest świadome i umyślne manipulowanie opinią publiczną za pomocą wyssanych z palca argumentów i przy pomocy sprzedajnych autorytetów. Prędzej czy później mistyfikacja kończy się kompromitacją ludzi, którzy ją zmyśli i jej służyli. Niestety, sama kompromitacja sprawców nie przywraca życia, zdrowia i utraconych dóbr, w tym dobrego imienia i majątku, ofiarom mistyfikacji. Mało tego. Taka mistyfikacja jak “poniżenie Niemiec i Sowietów przez Traktat Wersalski” do dzisiaj stanowi doktrynę polityczną naszych obydwu największych sąsiadów i to pomimo potępionego przez ludzkość ludobójstwa, którego dopuścili się, wcielając tę doktrynę w życie. Poparcie dla Eriki Steinbach ze strony głównej partii politycznej Niemiec współgra z wystąpieniem Władimira Putina na Westerplatte i każe rozglądać się za sojusznikami. A tymczasem nasza największa nadzieja na odsiecz rozpłynęła się we mgle nad Atlantykiem. Może to i lepiej poznać prawdę zawczasu i nie brnąć w mistyfikacje typu “offset za F-16″. Mistyfikacja, którą posłużyli się republikanie, wystawiając Collina Powella do przedstawienia w ONZ dowodów na “dysponowanie bronią masowego rażenia przez reżim Saddama Husaina”, wciągnęła nas w przynoszącą same straty wojnę, przeciwko której stanowczo i głośno występował Jan Paweł II, zaś mistyfikacja guru demokratów Ala Gore’a znana jako “Atropogenna Zmiana Klimatu”, którą oprotestował Benedykt XVI i Vaclav Klaus, ma posłużyć do ostatecznego zrujnowania polskiej gospodarki, która rozkwitłaby w oparciu o własne przebogate zasoby energetyczne. Węgla wydobywać i używać – nie wolno. Geotermii rozwijać – też nie wolno. Nie wolno, bo trzeba dać zarobić obcym sprzedawcom wież wiatrowych, elektrowni atomowych, uranu, gazu ziemnego, ropy naftowej. Nie wolno, bo mistyfikacja pod nazwą “demokracja unijno-europejska”, krótko: europeizm, coraz wyraźniej szczerzy kły. Jak każda demokracja z określnikiem, demokracja unijno-europejska z natury rzeczy ma ten sam cel, co demokracja socjalistyczna, krótko: socjalizm. Jest nim władza hegemona i przywileje dla jego piesków. Przydałoby się szczegółowo porównać obydwa totalitaryzmy, brukselski i moskiewski, by je zbilansować z punktu widzenia polskiej racji stanu. Nie innej, narzucanej przez obce propagandowe mistyfikacje, a właśnie polskiej. Nie musimy się zgadzać na to, by Polak był traktowany jak miś o małym rozumku, który zrozumie nie wiele więcej niż głosi pierwsza zwrotka piosenki “wlazł kotek na płotek i mruga”.

Polakom potrzeba zdrowego rozsądku, abyśmy jako naród nie odeszli w niebyt odarci z tożsamości, wywłaszczeni z własności, zdziesiątkowani przez emigrację, kulturę antynatalistyczną i krach ochrony zdrowia. Po prostu: aby nie pójść z torbami, trzeba pójść po rozum do głowy.

Rozum, czyli zdrowy rozsądek, po łacinie sensus communis, po angielsku common sense, wymaga zdefiniowania. Tu trzeba sięgnąć do myśli Kartezjusza. Prekursor nowożytnej kultury umysłowej, najbardziej znany z twierdzenia Cogito ergo sum, myślę więc jestem, już w 1619 r. doszedł do wniosku, że tylko to jest pewne, co jest jasne i wyraźne. Pewnym jest wszystko, co rozsądek jasno i wyraźnie widzi. Kartezjański rozsądek (bon sens), to rozum, który pozwala odróżnić prawdę od fałszu. Jak pisze Kartezjusz w fundamentalnym dziele opublikowanym w 1637r. , a z którego przesłania do dzisiaj korzystamy, pod tytułem “Rozprawa o metodzie” (Discours de la méthode pour bien conduire sa raison, et chercher la vérité dans les sciences): “Rozsądek jest to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, każdy bowiem sądzi, że jest w nią tak dobrze zaopatrzony, iż nawet ci, których we wszystkim innym najtrudniej jest zadowolić, nie zwykli pragnąć go więcej, niźli posiadają. Nie jest prawdopodobne, aby się wszyscy mylili co do tego; raczej świadczy to, iż zdolność dobrego sądzenia i rozróżniania prawdy od fałszu, co nazywamy właśnie rozsądkiem lub rozumem, jest z natury równa u wszystkich ludzi. Tak więc rozbieżność mniemań nie pochodzi stąd, aby jedni byli roztropniejsi od drugich, ale jedynie stąd, iż prowadzimy myśli nasze rozmaitymi drogami i nie rozważamy tych samych rzeczy. Nie dosyć bowiem mieć umysł bystry, ale główna rzecz jest właściwie go stosować. Największe dusze zdolne są do największych występków zarówno jak do największych cnót; a ci, którzy idą jedynie bardzo wolno, jeśli trzymają się wciąż prostej drogi, mogą posunąć się o wiele dalej niż ci, którzy biegną, lecz oddalają się od niej.” Piękne!

Uważa się, że na poglądy Kartezjusza, jak św. Tomasza z Akwinu, miała wpływ myśl pioniera powszechnego sceptycyzmu, którym był najwybitniejszy uczony Islamu, żyjący w latach 1058-1111 Abu- H.a-mid Muh.ammad ibn Muh.ammad al-Ghaza-li-, znany w Europie jako Algazel. Jak pół tysiąca lat później Kartezjusz, al-Ghaza-li-, autor przełomowego dzieła “Inkoherencja filozofów” (Taha-fut al-Fala-sifa), odwoływał się do matematyki, jako narzędzia rozstrzygnięć sporów. Warto dodać, że inkoherencja (łac. incoherentio) jest to termin stosowany w naszych czasach w psychiatrii i oznacza zaburzenie myślenia, wyrażające się w rozrywaniu związków pomiędzy członami myślenia, w rozpadzie struktury zdań, a nawet wyrazów.

Z kolei brytyjski filozof George Edward Moore w eseju z 1925r. p. t. “Obrona zdrowego rozsądku” (A Defence of Common Sense) uznał, że żadna teoria naukowa nie może zaprzeczyć twierdzeniom zdroworozsądkowym, które wyrażają podstawową wiedzę o świecie. Zdrowy rozsądek jest kryterium prawdziwości systemów.

Epidemiologia lekarska tworzy i weryfikuje podstawową wiedzę o świecie w zakresie medycyny i ekologii człowieka. Czyni to zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, takim, jakim go widział przed tysiącem lat Al-Gazali, przed czterystu laty – Kartezjusz, a przed niemal stu – George Edward Moore. Nie jest to sposób widzenia świata przez pryzmat reklamy, lobbingu, drapieżnej polityki oraz wiecznie głodnych władzy i pieniędzy polityków. Zapraszam wszystkich do udziału w programie Rozmowy niedokończone w niedzielę 29. listopada 2009r. na antenie Telewizji TRWAM od godziny 18.10 i w Radio Maryja od 21.35. Tematem rozmów będzie epidemiologia lekarska w Polsce i na świecie.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat



Felieton w Radio Maryja, 4. grudnia 2009

Szczęść Boże!
Poniedziałek bez mięsa! To obowiązek, który nobilitowany narkoman wsparty przez skompromitowanego oszusta, chce narzucić poddanym prezydenta Eurokołchozu. Dlaczego nie piątek a właśnie poniedziałek? Polakom nie trzeba tego tłumaczyć. Władysław Gomułka, ziejący nienawiścią do katolików autor pamiętnych słów: “tylko państwo ma prawo ustalania, jakie emblematy mogą się znajdować na ścianach izb szkolnych”, zasłynął w 1959r. wprowadzeniem zakazu sprzedaży mięsa, wędlin i wyrobów wędliniarskich właśnie w poniedziałki. Nie od razu były to poniedziałki. Tuż po wojnie ukazało się rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z dnia 24. kwietnia 1946r. w sprawie ograniczenia obrotu mięsem, jego przetworami oraz tłuszczami zwierzęcymi. Premier Edward Osóbka-Morawski na podstawie art. 3 dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 25 października 1944r. o zwalczaniu spekulacji i lichwy wojennej zarządził, co następuje: “zabrania się dokonywania wszelkich obrotów mięsem i jego przetworami oraz tłuszczami zwierzęcymi w środy, czwartki i piątki każdego tygodnia (dni bezmięsne). W dniach nie objętych zakazem wolno sprzedawać w celach konsumpcyjnych potrawy z mięsa i jego przetworów o wadze maksymalnej 100 g, przy czym jednej osobie można podać tylko jedno danie z mięsa lub jego przetworów.” Ludzie i tak pościli w piątki, a pożyteczni idioci mogli sobie wiązać nadzieje ze wsparciem postu siłą państwa komunistycznego.

Od Osóbki do Gomułki Polska nie mogła wydobyć się z wojennej ruiny gospodarczej także za sprawą tzw. “zdobyczy nauki radzieckiej”, których ikoną był Trofim Łysenko. Nie wierzył on w istnienie genów. Może dlatego, że podstawy naukowej genetyki świat zawdzięcza pracom o. Grzegorza Medla, urodzonego w miejscowości Hynčice nad Odrą na Śląsku Czeskim, opata augustianów, walczącego z prześladowaniem kościoła. W latach 1856 -1863 o. Mendel wysiał i przebadał ok. 29 000 roślin grochu. Jego krytyk – Łysenko też wysiewał groch, ale na skalę masową i to w zimie. Mając wsparcie dekretu Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego z 1948r., w którym komuniści odrzucili naukowe dowody z prac o. Mendla, Łysenko uczynił ze swojej pseudonauki doktrynę państwa sowieckiego, sprowadzając głód na poddanych imperium i prześladowania na przeciwników jego urojeń. Wojna z Bogiem oznacza zawsze wojnę z człowiekiem. Dyktatura potrafi przy tym posłużyć się każdym argumentem, najchętniej jednak mającym pozory naukowości. Nawiązując do dyktatury naszych czasów, warto zauważyć, że obsadzeni przez wodza zwycięskiej rewolucji socjalistycznej niektórzy komisarze Komisji Unii Europejskiej – jako były aktyw partyjny – nie mogą nie znać dekretu Rady Komisarzy Ludowych Guberni Saratowskiej o zniesieniu prywatnej własności… kobiet. Dekret, który powstał z inicjatywy Aleksandry Kołłontaj, wieszczącej upadek rodziny wraz ze zwycięstwem komunizmu i Nadieżdy Krupskiej, konkubiny Lenina, przewidywał zniesienie z dniem 1 stycznia 1918 r. prawa do stałego posiadania kobiet w wieku od 17 do 32 roku życia. Kobiety te dekret uznał za własność całej klasy pracującej i upoważniał obywateli płci męskiej do ich używania, nie częściej jednak niż cztery razy w tygodniu i nie dłużej niż przez trzy godziny. Dzieci spłodzone w tych warunkach po ukończeniu pierwszego miesiąca życia nakazywał oddać do `Ludowych żłobków”, gdzie miały otrzymać wychowanie i wykształcenie do lat 17. Winnym rozprzestrzeniania chorób wenerycznych groziła odpowiedzialność prawna przed sądem rewolucyjnym. Jak podaje The New York Times z 18. lutego 1919r. kobiety zostały “znacjonalizowane”, a urzędowy dekret ujawnia degradację, której zostały one poddane przez czerwonych. W uzasadnieniu komuniści stwierdzili, że “Legalne małżeństwo było i jest stanem, który służył jako narzędzie w rękach burżuazji, na skutek czego najlepszy gatunek wszystkich pięknych kobiet stał się własnością burżujów, co nie pozwala na właściwy rozwój rasy ludzkiej.” Owa szczera troska o “właściwy rozwój rasy ludzkiej” była jednak przyjęta wrogo przez nieuświadomione masy. Dzisiaj europejskie masy są już indoktrynowane na tyle skutecznie, że odrzucają małżeństwo, dzieci wolą zabić niż wychować, bądź oddać na wychowanie, a zarażanie chorobami wenerycznymi stało się równie bezkarne dla sprawców, co początkowo niedostrzegalne dla ofiar. Tyle że sprawca odchodzi w siną dal, a ofiara pozostaje z narastającym problemem, chorując, przenosząc zakażenie na innych, w tym najbliższą rodzinę (współmałżonka, dziecko w łonie matki) i ponosząc koszty finansowe i życiowe rozpoznania i leczenia choroby wenerycznej, a często kliku na raz. Jak widać, zgodnie z proroctwem Saszy Kołłontaj zwycięstwo komunizmu przyniosło rozpad rodziny. No, ale szczęścia masom nie przyniosło. Zdaniem jej ideowych następców ludzkość ma teraz na karku już nie burżujów z ich burżujskimi prywyczkami w postaci małżeństwa prowadzącego do prywatnej własności kobiet w wieku 17 – 32 a odparcie największego zagrożenia ludzkości, jakim jest Antropogenne Globalne Ocieplenie. Według samozwańczych elit mających pretensje do totalitarnego rządzenia światem życiu na Ziemi zagraża nikła – na tle źródeł naturalnych – ilość dwutlenku węgla, która jest produktem aktywności człowieka.

Od 20. listopada 2009, kto miał dostęp do Internetu, mógł łatwo dowiedzieć się, że to największe pseudonaukowe oszustwo naszych czasów zostało zdemaskowane, że zawiadujący grupą współczesnych odpowiedników Trofima Łysenki profesor – a jakże – Phil Jones, podał się do dymisji, a obsadzony w roli gwiazdora walki z urojonym zagrożeniem amerykański wiceprezydent z czasów Clintona – Al Gore, 24. listopada musiał czmychnąć ze spotkania z czytelnikami w Borders Bookstore przy 150 N. State Street w Chicago, przedtem odpowiadając fizycznym atakiem ochroniarzy na grzecznie stawiających pytania.

Mając nadzieję, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, warto zauważyć, że Climategate stwarza okazję do przeglądu rzetelności i wiarygodności szeregu innych twierdzeń opatrzonych klauzulą nieomylności tzw. naukowych autorytetów i wykorzystywanych przeciwko ludziom i przyrodzie, na czele z gmo, nanocząstkami, produktami leczniczymi itp. Jeśli teraz okryci hańbą manipulatorzy faktami prezentowanymi jako naukowe nie ustąpią miejsca ludziom na tyle uczciwym, aby można byłoby im ufać i im płacić, za niedługo wielcy dyktatorzy wsparci przez zastępy ogłupionych hunwejbinów ogłoszą, że światu zagraża nie tylko wytworzony przez człowieka dwutlenek węgla, lecz równie wszechobecny monotlenek diwodoru, po angielsku dihydrogen monoxide, w skrócie DHMO. Już w 1989 r. młodzi amerykańscy uczeni Eric Lechner, Lars Norpchen and Matthew Kaufman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz poinformowali opinię publiczną o śmiertelnym zagrożeniu ze strony DHMO. W 1997 Nathan Zohner uzyskał poparcie dla wprowadzenia zakazu monotlenku diwodoru u 86% pytanych o to osób, a ukuty od jego nazwiska termin “zoneryzm” i wszedł na stałe do nauki i praktyki komunikowania zagrożeń zdrowia (ang. health risk communication). Zoneryzm oznacza wykorzystanie prawdziwych faktów w celu doprowadzenia publiczności charakteryzującej się brakiem wiedzy naukowej i matematycznej do fałszywych wniosków. Pozwolę sobie dodać, że Nathan miał 14 lat, badał kolegów z klasy, a co najważniejsze monotlenek diwodoru, to… H2O, … zwykła woda.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat



Felieton w Radio Maryja, 11. grudnia 2009

Szczęść Boże!
Dostosuj się albo giń. Zależnie od przekonań każdy wywodzi tę zasadę z zaufanego źródła. A to z publikacji Karola Darwina z 1859 r. p. t. “O powstawaniu gatunków drogą naturalnego doboru czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt” (On the Origin of Species by Means of Natural Selection, or the Preservation of Favoured Races in the Struggle for Life), a to z zawołania francuskiej Legii Cudzoziemskiej “marche ou creve” – maszeruj albo umieraj, tłumacząc elegancko, a to z tradycji własnego narodu.

W połowie naszej ery, czyli z końcem X wieku po narodzeniu Chrystusa, władca Polan książę Mieszko dostosował się do sytuacji powstałej w wyniku trwającego od kilkuset lat, od czasów Karola Wielkiego, marszu na wschód Germanów Wschodnich i Zachodnich, czyli Niemców i Francuzów. Chrzest Polski wytrącił im z rąk pretekst do powtórzenia rzezi, której dokonali na ziemiach Słowiańszczyzny Zachodniej i znacznie osłabił, a na pewien czas nawet zahamował, ich parcie na wschód, czyli Drang nach Osten. Pod władzą Piastów Polska natychmiast wniosła wielki wkład w budowę wspólnego europejskiego domu. Bolesław Chrobry Wielki – jak głosi napis na jego odsłoniętym w 2007r. wspaniałym pomniku we Wrocławiu – to “w roku 1000 sprzymierzeniec papiestwa i cesarstwa w jednoczeniu Europy”. W tym właśnie roku nasz pierwszy koronowany król uczynił ze stolicy Śląska jedną z metropolii znanego współczesnym świata. Biskupstwo we Wrocławiu do 1821r. było podporządkowane arcybiskupstwu w Gnieźnie.

Po ponad dwóch latach od postawienia pomnika przez polskich patriotów w obecnie oblężonym Wrocławiu czas najwyższy, aby władze miejskie wreszcie dostrzegły komu miasto zawdzięcza wyniesienie a komu upadek. Bowiem przed tysiącem lat Polacy do sytuacji się dostosowali, ale tożsamości nie utracili, a dzięki przyjęciu Chrześcijaństwa nie tylko uratowali się przed zagładą fizyczną, lecz także – co jeszcze ważniejsze – przyjęli Dobrą Nowinę, która naszą tożsamość ubogaciła. Na tle wieczności, doczesne korzyści z Chrztu Polski mogą wydawać się miałkie i nie warte rozważań, ale przecież nie co innego jak nasz byt na tym padole łez i rozpaczy decyduje o wyroku Sądu Ostatecznego. Wydawałoby się, że po upływie tysiąca lat każdy Polak już doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że każdy czyn przynosi jakieś skutki. Wytyczne postępowania i kodeks karny określił sam Sędzia Najwyższy, a światli ludzie dzień w dzień, rok po roku, wiek po wieku przybliżają te wymagania każdemu, kto chce słuchać. To że niektórzy słuchać nie chcą, to że postępują wbrew nakazom i zakazom, że nie myślą o przyszłości, że ulegają fałszywym doradcom i oszukańczym namowom, jest tak ludzkie jak Boskie jest miłosierdzie. Zdając sobie sprawę z prawa do błądzenia i dozgonnej możliwości poprawy (tylko i aż dozgonnej), odzyskujemy pewność siebie i siłę do starań o zasłużenie na wybaczającą miłość Pana Boga, która i tak jest niczym nie ograniczona. W miarę upływu lat życia dostosowujemy się do zmieniającego się świata, nieraz popełniając strategiczne błędy, kiedy będąc u szczytu powodzenia zapominamy o głębokiej mądrości zawartej w przysłowiu “fortuna toczy się kołem”, “fortuna toczy się kołem, pod kołem to pojąłem” – jak to spuentował Jan Sztaudynger, autor obscenicznych fraszek, ale także wspaniałego zbioru utworów – lamentów nad wojennym trupem miasta Wrocławia, wydanego w Poznaniu w 1947r. pt. STROFY WROCŁAWSKIE (okładka i rysunki w tekście Jana Wronieckiego), z których kilka, charakteryzujących się pięknem formy i porażających grozą treści, zamieściłem na poświęconej Śląskowi stronie halat.pl/silesia.html.

Lwowianie i Polacy z innych stron kraju, którzy niewyobrażalnym dzisiaj wysiłkiem umysłów i rąk podnieśli Wrocław z gruzów, nie mogą pogodzić się ze sposobem, w jaki wielu będących obecnie u władzy obraca wniwecz polskość miasta i kierując się, zapewne owocującą w zleceniach, posadach, grantach, nagrodach i unijnych karierach, dewizą “dostosuj się albo giń”, budują markę miasta na regermanizacji. Widomym znakiem regermanizacji Wrocławia jest odbudowany za ciężkie pieniądze symbol dwustuletniego zaledwie panoszenia się prusactwa w mieście – pałac strasznego Fryca Polakożercy. Wykopaliska archeologiczne słowiańskich osad z początków Wrocławia, próby rekonstrukcji – dla potrzeb turystów – tak wspaniałych budowli romańskich, jak te, które powstały za sprawą Piotra Włosta, możnowładcy plemienia Ślężan, który już za życia stał się chodzącą legendą, nie mogą doczekać się odpowiadającego ich unikatowej wartości zainteresowania i finansowania. Konformistyczna realizacja zasady “dostosuj się albo giń” polegająca na wyrzeczeniu się narodowej tożsamości to nic innego jak zdrada narodowa. Niech ci, którzy się jej dopuszczają nie zapomną, że fortuna toczy się kołem, że naród pamięta, że nie zawsze przebacza. Przyjęcie chybionej strategii na podstawie fałszywych założeń prędzej czy później skończy się klęską. Wystarczy przyjrzeć się zgniłym owocom, jakie wydają nasiona kłamstwa, w szerokim tego określenia pojęciu – od nasion roślin genetycznie modyfikowanych po kłamstwa historyczne, polityczne, czy naukowe. Budowanie marki Wrocławia na tradycji pruskiej jest właśnie zgniłym owocem tych trzech kłamstw i niezależnie od kosztów poniesionych przez wiadomych inwestorów i korzyści przyjętych przez wiadomych zleceniobiorców przyniesie same straty każdej ze stron konfliktu, także, niestety, polskiej – poddanej narastającej presji nacjonalistycznego naporu.

Nie takie mistyfikacje runęły w przeszłości, nie takie kompromitują się na naszych oczach. Wielu jeszcze pamięta propagandę niemieckich faszystów, większość – rosyjskich komunistów, a wszyscy obecnie żyjący mogą po prostu włączyć telewizor i zobaczyć jak na nasionach kłamstwa o wpływie człowieka na klimat wyrasta ogromne drzewo w Kopenhadze i jak zgniłe rodzi owoce. Wzrost i upadek kłamstwa o wpływie człowieka na klimat, czyli klimatyzmu, to niewątpliwie wielkie doświadczenie ludzkości u progu trzeciego tysiąclecia naszej ery, czyli – mówiąc zgodnie z prawdziwym znaczeniem tego określenia – po narodzeniu Chrystusa. Wzrost i upadek klimatyzmu był możliwy wyłącznie dzięki nowym technologiom stworzonym przez geniusz człowieka posługującego się rzetelną wiedzą naukową i sprawdzonymi w wyniku powtarzalnych eksperymentów umiejętnościami. Na czele tych technologii stoi informatyka z jej przełomowym w dziejach ludzkości zastosowaniem w postaci komputerów, które po połączeniu w globalną sieć dają internet. Miarą wartości internetu dla nas wszystkich i każdego z osobna jest pozycja wyszukiwarki internetowej Google, która w opublikowanym w kwietniu 2009r. rankingu wartości globalnych marek prowadzonym przez Millward Brown Optimor osiągnęła pozycję pierwszą, dochodząc do kwoty 100 miliardów dolarów i odnotowując 16% przyrost w stosunku do roku 2008.

O markach polskich na podstawie opublikowanego 10. grudnia b. r. raportu firmy Acropolis Advisory i dziennika “Rzeczpospolita” oraz opublikowanego również w grudniu b. r. przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenmtów raportu KONSUMENT NA RYNKU ARTYKUŁÓW ŻYWNOŚCIOWYCH (w świetle wyników kontroli produktów mlecznych, mięsnych, rybnych i miodu) opowiem za tydzień. Naturalnie w ramach drążenia tematu “dostosuj się albo giń”- “dostosuj się bez utraty tożsamości albo giń jako konformista”

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat



Felieton w Radio Maryja, 22 grudnia 2009

Szczęść Boże!

Ostatni przed Wigilią Bożego Narodzenia 2009r. mój felieton z cyklu “Spróbuj pomyśleć” nie może zakłócać chrześcijańskiej atmosfery radosnego oczekiwania nawet w domach tych ludzi, którzy świadomie i umyślnie swoim bliźnim szkodzą, zamiast chronić ich przed parą nieszczęść budzących największy strach, jakimi są choroba i bieda.

Niechby zasiadając do wigilijnego stołu, śpiewając kolędy, ciesząc się ciepłem rodziny pod wspólnym dachem, choćby przez chwilę wspomnieli tych, którym to wszystko odebrali, tych, których skazali na bezrobocie i bezdomność, na chorobę, na brak nadziei na ulgę w cierpieniu, na przedwczesny zgon i pozostawienie osieroconych bliskich. Od wyrzutów sumienia, skruchy i zadośćuczynienia zaczęła się niejedna droga ku dobru własnemu i innych ludzi, i związku z tym życzmy wszelkich łask Bożych, z łaską przemiany na czele, przede wszystkim naszym prześladowcom. Życzmy szczerze, tak jak nas do tego zachęcał ks. Jerzy Popiełuszko słowami “Zło dobrem zwyciężaj”. Polski męczennik wrogiej Bogu i ludziom dyktatury w tych trzech prostych słowach zawarł wielką prawdę o przewadze dobra nad złem i o zawodności posługiwania się bronią napastnika motywowanego złem. Siłą chrześcijan jest czynienie dobra, stąd i w odpowiedzi na atak zła nie powinniśmy stosować kontrataku zła a dokonać maksymalnego wysiłku wiary i intelektu, aby zło, choćby to najbardziej rozpanoszone, okrutne i bezczelne zło, dobrem pokonać.

Równocześnie musimy posługiwać się skutecznymi narzędziami nie gorzej niż napadający na nas napastnicy spod sztandarów zła. Gromadzenie i publikowanie dowodów, ich zgodne ze zdrowym rozsądkiem interpretowanie i zderzanie z argumentami przeciwnika, nawet jeśli nie odniesie natychmiastowego skutku, to przynajmniej zmodyfikuje jego działania, może doprowadzi do tego, że zło będzie mniejszym złem.

Z powyższych powodów o markach polskich na podstawie opublikowanego 10. grudnia b. r. raportu firmy Acropolis Advisory i dziennika “Rzeczpospolita” oraz opublikowanego również w grudniu b. r. przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów raportu KONSUMENT NA RYNKU ARTYKUŁÓW ŻYWNOŚCIOWYCH (w świetle wyników kontroli produktów mlecznych, mięsnych, rybnych i miodu) opowiem w ostatnim dniu mijającego roku.

Dzisiaj, chciałbym Państwa zachęcić do rozmyślań w nadchodzącym tygodniu i rozmów przy świątecznym stole nie o brudzie tego świata a o jego czystości. Czysta przyroda, czysta woda, czysta żywność, czysta nauka, czysta medycyna, czysta polityka, czysta gospodarka, czysta…, czyli PROGRAM CZYSTA… SPRAWA od końca pierwszej dekady III tysiąclecia po n. Ch.

Czysta medycyna to Polska Medycyna Integracyjna. Tej sprawie warto poświęcić wiele uwagi, gdyż właśnie przygotowywany jej program na najbliższe lata może okazać się jedynym ratunkiem dla milionów ludzi w potrzebie. Dzisiaj, jako prezent pod choinkę, wraz z życzeniami wszelkich łask Bożych w Dniu Narodzenia Pańskiego dołączam do swojego głosu dwie wypowiedzi praktyków klawiterapii, w tym samego jej twórcy – dr. Ferdynanda Barbasiewicza z Nadarzyna pod Warszawą.

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

2010

Felieton w Radio Maryja, 1. stycznia 2010

Szczęść Boże!

Jakże szczęśliwi są Polacy! Jak nigdy dotychczas. Zaświadcza to swoim i swoich uczelni autorytetem prof. Janusz Czapiński z Uniwersytetu Warszawskiego i z niepublicznej Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. Ta ostatnia pod szyldem finansów i zarządzania potrafiła pomieścić kierunek psychologii, a w nim takie specjalności, jak: neuropsychologia kliniczna, psychologia kliniczna, psychologia mediów, psychologia przedsiębiorczości i zarządzania, psychologia sądowo -penitencjarna, psychologia zdrowia i psychoterapia, seksuologia kliniczna i sądowa, oraz stosowana psychologia społeczna.

Zgodnie z ofertą Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie, osoba, która ukończy specjalność stosowana psychologia społeczna, będzie mogła pracować jako psycholog praktycznie w każdej instytucji, organizacji czy przedsiębiorstwie, w których mamy do czynienia z szeroko rozumianym oddziaływaniem na ludzi. Nie ma wątpliwości, że najszersze oddziaływanie na ludzi zapewnia praca w układzie unijno-partyjnej propagandy. Warto więc wiedzieć, że projekt pod tytułem “Diagnoza społeczna – 2009-2013″ jest współfinansowany z Unii Europejskiej na zlecenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej. Tym samym zbieżność wyników “Diagnozy 2009″ z celami unijno-partyjnej propagandy nie powinna nikogo dziwić. To nic, że oszałamiające szczęście Polaków zaiste wielu zwaliło z nóg, a innych rzuciło na kolana, z których nie mogą się podnieść. W ramach przyjętej konwencji nawet seksuologia kliniczna i sądowa to nic innego jak finanse i zarządzanie. W skrócie: pieniądz rządzi światem, co lepiej brzmi po niemiecku – Geld regiert die Welt. Interesujące jest, że byle doniesienie w medycznej prasie naukowej wymaga deklaracji autora o braku konfliktu interesów, łącznie z drobnymi honorariami za wykłady opłacone przez zainteresowane podmioty gospodarcze, a równocześnie przyjmuje się na wiarę produkt wielkiej operacji psychologicznej (PSYOP) dowodzącej, że czarne jest białe.

W dążeniu do poznania obiektywnej prawdy o nas samych i otaczającym nas świecie, do rzetelnej interpretacji społecznych zjawisk i trendów, do wyjaśniania związków przyczynowo-skutkowych w gmatwaninie czynników wzajemnie się zakłócających, zazwyczaj polegamy na nauce i naukowcach. Niestety – co dobitnie ujawniły wydarzenia mijającej dekady, a zwłaszcza roku 2009 – nauka coraz częściej i na coraz to większą skalę z pozycji punktu odniesienia przechodzi do roli pionka na szachownicy rozgrywek uzurpatorów dyktatorskiej władzy nad ludzkością. Luminarze tego rodzaju przedsięwzięć powinni poważnie liczyć się z tym, że poszczególni ludzie, społeczności, mniejsze i większe narody dostrzegą zagrożenie płynące z fetyszyzowania sprzedajnej nauki i naukowcy podzielą los powszechnie pogardzanych polityków. Owczy pęd zazwyczaj kończy się, kiedy owce ku swemu wielkiemu zdumieniu i przerażeniu zauważają, że ich przewodnikiem nie jest baran a wilk w owczej skórze.

Czy jednak ludzie mogą obejść się bez polityki i nauki? Czy kres tym dziedzinom przyniosą politycy i naukowcy bezpardonowo wpychający się na ołtarze i domagający się zawierzenia ich słowom nie potwierdzonym żadnymi faktami a nawet pozostającym w oczywistej dla każdego z tymi faktami sprzeczności? Ci sami politycy i naukowcy, którzy nie tylko zadekretowali ateizm, ale i skutecznie przyczynili się do tego, że niemała część ludzi może obejść się bez religii, powinni wiedzieć, że w ślad za sukcesami walki z religią przyjdą sukcesy walki z polityką i walki z nauką z tym samym oczywiście skutkiem: upodleniem człowieczeństwa na wcześniej nie spotykaną skalę. Totalitarna dyktatura samozwańczych elit już jest realizowana w sposób bezwzględny i – co podnoszone jest w zachodniej publicystyce – bez możliwości przed nią ucieczki do jakiegokolwiek miejsca na świecie, gdzie można byłoby uzyskać azyl dla swojej wolności. Pojęcie i praktyka dyktatury nie pozwalają jej na koegzystencję z religią, uczciwą polityką i niezmanipulowaną nauką, tak jak organizmy genetycznie modyfikowane nie mogą koegzystować z naturalnymi. Antyteizm był, jest i będzie źródłem korupcji w polityce i nauce wyzwolonej, wyzwolonej spod kontroli ukształtowanego przez religię sumienia każdego z polityków i naukowców. Wybujała na tej glebie dyktatura po okresie bezmiaru cierpień sprowadzonych na zwykłych ludzi poprzez bezprawie i niesprawiedliwość i tak pożre własne dzieci, bo żaden dyktator nie dopilnuje swojego interesu na tyle dobrze, aby zwalczyć każde konkurencyjne myślenie. A właśnie prawdziwie wolna konkurencja jest szansą dla wszystkich. Prawdziwie wolna, to znaczy taka, która w wyniku fałszywego zastosowania tego terminu nie stanowi przykrywki dla neokolonialnych wyczynów hegemona, jego agentów i klientów.

Konkurencja to źrenica wolności. Pisząc te słowa w języku narodu, któremu wielu prawdziwie wolnych przyznawało palmę pierwszeństwa w umiłowaniu wolności, muszę odnieść się nie tylko do zagrażających nam skutków ograniczania naszej wolności i tępienia konkurencji, lecz także do szans, jakie stwarza nam obecna sytuacja.

Po pierwsze, znakomita większość Polaków miała i ma na tyle silny związek z Kościołem rzymskokatolickim, że nawet przejściowo od niego odchodząc, pozostaje wierna danemu nam przez samego Boga przekonaniu o pełni wolności wyboru. Wybierając zło i otrzymując za to z łaski Boskiej baty za życia, uczymy się rozumu właściwie za darmo. Za naukę trzeba płacić. A tu zapłata jest niewielka, na tle wieczności – żadna.

Po drugie, pomimo wybitnego indywidualizmu prowadzącego – w wyniku rozproszenia sił i usprawiedliwiania sprzedawczykostwa – wprost do kapitulacji przed wrogim naporem, Polacy przyparci do muru i mając nóż na gardle potrafią się porozumieć i wyraźniej dostrzec wspólnotę interesów. Skoro ludziom w Polsce nie przeszkadzają autostrady przebiegające tuż pod ich oknami, wieże elektrowni wiatrowych stojące za płotem, szambo w kranie, odpady w żywności, trucizny i odory w powietrzu, dramaty ludzi i rodzin uzależnionych od alkoholu, tytoniu, narkotyków, hazardu i  prostytucji, brak dostępu do leczenia i transportu, a nawet oczywisty ostatnio związek pomiędzy bezrobociem, bezdomnością i śmiercią z wyziębienia, to znaczy, że jeszcze nie jest aż tak źle, ażeby nie mogło być gorzej…

Po trzecie, ukształtowani przez bogactwo biologicznego dziedzictwa różnych ludów, którym zawdzięczamy swój garnitur genetyczny, potrafimy przystosować się do każdych warunków i kompatybilnie współpracować z każdym systemem. Jesteśmy zdolni do czynów zadziwiających cały świat, byleśmy tylko zachowali tożsamość narodową i lojalność w stosunku do Ojczyzny. Najsławniejsi Polacy – Mikołaj Kopernik, Jan III Sobieski i Jan Paweł II mieli decydujący wpływ na kierunek rozwoju całej ludzkości. Wsparci umiłowaniem Boga, Wolności i Ojczyzny oraz talentem niezmarnowanym dlatego, że każdy na swoim polu działania – naukowej rewolucji, teatru wojny i przywództwa duchowego – był zdolny pokonać bariery dostosowawcze i udowodnić światu, że ma rację. Z zachowaniem wszelkich proporcji tego samego w Nowym Roku życzę wszystkim słuchaczom Radia Maryja.

8. stycznia 2010

Polska Medycyna Integracyjna to szansa na przeżycie. Szansa oparta o zdrowy rozsądek, oczywista dla wszystkich, prosta w wykonaniu. Byle tylko ją podjąć i z niej korzystać. O medycynie obecnie w Polsce obserwowanej, nas poniżającej, rujnującej i w sposób ewidentnie wymierny dla naszego zdrowia i życia szkodliwej można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest integracyjna. Medycyna w Polsce roku 2010 jest dezintegracyjna do stopnia prawdopodobnie nieznanego dotychczas ludzkości. Jest dezintegracyjna z założenia, w teorii i praktyce,. Od zarania dziejów człowiek zawsze starał się leczyć siebie i swoich bliskich. Na miarę swoich możliwości zawsze walczył z cierpieniem, chorobą, przedwczesnym zgonem. Na kolejnych etapach rozwoju każda cywilizacja dysponowała również swoim systemem prewencji oraz profilaktyki chorób i niepełnosprawności. Człowiek nigdy nie rezygnował z ratowania zdrowia i zapobiegania chorobom. Od czasów jaskiniowych w razie potrzeby albo stosował właśnie jaskiniowe, a później domowe środki lecznicze i zapobiegawcze, albo zwracał się o pomoc do osoby pełniącej społeczną funkcję lekarza. W celach troski o zdrowie i walki z bólem niewiele różnimy się od zwierząt, które również nie rezygnują z dostępnych sobie środków, czy to na wolności, czy też w warunkach udomowienia. U wielu zwierząt można zaobserwować także rodzinną, a nawet grupową solidarność z osobnikami wymagającymi pomocy, rannymi i chorymi. Zadziwia więc brak refleksji nad upadkiem medycyny w Polsce ze strony darwinistów społecznych, którzy potrafią zdeformować umysły studentów, ale nie umieją dostrzec, że prawo dżungli miewa jednak wyjątki, a pomoc choremu w potrzebie gwarantuje instynkt stadny wyjątkowo wysoko rozwinięty u nagich małp, do których zaliczają i siebie i całą resztę gatunku Homo sapiens animatus, który wie, że jest uprzywilejowany obdarzeniem duszą. Jak dotychczas z pracowni inżynierów genetycznych nie wydobywają się okrzyki eureka! głoszące światu spreparowanie pozbawionego duszy mutanta Homo sapiens inanimatus o fenotypie człowieka myślącego tak “wzbogaconym” genami hieny, szakala i kameleona, jak “wzbogacona” o wbudowane w nią pestycydy jest genetycznie modyfikowana roślina oraz żywność z niej wyprodukowana. Być może tego rodzaju bezduszne istoty myślące zostały już pomiędzy nas wprowadzone, a nawet zdobyły władzę w naszym kraju. Ciekawe z jakiegoż to zwierzęcia przeszczepione geny determinują niepohamowaną kleptomanię i paranoiczną megalomanię.

Odkładając żałosne dowcipy na bok, warto wspomnieć rolę niesfałszowanej nauki, jako punktu odniesienia, wszystkich działań w obszarze ochrony zdrowia. Trzymając się tematu gmo, trzeba podkreślić, że pod ciosami topora rzetelnej ewidencji naukowej padają powtarzane przez sprzedajnych polityków i ekspertów reklamowo-lobbingowe zapewnienia handlarzy genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy i soi, o tym, że produkty inżynierii genetycznej ludziom nie szkodzą. Po spektakularnej kompromitacji ekodemagogów zarabiających na rtęciowych świetlówkach i bujdzie o decydującym wpływie człowieka na klimat, wydaje się, że nadchodzą czasy kolejnych Waterloo, a raczej Kopenhagi dla Gore’a i jemu podobnych. Prędzej czy później runą także mity głównego nurtu współczesnej medycyny kreowane przez bezwzględnie żerujących na nieszczęściu ludzkim głównych graczy na rynku ochrony zdrowia. Im chorzy młodsi, tym rynek głębszy. Im chorych więcej, tym rynek szerszy. Im woda, żywność, powietrze i zachowania bardziej skażone, tym rynek i głębszy i szerszy. W rynek zdrowia, jak to w biznesie, inwestować warto tylko wtedy, kiedy uzyska się wystarczająco wysoką stopę wzrostu. Stąd ludzi w pewnym wieku i z ciężkimi chorobami leczyć już nie warto. Warto za to zaproponować im eutanazję. Na ostatni zastrzyk jeszcze będzie ich stać.

Nauka podporządkowana wyłącznie zyskom z rynku ochrony zdrowia jest dla nas wszystkich śmiertelnym zagrożeniem. Trudno to sobie wyobrazić, ale w najnowszym numerze czasopisma Acta Obstestricia et Gynecologica Scandinavica pojawił się artykuł dowodzący, że karmienie piersią nie jest wcale lepsze od karmienia butelką. Autorem wywodu jest prof. Sven Carlsen z Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondheim. Niewątpliwie firmy sprzedające zamienniki mleka matki zacierają ręce i już przygotowują kolejne kampanie reklamowe adresowane do młodych rodziców. Podobnie w roku 2005 Monica Christiansson, była pielęgniarka na położnictwie i Carola Eriksson, doktorantka na uniwersytecie Umea w Szwecji, wspólnie ogłosiły, że zgodnie z własnym przeglądem literatury medycznej i praktycznym doświadczeniem, błonę dziewiczą należy uznać za społeczny i kulturowy mit, oparty o głęboko zakorzenione stereotypy roli kobiet w ich płciowych relacjach z mężczyznami. Zapewne obie wyzwolone (tylko od czego?) uczone nie dotarły do obszernej literatury medycznej wskazującej na fakt, że wrodzony brak przedmiotowego narządu zdarza się wyjątkowo rzadko i to w ramach ciężkich wad rozwojowych układu moczo-płciowego skategoryzowanych w międzynarodowej klasyfikacji chorób problemów zdrowotnych ICD-10 w pozycji Q52.0 i Q52.7. Podpieranie się nauką dla zaprzeczenia istnieniu widzialnego organu ciała i zgodnych ze zdrowym rozsądkiem zdrowotno-psychologicznych korzyści z karmienia piersią, przypomina antyreligijne kampanie “naukowo” dowodzące nieistnienia duszy, bo jej neurochirurdzy nigdy nie widzieli. Za pomocą tego rodzaju pseudonaukowych nonsensów przygotowywane są globalne przedsięwzięcia marketingowe w sposób bezpardonowy atakujące fizyczną, moralną i psychologiczną integralność osoby ludzkiej. Naprzód czyni się z ludzi narzędzie czyjejś perwersyjnej rozrywki, uzależnia od ich własnych słabości, proponuje zakup drogiej szczepionki o wątpliwej skuteczności i niepewnym bezpieczeństwie, aż wreszcie przymusza do badań wykrywających raka, aby po jego rozpoznaniu, w warunkach polskiego systemu ochrony zdrowia odmówić im leczenia. To jest właśnie przykład polskiej medycyny dezintegracyjnej.

15. stycznia 2010

Ciemne mroki zabobonnej nocy spowiły świat. Nasz świat. Świat przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia po narodzeniu Chrystusa. Rozmaitym wróżbitom strojącym się w piórka nieomylności sądów najlepiej wychodzi bobonienie, czyli niewyraźne, bełkotliwe przepowiadanie przyszłości. Posługując się sfałszowanymi wynikami badań, naciąganą interpretacją niesprawdzalnych obserwacji, a nadto chorą wyobraźnią, dogmatycy mruczą zaklęcia o demokracji i nauce jakoby mającym przynieść ludziom długie życie w zdrowiu i szczęściu. Zapominają dodać, że bobonią za pieniądze a ci, którzy im płacą mają własne elitarne cele, ujawnianie z rzadka, najczęściej przez przypadek. Jednak głównym, najbardziej wyraziście jawiącym się celem jest prosta chęć zysku. Stąd boboniąc za pieniądze, tak zwani eksperci po prostu realizują projekty marketingowe zleceniodawców. Wydawałoby się, że oparte o podstawy z zakresu fizyki, chemii i biologii nauki przyrodnicze ustrzegą się od zabobonnej wiary w wyssane z palca dogmaty. Tak jednak nie jest. Nawet w medycynie. Bez protestu pokrzywdzonych, poza wszelkimi zasadami trzeźwego myśli i wbrew zdrowemu rozsądkowi światu podaje się do wierzenia coraz to bardziej bezsensowne pomysły. Niemal nie słychać głosów sprzeciwu. Chcąc nie chcąc, każdy zatrudniony w systemie pracy najemnej i każdy zleceniobiorca musi podporządkować się aktualnie obowiązującym dogmatom. Globalna dyktatura ma swoje sposoby wymuszania posłuszeństwa wykreowanym przez siebie doktrynom czy to poprawności politycznej, czy też głównego nurtu nauki. Powstaje samonakręcająca się spirala. Każdy wykonuje swoje zadania, nawet z poświęceniem i oddaniem sprawie, ale jest tylko nieświadomym trybikiem wielkiej machiny kłamstwa. Nieświadomym, bo nie znającym początku i końca spirali, której rozbudowie tak się poświęca. Tymczasem stającą u początku owej spirali banalną obserwację, odkrycie lub wynalazek biorą w ręce specjaliści od wyciągania ludziom pieniędzy z kieszeni i posługując się środkami masowego przekazu, lobbingiem, reklamą i prostym przekupstwem, czynią z wykreowanego straszaka podstawowy problem ludzkości, któremu można stawić czoła wyłącznie poprzez zapłacenie straszącemu i jego wspólnikom odpowiedniej kwoty czy to z własnej kieszeni, czy też pośrednio, z podatków, czyli pieniędzy zabieranych ludziom pod przymusem. Zabieranych dla ich własnego dobra, naturalnie. Nie dla dobra n. p. zarządu Unii Europejskiej, w którym pensja sięga 24 tysięcy euro za miesiąc ciężkiej pracy na rzecz niewdzięcznych i wiecznie niezadowolonych poddanych. I też nie dla dobra firm farmaceutycznych, które przecież ponoszą wielkie wydatki na utrzymanie rządowych ekspertów, jakże niezależnych. Jak dotychczas nie poznaliśmy wydatków koncernów farmaceutycznych na utrzymanie ekspertów polskiego rządu. Za to światowa opinia publiczna pasjonuje się ujawnionymi w ostatnich dniach wypłatami koncernów GlaxoSmithKline, Baxter i Roche na ręce 11 spośród 20 członków brytyjskiego odpowiednika naszego Komitetu Pandemicznego, jak to fantazyjnie nazwano organ premiera Tuska do walki z pozornie świńską grypą. Inwestycja w finansowanie tzw. niezależnych ekspertów naukowych sowicie opłaciła się producentom szczepionek przeciwko grypie A/H1N1 oraz leków przeciwgrypowych Tamiflu i Relenza, gdyż mogą oni podzielić się niebagatelną kwotą 1,5 miliarda funtów brytyjskich, na które rząd Jej Królewskiej Mości zawarł kontrakty pod presją uczonych prognoz zapowiadających liczbę do 65 000 zgonów, 350 dziennie w szczycie epidemii. Dotychczas zliczono wszystkich 251 zgonów, a władze brytyjskie szukają w swoich byłych koloniach chętnych na gorący kartofel niechcianych a przy tym tracących ważność szczepionek wart cały jeden miliard funtów.

Przeprowadzony z zyskiem dla złodziei kryzys finansowy, przyjęty z pogardą dla demokracji Traktat Lizboński, hucpa z próbą wykorzystania bujdy o wpływie człowieka na zmianę klimatu dla zrujnowania wielu gospodarek, tym polskiej, kompromitacja projektu zarobienia na szczepieniach uzupełniających jak zwykle ostatnich latach nietrafiony skład szczepionki przeciw grypie sezonowej, to najbardziej poważne spośród ujawnionych dotychczas dowodów na poniżające traktowanie zwykłych ludzi przez uzurpatorów absolutnej nad nami władzy sprawowanej przeciwko nam za nasze własne pieniądze. Warunkiem pełnego zniewolenia jest zgoda zniewolonych. Dlatego tak usilnie i na szeroką skalę zakrojone są programy slutyfikacji dzieci i młodzieży, nie tylko po to, by powiększyć plac zabaw pedofilom, lecz także, by uzależnić nowe pokolenia bez reszty od wszystkiego, co tylko można im sprzedać. Bezrefleksyjny konsument, który sprzeda się sam, żeby zaspokoić podsunięte mu uzależnienie, to ideał niewolnika naszych czasów spowitych w ciemne mroki zabobonnej nocy. Polacy zawsze walczyli pod sztandarem z napisem “Za wolność waszą i naszą”. Ale nawet w Polsce słychać sygnały do ataku na źrenicę wolności obywatelskich, jaką jest wolność sumienia i wyznania, prawo wychowania dzieci zgodnie z przekonaniami rodziców i wreszcie podstawowe prawo człowieka – prawo do życia.

22. stycznia 2010

Jak każda sfera myśli ludzkiej epidemiologia lekarska ma swoje pomnikowe postaci. Miejsce pierwsze wśród pierwszych zajmuje Hipokrates, oczywiście. Ojciec medycyny i etyki medycznej pozostawił swoim uczniom kodeks postępowania sformułowany na tysiąclecia w przysiędze Hipokratesa, m. in. w słowach:

- zdrowy tryb życia i sposób odżywiania się zalecał będę wedle swoich sił i osądu, mając na względzie pożytek cierpiących, chroniąc ich zaś przed szkodą i krzywdą.
- nigdy nikomu, także na żądanie, nie dam zabójczego środka ani też nawet nie udzielę w tym względzie rady; podobnie nie dam żadnej kobiecie dopochwowego środka poronnego.

O ile pierwsza z przytoczonych zasad zależy od osądu lekarza, o tyle druga, zakazująca udziału w zabójstwie człowieka od poczęcia aż do śmierci stała się bezwzględnie obowiązującym wyróżnikiem powołania lekarskiego już od czasów Hipokratesa, a więc na cztery wieki przed narodzeniem Chrystusa. Lekarz, który wie, że jakiś środek jest zabójczy, a mimo to ten środek podaje, nawet na żądanie kogoś, kogo ten środek może zabić, albo udziela w tym względzie rady, łamie podstawową zasadę etyki lekarskiej i w ramach oczyszczania zawodu z osób, które zawód lekarski kompromitują, powinien być z tegoż zawodu usunięty.

Osąd lekarza wynika zarówno z wiedzy nabytej od jego nauczycieli, z własnej praktyki oraz z postępu medycyny za życia lekarza. Doświadczenia z własnej praktyki lekarskiej to kropla w oceanie obserwacji wszystkich osób zajmujących się medycyną w dziejach człowieka, stąd i potrzeba trzymania się tzw. głównego nurtu medycyny, określającego aktualne standardy postępowania lekarskiego. Standardy te, w miarę rozwoju medycyny i jej nauk podstawowych, w szczególności fizyki, chemii i biologii, z czasem zmieniają się i każde kolejne pokolenie lekarzy z podziwem, ale i z rozczuleniem przygląda się wysiłkom swoich poprzedników. Z natury rzeczy aktualne standardy postępowania lekarskiego mogą stawiać tamę postępowi medycyny, a nawet sprowadzać na pacjentów dodatkowe nieszczęścia w postaci jatrogennych, czyli wynikających z działania lekarza, chorób, niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów. Przykładów z przeszłości i z naszych czasów można mnożyć bez liku i wielu zastanawia podstawowy problem relacji lekarz – pacjent a odnoszący się do faktycznej skuteczności i bezpieczeństwa stosowanych przez lekarza procedur. Jeszcze większym problemem dla pacjenta i jego bliskich jest odgadnięcie prawdziwego celu proponowanego przez lekarza postępowania. Bezradni, złożeni niemocą, w rozpaczy z obawy o los najbliższych, zdani na łaskę – niełaskę otoczenia, ludzie gotowi są oddać wszystko dla ratowania zdrowia i życia. Niekiedy jednak muszą stanąć twarzą w twarz z sytuacją, która zdecydowanie przerasta ich zdolności zrozumienia. Oto lekarz, którego kodeks postępowania wyznacza wiele tysięcy lat tradycji przysięgi hipokratejskiej, okazuje się oszustem, naciągaczem, czy też akwizytorem w białym fartuchu. Zamiast kierować się dobrem pacjenta, zamiast ulżyć cierpieniom, zamiast ratować zdrowie i życie człowieka, taki akwizytor w białym fartuchu po prostu nagania klientów producentom szkodliwych środków farmaceutycznych, niepotrzebnego sprzętu medycznego, całym sieciom chciwych zysków hurtowników i detalistów, rozmaitym usługodawcom od zabiegów tyleż kosztownych, co zbędnych. Wszystko to w atmosferze “głębokiej naukowości nieomylnych sądów”. Sądów wyczytanych z reklamowych broszur i sponsorowanych po cichu publikacji z pism o wysokim impact factor, zasłyszanych pod palmą na bardzo naukowych kongresach i podczas kolacji w najdroższych restauracjach i wreszcie zawartych w obowiązującym prawie: od ustaw pisanych przez lobbystów, przez rozporządzenia przesyłane ministrom pocztą elektroniczną do przepchnięcia przez rząd, po wytyczne, wskazówki oraz standardy kształcenia i postępowania i tym podobne normy prawa zwanego niegdyś powielaczowym. W efekcie omotania przez pajęczynę medycznego biznesu, nawet pełen najlepszej woli i natchniony najszczerszym powołaniem młody adept medycyny staje się bezwolnym narzędziem realizacji wielkich interesów finansowych, z oczywistą stratą dla zdrowia i majątku pacjentów i z uszczerbkiem dla siebie samego, gdyż przecież nie po to studiował medycynę, żeby bezmyślnie wykonywać plany finansowe tego czy innego koncernu, takiego czy innego ministra, funduszu, czy ubezpieczyciela.

Należy uczynić wszystko, aby w skali globalnej wydobyć współczesną medycynę z drapieżnych szponów bezwzględnej chciwości. Na ratunek powinien nam przyjść zdrowy rozsądek. Pionierem zastosowania współczesnych metod epidemiologicznych jest brytyjski lekarz dr John Snow. Jemu właśnie epidemiologia lekarska stawia zasłużony pomnik. Kierując się zdrowym rozsądkiem, dr John Snow zakazał korzystania z zanieczyszczonej wody dostarczanej przez jedno z przedsiębiorstw wodociągowych. Dzięki temu uchronił wielu mieszkańców Londynu przed epidemią cholery. Podczas ostatniej wielkiej epidemii cholery w Londynie w 1854r. doktor John Snow naniósł przypadki zgonów na mapę zaopatrzenia w wodę pobieraną z Tamizy przez dwa konkurujące między sobą przedsiębiorstwa wodociągowe. Jedno z nich pobierało wodę poniżej ujścia ścieków. Dr Snow wykazał, że wśród osób zaopatrywanych właśnie przez to przedsiębiorstwo zgony występowały znacznie częściej niż wśród osób korzystających z sieci drugiej firmy – rozprowadzającej wodę pobieraną powyżej ujścia ścieków do Tamizy. W tamtych czasach nie łączono jeszcze zachorowań na cholerę z zanieczyszczeniem wody do picia odchodami ludzkimi, a bakteryjna przyczyna cholery została wykryta dopiero ok. 40 lat później. W takich okolicznościach dr Snow podjął decyzję, która zapewniła mu trwałe miejsce w historii medycyny: w oparciu o wyniki analizy danych nakazał zdjąć uchwyt z pompy ulicznej, do której wodociąg doprowadzał wodę zanieczyszczoną ściekami. Od tej pory epidemia cholery zaczęła wygasać. Odważna decyzja pierwszego lekarza, który skutecznie wykorzystał analizę epidemiologiczną do ratowania zdrowia i życia ludzi, stała się często przywoływanym przykładem zdroworozsądkowych rozwiązań problemów zdrowia publicznego.

Współczesnym kandydatem na piedestał epidemiologii lekarskiej jawi się przewodniczący Podkomisji Zdrowia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy dr med. Wolfgang Wodarg, internista pulmonolog, specjalista w zakresie zdrowia publicznego, higieny i medycyny środowiskowej, szkolony w zakresie epidemiologii w Uniwersytecie Johna Hopkinsa, Baltimore, USA.

Nagłaśniane od sierpnia 2009r. stanowisko dr. Wodarga wobec szczepionek firmy Novartis przeciwko grypie A/H1N1, które – w jego opinii – miały zwiększać ryzyko raka wśród zaszczepionych, walnie przyczyniło się do upadku w skali globalnej programu szczepień przeciwko tzw. swińskiej grypie. Od grudnia 2009 r. dr Wodarg domaga się wszczęcia dochodzenia w strefie międzynarodowej i poszczególnych państw, w sprawie mechanizmów, które przyniosły wielkie zyski firmom farmaceutycznym w wyniku wywołania nieuzasadnionej paniki skutkującej zakupem niedostatecznie zbadanych szczepionek, co doprowadziło do niepotrzebnego narażenia zdrowych ludzi na ryzyko nieznanej liczby reakcji niepożądanych.

29. stycznia 2010

Leczenie nakłuciami przypisuje się cywilizacjom Dalekiego Wschodu. Miarą długości używaną w zabiegu akupunktury jest szerokość kciuka pacjenta, zwana cun w uproszczonym języku chińskim (czyli pinyin), a pisana tym samym znakiem w języku chińskim, japońskim i koreańskim. Po obróceniu znaku cun o -45 stopni i odcięciu jego dolnej części uzyskujemy obraz krzyża diagonalnego doskonale znanego miłośnikom cywilizacji słowiańskiej odwiedzającym świętą górę Prasłowian – Ślężę. Krzyż diagonalny rozpoznawany jako średniowieczny znak graniczny, czy też zobrazowanie dwóch patyków służących do niecenia ognia przez czcicieli słońca, równie dobrze może przedstawiać dwa ostro zakończone drewienka mające zastosowanie w akuterapii ślężańskiej.

Ślęża, słowiański Olimp, góruje nad żyzną równiną rozciągającą się pomiędzy Wrocławiem a Świdnicą, jest najwyższym szczytem od Sudetów po Ural na wschodzie, a nadto znajduje się na obszarze najstarszej cywilizacji Europy sięgającej w kierunku zachodnim do miejscowości Gosiek nad Soławą w krainie Serbów, czyli Regio Surbi zgodnie z nazewnictwem pierwszych opisów historycznych Geografa Bawarskiego (obecnie Goseck an der Saale in Sachsen-Anhalt, Bundesrepublik Deutchschland, czyli w obowiązujących prawnie językach autochtonicznej ludności serbołużyckiej – hornjoserbsce: Saksko-Anhaltska, Zwězkowa republika Nimska, dolnoserbski: Sakska-Anhaltska, Zwjazkowa republika Němska). Limes sorabicus, przez samych Germanów wyznaczona granica Słowian, po stronie Słowian pozostawiała Gosiek oraz inne lokalizacje najstarszej cywilizacji Europy, jak Ajtra (Aythra) w mieście Lipsk (niem. Leipzig) i Nikur (Nickern) w mieście Drezno (hornjoserb. Drježdźany, obecnie niem. Dresden). W roku 1991 zdjęcia lotnicze okolic Gosieku pozwoliły wykryć na tamtejszym niewielkim wzniesieniu pogórza Harzu pozostałości kolistego obiektu otoczonego rowem o średnicy 75 m. Po rekonstrukcji wykopalisk wykazano, że było to obserwatorium astronomiczne najstarsze na świecie z dotychczas odkopanych. Powstałe ok. 5 000 lat przed narodzeniem Chrystusa obserwatorium astronomiczne w Gosieku jest starsze o 4 300 lat od Polskich Pompejów – Biskupina, grodu prasłowiańskiej kultury łużyckiej i o 2 000 lat od brytyjskiego Stonehenge. Obserwatorium składało się z czterech koncentrycznych budowli: wału, rowu i dwóch drewnianych palisad wysokości człowieka. W palisadach istniały trzy pary bramy: północna, południowo-wschodnia i południowo-zachodnia. W dniu przesilenia zimowego (najkrótszy dzień roku 21 – 22 grudnia, po którym następuje prasłowiańskie Godowe Święto, Szczodre Gody, Święto Zimowego Staniasłońca) człowiek stojący w środku obserwatorium mógł obserwować wschód Słońca przez bramę południowo-wschodnią i zachód Słońca przez bramę południowo-zachodnią. Obie te bramy wobec siebie są zlokalizowane pod kątem ok. 100 stopni. W 2001r. wyrwano z rąk złodziei miedziany dysk ze złotymi intarsjami przedstawiającymi ciała niebieskie: słońce, księżyc i gwiazdy oraz dwa przeciwstawne łuki na brzegach dysku. Kąt pomiędzy najniższymi punktami obydwu łuków wynosi 97,5 stopnia i odpowiada położeniu Słońca w epoce brązu w czasie przesilenia zimowego na 51 stopniu szerokości geograficznej północnej. Dysk ten znaleźli złodzieje wykopalisk w 1999r. na terenie eksploracji archeologicznej otaczającym koncentrycznie szczyt wysokiej na 252 m n. p. m. Góry Środkowej (niem. Mittelberg, Ziegelroda Forst) na 51 stopniu szerokości geograficznej północnej pod miasteczkiem Nebra. Miejscowości Gosiek i Nebra dzieli odległość ok. 25 kilometrów. Obrazujący niebo dysk z Nebry (Nebra sky disk, Himmelsscheibe von Nebra) pochodzi z XVI wieku przed narodzeniem Chrystusa, jest dziełem kultury unietyckiej bezpośredniej pooprzedniczki kultury przedłużyckiej, z której to powstała kultura łużycka Prasłowian. Odstęp czasu pomiędzy założeniem najstarszego z dotychczas odkrytych na świecie obserwatorium astronomicznego a wykonaniem klucza do obserwacji ruchu ciał niebieskich w postaci obrazującego niebo dysku z Nebry sięga 3,5 tysiąca lat i dowodzi ciągłości i wyjątkowego zawansowania autochtonicznej kultury łużyckiej.

Ok. 300 km na wschód od najstarszego na świecie obserwatorium astronomicznego znajduje się najbardziej wybitna wyniosłość Przedgórza Sudetów, jaką jest Grupa Ślęży (Masyw Ślęży), w której skład wchodzi Ślęża (719 m n. p. m.), Radunia (573 m n. p. m.) i Wieżyca, czyli Góra Kościuszki (415 m). Wysokość bezwzględna Ślęży od strony równinnego otoczenia przekracza 500 m. Stożkowaty szczyt Ślęży wznoszący się ponad pół kilometra ponad żyzne doliny Odry i jej lewobrzeżnych dopływów pod każdym względem lepiej nadawał się na lokalizację obserwatorium astronomicznego ludu kultury łużyckiej i ją poprzedzających niż niziutka Góra Środkowa w Nebrze, leżąca przy tym niemal na tej samej szerokości geograficznej, co Ślęża. Koncentryczne wały kultowe na szczytach Grupy Ślęży, choć lepiej zachowane niż w Gosieku, jednak nie doczekały się do dzisiaj równie pieczołowitej rekonstrukcji. I to pomimo wyjątkowej w Polsce pozycji Ślęży jako najstarszego miejsca potężnego kultu przedchrześcijańskiego w kolebce naszej państwowości. Znane jest za to turystom bogactwo minerałów ślężańskich już w neolicie będących wdzięcznym surowcem do masowej produkcji wyrobów kamiennych takich, jak toporki ślężańskie, czy żarna znajdowane w odległych miejscach Europy. Jednak największe wrażenie wywierają ślężańskie rzeźby kultowe opatrzone znakiem krzyża diagonalnego. Kolejne bogactwa Ślęży do jej zasoby wodne i leśne. Do dzisiaj leśne źródło i miejsce podmokłe, czyli ślęg, łatwo spotkać w ślężańskich ostępach. Woda jako żywioł i główny składnik istot żywych nie znajduje sobie równych na tej ziemi. Naszym najbardziej imponującym pomnikiem wody jest nazwa Śląska pochodząca od świętej góry Prasłowian – Ślęży, czyli mokrej. Wybitny znawca archeologii Ślęży, prof. Grzegorz Domański, zwraca uwagę na możliwość łączenia nazwy góry związanej z wodą, sławnej rzeźby postaci z rybą i odkrytego w 1993r. grodu na wschodnich zboczach prawdopodobnie poświęconego Ślężowi (Slenzowi) – słowiańskiemu bóstwu wody. Prof. Witold Hensel w dziele “Polska Starożytna” podaje, że różne znaleziska ze Śląska dowodzą, iż kult źródeł wodnych utrzymywał się tam poczynając od neolitu. Podkreśla, że badania w Biskupinie ujawniły oddawanie przez jego mieszkańców czci źródłom wody, “którzy wody w jeziorze mieli w bród, zdawali sobie sprawę z wartości pitnej czystej wody źródlanej. W tej materii kontynuowano niewątpliwie wcześniejsze tradycje.(…)Kult wody (jezior, rzek oraz źródeł) istniał i później na ziemiach polskich.” Gdzie kult, tam i kapłani. Od zarania dziejów kapłani pełnili funkcje lekarzy i medycyna zawsze rozwijała się w obrębie konkretnej kultury ukształtowanej przez warunki naturalne bytowania.

Nasuwa się przypuszczenie graniczące z pewnością, że ślężańscy kapłani stosowali wodolecznictwo na znacznie większą skalę niż strażnicy tak znanych celów wypraw po zdrową wodę, jak trudnodostępne źródła Łaby, sławne (od neolitu!) źródło św. Anny na zboczu Grabowca nad Karpaczem lub liczące kilka tysięcy lat udokumentowanej przeszłości uzdrowisko w Szczawnie Zdroju. Widoczna z odległości kilku dni drogi Góra Ślęża obiecywała powrót do zdrowia przybywającym w potrzebie. Stąd hydroterapia wymagała uzupełnienia zabiegami akuterapii, metody leczniczej o nieporównywalnie wyższej skuteczności i znacznie większym zakresie zastosowań niż wodolecznictwo w formie balneoterapii, czy też krenoterapii. Z natury rzeczy prasłowiańscy kapłani ze Ślęży traktowali swoich pacjentów jako całość, mówiąc dzisiejszym językiem jako integrum fizyczne, psychologiczne i moralne. Tym samym ośrodek medycyny ślężańskiej można uznać za najstarszy fundament wielotysięcznej tradycji polskiej medycyny integracyjnej i mieć nadzieję, że akuterapia ślężańska, której postulowanym symbolem są jej narzędzia w postaci krzyży diagonalnych wyrytych w kamiennych rzeźbach kultowych, ma szanse pełnego odrodzenia z korzyścią dla wszystkich.

5. lutego 2010

Raport “Stan Sanitarny Kraju w 2008 roku” Główny Inspektor Sanitarny udostępnił opinii publicznej dopiero w dniu 12. stycznia 2010r. Wkrótce potem ukazała się “Informacja Najwyższej Izby Kontroli o wynikach kontroli stanu technicznego obiektów użytkowanych przez publiczne zakłady opieki zdrowotnej”, którą Prezes NIK pan Jacek Jezierski zatwierdził 18. grudnia 2009r.

W Raporcie Głównego Inspektora Sanitarnego można przeczytać, że “szpitale należały do obiektów, które były objęte przez organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej wzmożonym nadzorem sanitarnym. W 2008 r. kontrolę stanu sanitarnego przeprowadzono ogółem w 802 szpitalach spośród 807 wykazanych w ewidencji (99,2 %), a więc kontroli poddano prawie wszystkie placówki. Za niedostateczny uznano stan sanitarny 163 skontrolowanych obiektów, co stanowiło 20,3 % objętych kontrolą. Oznacza to zwiększenie się liczby takich placówek w porównaniu z rokiem 2007, kiedy negatywna ocena sanitarna dotyczyła 137 placówek (17,2 % ogółu skontrolowanych). Mimo prowadzonych w wielu obiektach szpitalnych prac remontowych, zastrzeżenia dotyczące ich stanu sanitarno-technicznego były bardzo liczne i stanowiły przedmiot negatywnej oceny sanitarnej. Do najczęściej odnotowanych uchybień w tym zakresie należały: niewłaściwy stan techniczny ścian, sufitów i podłóg w salach chorych, korytarzach, blokach operacyjnych, laboratoriach, pomieszczeniach pralni, ubytki w okładzinach ceramicznych na ścianach i w posadzkach, brak cokołów przy podłogach, ściany przy umywalkach nie pokryte materiałem zmywalnym i nienasiąkliwym do wymaganej wysokości, brak pojemników z mydłem i ręczników jednorazowych przy umywalkach, zniszczona stolarka drzwiowa i okienna, brak węzłów sanitarnych przy salach chorych, zbyt mała powierzchnia sal chorych, zniszczone łóżka w salach chorych, niedostosowanie pomieszczeń do potrzeb osób niepełnosprawnych, zniszczona armatura sanitarna, uszkodzone grzejniki ze śladami rdzy, niewłaściwie zamontowane grzejniki utrudniające ich prawidłowe czyszczenie, brak wydzielonych brudowników i składzików porządkowych lub niewłaściwe ich wyposażenie, brak lub niewystarczająca ilość wózków z zamykaną przestrzenią załadunkową do przewożenia brudnej bielizny i odpadów medycznych, zły stan pomieszczeń do przechowywania odpadów medycznych (brak doprowadzenia wody, ubytki w powierzchni ścian, sufitów i posadzek, niesprawna wentylacja), niewystarczająca ilość urządzeń dźwigowych, brak podjazdów dla karetek, brak wydzielonych pomieszczeń sanitarnych dla personelu. Ponadto zastrzeżenia dotyczyły zbyt małej powierzchni pomieszczeń, braku oddzielnych dróg transportu materiałów czystych i brudnych oraz odpadów medycznych, zwłaszcza w pralniach, ciągach komunikacyjnych, braku klimatyzacji, braku wentylacji mechanicznej, braku filtrów powietrza, braku antyelektrostatycznych wykładzin podłogowych, braku rezerwowego źródła zaopatrzenia w wodę lub nieodpowiedniej jakości wody z tego ujęcia, braku właściwego połączenia styku cokołów z podłogą w pomieszczeniach wymagających zachowania aseptyki, braku lub zbyt małej ilości śluz fartuchowo-umywalkowych, braku węzłów sanitarnych dla personelu bloków operacyjnych, wyeksploatowanego lub nieodpowiedniego wyposażenia sal operacyjnych i gabinetów zabiegowych”. Zgrozę budzi również gospodarka bielizną szpitalną i pralnictwo.

Nic dziwnego, że w roku 2008 w stosunku do roku poprzedniego “wyraźnie wzrosła liczba zakażeń bakteryjnych wywołanych przez typowe drobnoustroje szpitalne, dysponujące wieloma mechanizmami lekooporności: m.in. Staphylococcus aureus MRSA [Gronkowiec złocisty oporny na metycylinę] – 17 (7,4 % ognisk), Acinetobacter baumanii – 16 (7 % ognisk), Staphylococcus aureus MSSA [Gronkowiec złocisty wrażliwy na metycylinę]- 9 (4 % ognisk), pałeczki Klebsiella spp. ESBL(+) [wytwarzające beta laktamazy o szerszym spektrum] – 4 (1,7 % ognisk), Enterococcus faecium VRE [oporne na wankomycynę] – 3 (1,3 % ognisk), Clostridium difficille – 3 (1,3 % ognisk)”. W przypadku aż 22% ognisk epidemicznych w szpitalach na terenie kraju w 2008 roku czynnika etiologicznego nie ustalono.

Najwyższa Izba Kontroli badaniami kontrolnymi objęła lata 2006 – 2008, a czynności kontrolne przeprowadziła w okresie od 1 kwietnia do 31 lipca 2009 r. W dosłownym brzmieniu sformułowań “W kontroli, na zlecenie NIK, uczestniczyły na podstawie art. 12 pkt 3 ustawy o NIK powiatowe inspektoraty nadzoru budowlanego – w zakresie oceny stanu technicznego obiektów budowlanych, państwowa straż pożarna – w zakresie oceny stanu zabezpieczenia przeciwpożarowego szpitali oraz państwowe powiatowe inspektoraty sanitarne – w zakresie oceny pomieszczeń szpitali pod względem higieniczno-sanitarnym.” Najwyższa Izba Kontroli po raz kolejny od 1989r. wykazuje brak kompetencji w obszarze nadzoru sanitarno-przeciwepidemicznego, wymieniając nie tylko nazwę nieistniejących organów państwa polskiego, lecz także marginalizując obowiązujące, choć nie egzekwowane z powodu indolencji, korupcji politycznej i niedostatku etyki lekarskiej inspektorów prawo sanitarne, którego kręgosłupem jest ustawa o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Stwierdzenie NIK, iż jakoby “bezpieczeństwo higieniczno-sanitarne, utrzymanie porządku i estetykę pomieszczeń zapewniono w stopniu zadowalającym w 92% skontrolowanych szpitali” wymaga ostrej reakcji i odwołania się do opinii publicznej.

Zapraszam do udziału w Rozmowach Niedokończonych w dniu 7. lutego 2010r., w niedzielę, w Telewizji TRWAM godz. 18.10 – 19.30 i w Radio Maryja godz. 21.40 – 23.50. Temat rozmów: “Epidemiologia lekarska a stan szpitali według raportów Najwyższej Izby Kontroli”.

12. lutego 2010

Światowy Dzień Chorego 2010 poprzedziło ujawnienie kolejnego raportu Najwyższej Izby Kontroli w sprawie zagrożeń zdrowia i życia pacjentów oraz pracowników polskich szpitali. “Informacja o wynikach kontroli wykorzystania specjalistycznej aparatury medycznej w procesie realizacji usług medycznych, finansowanych ze środków publicznych w latach 2006-2008 (I półrocze), to jeden z najważniejszych dokumentów dokonań III RP, który Prezes Najwyższej Izby Kontroli, pan Jacek Jezierski 7. stycznia 2010r. zatwierdził , a 10. lutego 2010r. ujawnił opinii publicznej.

NIK tak dokumentuje zapewnienie warunków bezpiecznego stosowania promieniowania jonizującego w badaniach rentgenodiagnostycznych:

“Aż 88,7% zakładów realizujących świadczenia rentgenodiagnostyczne nie gwarantowało warunków bezpiecznego stosowania tych urządzeń oraz ochrony pracowników i pacjentów przed zagrożeniami wynikającymi ze stosowania promieniowania jonizującego.

Prawie dwie trzecie (61,5%) jednostek nie przestrzegało ustawowego obowiązku wykonywania badań wyłącznie sprzętem sprawdzonym pod kątem spełniania wymogów bezpiecznego użytkowania.

Stwierdzono nawet przypadki użytkowania urządzeń, o których było wiadomo, że nie spełniają norm radiologicznych i narażają pacjentów i obsługę na nadmierną dawkę promieniowania rentgenowskiego.

Jedna trzecia (34%) jednostek nie opracowała programu bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej, który winien zawierać co najmniej opis urządzeń i procedur mających na celu ochronę pracownika i pacjenta przed zagrożeniem.
W 9,4% zakładów nie powołano, lub powołano ze znacznym opóźnieniem, inspektora ochrony radiologicznej, sprawującego nadzór nad przestrzeganiem wymagań bezpieczeństwa jądrowego i ochrony.

W 7,5% jednostek pracownie, w których stosowano aparaty rentgenowskie, nie miały zezwolenia na ich uruchomienie lub zgody na udzielanie świadczeń zdrowotnych z zakresu m.in. badań rentgenodiagnostycznych i badań diagnostycznych.
W niemal jednej piątej (18,9%) zakładów stwierdzono przypadki stosowania aparatów rentgenowskich bez wymaganego zezwolenia na ich uruchomienie i stosowanie.
W prawie co czwartym (22,6%) zakładzie badania rentgenodiagnostyczne wykonywał personel, w tym lekarze, nieposiadający wymaganych specjalizacji z radiologii i diagnostyki obrazowej lub certyfikatu ukończenia szkolenia w dziedzinie ochrony radiologicznej pacjenta.

W co szóstym (17%) zakładzie nie przestrzegano warunków bezpiecznej pracy z urządzeniami radiologicznymi.

W 9,4% jednostek nie wszyscy pracownicy zatrudnieni w warunkach narażenia na promieniowanie jonizujące posiadali orzeczenie lekarskie (wydane przez uprawnionego lekarza) o braku przeciwwskazań do takiego zatrudnienia.
W 7,5% zakładów nie przeprowadzano regularnych kontrolnych pomiarów dawek indywidualnych lub pomiarów dozymetrycznych dla oceny narażenia pracowników.
W niemal połowie (45,3%) zakładów pracownie rentgenowskie nie miały pełnej dokumentacji, w tym m.in.: zezwoleń na uruchomienie i stosowanie aparatów rentgenowskich i uruchomienie pracowni, protokołów pomiarów dozymetrycznych, dawek otrzymanych przez pracowników, dokumentów programu bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej.

Stwierdzono przypadki użytkowania urządzeń pomimo posiadania wiedzy o narażaniu pacjentów i personelu medycznego na nadmiar pochłanianej dawki promieniowania rentgenowskiego, z powodu niespełniania przez te urządzenia norm radiologicznych.

Szpital Uniwersytecki w Bydgoszczy niedopełnił obowiązku corocznego wykonania testów specjalistycznych m.in. 11-letniego mammografu i trzech 21-letnich aparatów rtg. Wykonując badania diagnostyczne przy użyciu tych urządzeń Szpital posiadał wiedzę o narażaniu pacjentów i obsługi na nadmiar pochłanianej dawki promieniowania X. Użytkowanie tych aparatów, także ze względu na stare konstrukcje, zagrażało bezpieczeństwu.

Użytkowany w ZOZ Poznań-Jeżyce aparat rentgenowski z 1993 r. nie spełniał od stycznia 2005 r. obowiązujących wymogów technicznych, nie miał atestu pracy, nie był obejmowany konserwacjami i przeglądami technicznymi. Z przeprowadzonego w lutym 2008 r. testu specjalistycznego wynikało, że nie był on bezpieczny dla pacjentów i personelu medycznego, co oznaczało, że nie powinien być wykorzystywany do diagnostyki. Według wyjaśnień dyrektora Zakładu, aparat ten wykorzystywany był do usług medycznych w sytuacjach awaryjnych.

Szpital Praski w Warszawie użytkował aparat rtg przez 10 m-cy po stwierdzonej (podczas testu specjalistycznego) niezgodności badanych parametrów z wymaganymi.

Szpital Powiatowy w Chrzanowie nie podjął stosownych działań w 53,8% przypadków pomiarów jakościowych wykonanych przez PWIS, który nie akceptował od 4,5 do 25% wyników parametrów badań wykonanych na 4 aparatach rtg i na 1 mammografie.

Mimo upływu ponad roku od otrzymania negatywnego wyniku kontroli parametrów fizycznych aparatu rentgenowskiego zębowego Optident, ZOZ w Węgrowie nie podjął działań mających na celu usunięcie stwierdzonych nieprawidłowości. W odpowiedzi na wnioski pokontrolne, kierownik jednostki poinformował NIK o podjętej decyzji kasacji aparatu ze względu na jego wiek i zużycie techniczne.”

W podsumowaniu powyższego materiału dowodowego w sprawach karnych i cywilnych do kamer telewizji publicznej w dniu 10. lutego 2010r. wypowiedzieli się m. in.

-prezes NIK, pan Jacek Jezierski: “Naraża to pacjentów na niebezpieczeństwo, a ponadto nie gwarantuje jakości badań”

-kierownik I Zakładu Radiologii Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego mieszczącego się w Centralnym Szpitalu Klinicznym przy ul. Banacha w Warszawie, Konsultant Krajowy w Dziedzinie Radiologii i Diagnostyki Obrazowej, prof. dr hab. n. med. Olgierd Rowiński: “To oczywiście może również prowadzić do wygenerowania – przy dużych dawkach promieniowania – choroby nowotworowej”

-doradca Ministra Zdrowia, pełniący funkcję rzecznika prasowego Ministra Zdrowia, pan Piotr Olechno: “Jeżeli takie są jednostki, czy placówki, gdzie faktycznie to życie pacjenta może być zagrożone to powinny być albo szybko dofinansowane, albo nawet zamknięte.”

-występujący w imieniu Narodowego Funduszu Zdrowia, choć niewyszukiwalny w Biuletynie Informacji Publicznej tegoż Funduszu (co stanowi kolejne złamanie obowiązującego prawa), pan Andrzej Troszyński: “Środki , jakie ma Narodowy Fundusz Zdrowia na kontrole, nie pozwalają na skontrolowanie wszystkiej aparatury w 800 szpitalach i kilkudziesięciu tysiącach ambulatoriów. To jest po prostu nie możliwe.”

-p.o. dyrektora Biuro Promocji zdrowia, Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, pan Dariusz Hajdukiewicz : “Zostanie przeprowadzona tak rekontrola, już przez nas zorganizowana, sprawdzimy na ile uwagi zawarte w protokole NIKu są na dziś aktualne”.

Ze swoje strony muszę dodać, że ze względu na rozbieżność wyników kontroli NIK i danych zawartych w dokumencie udostępnionym opinii publicznej przez Głównego Inspektora Sanitarnego w dniu 12 stycznia 2010 “Stan Sanitarny Kraju w 2008 roku, dział Higiena radiacyjna”, ten drugi dokument oraz materiały źródłowe do niego powinien być natychmiast objęty dochodzeniem prokuratury. W przeciwnym razie osoby, u których doszło , czy też dochodzi do wygenerowania choroby nowotworowej w wyniku narażenia ich na niebezpieczeństwo w związku ze stosowaniem promieniowania jonizującego w badaniach rentgenodiagnostycznych, nie znajdą potwierdzenia swoich słusznych roszczeń o zadośćuczynienie cierpień fizycznych i psychicznych, odszkodowanie lub rentę.

19. lutego 2010

Jak wiadomo z ostatnio upublicznionych wyników kontroli NIK, demontaż Państwowej Inspekcji Sanitarnej sprowadza bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia na pacjentów i pracowników polskich szpitali. Oczywiście do wygenerowania choroby nowotworowej w wyniku narażenia na niebezpieczeństwo w związku ze stosowaniem promieniowania jonizującego w badaniach rentgenodiagnostycznych dochodzi nie tylko w szpitalu, lecz także w każdym innym miejscu, gdzie organ naszego państwa nie wykonuje nałożonego ustawą obowiązku sprawowania zapobiegawczego i bieżącego nadzoru sanitarnego w sposób wystarczająco skuteczny. Innym przykładem lekceważenia zagrożeń ze strony promieniowania rentgenowskiego są przytoczone przez NIK w październiku 2009r. wyniki audytu klinicznego wykonanego przez Centralny i Wojewódzkie Ośrodki Koordynujące program profilaktyki raka piersi w 2007 r., które wykazały, że aż 110 pracowni mammograficznych, spośród 294 ocenianych (37,4%), nie spełniało wymagań technicznych i jakości badań mammograficznych.

Co to za system ochrony zdrowia, który funduje nowe zagrożenia zdrowia ludziom chorym, a nawet zdrowym i zapraszanym do badań przesiewowych? To system ministra zdrowia, w którym kontrola państwowej inspekcji sanitarnej jest kontrolą wewnętrzną, z definicji – bezzębną, a z obsady – opartą o polityczno – kolesiowskie układy.

Bez specjalistycznej aparatury promieniowania rentgenowskiego nikt sam nie zmierzy. Skutki zaniedbań w zakresie ochrony radiologicznej pacjentów i personelu medycznego odezwą się dopiero po wielu latach, choć nie u wszystkich, na szczęście. Ot, taka polska medyczna ruletka rządząca się zasadą “kto ma pecha, ten jest chory”.

Poza zakładami opieki zdrowotnej uwagę publiczną skupiają inne źródła promieniowania elektromagnetycznego, tym razem – niejonizującego. Są to elektroenergetyczne linie napowietrzne wysokiego napięcia i stacje bazowe telefonii komórkowej, czyli BTS (skrót od ang. Base Transceiver Station).

Epidemiologia lekarska dysponuje wieloma dowodami na istnienie bezpośrednich i odległych w czasie następstw narażenia na promieniowanie niejonizujące ze źródeł komunalnych, a więc zagrażających wszystkim, a zwłaszcza dzieciom, również tym w łonie matki. Stąd obowiązujące prawo sanitarne określa ścisłe wymagania dotyczące odległości instalacji emitujących promieniowanie niejonizujące od miejsc pobytu ludzi, a także dopuszczalną moc promieniowania, a także – co oczywiste – sposób udzielania zezwoleń na tego rodzaju inwestycje i zakres niezbędnej kontroli podczas ich eksploatacji.

Nie wolno mieć złudzeń. Również w tym obszarze swoich ustawowych obowiązków nie wypełniają organy państwa polskiego odpowiedzialne za ochronę zdrowia i życia ludzi. Istnieje za to organizacja społeczeństwa obywatelskiego pod nazwą Ogólnopolskie Stowarzyszenie Przeciwdziałania Elektroskażeniom “Prawo do Życia”, której wybitnym członkiem jest pan Krzysztof Kukliński, redaktor serwisu internetowego Bezpieczne Dzieci. Szereg cennych informacji dotyczących realiów w zakresie nadzoru nad zagrożeniami zdrowia ze strony stacji bazowych telefonii komórkowej można znaleźć na stronach internetowych, które redaguje pan Krzysztof Puzyna. Materiał datowany na 22. lipca 2009r. pan Puzyna rozpoczyna tymi słowami: “Idzie pomiar, wyłączcie stację ! O miernikach co nie mierzą. Afera pomiarowa, 22 miliony oszukanych. Poprawne pomiary promieniowania z masztów telefonii komórkowej. Faktyczna kontrola ekspozycji pól elektromagnetycznych (PEM) na zachowanie polskich norm higienicznych przez stacje bazowe telefonii komórkowej nie jest możliwa!” Dalej tak pisze: “Poprzez pomiary miernikami co nic nie mierzą ( na zasadzie placebo stosowanej z lekarstwami w medycynie) wmawia się mieszkańcom, że promieniowanie jest tak słabe, że niemierzalne. Ci co są zainteresowani oszukanymi pomiarami wychodzą założenia, że według wiedzy medycznej większość ludzi nie ma zmysłu elektromagnetycznego i nie są oni w stanie ocenić zagrożenia. Masowa głupota, nieodpowiedzialność i lenistwo techników pomiarowych spowodowała też bezkrytyczne przyjęcie kanonu pomiarów emisji stacji bazowych telefonii komórkowej miernikami szerokopasmowymi MEH. Niewiedza mieszkańców jest oczywiście usprawiedliwiona to technicy powinni wykonywać swój zawód za który są opłacani, a nie oszukiwać. Oszustwem jest powiadamiać o pomiarach operatorów w przypadku pomiarów miernikiem MEH. Nie ma technicznej potrzeby włączać do orientacyjnych pomiarów operatorów, chyba że chce się im dać sygnał do zmniejszenia mocy nadawczej stacji. Dla pobieżnych pomiarów pola miernikiem szerokopasmowym nie ma i nie było nigdy żadnego istotnego usprawiedliwienia powiadamiać operatorów o terminie pomiarów przed pomiarami. Jak u złodziei, jeden stoi na czatach i krzyczy: idzie pomiar wyłączcie stacje! Te “niemierzalne i nieodczuwalne PEM” według pomiarów miernikami MEH staje się jednak na dłuższą metę pośrednio odczuwalne przez choroby i cierpienia. Gdyż to promieniowanie elektromagnetyczne z masztów telefonii komórkowej GSM czy UMTS, jest przy poprawnych pomiarach odpowiednimi miernikami mierzalne, często przekracza ono też polskie normy. Doświadczają to ludzie na sobie, niestety lekarze od czasu wejścia do Unii Europejskiej nieszkoleni w profilaktyce PEM nie podają prawdziwej przyczyny ich chorób czy dolegliwości. Otrzymuję setki emeilów i listów od mieszkańców w pobliżu masztów telefonii komórkowej z prośbami o pomoc i opisami cierpień ludzkich. Na oszukanych pomiarach są zainteresowani nie tylko operatorzy, ale też służby wojskowe, ubezpieczalnie, sprzedawcy atrap mierników, i inni przestępcy. Bez uczciwych pomiarów nie ma dowodów szkód zdrowotnych i nie można skutecznie dowieść własnej krzywdy dla odpowiedniego odszkodowania.” – pisze pan Krzysztof Puzyna na swojej stronie internetowej. Ciekawe, czy dobrze udokumentowane informacje pana Krzysztofa Kuklińskiego i pana Krzysztofa Puzyny wystarczą prokuratorom do podjęcia dochodzenia, a sejmowi do powołania kolejnej komisji śledczej.

6. lutego 2010

Dlaczego ludzkość ulega tak potwornemu zwyrodnieniu? I czy proces degeneracji człowieczeństwa jest odwracalny? Ludzie wiary odpowiedź na te pytania znajdą na kartach Pisma Świętego i zamiast popaść w depresję, przystąpią do działań. Każdy na miarę swoich możliwości może modlitwą, słowem, czynem pociągnąć ludzi ku stronie dobra i odwrócić niekorzystne trendy. Jaka jest moc oddziaływania silnej osobowości kierującej się dobrem wspólnym, rodakom Mieszka I i Karola Wojtyły wyjaśniać nie trzeba, a przecież to tylko dwa przykłady, owszem – największe, ale tylko dwa spośród znanych i nieznanych przywódców polskiego ducha w ramach historii Chrześcijaństwa w Polsce. Na mniejszą, domową skalę, takich osób obdarzonych siłą ducha i woli walki o dobro rodziny, było i jest bez liku. Biada rodzinie pozbawionej silnego przywództwa. Biada rodzinie, której przywództwo jest zdegenerowane. Ta rodzina rychło skończy swój byt. Zniknie, a jej miejsce zajmą potomkowie tych, którzy potrafili zadbać o swoje dzieci. Jakie jest wobec tego kryterium właściwej troski o dobro wspólne, od rodzinnego po ogólnoludzkie? Kierując się zdrowym rozsądkiem nikt przecież nie życzy źle swoim najbliższym, a powodowany miłością bliźniego – caritas – idzie jeszcze dalej i kocha bliźniego swego jak siebie samego. Każdego bliźniego, choćby i tego, który słowami i czynami wyraża wrogość i nienawiść, posługuje się kłamstwem, podstępem i obmową, aby nas pozbawić zdrowia, życia, dobrego imienia i własności. Kryterium właściwej troski o dobro wspólne, od rodzinnego po ogólnoludzkie, jest rzetelna ocena skutków podjętych działań, bądź zaniedbań tych działań, które mogły przyczynić się do wspólnego dobra, ale nie zostały podjęte, a to z powodu konformizmu, a to kunktatorstwa, a to korupcji, rozumianej jako zepsucie, rozkład moralny, demoralizacja, zgodnie z łacińskim pochodzeniem tego słowa od czasownika corrumpere – zepsuć, doprowadzić do rozkładu. Jak w: Animum meum nemo potest corrumpere – ducha mojego nikt potrafi doprowadzić do rozkładu.

Rzetelna ocena to taka, która pozostawia wystarczająco dużo czasu na ocenę skutków konkretnego działania, a nadto dotyczy wystarczająco dużej liczby osób składających się na obserwowaną populację, co pozwala odrzucić wnioski wypływające z niedoceniania zmienności będącej wypadkową wzajemnych interakcji genów i środowiska. Te właśnie interakcje genów i środowiska (genes & environment, G&E) doprowadziły każdego z nas do obecnej formy integralności fizycznej, moralnej i psychologicznej osoby ludzkiej. Niszcząc tę integralność, niszczy się osobę ludzką, jej rodzinę, potomstwo w co najmniej dwóch pokoleniach, a w szerszej skali widzenia – nawet cały naród, czy dużą część ludności świata.

Epidemiologia lekarska odnotowuje niewiele zjawisk, które mają tak niepokojący trend wzrostu w skali globalnej, jak choroby zakaźne przenoszone drogą płciową, czyli choroby weneryczne. Kilka dekad rozwoju pandemii AIDS niosącej ludzkości potworne cierpienia w żadnym razie nie przyczyniło się do odwrotu od rozwiązłości płciowej, prowadzącej wprost do zakażeń, zachorowań, niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów spadających na chodzące źródła epidemii chorób wenerycznych oraz na ich niewinne ofiary, włącznie z dziećmi zarażanymi już w łonie matki, a także tymi, które podlegają zabiciu w procedurze in vitro zyskującej popyt wśród kobiet, których jajowody uległy zarośnięciu w wyniku zakażenia najczęstszym sprawcą niewirusowych chorób wenerycznych, jakim jest chlamydia. Spośród chorób wirusowych największe spustoszenie czyni wirus brodawczaka ludzkiego z jego bogatą patologią, w tym przebiegająca w postaci raka szyjki macicy, gardła i innych narządów.

Odpowiedź na niebywałe w historii nasilenie promiskuityzmu prowadzącego wprost do pandemii chorób wenerycznych i patologii społecznych władze niektórych krajów znajdują w … propagowaniu promiskuityzmu i to już od przedszkola. Prym w tym obszarze wiedzie rządzona przez tzw. socjalistów Partii Pracy Wielka Brytania, a wyssane z palca pseudonaukowe argumenty z zakresu zdrowia publicznego powodują, że Zjednoczone Królestwo stało się wręcz wylęgarnią przejawów wszelkiego rodzaju pedofilii i co najmniej pośredniego kazirodztwa, które z definicji polega na tym, że rodzice lub prawni opiekunowie zezwalają na atakowanie dziecka przez pedofilów, czy to poprzez przemysł rozrywkowy, system szkolny, czy też wydarzenia w przestrzeni publicznej. Pod przymusem szkolnym małe dzieci dowiadują się o korzyściach z samozaspokojenia swoich potrzeb, nawet jeśli się one jeszcze nie pojawiły, a kiedy już osiągną wiek, w którym dotychczasowe lewackie wychowanie może je doprowadzić do skutków narzuconego wręcz siłą współżycia – brytyjski system szkolny zapewnia im nie tylko środki ochronne, lecz także próby ciążowe i tabletki wczesnoporonne. Bez żadnych ograniczeń. Owszem, konserwatyści pod przywództwem pana Davida Camerona, zapowiadają, że po zdobyciu władzy podejmą walkę z nadmierną seksualizacją dzieci, co może jedynie oznaczać, że “nie nadmierna” – w ich rozumieniu – seksualizacja dzieci będzie obowiązywała nadal jako doktryna państwowa, zgodnie zresztą z głęboko osadzonymi tradycjami.

Za zwyrodniałe pomysły dorosłych zarządzających brytyjskim szkolnictwem najwyższą cenę płacą oczywiście same dzieci. Już w czasie dorastania. Kiedy jest o wiele za późno, jako osoby dorosłe wyrażają żal z powodu utraconego dzieciństwa. Już nie odzyskają na zawsze przepadłych szans na niezakłócony rozwój, pełnię zdrowia i poczucie wolności. Nie trzeba dodawać, że największą cenę za rozpad integralności fizycznej, moralnej i psychologicznej płacą młode kobiety – niewolnice zdegenerowanego człowieczeństwa. Obok prostytucji i pornografii wciągane są w kulturę ladette, niby to chłopczycy, a w istocie żulicy, wiecznie pijanej, zaćpanej, wulgarnej, wyzbytej wszelkich ograniczeń w zakresie kontaktów zwanych dawniej intymnymi.

5. marca 2010

W świecie zachodnim totalitarną dyktaturę przyjęło się nazywać faszyzmem. Wszelkie próby narzucenia jakichś ograniczeń lub obowiązków ludzie kwitują stwierdzeniem, że są one dziełem faszystów sprawujących władzę. W szczególności, kiedy sprawa dotyczy ewidentnego gwałcenia praw człowieka, albo choćby tylko obojętności władzy na potrzeby ludzi biednych, słabych, będących w jakiejkolwiek potrzebie, której owa władza może i powinna zaradzić. Nie ma tu miejsca na głębszą dyskusję nad sensownością wszystkich tego rodzaju oskarżeń właśnie o faszyzm, ale trzeba podkreślić, że narzucony przez propagandę sowiecką obraz dwubiegunowego podziału władzy na tę dobrą, czyli komunistyczną, i tę złą – właśnie faszystowską, obowiązuje do dzisiaj w krajach zachodniej Europy, z którymi za sprawą naszych sprzedajnych elit znaleźliśmy się w jednym quasi-państwie. Ponieważ nam z kolei wmówiono, że faszyzm to nic więcej jak niemiecki narodowy-socjalizm, czyli nazizm, a ze słowa “komunista” uczyniono inwektywę, z trudem nam przychodzi zidentyfikować i terminologicznie zakwalifikować gwałtownie nasilające się zagrożenia bytu naszego narodu, poszczególnych rodzin i każdego z nas.

Bądźmy więc Europejczykami i nazywajmy sprawy po imieniu, kiedy rządzący uzurpują sobie prawo do totalitarnej dyktatury o charakterze faszystowskim, realizując przy tym wybrane zadania komunistów z walką z Kościołem i rodziną na czele. Dotychczasowa pamięć historyczna Polaków o napaściach w formie Kulturkampf nie pozostawia złudzeń co do tego, że sprawy prędzej czy później nabierają rozpędu i początkowo ledwo zauważalna presja ludzi jakoby kulturowo niekompetentnych rychło obrasta w jawne wykorzystanie brutalnej siły do osiągnięcia celów założonych wprawdzie od samego początku, ale w pierwszej fazie skrzętnie ukrywanych. Po okresie aksamitnej dyktatury faszyzm coraz bardziej szczerzy kły, coraz szerzej otwiera paszczę.

Ileż w tym obrazie pomieszania gatunków! Gdy nadrzędną władzę sprawuje jeden czy drugi (druga?) Oberkomissar z lewacko-bojówkarskim rodowodem, gdy w sprawach światopoglądowych rozstrzyga jakaś garstka obersędziów przesiąkniętych nie mniejszą wolą walki z Chrześcijaństwem niż ich koledzy z sądów stalinowskich, gdy rząd, który z niczym nie potrafi sobie poradzić, jak władza bolszewików wyrywa dzieci z rąk matek i ojców, aby je narażać na poniewierkę i nadużycia w instytucjach państwowych, to jak zakwalifikować taką totalitarną dyktaturę? Odejdźmy od stereotypów. Nie powtarzajmy sloganów wbitych nam do głowy przez niemieckich i rosyjskich dyktatorów. Jak sami możemy się obecnie przekonać istnieje zjawisko znane w Europie jako faszyzm zarządzany przez komunistów walczących z Chrześcijaństwem i z rodziną.

Zanim jakiś obersąd wyda kolejny wyrok podważający porządek prawny naszego Państwa warto przypomnieć odnoszące się do sprawy fragmenty polskich ustaw z zasadniczą na czele. Oto Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w art. 13. głosi, iż zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania faszyzmu i komunizmu (…), a Kodeks karny w art. 256. wyraźnie stwierdza co następuje: kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa (…) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Czy jest możliwe zakazanie, tak jak w polskiej konstytucji, istnienia partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania faszyzmu i komunizmu w tych krajach Europy Zachodniej, gdzie marksiści sprawują realną władzę? Po sześciu latach od przystąpienia do Unii Europejskiej czas przestać się dziwić i trzeba zacząć się ratować, między innymi poprzez energiczne, głośne i umiędzynarodowione występowanie przeciwko totalitaryzmowi. Musimy posługiwać się wszelkimi legalnymi narzędziami walki ideologicznej na forum międzynarodowym. Nie jest to łatwe, ale jest konieczne. Oddziaływanie na polską kastę polityczną nie przynosi żadnych owoców i powoduje, że tańczymy, jak oni nam zagrają i to pod batutą obcych dyrygentów. Aby nie wspomnieć o kompozytorach. Etnicznych Francuzach. Na przykład.

Zachodni marksizm, ideologia dobrze rozpoznana i opisana, ma swojego ojca, o którym warto wspomnieć. Jest nim György Lukács alias Georg Bernhard Lukács von Szegedin alias Szegedi Lukács György Bernát urodzony jako Löwinger György Bernát. Podczas ociekającego krwią epizodu Węgierskiej Republiki Sowieckiej w roku 1919 Lukacs pełnił funkcję ludowego komisarza do spraw edukacji i kultury. Nakazał wtedy węgierskim nauczycielom prowadzić obowiązkowe lekcje edukacji seksualnej. W celu wyraźnie określonym. Celem tym było umyślne zdeprawowanie moralności młodych chrześcijan. Metodą “na Lukacza” europejskie lewactwo w XXI wieku osiągnęło już bardzo wiele w krajach 15-tki, czerpiąc zyski polityczne z ludzkiego nieszczęścia w postaci bliskich i odległych następstw niekontrolowanego promiskuityzmu. Tym bardziej solą w oku “czerwonej awangardy ludzkości” staje się Polska, co dosłownie zaczyna przypominać nasze osamotnienie w czasach Cudu nad Wisłą. Wśród ludzi byliśmy sami, ale sam Bóg był z nami. Si Deus nobiscum, quis contra nos? Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

12. marca 2010

Eksperyment medyczny przeprowadzany na ludziach ma swoją potworną twarz. Jest to twarz Josefa Mengele. Niemiecki lekarz, doktor medycyny i antropologii oraz SS-Hauptsturmfuehrer, zasłużony na froncie wschodnim, za wyciągnięcie pod ostrzałem dwóch rannych żołnierzy z płonącego czołgu i udzielenie im pierwszej pomocy był odznaczony najwyższym odznaczeniem wojskowym Niemiec – Krzyżem Żelaznym. Jednak nie bohaterski ratownik kojarzy się ze słowem Mengele. Pierwsze skojarzenie to zbrodniarz w białym fartuchu. Wszak właśnie lekarski fartuch wyróżniał go spośród innych oprawców niemieckiego obozu zagłady Auschwitz (der Konzentrationslager des Deutschen Reichs, Vernichtungslager Auschwitz). Dokonując wiwisekcji ludzi dla potrzeb eksperymentu medycznego, czy selekcji ludzi na przydatnych i nieprzydatnych państwu niemieckiemu, Mengele wykonywał zawód lekarza. Kierował się tym samym etyką lekarską. Nie była to wcale etyka lokalna, skodyfikowana na potrzeby niemieckiego obozu zagłady Auschwitz, a wyrastała wprost ze społecznego darwinizmu, zgodnie z przekonaniem głoszonym przez Rudolfa Hessa, zastępcę wodza Rzeszy Niemieckiej a zawartym w słowach: “narodowy socjalizm to nic innego jak biologia stosowana”. Mengele ukończył studia lekarskie w 1938r. Już w maju 1935 roku dokonano eutanazji dwunastu pacjentów w szpitalu psychiatrycznym w Hadamar, w Hesji. W 1941 r. załoga szpitala realizująca program eutanazji pod kryptonimem T-4 (od Tiergartenstrasse 4 w Berlinie, gdzie mieściła się kwatera główna programu) piwem i winem podanym do krematorium opijała spalenie okrągłej liczby 10 000 swoich pacjentów. Od 1935r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nakazało rejestrować wszystkie dzieci do lat trzech, u których stwierdzono wrodzoną wadą rozwojową lub niedorozwój umysłowy. Zabierano je z domów rodzinnych na “specjalne leczenie”, które polegało na wstrzyknięciu śmiertelnej dawki trucizny lub zagłodzeniu na śmierć. Nauczycielem akademickim doktora Mengele był Ernst Ruedin, szwajcarski psychiatra. W jednym z przemówień prof. Ruedin powiedział: “Ktokolwiek nie jest zdrowy na ciele lub umyśle, nie powinien przenosić swoich wad na dzieci. Państwo musi zadbać o to, aby tylko zdrowi mieli dzieci.” Szwagier prof. Ruedina, pruski lekarz Alfred Ploetz, entuzjasta dzieł Karola Darwina, pierwszy zaproponował teorię higieny rasowej, publikując w 1895r. “Podstawy Higieny Rasowej” “Grundlinien einer Rassenhygiene”. Już nie tylko choroba, ale i pochodzenie, miały dawać prawo do życia. Argumentował potrzebę sprawowania przez społeczeństwo kontroli nad moralną i intelektualną zdolnością obywateli do podejmowania decyzji o małżeństwie i dozwolonej liczbie dzieci, włącznie z wprowadzeniem zakazu reprodukcji. Według Ploetza niesprawne dzieci należy poddawać aborcji, a chore, słabe, z ciąż bliźniaczych i te, których rodziców Ploetz uzna za zbyt starych lub zbyt młodych należy “eliminować”. Ruedin i Ploetz w 1933r, weszli w skład “eksperckiego komitetu doradczego do spraw polityki ludnościowej i rasowej” kształtującego niemiecką legislację w sprawach rasowych i eugenicznych oraz sposoby jej realizacji. Profesor medycyny Alfred Ploetz w 1936 był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Jak widać doktor Mengele wykonywał to, czego się nauczył od swoich mistrzów i co stanowiło ukształtowaną przez tychże mistrzów doktrynę państwa niemieckiego. Z Auschwitzu Mengele zabrał dokumentację swoich eksperymentów na ludziach.

Podkreślam: z Auschwitzu a nie z Oświęcimia. Oświęcim to dumne prastare piastowskie miasto śląskiej kolebki Państwa Polskiego.

Brak pewnych informacji co do tego, czy Mengele sprzedał koncernom farmaceutycznym wyniki swoich skrajnie sadystycznych eksperymentów, czy też może wykorzystywał je do dalszych badań, które mógłby prowadzić, przebywając w Argentynie, dokąd zbiegł w 1949r., w czym pomógł mu biskup Alois Hudal, czy póżniej w Paragwaju lub Brazylii, gdzie nigdy nie rozliczony za zbrodnie, zakończył życie w 1979r. Pewne jest za to, że duch Mengele i jego mistrzów unosi się nad światem, nad Unią Europejską, w tym i nad Polską. Przedstawiciele zawodu zaufania społecznego, legitymujący się dyplomami lekarzy, odziani w białe fartuchy, dzień w dzień, godzina po godzinie, minuta po minucie – selekcjonują ludzi, dzielą ich na tych, którym żyć wolno i tych, których wolno zabić pod byle jakim pozorem, dokonują eksperymentów medycznych na ludziach, poddając pacjentów działaniu szkodliwych dla zdrowia i życia produktów leczniczych i procedur medycznych, stosowanych tylko dlatego, że są one zgodne z tzw. wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej. A ta aktualna wiedza medyczna jest w wielu swoich fragmentach katastrofalnie skompromitowana nie tylko mniej lub bardziej jawnym sfałszowaniem leżącej u jej podstaw ewidencji naukowej, lecz także zwyrodniałym marketingiem wprzęgającym w interesy koncernów agrochemicznych dosłownie wszystkich: od profesorów medycyny po dziennikarzy zajmujących się medycyną, od obecnych i byłych ministrów po wójtów i burmistrzów, od działaczy finansowanych przez koncerny stowarzyszeń ochrony pacjentów po wytwórców produktów i usług, których wytwory tychże pacjentów przysparzają.

Jak za czasów Mengele, niektórzy prominentni lekarze, a także politycy, czy też tzw. autorytety moralne, zwykle samozwańcze, narzucają medycynie własne normy etyczne, zmieniają etykę lekarską opartą na fundamencie zasady PRIMUM NON NOCERE, po pierwsze nie szkodzić, na etykę własną, etykę porównywalną z etyką lekarską wymienionych lekarzy niemieckich, przynajmniej w zakresie hessowskiej “biologii stosowanej” wyrosłej na społecznym darwinizmie.

Kiedy usłyszymy zapytanie o to, jaki wybieramy kolor oczu naszego dziecka z próbówki, czy decydujemy się na donoszenie ciąży, czy mamy coś przeciwko korzystaniu przez nasze dziecko w szóstej klasie podstawówki z darmowych środków wczesnoporonnych i szczepień przeciwko rakowi szyjki macicy szczepionką, którą twórczyni ocenia na bardziej groźną niż choroba, której ma ta szczepionka zapobiec, to wiedzmy ta sama etyka nie powstrzyma stawiających powyższe pytania w sprawie zdrowia i życia naszych dzieci przed poinformowaniem nas samych, że jesteśmy zbyt chorzy, zbyt starzy, aby opłacało się nas leczyć.

19. marca 2010

IN AQUA SANITAS, w wodzie zdrowie, to dewiza Instytutu Wody założonego w 1997r. “CZYSTA WODA DLA ZDROWEGO ŚWIATA” tak brzmi temat przypadającego na 22. marca Światowego Dnia Wody 2010. W tym roku Światowy Dzień Wody koordynowany jest przez Organizację Narodów Zjednoczonych do Spraw Oświaty, Nauki i Kultury (UNESCO). Korzystając więc z tegorocznej, wyjątkowej okazji, pozwolę sobie przypomnieć pięć podstawowych informacji na temat Instytutu Wody:

1. Instytut jest jednostką naukowo-badawczą

2. Sprawy prawne, organizacyjne i ekonomiczno-finansowe Instytutu prowadzi Medyczne Centrum Konsumenta

3. Zaplecze naukowe Instytutu stanowią krajowi i zagraniczni wybitni specjaliści wielu dyscyplin

4. Do zadań Instytutu należy prowadzenie badań naukowych i prac badawczo-rozwojowych oraz upowszechnianie ich wyników, szkolenie, informacja naukowa, a także opracowywanie analiz i ocen
5. Celem powołania Instytutu jest ochrona zdrowia ludności Polski przed skutkami użytkowania wody zawierającej substancje toksyczne, a zwłaszcza rakotwórcze, która do organizmu człowieka dostaje się głównie w formie
- wody do picia
- wody do gotowania potraw w domu
- wody do gotowania potraw w gastronomii
- wody wchodzącej w skład
- soków owocowych
- napojów bezalkoholowych
- piwa
- produktów mleczarskich
- innych artykułów spożywczych
- kosmetyków
- farmaceutyków

Potrzeba założenia w 1997r. INSTYTUTU WODA 2000 wynikała z braku realizacji przez władze państwowe polityki zdrowotnej przyjętej w 1991r. Europejskie kraje członkowskie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) przyjęły w 1991 r. fundamentalny program

ZDROWIE DLA WSZYSTKICH DO ROKU 2000, w którym zapisano 38 celów polityki zdrowotnej na naszym kontynencie
Osiem z nich odnosi się do zdrowia środowiskowego:
(1) polityka zdrowia środowiskowego,
(2) zarządzanie zdrowiem środowiskowym,
(3) jakość powietrza,
(4) jakość i bezpieczeństwo żywności,
(5) gospodarka odpadami
(6) ochrona gleby przed skażeniem
(7) zdrowie pracowników

oraz

(8) dostęp ludzi do wody bezpiecznej dla zdrowia w brzmieniu:

“Do roku 2000 wszyscy ludzie powinni mieć dostęp do odpowiedniego do ich potrzeb zaopatrzenia w bezpieczną wodę do picia, a skażenie zasobów wód podziemnych, rzek, jezior i mórz nie powinno już więcej zagrażać zdrowiu”.

Po upływie roku 2000 dokonaliśmy – z oczywistych powodów – zmiany nazwy Instytutu Woda 2000 na Instytut Wody. Po dziesięciu latach, w ostatnim roku pierwszej dekady XXI wieku warto więc zastanowić się, czy realizacja planów Światowej Organizacji Zdrowia z 1991 r. na terenie Polski powiodła się, czy też nie. Czy Polska, kraj członkowski Unii Europejskiej, elitarnego klubu najbogatszych państw świata, zapewnia ludziom dostęp do odpowiedniego do ich potrzeb zaopatrzenia w bezpieczną wodę do picia, gotowania potraw, wchodzącą w skład napojów i żywności. Czy też może podstawowy problem cywilizacyjny, jakim jest dostęp do wody zdrowej i bezpiecznej jest w Polsce nadal nie rozwiązany. Niestety, nie mam dobrych wiadomości.

Obiecany skok cywilizacyjny nie nastąpił, inwestycje w zaopatrzenie ludności w wodę toczą niemrawo, zmora wszystkich władz lokalnych, od New York City po górską wioskę, hen, wysoko w Alpach Bawarskich, jaką jest rozpad starych instalacji wodociągowych jakoś nie straszy naszych samorządowców. No pewnie. Byle dociągnąć do wyborów. A potem ujść z łupem, bądź też na nowo naobiecywać gruszki na wierzbie. Ludzie to kupią. Bo i tak nie mają żadnego wyboru. Co innego turyści i nabywcy produktów opartych o wodę, zwłaszcza napojów i żywności, spełniających rolę swoistej atrakcji turystycznej, będącej ważnym filarem polskiej oferty dla turystów krajowych i zagranicznych. Ci, kiedy dowiedzą się, że w jakiejś miejscowości woda nie odpowiada wymaganiom sanitarnym, to po prostu do tej miejscowości nie przyjadą i produktów w niej wytworzonych nie kupią.

Pomimo przystąpienia Polski do Unii Europejskiej odsetek ludności zaopatrywanej w wodę wodociągową nie odpowiadającą wymaganiom sanitarnym nie uległ poprawie, a nawet jest wyższy – i to niemal dwukrotnie – niż przed przystąpieniem do Unii. Odsetek ludności zaopatrywanej w wodę wodociągową nie odpowiadającą wymaganiom określonym przez Ministra Zdrowia i opartym o dyrektywę 98/83/EC z dnia 3 listopada 1998 r. w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, w Polsce roku 2003 wynosił 8,4% , w 2008 – 13%. Najgorszą wodę sprzedają zaopatrujące największą liczbę Polaków wodociągi o wydajności do 1000 metrów sześciennych na dobę. Spośród wszystkich płacących za wodę z tych wodociągów aż 15% odbiorców, tj. co siódmy konsument, kupuje wodę nie odpowiadającą wymaganiom. Czy władze naszego państwa wiedzą jakie są następstwa spożywania wody nie odpowiadającej wymaganiom? Jak najbardziej. Oto dosłowny cytat z udostępnionego opinii publicznej przez Głównego Inspektora Sanitarnego w dniu 12 stycznia 2010 dokumentu “Stan Sanitarny Kraju w 2008 roku”: “woda dostarczana przez wodociągi o najmniejszej dobowej wydajności stanowi bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia konsumentów.”

26. marca 2010

Europejski Sojusz na rzecz Zdrowia Publicznego (European Public Health Alliance – EPHA) to międzynarodowa niezarobkowa organizacja społeczeństwa obywatelskiego zarejestrowana w Belgii, w której skład wchodzi ok. 100 stowarzyszeń działających w Europie na szczeblu lokalnym, regionalnym i krajowym. Według własnej deklaracji misją EPHA jest promować i chronić zdrowie wszystkich ludzi żyjących w Europie i występować na rzecz zwiększenia udziału obywateli w tworzeniu polityki zdrowotnej na szczeblu europejskim. EPHA wykonuje projekty, które otrzymują wsparcie z Komisji Europejskiej. Jest więc oczywiste, że prominentni członkowie EPHA realizują za nasze podatki swoje cele, jak choćby te, które światu narzuca Międzynarodowa Federacja Planowania Rodzicielstwa (The International Planned Parenthood Federation – IPPF), której Sieć Europejska (European Network (IPPF EN) wchodząca w skład EPHA jest po prostu jednym z sześciu regionalnych oddziałów IPPF.

Z tego też powodu Europejski Sojusz na rzecz Zdrowia Publicznego jest niewątpliwym autorytetem dla sporej części profesjonalnej i publicznej opinii europejskiej sprzyjającej selekcji ludzi na tych, którym żyć wolno i tych, których wolno zabić, czy też eugeniki i/lub sadystycznych eksperymentów na ludziach, choćby w postaci stosowania szkodliwych dla zdrowia i życia produktów i procedur leczniczych.

Europejski Sojusz na rzecz Zdrowia Publicznego powinien też być autorytetem dla polskich polityków opowiadających się czy to formalnie, czy też faktycznie po stronie cywilizacji śmierci. Jednak ci, przyzwyczajeni do bezkarnego krętactwa i nagradzanej kolejnymi sukcesami wyborczymi dwulicowości, biją wszelkie rekordy, także właśnie europejskie, politycznej zbrodni polegającej na sprowadzaniu masowego zagrożenia zdrowia i życia na miliony ludzi zależnych od ich decyzji. Za liberalizację prawnych ograniczeń narażenia osób przebywających na terytorium Polski na śmiercionośny dym tytoniowy polscy politycy zostali potępieni przez Europejski Sojusz na rzecz Zdrowia Publicznego. W ten sposób doprowadzili do bezprecedensowej kompromitacji Polski w obszarze zdrowia publicznego na forum międzynarodowym.

Materiał prasowy EPHA z 18. marca 2010 r. dotyczący skutków głosowania sejmowego z 4. marca b. r. jest na całym świecie omawiany w środowiskach zawodowo zajmujących się zdrowiem publicznym, wskazywany jako kuriozum, przyczynek do kolejnej fali szyderstw. Tym razem zawinionych i słusznie obciążających wyborców, czyli nas – Polaków. W swojej infomacji EPHA uzmysławia epidemiologiczne tło głosowania w Sejmie : “Co roku 70 000 ludzi umiera w Polsce w wyniku chorób odtytoniowych. Około 9 milionów polskich obywateli wypala od 15 do 20 papierosów dziennie. Każdego dnia 500 nieletnich dziewcząt i chłopców zaczyna palić tytoń, składając się na przybliżoną liczbę 180 000 dzieci i młodzieży próbujących palić co roku. Zagadnienie biernego palenia jest do dzisiaj w Polsce w znacznym zakresie lekceważone. Co roku umiera w Polsce 2000 osób, które nigdy tytoniu nie paliły, a zachorowały na choroby wywołane przez dym tytoniowy w następstwie narażenia w Polsce na wdychanie cudzego dymu. Groźne skutki cudzego dymu wdychanego przez osoby niepalące zostały udokumentowane w ponad dwudziestu międzynarodowych raportach, włącznie z raportami Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem i Głównego Lekarza USA. Ponadto Międzynarodowa Organizacja Pracy uznaje dym tytoniowy za zagrożenie zawodowe. “

Swojego czasu minister zdrowia, dr Andrzej Wojtyła, pediatra, wykurzał mnie skutecznie z narad kierownictwa ministerstwa zdrowia. Kłęby dymu wypełniały nawet sekretariat ministra, a zaniepokojeni interesanci chcieli wzywać straż pożarną. Dym tytoniowy osobom odpowiedzialnym za zdrowie publiczne w Polsce niezmiennie nie pozwala dostrzec opinii powszechnie szanowanych. Prof. Konrad Jamrozik w 2005 r. na łamach prestiżowego British Medical Journal (BMJ) stwierdził, że dym tytoniowy w środowisku pracy odbiera życie co najmniej dwóm pracownikom na dzień pracy, razem 617 w ciągu roku, w tym 54 pracownikom obsługi gości, a palenie w domu w ciągu roku zabija 2 700 osób w wieku 20-64 lat i 8 000 osób powyżej 64. roku życia. Narażenie na dym tytoniowy w pracy składa się na 1/5 wszystkich zgonów osób narażonych na dym tytoniowy w środowisku i na połowę zgonów pracowników obsługi gości. Wdychanie cudzego dymu tytoniowego miało doprowadzić do 1 372 zgonów na raka płuca, 5 239 zgonów z powodu choroby niedokrwiennej serca i 4 074 zgonów w następstwie udaru mózgu. Warto przenieść te oszacowania na nasze podwórko. W Polsce odsetek palących mężczyzn spadł z 64% w latach 70. ubiegłego wieku do 40% w latach 2000-2004, odsetek palących kobiet w tym czasie wzrósł z 21% do 25%. W Wielkiej Brytanii odsetek palących w latach 2000-2004 szacuje się na 27% wśród mężczyzn i 24% wśród kobiet. Ludność Polski w 2005 r. to 38,2 mln, Wielkiej Brytanii – 60,2 mln. Mając wszystkie dane, każdy z proporcji może sobie wyliczyć, na co umrą Polacy zmuszani do filtrowania cudzego dymu tytoniowego i w razie potrzeby przedstawić swoje oszacowania w sądzie.

Skrajnie kompromitująca lekarza medycyny i obecnego ministra zdrowia telewizyjna reklama palenia tytoniu skierowana do 7-latków dostępna jest w internecie na stronie youtube i nosi tytuł “Kopacz przeciw zakazowi palenia.”

9. kwietnia 2010

Czy nie szanując własnego zdrowia i życia, można szanować cudze? I co dowodzi pogardy dla zdrowia i życia własnego, a tym samym i innych ludzi? Już popularne palenie papierosów, czy dopiero elitarne wciąganie kokainy przez nos? Powrót – czyżby na paszporcie dyplomatycznym? – byłego ministra z zasłużonego wypoczynku na plaży do ciężkiej pracy legislacyjnej w niewygodnych ławach sejmowych zmusza do ponowienia postulatu o wprowadzenie obowiązkowych badań lekarskich dla kandydatów do parlamentu i innych ciał wybieralnych. Należy sprawdzić nie tylko czy oddech i ubranie cuchną dymem tytoniowym, a na zębach i palcach nie osadziła się smoła, lecz także, czy kandydat na decydenta aby nie mówi przez nos, a przy tym czy w przegrodzie nosa nie ma dziur. To łatwe, dużo łatwiejsze niż szukanie dziur w mózgu jako skutku większości narkotyków.

Dopuszczając do rządzenia ludzi uzależnionych od narkotyków, z nikotyną i kokainą włącznie, nie powinniśmy się dziwić, że ci – jako posłowie, senatorowie, radni, czy też urzędnicy rządowi i samorządowi – po prostu nie rozumieją o co nam chodzi, kiedy mówimy o zagrożeniach zdrowia i życia. Sami gardzą zdrowiem i narzucają swoje samobójcze tendencje innym ludziom. Narzucają, bo mogą. Mogą, bo oddaliśmy im władzę. Na pytanie, czy tę władzę potrafimy im odebrać, odpowiedzą specjaliści od wyborczych oszustw i nadużyć, o ile starczy im odwagi.

Sztandarowym osiągnięciem aktualnego premiera jest dorobek byłego ministra sportu w zakresie realizacji programu ˝Moje boisko – Orlik 2012˝. Właśnie zbliża się druga rocznica wstępnej informacji, którą przekazałem polskiej opinii publicznej na temat niektórych zagrożeń zdrowia, które przynosi kontakt z fałszywą trawą pokrywającą orliki. W ciągu dwóch lat dokumentacja zagrożeń znacznie się rozrosła i ze względu na wagę sprawy temat wymagałby szerszego omówienia. Ale można postawić pytanie: po co? Po co mówić o zagrożeniach zdrowia, skoro niczego to nie zmienia w działaniach władz decydujących o zdrowiu i życiu ludzi od nich zależnych. Po co alarmować, skoro ludzie przejęli samobójcze tendencje od rządzących nimi polityków nafaszerowanych narkotykami.

Trzeba przyznać, że są jednak w naszym kraju politycy, którzy dotrzymują złożonego wyborcom ślubowania. Panowie posłowie Dariusz Seliga, Krzysztof Sońta i Robert Telus 9 września 2009r. podpisali w Skierniewicach interpelację nr 11476 do ministra sportu i turystyki oraz do ministra zdrowia w sprawie zagrożeń dla zdrowia dzieci i młodzieży wywołanych przez sztuczną murawę boisk (˝Orlików˝). Interpelacji tej z pewnym trudem można się doszukać na stronach internetowych sejmu, dużo łatwiej – na moje stronie www.halat.pl, a warto z nią się zapoznać, aby móc postawić zawarte w niej pytania władzom lokalnym, tym właśnie, które podejmując decyzję o pokryciu boiska fałszywą trawą, powodują zagrożenie zdrowia dzieci i młodzieży. Warto też zapoznać się z odpowiedziami ministra sportu i turystyki i ministra zdrowia na interpelację pana posła Seligi i grupy posłów.

W odpowiedzi na interpelację można przeczytać m. in. : Ministerstwo Sportu i Turystyki jest w posiadaniu opinii Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny dotyczącej nawierzchni sztucznej. W opinii tej czytamy: ˝Wierzchnie warstwy traw zawierają zazwyczaj polietylen lub polipropylen (w różny sposób usieciowane) lub kombinację ww. tworzyw z poliestrem – nie stanowiąc praktycznie żadnego zagrożenia dla zdrowia ludzi. Dolna warstwa trawy zazwyczaj wykonana jest z lateksu. W przypadku nawierzchni poliuretanowych, których skład obejmuje polimer o zawartości monomeru nieprzekraczającej 1%, również można stwierdzić, że tego typu nawierzchnia nie stanowi zagrożenia dla zdrowia ludzi. Oceny higieniczne nie obejmują specyficznych reakcji alergicznych, które czasami mogą wystąpić w jednostkowych przypadkach u ludzi w wyniku bezpośredniego kontaktu z nawierzchnią zawierającą śladowe ilości diizocyjanianów. Ocena higieniczna nie uwzględnia przypadku kontaktu uszkodzonej skóry z nawierzchnią˝. …˝Właściwości mechaniczne i techniczne traw (wytrzymałość, ścieralność itp.) nie są oceniane przez Zakład Higieny Komunalnej NIZP – PZH. Potwierdzenie spełnienia wymagań powiązanych z właściwościami technicznymi mogą określać np. aprobaty techniczne wydawane przez inne instytucje˝.

Odrębną sprawą pozostają:

1) samowolne, niedopuszczalne zmiany dokonywane przez inwestorów w stałych punktach specyfikacji istotnych warunków zamówienia dotyczące nawierzchni sztucznych celem szukania oszczędności;

2) zmiany rodzaju układanej nawierzchni sztucznej dokonywane przez wykonawców już po rozstrzygniętym na ich korzyść przetargu.”

Odpowiedzi ministra zdrowia właściwie przytaczać nie warto. Resort odpowiedzialny za zdrowie publiczne wymienia szereg tytułów aktów prawnych, po to, aby uzasadnić swoją bezczynność następującymi słowami: “W treści ww. aktów prawnych nie zostały określone warunki ograniczenia dla substancji, grupy substancji lub preparatu stosowanych w wyrobie takim, jak sztuczna murawa boiska. Z uwagi na powyższe organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie dysponują wynikami badań dotyczącymi ewentualnych zagrożeń chemicznych, których źródłem może być sztuczna murawa boiska.”

16. kwietnia 2010

Z otchłani dziejów patrzą na nas oczy przodków. Wiedza o tym kim byli, jak żyli i w co wierzyli mieszkańcy ziem na obszarze dzisiejszej Polski jest prawie żadna. A rzecz dotyczy tylko granic Polski dzisiejszej, najlepszych w historii, w ogromnej części naturalnych granic geograficznych i etnologicznych. Te właśnie granice są najbardziej widomym znakiem zasług, które ludzie stojący u sterów władzy minionych pokoleń ponieśli dla Polski. Czy sami? W pojedynkę? W mniejszej lub większej grupie? Czy może stojąc na czele świadomej swojego prawa do Ojczyzny, do własnego terytorium, większości Polaków, Protopolaków, w tym Polan, Ślężan i członków innych plemion złączonych siłą potęgi Piastów, Słowian dorzecza Odry, Prasłowian, i niezliczonych pokoleń ich poprzedników należących wprawdzie do różnych kultur, ale charakteryzujących się jednak ciągłością sztafety i wspaniałym dorobkiem na miarę Biskupina. Nie naszą specjalnością było utrwalanie pamięci wydarzeń w kamieniu, czy na zwoju, a odkopane w Polsce zabytki archeologiczne, a nawet dokumenty historyczne poukrywano w muzeach i archiwach łupieżczych sąsiadów z zachodu i wschodu, z północy i południa. Ileż to ludzi, rodzin, mieszkańców drobnych i większych osad w bezkresie tysiącleci unicestwiono w całości bez śladu, spalono, wrzucono do wody, porzucono na pożarcie dzikim zwierzętom. Kto miałby opisać ich los, okoliczności tragicznej śmierci, krzywdę wołającą o pomstę do nieba. Kto, skoro zginęli wszyscy, a jeżeli nawet nieliczni przeżyli, to i tak nigdzie nie zostali wysłuchani. A jednak przeżyliśmy i jest nas 55 milionów na całym świecie. I mamy swoją Ojczyznę. I mamy swoją żywą pamięć historyczną. I mamy swoje wartości, które budzą silne zainteresowanie, a nawet nieukrywaną zazdrość wielu zwykłych ludzi innych narodów.

Dobra Nowina, którą przyjął dla nas Mieszko I wraz z ręką czeskiej księżniczki, płynie z Polski szerokim i wartkim strumieniem na cały świat. Szerokim, bo nieograniczonym zgniłymi kompromisami i wartkim, bo bijącym z silnego źródła wiary.

Paweł Włodkowic, Paulus Valdimiri, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, potrafił sprzeciwić się okrucieństwom krzyżackim i rzezi Litwinów, tak samo jak Jan Paweł II umiał wystąpić przeciwko wojnie jako sposobowi rozwiązywania międzynarodowych konfliktów. Tuż przed wybuchem II wojny w Zatoce Perskiej powiedział: “Atak na Irak będzie zbrodnią przeciw pokojowi. Najeźdźcy nie działają w imię wartości Zachodu”. Najwięksi z Polaków zawsze wykazywali się bezkompromisową odwagą w głoszeniu swoich przekonań. Woleli oddać życie niż zdradzić swoje ideały. Stąd tak wielkie straty i stąd też tak wielki podziw dla naszego narodu.

Ostatnia ofiara życia wielkich Polaków związana z gotowością do godnego i rzetelnego uczczenia pamięci części ofiar stalinizmu zamordowanych w Katyniu nie może być traktowana inaczej. W odróżnieniu od naszych przodków, dzięki rozwojowi cywilizacji technicznej mamy stałą, bieżącą, trafiającą do każdego domu relację zdarzeń. Relacja ta pada na podatny grunt. Spełniają się słowa zapisane w Ewangelii św. Jana, którymi Jezus wzywa swoich uczniów, aby Go naśladowali w posłuszeństwie Ojcu, aby się nie wycofywali ze służby pod wpływem zagrożenia ze strony przeciwników. Aby wystraszeni nie chcieli ratować swojego życia i wypierać się Jezusa przed światem: “O tak, mówię wam, jeśli ziarno pszenicy, gdy spadnie na ziemię, nie obumrze, samo pozostanie; a jeśli obumrze, wyda obfity plon”

Obfity plon w postaci pojednania Polaków i Rosjan, w postaci zbliżenia katolików i prawosławnych, w postaci wyniesienia w Polsce wartości chrześcijańskich i patriotycznych na należne im, od tysiąca lat zajmowane miejsce, to plon ziarna obumarłego 10. kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem.

Jest to na pewno wielki promień pocieszenia dla pogrążonych w rozpaczy członków rodzin i przyjaciół ofiar katastrofy, czyli dla nas wszystkich. Powstaje nowa legenda, pełna patosu, ale przecież opowiadająca o pięknie ludzkiej duszy. Na wskroś sienkiewiczowska. Prezydent Lech Kaczyński sam dla niej dobrał pieśń. Pieśń o Małym Rycerzu. Oto jej słowa i chwyty na gitarę:

W stepie szerokim, którego okiem a C D
Nawet sokolim nie zmierzysz, a C E
Wstań, unieś głowę, wsłuchaj się w słowa a d a
Pieśni o Małym Rycerzu. a E a

II.

Choć mały ciałem, rębacz wspaniały
Wyrósł nad pierwsze szermierze
I wieki całe będą śpiewały
Pieśni o Małym Rycerzu.

III.

Ty, któryś w boju, i ty, coś w znoju,
I ty, co uczysz i mierzysz,
Wstań, unieś głowę, wsłuchaj się w słowa
Pieśni o Małym Rycerzu.

Z otchłani dziejów patrzą na nas oczy przodków. Przygląda się współczesny świat. Sprostajmy wymaganiom przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

23. kwietnia 2010

Mając w pamięci narodowej, rodzinnej i własnej bezmiar kłamstw, oszustw i manipulacji o charakterze broni psychologicznej wymierzonej bezpośrednio w nasze wspólne i osobiste interesy z integralnością na czele, słusznie okazujemy nieufność w stosunku do tzw. wybrańców narodu.

W końcu nie trzeba być szewcem, ażeby wiedzieć, że buty cisną.

Równocześnie wszyscy toniemy w zwałach błota, którym mniej lub bardziej celnie obrzucają się przedstawiciele rozmaitych grup trzymających władzę. Zajęci planowaniem i przeprowadzaniem kampanii oczerniania przeciwników, nasi politycy nie mają czasu przeciwstawić się postępującej degradacji cywilizacyjnej Polski. Dorobek III Rzeczypospolitej w zakresie polityki zdrowotnej, demograficznej, czy społecznej jest jeszcze gorszy niż w obszarze polityki transportowej, choć mniej oczywisty, bowiem łatwiej podsumować liczbę kilometrów dróg niewybudowanych oraz nowowybudowanych i rozpadających się w proch niż wyliczyć stracone lata życia Polaków w związku
1. z brakiem dostępu do skutecznej prewencji, profilaktyki i terapii,
2. z brakiem dostępu do pomocy rodzinie wychowującej dzieci,
3. z brakiem dostępu do pracy w bezpiecznych warunkach
4. z brakiem dostępu do godziwego wynagrodzenia, zaopatrzenia rentowego i emerytalnego.

Za to Polakom zapewnia się dostęp do narzędzi kłamliwej propagandy płynącej z odbiorników, za których używanie okłamywanym każe się płacić. Czy to sprawiedliwe? Dlaczego kosztów nadawania kłamstw i półprawd nie pokrywają ci, których interesom te fałszerstwa medialne służą? A ileż to roboty przy współczesnej technice zajmie wyliczenie co do sekundy czasu trwania materiału emitowanego z korzyścią dla obcych a bez korzyści dla Polaków płacących abonament i wysłanie faktury do odpowiedniego koncernu, ambasady, czy ich akwizytorów i/lub agentów.

Dzięki temu więcej nam pozostanie w kieszeni na utrzymywanie tych środków masowego przekazu, które nas nigdy nie zawiodły. A trzeba dodać, że ich wpływ na odrodzenie Polaków w sferze patriotyzmu i pamięci narodowej jest nie do przecenienia i jako ewenement w skali międzynarodowej wymaga pilnego zaangażowania utalentowanych patriotów w piękne udokumentowanie dorobku, opatrzenie błyskotliwym komentarzem w jak największej liczbie języków i upowszechnienie w skali globalnej z wykorzystaniem wszystkich form i dostępnych kanałów dystrybucji z Internetem na czele. Świat czeka na przejawy normalnych ludzkich zachowań i Polska ma pełne szanse stać się wyczekiwanym przez wielu, przez miliardy zwykłych ludzi dobrej woli wzorem do naśladowania, źródłem inspiracji dobrem pobudzającym innych do działania ku dobru. W tych dniach mamy prawo przypomnieć przekonanie wieszcza, że “Polska Mesjaszem narodów.” Niechby jednakowoż wszyscy przyznali, i to publicznie – na czele z naszymi politykami, którzy głoszą i mogą głosić swoje racje – komu zawdzięczają wolność niezałganej patriotycznej myśli i wypowiedzi oraz wyjątkowe szanse na wyborcze zwycięstwa. Choćby i narazili się na zmasowany atak kreatorów i egzekutorów poprawności politycznej, to i tak nie mają nic do stracenia, bo tam nie mają na co liczyć, a tu, ich odwaga i prawdomówność nada blasku chwalebnym zamiarom, a niekiedy i czynom. Wtedy może do urn ruszą obywatele tradycyjnie bojkotujący wybory czy to z powodu krzywd doznanych ze strony wrogiego państwa, czy też z niechęci do wybierania mniejszego zła. Jawność intencji i wyrazistość zachowania to coś więcej niż kuglarskie sztuczki politycznych marionetek.

Naturalnie jeszcze ważniejsze są rzeczywiste dokonania.

Tym, którzy są piękni, młodzi, bogaci, a zwłaszcza zdrowi, a także wśród członków rodzin i przyjaciół nie znajdują nikogo w potrzebie niech oczy otworzą bilboardy z wielkim napisem: ŚREDNIA DŁUGOŚĆ ŻYCIA CHORYCH NA MUKOWISCYDOZĘ

W POLSCE: 20 LAT

NA ZACHODZIE: 40 LAT

W ten sposób Polskie Towarzystwo Walki z Mukowiscydozą, które pomaga ponad 1200 chorym, zwraca uwagę społeczeństwa na drastyczne różnice w długości przeżycia chorych na mukowiscydozę w Polsce i w państwach Europy Zachodniej.

Z końcem kwietnia 2010r., u progu kolejnej kampanii wyborczej następującej bezpośrednio i za przyczyną tragicznej śmierci z niewyjaśnionego nadal powodu niemal stu osób zajmujących najwyższe stanowiska państwowe, muszę, jako polski epidemiolog, ponownie, ponownie upomnieć się prawo do życia wszystkich innych Polaków i przywołać własne słowa z lipca 2004r.: “15. maja 1997r. podczas konferencji prasowej pt. “Krótkie życie Polaków” zapoznałem opinię publiczną z prawdziwą, opartą o porównywalne dane międzynarodowe, oceną stanu zdrowia mieszkańców Polski. Niestety, od tamtej pory kolejne rządy te same dane wykorzystują do propagandy nieistniejącego sukcesu, podkreślając coroczny przyrost oczekiwanej długości życia, a przemilczając fakt, że przyrost ten w konkurencji międzynarodowej jest kompromitująco niski. Zawiniony przez rządzące partie i osoby rozpad systemu opieki zdrowotnej oraz bezczynność organów naszego państwa w zakresie zapobiegania i zwalczania chorób służą właściwie eksterminacji narodu.”

30. kwietnia 2010

Nadmiar detali zasłania prawdę o całości. Oglądając preparat pod mikroskopem, wybiera się odpowiedni do celu obserwacji obiektyw o powiększeniu, np. cztero-, dziesięcio, czy dwudziestokrotnym. Specjaliści korzystający z mikroskopu w pracy wiedzą czym jest powiększenie użyteczne i powiększenie puste. Kiedy użyjemy obiektywu o powiększeniu zbyt dużym, zdolność rozdzielcza naszego oka nie sprosta zadaniu rozróżnienia detali i uzyskamy zamazany obraz rzeczywistości. To jest właśnie powiększenie puste. Obraz jest rozmyty, a pole obserwacji nie obejmuje ważnych partii preparatu.

W medycynie błędne rozpoznanie postawione na podstawie wadliwie przeprowadzonego badania mikroskopowego może pogorszyć stan zdrowia, kosztować życie pacjenta, a gdy dotyczy wielu groźnych chorób, może przyczynić się do wystąpienia ogniska epidemicznego, a nawet epidemii.

A jak ma się sprawa w bieżącej polityce?

Brak dostępu do istotnych partii obrazu rzeczywistości nie pozwala na dokonanie syntezy rozsypanych, ukrytych, a może i ukrywanych fragmentów obiektywnej prawdy. Zdrowy rozsądek nakazuje więc poddać obecną sytuację analizie od ogółu do szczegółu.

10. kwietnia 2010r. miało miejsce bezprecedensowe w historii ludzkości wydarzenie, które poraziło cały świat swoją złowrogą symboliką. Media na czele z internetem, zapewniły globalny dostęp do obserwacji katastrofy pod Smoleńskiem, jej bezpośrednich śmiertelnych skutków i następującej po niej rozpaczy milionów żałobników. Pamięć zabitego w katastrofie prezydenta mieli uczcić najwyżsi dostojnicy ze wszystkich zakątków świata. Zwyczajowy w sytuacji zgonu urzędującej głowy państwa udział innych głów państw w pogrzebie został jednak storpedowany przez zamknięcie pod fałszywym pretekstem przestrzeni powietrznej nad Europą. No właśnie. Omawiane szeroko w prasie światowej zdjęcia satelitarne po prostu nie wykazały zagrożenia ze strony pyłu wulkanicznego. Sir Richard Branson, właściciel między innymi linii lotniczych Virgin Atlantic, za zawiniony przez agendę rządu brytyjskiego błąd oceny sytuacji domaga się od tegoż rządu rekompensaty poniesionej w ciągu sześciu dni zakazu lotów straty w wysokości 50 milionów funtów.

Dla miliardów ludzi podstawowe pytanie wymagające natychmiastowej odpowiedzi, to pytanie o przyczynę katastrofy. To pytanie stawiane jest od pierwszych chwil po tragicznym wydarzeniu przez każdego, kto prywatnie lub publicznie wypowiada się w tej sprawie. Ponieważ odpowiedzi nie słychać, mnożą się rozmaite podejrzenia. Jak w przypadku każdego nagłego zgonu, nie tylko rodzina zmarłego, nie tylko policja stojąca na straży bezpieczeństwa zdrowia i życia, ale każdy, każdy człowiek, sąsiad bliski czy daleki ma prawo pytać: dlaczego ktoś nagle zginął? I nie słysząc wiarygodnej odpowiedzi każdy ma prawo podjąć zwykłą w każdym dochodzeniu logiczną analizę sytuacji, w pierwszej kolejności zastanawiając się komu ta śmierć przyniosła korzyść. Cui prodest. Kto na tym korzysta? Komu służy ta śmierć? Kto zyskuje na tej stracie? Seneka w swojej tragedii Medea wyraził logiczne przekonanie Cui prodest scelus, is fecit – ten popełnił zbrodnię, komu przyniosła korzyść.

Komu więc zbrodnia pod Smoleńskiem przyniosła korzyść? Diabłu? Tylko diabłu? I dlatego ludzie są bezsilni w wykrywaniu współpracowników diabła – sprawców, pomocników i popleczników tej zbrodni? Kara Boska ich nie minie, lecz ludzka ominie. Będzie to widomy znak rozpaczliwej bezsilności człowieka w walce z imperium zła. Rozpasane zło pożera coraz więcej ofiar. Przyciśnięci do muru, śmiertelnie zagrożeni ludzie zwykli bronić się dzielnie. Ażeby podjąć walkę ze złem, trzeba zło nazwać po imieniu. Niestety, nagle okazuje się, że nadal żyjemy na jednej z wysp archipelagu Gułag. Za poprawność polityczną Polacy mają oddać swoje święte prawo do wolności wypowiedzi.

A kto ma prawo pytać o mechanizm zbrodni pod Smoleńskiem? Tubylcy z wysp Pacyfiku, Amerykanie, nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi? Owszem, ci pytają. W internetowych witrynach i rozmowach temat ten jest bardzo aktualny i w miarę bezproduktywnego upływu czasu coraz bardziej gorący. Tym bardziej oburza cuchnąca faszyzmem argumentacja stosowana w celu zakneblowania ust Polakom, przecież najbardziej ze wszystkich i do końca świata zainteresowanym wyjaśnieniem prawdziwych przyczyn oraz rzeczywistych doraźnych i odległych w czasie następstw tragedii pod Smoleńskiem.

Już po dwudziestu dniach każdy widzi, że katastrofa pod Smoleńskiem może się skończyć katastrofą narodu, który – pomimo wyraźnego ostrzeżenia – nie potrafi zapobiec nadchodzącym nieszczęściom.

7. maja 2010

Film “Milczenie owiec” (“The Silence of the Lambs”) to okropny horror powstały w Hollywood w 1991r. Spośród innych wytworów chorej wyobraźni, jakże mocno odciskających się na psychice i postępowaniu miliardów ludzi na całym świecie, ten produkt Hollywood ma szczególne znaczenie. Magazyn “Giant” w numerze październik/listopad 2005r. opublikował ranking najbardziej przerażających filmów wszechczasów. W tym rankingu “Milczenie owiec” zajęło drugie miejsce. Wyprzedziło m. in. uznany za jeden z najważniejszych filmów Romana Polańskiego, “Wstręt” (“Repulsion”), który zajął 25. pozycję wśród najbardziej przerażających filmów wszechczasów. Niewątpliwie epatowanie złem, wręcz rozkoszowanie się psychopatologią i skrajnym okrucieństwem osób psychiczne ciężko chorych odpowiada na zapotrzebowanie części widowni, ale też i trafia na podatny grunt wśród tych jej członków, których współczesna psychiatria zalicza do cierpiących co najmniej na zaburzenia osobowości. Jednak nie wpływ produkcji Hollywood na stan, a w szczególności obserwowany właśnie rozkład świata zachodniego, jest tym problemem, który obecnie najbardziej nurtuje Polaków.

Mamy własny, narodowy i rzeczywisty, choć tak straszny jak gdyby zrodzony w przesiąkniętej odrażającym złem wyobraźni, powód do prawdziwego przerażenia. Autor czy autorzy scenariusza najbardziej przerażającego dla nas wydarzenia wszechczasów są nadal nieznani. Nie przesądzając o tym na kogo można rzucić podejrzenie o spowodowanie katastrofy pod Smoleńskiem, nawet nie stawiając hipotez o intencjach sprawców, a więc odkładając dyskusję o winie umyślnej i nieumyślnej do czasu pojawienia się jakichkolwiek niepodważalnych dowodów, trzeba zachowanie widowni tej tragedii rozgrywającej się tu i teraz, w czasie rzeczywistym na oczach całego świata, nazwać milczeniem owiec.

Milczeniem owiec, drżących z przerażenia, niezdolnych do walki o swój los.

Czy Polacy milczą dlatego, że przed kilku laty wybrali swoich przedstawicieli i tych, którzy przeżyli katastrofę pod Smoleńskiem, darzą bezmiernym zaufaniem?

W świetle postępowania władz tego rodzaju wiernopoddańcze, rabie przyzwolenie to po prostu zaproszenie do eskalacji słownej i czynnej napaści na nas wszystkich.

Dla Bronisława Komorowskiego, marszałka sejmu, ujawnienie przez turystę znalezienia w błocie pod Smoleńskiem polskiego paszportu to błahostka. Będący własnością Rzeczypospolitej Polskiej dokument z godłem naszego państwa dołączył do guzików oficerskich mundurów, ale został jeszcze bardziej niż one sponiewierany. I to przez kogo? Przez kandydata na następcę zabitego prezydenta! Poza tym nasuwa się oczywiste pytanie: co znaleźli, ci którzy swoich znalezisk nie ujawnili, choćby z chęci zysku lub ze strachu?

Według Donalda Tuska, polskiego premiera, znaleziska z miejsca katastrofy mają większe znaczenie dla Polaków niż dla Rosjan. Kiedy od osób dokonujących przypadkowo tych znalezisk dowiadujemy się, że są to niekiedy szczątki ludzkie, fragmenty ciał ludzi zabitych 10. kwietnia 2010 r. i przez prawie miesiąc nie pochowanych, takie stwierdzenie premiera należy uznać za umyślną obrazę przyjaciół Moskali. Zarząd spraw – przynajmniej formalny – związanych z medycyną, od ochrony zdrowia mieszkańców Polski, a pośrednio całej Unii Europejskiej i innych odbiorców naszych produktów nadzorowanych przez inspekcję sanitarną, po identyfikację i zabezpieczenie zwłok ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, premier niezmiennie i niezależnie od efektów oddaje z pełnym zaufaniem w ręce minister zdrowia dr Ewy Kopacz. Oto fragment stenogramu punktu 14. porządku dziennego 65 posiedzenia Sejmu RP 6 kadencji. 29. kwietnia 2010r. Minister Zdrowia Ewa Kopacz powiedziała Sejmowi: “Gdy znaleziono najmniejszy szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością ziemię na głębokości ponad 1 m i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny. Każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie. Dlatego jest ta dzisiejsza informacja i to, co się dzieje na tej sali – szczera rozmowa z państwem. Szczególnie wam, bo wy prosiliście o tę informację, chcielibyśmy przekazać, że z pełną rzetelnością zabezpieczyliśmy wszystkie szczątki, które znaleziono na miejscu wypadku.”

Dobrze, że lokale wyborcze są w zasięgu kopytek większości milczących owiec. Bo dojechać nie byłoby czym, aby podziękować za dorobek. Dróg nie wybudowali. Kolej zlikwidowali.

14. maja 2010

Rozkład tzw. cywilizacji Zachodu nabiera tak szybkiego tempa, że zjawiska wcześniej niewyobrażalne, stają się dzisiaj codziennością. Co najgorsze, wartości europejskie, te właśnie, z których wyrasta cywilizacja Zachodu, są bądź to niweczone, wręcz wypalane żelazem rozgrzanym do czerwoności z brunatnym odcieniem, bądź też oddawane walkowerem przez samych Europejczyków. Uderza utrata europejskiej tożsamości wyraźnie przecież w naszych czasach zdefiniowanej i nieustannie przypominanej przez największego spośród Polaków, a tym samym spośród Europejczyków. Jan Paweł II 24. marca 2004 r. w Watykanie przyjął z rąk władz miasta Akwizgran nadzwyczajną edycję międzynarodowej Nagrody Karola Wielkiego. Z tej okazji nakreślił swoją wizję zjednoczonej Europy, która powinna być wolna od samolubnych nacjonalizmów, w której narody są postrzegane jako żywe ośrodki kulturowego bogactwa zasługującego na ochronę i promocję dla dobra wszystkich. Miała to być Europa, w której zdobycze nauki, ekonomii i społecznego dobrobytu nie zostaną zepchnięte do ślepego konsumeryzmu, ale pozostaną na służbie każdego w potrzebie, oferując zintegrowaną pomoc tym krajom, które podejmują wysiłki w celu osiągnięcia stabilizacji społecznej. Jan Paweł II myślał wtedy o Europie, której jedność jest oparta na prawdziwej wolności, której cenne owoce wolności religijnej i wolności społecznych osiągnęły dojrzałość w glebie Chrześcijaństwa. Powiedział: “Bez wolności nie ma odpowiedzialności. Ani przed Bogiem, ani przed ludźmi. Kościół pragnie poszerzać pole wolności. Współczesne państwo zdaje sobie z tego sprawę, że nie może być państwem prawa, jeżeli nie chroni i nie promuje wolności swoich obywateli, zapewniając im wolność wypowiedzi jako jednostkom i grupom.” Jan Paweł II myślał wtedy o Europie, która jest zjednoczona dzięki pracy młodych. Młodzi ludzie porozumiewają się z łatwością, poprzez i ponad granicami geograficznymi. I pytał: “Jednak jak może być zrodzone młode pokolenie otwarte na prawdę, na piękno, na szlachetność i na to co jest warte poświęcenia, jeżeli w Europie rodzina przestała reprezentować instytucję otwartą na życie i bezinteresowną miłość? Rodzina, której seniorzy są integralną częścią, z perspektywą tego co najważniejsze: aktywnego komunikowania wartości i sensu życia.” Jan Paweł II miał na myśli Europę będącą polityczną, a w istocie duchową jednostką, w której chrześcijańscy politycy wszystkich państw działają ze świadomością bogactwa, które ludziom przynosi wiara, poświęcają się temu, aby te wartości przyniosły owoce, oddają się na służbę całej Europy skoncentrowanej na osobie ludzkiej, z której bije blask twarzy Boga. “To jest marzenie, które noszę w moim sercu i które chciałbym z tej okazji powierzyć wam i następnym pokoleniom” powiedział Jan Paweł II, odbierając w Watykanie nadzwyczajną edycję nagrody Karola Wielkiego. Przed sześciu laty. Na kilka tygodni przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej.

Wśród przyczyn przyznania tej nagrody sformułowano następujące:

“Dla Jana Pawła II kultura jest wspólnym dziedzictwem wyrosłym z wartości etyki i doświadczenia religijnego. Dla Jana Pawła II kultura oznacza także bogactwo życia, wymianę duchowych tradycji i osiągnięć, wzajemnie twórcze ubogacenie. Jan Paweł II rekomenduje państwom i rządom, działającym na własny sposób, aby każdy wnosił własny narodowy i regionalny wkład do specyficznej ekspresji wyjątkowej kultury europejskiej, zachowując przy tym szacunek dla różnorodności. W swoim przesłaniu do narodów Europy z Santiago de Compostela w 1982 r. Ojciec Święty udzielił następującej zachęty Europie: “Znajdź własną drogę dla siebie. Bądź sobą. Odkryj na nowo swoje początki. Przywróć życie swoim korzeniom… Nadal możesz być świetlistym łukiem dla kultury i siłą napędową postępu na świecie”. Papież Jan Paweł II wypromował dialog pomiędzy religiami i dzięki temu poprawił stosunki między ludźmi w zmieniającej się Europie. Naucza nas, że wielokulturowe społeczeństwo nie może działać bez wspólnie szanowanych trwałych elementów, bez punktów odniesienia, bez wartości. Gdybyśmy temu zaprzeczyli, to odrzucilibyśmy tożsamość Europy i nadalibyśmy naszym kulturom naturę świecką (profane nature), która pozbawiłaby je kreatywności.”

Od napisania przez kapitułę nagrody Karola Wielkiego w tym brzmieniu uzasadnienia dla jej przyznania Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II upłynęło zaledwie sześć lat.

Warto zastanowić się, kto ukradł nam naszą Europę. Czym nas omamił. Jak uśpił naszą czujność. Tym bardziej warto starać się odzyskać nasz dom – Europę. Jeżeli nic nie zrobimy w tym kierunku, stracimy nasz dom bezpowrotnie. Już nawet nie jako Polacy, ale właśnie jako Europejczycy. Nabiera przecież błyskawicznego przyspieszenia proces integracji ludzkości.

A teraz kilka słów z obszaru mojej ekspertyzy, z natury rzeczy mającej zastosowanie globalne, tym samym chętnie podejmującej nowe – właśnie globalne – wyzwania. Integracja ludzkości, jak każde zjawisko, wymaga opisu i oceny z punktu widzenia medycyny, naturalnie metodyką wynikającą z definicji epidemiologii, a w szczególności noksologii. Medycyna integracji, europejska medycyna integracji, to badanie, kurowanie i zapobieganie w kontekście rozkładu cywilizacji zachodu i natychmiastowej potrzeby opartej na zdrowych podstawach współpracy z sąsiadami na naszej planecie.

Wszyscy jesteśmy sąsiadami w naszej globalnej wiosce. Pełen szacunku dystans pomiędzy sąsiadami jest receptą dla harmonijnych między nimi stosunków. Jak wspomniałem przed pół rokiem, amerykański filozof i logik Willard Van Orman Quine raz powiedział: “nie ma osoby bez tożsamości”. Z historii naszego narodu i z własnego doświadczenia, ośmielam się dodać: integralność tożsamości determinuje przeżycie. Integracja ludzkości zaczyna się od niezafałszowanego szacunku dla fizycznej, moralnej i psychologicznej integralności każdej osoby ludzkiej. Gdzie człowiek tam i medycyna. W starciu medycyny opartej na dowodach z medycyną reklamową i lobbingową, ignorancją, arogancją i chciwością, fałszowaniem leków i procedur, bezbronnym pacjentom radą i pomocą służy Centrum Europejskiej Medycyny Integracji CEMI – ZEMI.

21. maja 2010

Po trzynastu latach jestem zmuszony do powtórzenia niemal w całości kilku informacji z serii RATOWANIE ZDROWIA PO POWODZI, które przekazywałem rodakom podczas narodowej tragedii w Polsce w 1997 r. Już wtedy pierwszymi środkami masowego przekazu, które zwróciły się do mnie o porady lekarza epidemiologa dla osób poszkodowanych przez powódź były media katolickie: Radio Maryja i Tygodnik Niedziela.

Fala powodziowa wnosi do naszych domów niewyobrażalne ilości zanieczyszczeń, z których najgroźniejsze to odchody ludzkie i zwierzęce pochodzące z dołów kloacznych, szamb, gnojowników, obór, chlewni, kanałów, oczyszczalni ścieków oraz substancje chemiczne wypłukane z hałd, magazynów przemysłowych, pól (pestycydy, nawozy sztuczne) i zmyte z jezdni (wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, ołów, itd.). Im szybciej pozbędziemy się osadzonych z brudnym szlamem bakterii, wirusów, pleśni, grzybów oraz trucizn i alergenów chemicznych, tym łatwiej przywrócimy naszemu domowi naturalną rolę bezpiecznego schronienia. Zaniedbania w tym zakresie mogą objawić się w dość krótkim czasie zachorowaniami na dur brzuszny, dury rzekome i inne salmonellozy, czerwonkę, biegunki wywołane pałeczkami jelitowymi E. coli. Kontakt ze szlamem, wdychanie uwalniających się z niego substancji stwarza poważne zagrożenie rozmaitymi chorobami alergicznymi (od wyprysku kontaktowego – egzemy, przez zapalenie spojówek, aż do groźnych dla życia ataków astmy) oraz zatruciem chemicznym o przebiegu ostrym i przewlekłym. Nie wolno też lekceważyć zagrożeń wynikających z uszkodzenia domowej instalacji elektrycznej, gazowej, wodociągowej, kanalizacyjnej oraz systemu wentylacyjnego i drenażowego.

ŻYWNOŚĆ PO POWODZI

1. Cała żywność pokryta szlamem naniesionym przez powódź musi być uznana za zagrażającą zdrowiu konsumenta i zniszczona. Władze sanitarne winny dopilnować zniszczenia żywności zalanej wodą w zakładach przetwórczych, hurtowniach, sklepach, kioskach, magazynach zakładów żywienia zbiorowego zamkniętego (szpitale, ośrodki wczasowe i kolonijne) i otwartego (restauracje, bary, zakłady małej gastronomii). Skażoną żywnością nie należy karmić zwierząt domowych i hodowlanych, gdyż, tak jak ludzie, mogą one ulec zatruciu. Sami obywatele (dorośli) ponoszą odpowiedzialność tylko za wykorzystanie skażonych zapasów domowych do żywienia rodziny. Za skutki zdrowotne w pozostałych przypadkach odpowiadają właściciele i kierownicy wyżej wymienionych obiektów, w których dla żywienia ludzi wprowadza się środki spożywcze o niewłaściwej jakości zdrowotnej.

2. Bez wahania należy zniszczyć opakowania, do których wnętrza mogła dostać się brudna woda z zarazkami i truciznami, a zawierające na przykład:

przyprawy
mąkę, cukier, sól, kawę i herbatę
żywność w opakowaniu papierowym, celofanowym, kartonowym (makarony, płatki, krakersy, herbatniki, lody, słodycze, itd.)
słoiki i butelki z zakręcanymi pokrywkami, w tym przetwory domowe

3. Należy zniszczyć zalane wodą świeże warzywa i owoce

4. Należy wyrzucić wszelkie porowate przedmioty (drewniane, plastykowe, gumowe) do kontaktu z żywnością lub które mają kontakt z ustami (smoczki, gryzaki, pojemniki plastykowe, deski do krojenia, drewniane talerze, nakrycia jednorazowego użytku.

5. Można zachować nakrycia szklane i porcelanowe, metalowy i szklany sprzęt kuchenny, szklane butelki i słoiki, czyszcząc je w odpowiedni sposób:

-umyć w silnym roztworze środka dezynfekcyjnego
-usunąć wszelki brud i błoto
-wydezynfekować porcelanę i szkło w ciepłym roztworze środka dezynfekcyjnego przez jedną minutę (łyżka bielinki na cztery litry wody)
-wygotować metalowe garnki, patelnie, narzędzia kuchenne i sztućce przez 10 minut

6. Można uratować żywność z metalowych konserw pod warunkiem, że nie widać w nich wgłębień lub rdzy i przy wykonaniu następujących czynności:

-na ile to możliwe odpisać z etykiet informacje dot. produktu, producenta i terminu przydatności konserwy do spożycia, usunąć etykiety i opisać puszkę niezmywalnym pisakiem
-sprawdzić, czy nic z puszki nie wycieka, ani czy nie ma wybrzuszeń (takie puszki należy wyrzucić, bombaż grozi zatruciem jadem kiełbasianym!)
-umyć puszkę w silnym roztworze środka dezynfekcyjnego
-użyć szczotki w celu dokładnego usunięcia szlamu
-zanurzyć konserwę w ciepłym roztworze środka dezynfekcyjnego przez jedną minutę (łyżka bielinki na cztery litry wody)
-pozwolić na wyschnięcie puszki bez wycierania przed jej otwarciem lub umieszczeniem w czystym, suchym i wydezynfekowanym miejscu.
-zachować listę konserw uwzględniającą dane ze zniszczonych etykiet

7. JEDZ POTRAWY GOTOWANE, A WARZYWA I OWOCE CZYSTĄ RĘKĄ ZE SKÓRKI OBRANE – to łatwa do zapamiętania zasada chroniąca zdrowie i życie ludzi przebywających na terenach zagrożonych durem brzusznym, durami rzekomymi i innymi salmonellozami, czerwonką i cholerą. Zagotowanie potraw nie chroni jednak przed zatruciami chemicznymi.

8. Potrawy trzeba dobrze ugotować, jeść nadal gorące, jeszcze parujące.

9. Należy jeść te dowiezione owoce i warzywa, które można obrać ze skórki po wstępnym opłukaniu czystą wodą. Przed obieraniem koniecznie trzeba umyć ręce czystą wodą z mydłem. Nie wolno zjadać obierek. Inne warzywa i owoce (n. p. sałata, owoce jagodowe) wymagają dużej ilości czystej wody do wielokrotnego opłukania.

10. Należy zwrócić uwagę na stan zdrowia zwierząt hodowlanych: u krów nie dopuszczać do uszkodzeń wymion i ich zakażenia pałeczkami jelitowymi obecnymi w szlamie.

CHOROBY ZAKAŹNE PO POWODZI

Zniszczona odporność ofiar powodzi (w wyniku ciężkich przeżyć, głodu, pragnienia, bezsenności, bezdomności, wychłodzenia lub przegrzania) toruje drogę wszechobecnym zarazkom. Władze sanitarne winny zorganizować system wykrywania, rejestrowania i leczenia tych chorób, które ze względu na wysokie ryzyko zgonu i łatwość szerzenia się najbardziej zagrażają zdrowiu publicznemu. 1. Do ogólnych objawów chorób zakaźnych należą:

-gorączka
-luźne i/lub częste stolce (biegunka) lub zaparcie
-nudności i wymioty, ból brzucha
-osłabienie, ból głowy, zawroty głowy

2. Niekiedy choroba przebiega bez wyraźnych oznak i dolegliwości lub z objawami mało nasilonymi, a mimo to badanie lekarskie i laboratoryjne wykazuje zmiany chorobowe wielu narządów oraz obecność zarazków w krwi, kale i moczu.

3. Obecność osoby chorej i nieleczonej albo osoby, która pomimo braku wyraźnych objawów wydala zarazki z kałem i moczem stanowi bardzo poważne zagrożenie dla otoczenia.

ODKAŻANIE PO POWODZI

1. W nierównej walce bezbronnego człowieka z zarazkami ważnym orężem są chemiczne środki odkażające. Władze sanitarne winny zorganizować sprawny system zaopatrzenia ludności w takie środki dezynfekcyjne, jak wapno chlorowane, chloraminy i podchloryn sodu, których niezbędne zapasy muszą być stale przechowywane w bazach sanitarnych i dostarczone wraz ze szczepionką i sprzętem do wstrzyknięć specjalnym transportem natychmiast na tereny zagrożone epidemiami. Pracownicy stacji sanitarno-epidemiologicznych nie tylko mają obowiązek udzielać szczegółowych instrukcji co do skutecznego i bezpiecznego stosowania środków dezynfekcyjnych, ale też przeprowadzać dezynfekcję różnych obiektów ze studniami włącznie. Innym zadaniem Państwowej Inspekcji Sanitarnej jest urzędowe dopuszczenie do picia i celów gospodarczych wody pobranej w nadzorowanym obiekcie przez pracowników stacji sanitarno-epidemiologicznych i zbadanej w ich laboratoriach. Zadanie to ma zasadnicze znaczenie dla bezpieczeństwa zdrowotnego kraju, gdy dotyczy wodociągów, w tym lokalnych i zakładowych, bądź studni zaopatrujących w wodę zakłady produkcji żywności, żywienia zbiorowego, szpitale, przychodnie i inne obiekty użyteczności publicznej. Sami obywatele (dorośli) ponoszą odpowiedzialność tylko za odkażanie swoich domów, sprzętów, obejścia, a zanim zostanie przeprowadzona dezynfekcja studni bądź stacji uzdatniania wody i sieci wodociągowej także tej wody, jaka jest właśnie dostępna.

2. Chemiczne środki odkażające zabijają bakterie lub powstrzymują ich rozwój, są wykorzystywane w niszczeniu wirusów, grzybów, pleśni i wielu przetrwalników zarazków. Służą do odkażania wody pitnej, ścian, podłóg, mebli, naczyń stołowych i kuchennych, pomieszczeń szpitalnych, pojemników do wody i mleka, środków transportu żywności, pomieszczeń dla zwierząt, żłobów, odchodów ludzkich, śmietnisk. Zasadnicze znaczenie ma dobór środka odkażającego do konkretnej potrzeby, ilość tego środka na jednostkę miary odkażanej powierzchni, objętości lub wagi (np. litr roztworu o konkretnym stężeniu na metr kw. podłogi oraz czas działania tego środka (od 3 minut do 3 godzin).

3. Tylko kilka środków odkażających można stosować do dezynfekcji skóry, błon śluzowych, uszkodzonych tkanek bez ryzyka ich działania trującego, uczulającego lub drażniącego na człowieka (są to tzw. środki aseptyczne – groźne dla zarazków, a bezpieczne dla ludzi).

4. Wybór konkretnego środka odkażającego poza jego dostępnością i ceną jest więc podyktowany określoną potrzebą, ale też wygodą i bezpieczeństwem stosowania. Konieczne jest więc dokładne zapoznanie się z treścią etykiety lub dołączonej ulotki już w chwili dokonywania wyboru. Jeśli etykieta nie zawiera precyzyjnych danych, nie należy podejmować ryzyka związanego z pozorowanym unieszkodliwianiem zarazków lub działaniem trującym, drażniącym lub uczulającym środka chemicznego, za którego skuteczność i bezpieczeństwo użycia nawet producent nie chce przyjąć odpowiedzialności.

5. Chemiczne środki odkażające należy stosować wyłącznie zgodnie z precyzyjną instrukcją odczytaną z etykiety. Próba odejścia od tej zasady (zmiana zastosowania, oszczędzanie środka przez większe niż należy rozcieńczenie, skracanie czasu odkażania) grozi szerzeniem się chorób zakaźnych, zaś lekceważenie środków ostrożności (np. stosowanie wapna chlorowanego bez odzieży ochronnej – buty gumowe, rękawice, maska przeciwgazowa) – śmiertelnym zatruciem.

6. Chemiczne środki odkażające tylko wtedy zniszczą zarazki, kiedy zastosuje się je na bardzo czyste powierzchnie podłóg, ścian, mebli, sprzęty, itd. lub do zaprawienia przefiltrowanej wody (np. kilkakrotnie przez czystą tkaninę, watę, itp.). Odkażanie powierzchni pokrytych szlamem, błotem, odchodami, pyłem i in. substancjami organicznymi mija się z celem. Nieskuteczna będzie dezynfekcji wody, która jest mętna, a w osadzie znajdują się substancje organiczne neutralizujące bez reszty zastosowany środek.

7. Ludzie, którym nie dostarczono chemicznych środków odkażających w ramach działalności przeciwepidemicznej Państwowej Inspekcji Sanitarnej, ani też nie otrzymali ich wśród innych darowanych produktów (naturalnie tak jak w przypadku dokonania zakupu osobiście obowiązują podane wyżej wymogi wyboru i stosowania), a przy tym nie mają ich gdzie lub/i za co kupić, muszą oprzeć swoje zabezpieczenie przed chorobami zakaźnymi na wykorzystaniu innych sposobów:

-ogień – spalić zbędny sprzęt, odchody, odpady, śmieci; opalić przedmioty metalowe
-wygotować co można przez 10 – 30 minut lub kilkakrotnie obficie polać wrzątkiem
-wyprasować żelazkiem wypraną i wilgotną odzież, pościel itd. (dokładnie szwy)
-suszyć długo na słońcu (sposób niepewny, ale czasem jedynie dostępny)
-alkohol etylowy 70% (czysty spirytus z przegotowaną wodą) do przemywania rąk i powierzchni – pozostawić do wyschnięcia
-nadmanganian potasu – kilka kryształków na litr wody do uzyskania bardzo jasnofioletowego koloru (woda do mycia zębów, skóry wrażliwej, naczyń w kuchni)
-woda do picia, mycia zębów, ostatniego płukania w kuchni:
-gotować co najmniej przez 2 minuty
-jodyna – 4 – 6 – 10 kropli na 1 litr wody, pozostawić na v cvilkakrotnie mieszając
-bielinka, czyli 5,25% roztwór podchlorynu sodu (uwaga na ręce, nie wdychać pary!)
-na powierzchnie gładkie – łyżka na 4 l wody, postawić do wyschnięcia
-na powierzchnie porowate – 3 łyżki na 4 l wody, po 2 min spłukać
-do dezynfekcji wody pitnej – 4 krople bielinki (świeżej i bez dodatków) na litr wody, zamieszać, pozostawić na 30 minut, gdy woda nie cuchnie nieco chlorem, zabieg powtórzyć i odczekać 15 min, potem na 15 – 30 min dodać tę samą ilość 3% wody utlenionej lub potrzymać w otwartym naczyniu, aby poprawić smak.

28. maja 2010

Polskie Państwo, czy błazeństwo? Woda ma to do siebie, że spływa i daje dobry przykład niewydarzonym politykom, którzy publicznymi wypowiedziami policzkują demokrację. Ci, jako ludzie przezorni i zapobiegliwi, w odróżnieniu od beztroskich wyborców, dobrze wiedzą, że trzeba się ubezpieczać i po spławieniu już to wypływają na powrót na wierzch, już to żyrują własną twarzą zaufanie podobnym sobie powracającym do koryt.

A biedny naród nie tylko nadal po trzynastu latach nie ma za co się ubezpieczać, ale w osobach tylu naszych braci i sióstr, tylu rodzin, stracił resztki mizernego dobytku. Najbardziej oczywistym dorobkiem przeżartych chciwością polskich elit jest rozpiętość dochodów w naszym kraju, szczególnie dotkliwa wtedy, kiedy milionom ludzi za pomocą zabiegów prawno-administracyjnych odmawia się szans na godziwe życie, po to, aby członkowie elitarnej szajki mogli sobie nawzajem poprzyznawać wysokie apanaże z publicznych środków, a przy tym podzielić intratne role najemników.

Jakież to wielkie liczby ludzi, którzy już przed ostatnią klęską potopu, żyli w skrajnej biedzie, musiały złożyć się na wielomilionowe majątki polityków, choćby takich, jak autorzy największego skandalu prywatyzacyjnego III RP,  a przy tym ojcowie założyciele rządzącej obecnie partii. Wielu  najlepiej wychodzi obecność na salonach europeizmu czy globalizmu, gdzie za poklepanie po ramieniu i wysokie wynagrodzenie podpiszą wszystko włącznie z aktem sprzedaży za bezcen, kawałek po kawałku, własnej matki  - Ojczyzny. Ci postrojeni w piórka tzw. bezstronnych naukowców, bądź trzeźwo myślących polityków dziwnym trafem są niezwykle przydatni każdemu kto tylko zechce wyciągnąć rękę po naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a więc okraść nas z polskiej – a co najważniejsze dobrze udokumentowanej – interpretacji historii, pozbawić nas wszelkiej własności i tak zmanipulować młodzież, aby wprost biegiem ruszyła zmywać talerze na obczyźnie.

Troska o własny interes nie pozostawia politykom wolnego czasu na zajmowanie się tak banalnymi sprawami, jak dbałość o zdrowie, życie i mienie obywateli państwa, na którego czele stoją i któremu ślubowali służyć. Znaków o wręcz biblijnej wymowie aż nadto. Jeszcze więcej przekonujących dowodów, których nie mógłby odrzucić żaden rzetelny wymiar sprawiedliwości.
W 1997r., już po wielkiej powodzi, agendy rządowe dokonały oceny stanu technicznego oraz stanu bezpieczeństwa 655 obiektów hydrotechnicznych piętrzących wodę. Stwierdzono, że:
˙       31,4 % budowli stwarza lub może stworzyć zagrożenie bezpieczeństwa ludzi i mienia (w 1994 – 29%),
˙       87,2% obiektów  jest w złym stanie technicznym
˙       11 obiektów zagraża bezpieczeństwu otoczenia
1.      Zakrzew (zbiornik, zapora, jaz)
2.      Pieniężno (zapora, elektrownia wodna, jaz)
3.      Dzibice (zbiornik, zapora, wieża przelewowo-spustowa
4.      Cedzyna (zbiornik, zapora, jaz)
5.      Łączany (jaz)
6.      Kanał Łączany-Skawina
7.      Krępa (śluza, jaz)
8.      Gerlach (zbiornik, zapora)
9.      Dzikowiec (zbiornik, zapora)
10.   Wrocław I (elektrownia wodna, jaz)
11.   Zalew Wiślany (wał w rej. Grochowo)
˙ 42 obiekty mogą stworzyć zagrożenie bezpieczeństwu otoczenia
˙ na długości 2 050 km  należy dokonać przebudowy wałów przeciwpowodziowych
˙       istnieje potrzeba budowy 1 300 km nowych wałów
˙       wokół 37 zbiorników wodnych wybranych ze względu na znaczenie gospodarcze, wysokość piętrzenia oraz skutki awarii
˙         strefa bezpośredniego zagrożenia katastrofalnymi zatopieniami obejmuje niemal 3 000 km kw. i dotyczy 570 000
osób  (np. wzdłuż koryta Sanu – 42 000 osób, Wisłoka – 8 000 osób)
˙         w przypadku wystąpienia katastrofy budowlanej straty, w tym utrata życia, mogą dotyczyć prawie 100 000 osób, a
ewakuacji może wymagać prawie 500 000 osób

Do tego fragmentu mojej książki p .t . "Woda" wydanej w 1998r. należałoby dodać pozostające w świeżej pamięci czy też właśnie oglądane obrazy z powodzi obecnie niszczącej nasz kraj. Znamienny jest spontaniczny komentarz osoby stojącej u szczytu władzy w Polsce. Marszałek sejmu Bronisław Komorowski – jak sam powiedział – miał przyjemność wizytowania terenów powodziowych. Wcześniej dowiedzieliśmy, że ów kandydat na prezydenta Polski też dla przyjemności strzelał do zwierząt, aby je zabić. Dla nas, zwykłych ludzi, czerpanie przyjemności z masowego nieszczęścia, czy z zabijania, jest po prostu niewyobrażalne. Z pobudek solidaryzmu ogólnoludzkiego, a tym bardziej narodowego, wiemy dobrze, że wszyscy jesteśmy powodzianami. Wszyscy jesteśmy też narażeni na skutki katastrofy budowlanej tamy we Włocławku, czy skażenia terenów wodonośnych Wrocławia truciznami z hałdy w Siechnicy. W odróżnieniu od polityków nie wsiądziemy do samolotu i nie zamieszkamy w kolejnym domu w Szwajcarii, na Florydzie, czy w Monachium. Pozostaniemy w kraju w  imię polskości, o której Donald Tusk zbierający w 2010r, publiczne pochwały od niemieckich ziomków i samej Eriki Steinbach, tak pisał w 1987r. na łamach miesięcznika "Znak":
"(…) Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski, jest ucieczką od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem." "Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. "Czym jest nasze życie? -  pisał Andrzej Bobkowski w Szkicach piórkiem (ile w nich trafnych uwag o polskości!).  -  Nawijaniem na kawałek tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego  -  do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągle podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie  -  to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?…"  pisał Tusk w 1987r.

Trzeba przyznać rację autorowi tych słów, a zarazem premierowi rządu, który dwadzieścia lat później, tuż po objęciu władzy, storpedował program ochrony Polski przed katastrofalnymi zatopieniami. Niewątpliwie polskość jest projekcją naszych zbiorowych kompleksów, na czele z paraliżującym samoobronę kompleksem  niższości w stosunku do władzy ewidentnie szkodliwej dla Polski.

4. czerwca 2010

Do najbardziej trudnych do rozwiązania problemów każdego człowieka należą zagadnienia związane z płciowością. Niemalże od kolebki aż do łoża śmierci płciowość człowieka pokazuje swoją siłę. Jest to siła twórcza, wiążąca obcych sobie ludzi w jedno ciało owocujące dziećmi, a na skutek sublimacji dająca strzelisty jak gotyckie świątynie rozkwit wszelakich talentów, ale i siła destrukcyjna o mocy żywiołu, który w jednej chwili potrafi zniszczyć wszystko i wszystkich. Jak powódź wnosząca do naszych domów wszelkie nieczystości.

Nic więc dziwnego, że obie strony walki Dobra ze Złem toczącej się na polu bitwy zwanym człowiekiem nadają płciowości wagę najwyższą. Czego Pan Bóg od nas oczekuje, dobrze wiemy ze Starego i Nowego Testamentu, z encyklik papieży, z codziennego nauczania kapłanów. Podobnie precyzyjne oczekiwania nasi muzułmańscy bracia znajdą na stronach Koranu, w Sunnie, szarii i adacie. A czego chce od nas Szatan? Przecież wierząc w Boga, nie można zaprzeczać istnieniu i dziełom Szatana. Szatan w sposób jasny i oczywisty spodziewa się, że za pomocą niekontrolowanej płciowości odbierze człowiekowi Boga, a Bogu – człowieka. I – niestety – osiąga zamierzone efekty. Cóż jak nie sprzeciw wobec zasad normalnych zachowań płciowych stoi na pierwszym miejscu wśród przyczyn odejść od Boga? Pod presją budzącej się płciowości od najmłodszych lat, ci, którym Boże drogowskazy są najbardziej potrzebne, odwracają od nich głowę, schodzą z dobrze wytyczonych dróg i brną w coraz głębszym błocie na dalekie manowce. Nie potrafią sobie poradzić ze sprzecznymi – w ich rozumieniu – cechami fizycznej, psychicznej i moralnej komponenty własnej integralności. Zerwanie z Kościołem z powodu niedotrzymywania wymogów wiary w zakresie płciowości dowodzi, że dziewczyna, chłopiec, kobieta, mężczyzna na czas nie usłyszeli od rodziców i wychowawców, w tym od kapłanów, że Kościół jest dla grzeszników, że Kościół jest dla słabych, dla podatnych na zauroczenie, że Kościół jest też dla szukających przyjemności za wszelką cenę, dla odurzonych miłością, dla zafascynowanych nową zabawką, dla oszukujących najbliższych, dla zwykłych ludzi, żadnych tam niezłomnych bohaterów. Zerwanie z Kościołem z powodu niedotrzymywania wymogów wiary w zakresie płciowości dowodzi też, że dziewczyna, chłopiec, kobieta, mężczyzna na czas nie usłyszeli od rodziców i wychowawców, w tym od kapłanów, że zwykły człowiek nie jest święty z samej istoty człowieczeństwa, wręcz odwrotnie – jest grzeszny i dopiero dąży do świętości. I niewątpliwie ją osiągnie, o ile sam z tego dążenia – pod byle pretekstem – nie zrezygnuje. Jakże szkodliwe dla wszystkich, a przede wszystkim dla samych zainteresowanych, ale i dla ich rodzin i całych narodów, są odejścia od wiary spowodowane płciowością, która została nam dana nie dla destrukcji a dla konstrukcji maksimum szczęścia osiągalnego tu i teraz, ale przede wszystkim – w przypadku sprostania wynikającym z niej próbom wolnej woli – także w nieskończoności.

Niewyobrażalny wcześniej napór Szatana na manipulowanie ludzką płciowością wymaga dostosowania się ludu bożego do nowej sytuacji. Trzeba otworzyć mocno zaciśnięte oczy, należy wyzbyć się obaw przed naruszaniem wyimaginowanego tabu, mieć odwagę głosić swoje przekonania w sposób klarowny i oparty o współczesną wiedzę. O współczesną wiedzę naukową.

O właśnie. Ileż to nieszczęść przyniosły ludziom, całym pokoleniom, i to na całym świecie, a szczególnie w państwach dawniej chrześcijańskich, dane do wierzenia i przyjęte za pewnik urojenia rozmaitych guru, autorytetów wyrosłych na fali walki z Chrześcijaństwem, twórców całych szkół myślenia, nowatorskich kierunków nauki, które wkrótce po zaistnieniu wprowadzały do teorii i praktyki życia społecznego dogmaty tyleż niepodważane, co niekontestowane. Niekontestowane dlatego, że nikt nie odważał się im zaprzeczać, a gdyby nawet taki odważny się znalazł, zostałby przez entuzjastów dogmatu starty w proch i rozsypany na rozstajnych drogach, aby wraz ze swoim protestem zniknął bez śladu.

Zygmunt Freud w napisanej w 1915r. pracy “Instynkty i ich zmienne koleje” twierdził, że życie człowieka zależy od dwóch głównych sił . Pierwszą z nich jest instynkt samozachowawczy, dzięki któremu ludzie zachowują własną egzystencję. Drugą siłą miały być instynkty płciowe, za pomocą których ludzie zapewniają przeżycie gatunku. Jak pisał Freud: “Zaproponowałem rozróżnienie dwóch grup tego rodzaju pierwotnych instynktów (które należy rozróżnić): ego lub instynkty samozachowawcze i instynkty seksualne.

Degradacja osoby ludzkiej to istoty, wręcz zwierzęcia miotanego instynktami utrzymała się i utrzymuje nadal w wielu wypowiedziach naukowców, lekarzy, filozofów, polityków, a więc kreatorów opinii i kowali losu milionów ludzi.

Na szczęście najnowsze badania w zakresie seksualności człowieka podważają dogmat Freuda, o czym opowiem za tydzień.

11. czerwca 2010

Dojrzewające w czerwcowym słońcu tuskawki nabierają coraz bardziej czerwonej barwy. Nie trzeba mieć złudzeń. Jako najbliższa w obszarze ideologii i w realnej praktyce rządzenia kawiorowa socjaldemokracja to żadna kompromitacja zarówno dla całości platformy oligarchicznej, jak i jej prominentnych komików ścierających się ku uciesze i otumanieniu gawiedzi, tak świetnie sprawdzonych w odgrywaniu ról dobrego i złego gliny, że po prostu niezastępowalnych. Co dalej? W ślad za brutalną retoryką łatwo wprawić w ruch pałki, armatki wodne, kule z gumy i ołowiu i całą tę przeklętą resztę form przemocy, bezprawia i eksterminacji, z czym nasza część Europy miała się rozstać z końcem XX wieku naznaczonego upiorną symboliką dwóch nazwisk wodzów naszych sąsiadów. Stalin i Hitler budzili strach i przerażenie, bo stali na czele władzy państwowej nie poddawanej żadnej kontroli demokratycznej. Opozycję zniszczono fizycznie. Krytyków sterroryzowano. Brak ostentacyjnego entuzjazmu dla jedynie słusznej partii przykładnie ukarano. Nie od razu. Nie od razu. Na dzień dobry żadna dyktatura nie przedstawia się z najgorszej strony. Krok po kroku cierpliwie, z naruszeniem konstytucji, czy też zgodnie z jej duchem i literą, zdobywa jedną pozycję po drugiej, aż pewnego dnia wódz ogłosi swoim coraz bardziej chciwym pretorianom – bierzcie całą władzę! Pies z kulawą nogą nie upomni się o naszych przeciwników. Zamknęliśmy im usta na zawsze.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dwa bezprecedensowe zdarzenia, które ostatnio zbulwersowały światową opinię publiczną, a były słabo dostrzeżone i mało komentowane w naszym kraju, zapewne wobec serii nieszczęść, zapoczątkowanych katastrofą 10. kwietnia w Smoleńsku, a które rozlały się powodzią dewastującą byt setek tysięcy ludzi i powinny ponownie zwrócić uwagę Polaków na sens cierpień Hioba. Oto prezydent Republiki Federalnej Niemiec złożył rezygnację, gdyż przyznał publicznie, że półtora miliona żołnierzy Bundeswehry, głównie z poboru, służy ochronie niemieckich interesów gospodarczych, zaś libańskiego pochodzenia Amerykanka red. Helen Thomas straciła akredytację w Białym Domu za wypowiedzenie opinii, iż ludzie z Izraela powinni wrócić do domu, czyli do Niemiec i Polski. Za możliwym rozwojem spraw wyobraźnia wprost nie nadąża.

Z żalem stwierdzam, że pomimo pięknych tradycji, polska inteligencja, elita intelektualna naszego państwa, z małymi wyjątkami, nie daje sobie rady z wyzwaniami współczesności, nie wykorzystuje dostępnych narzędzi obrony demokracji w Polsce, nie sprzeciwia się pełzającej dyktaturze, nie dostrzega śmiertelnych zagrożeń dla suwerenności Państwa Polskiego i praw człowieka jego obywateli w coraz bardziej narastającej fali przemocy politycznej i łamania podstawowych praw obywatelskich z prawem do życia, miru domowego i wolności wypowiedzi na czele.

Od 10. czerwca 2010r. sytuacja stała się jeszcze bardziej krytyczna. Należy zdać sobie sprawę z oczywistego faktu, że ikonami obecnego sojuszu, oprócz dobrze znanych prominentów partii czerwonej tuskawki są takie postaci, jak Katarzyna II, Erika Steinbach, Martin Schulz i José Zapatero.

18. czerwca 2010

Dajcie mi władzę, a was urządzę. Spośród nieskończonej liczby zagrożeń zdrowia i życia ludzi na pierwszym miejscu stoi zagrożenie ze strony polityków. Występując w roli przywódcy grupy interesów, czy to dla idei, czy za pieniądze, polityk o tendencjach totalitarnych, w miarę poszerzania pola władzy staje się coraz to większym zagrożeniem dla wyborców własnych, cudzych i zupełnie obcych. Przywódca sfrustrowanych Niemców skuteczną retoryką i narracją uzyskał entuzjastyczne poparcie ogromnej większości swojego narodu, wyraźnie zdefiniował wrogów i z pełną furii zaciekłością przystąpił do ich unicestwiania w kraju i zagranicą. Nie był sam. On stał na czele tych, którzy mu zawierzyli, albo bali się mu sprzeciwić. Od skrytobójczych zamachów i szczucia motłochu na wybrane osoby i grupy ludzi do fali ludobójstwa na skalę potęgi sławnego ze swej reklamowanej doskonałości przemysłu upłynęło zaledwie kilka lat. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Hitler zdobył władzę w wyniku wyborów wygranych w państwie prawa. Nie mógł liczyć na wykluczenie z wyborów zwartych grup obywateli uprawnionych do głosowania. Na przykład na skutek powodzi. Nie mógł też polegać na sfałszowaniu wyników wyborów wobec istnienia świadomej swoich uprawnień i sprawnej organizacyjnie konkurencji politycznej. Dlatego przed wyborami Hitler nie mówił wszystkiego. Wiedział, co mówił a nie mówił, co wiedział.

Donos i zbrodnia sądowa nie były słowami kluczowymi kampanii wyborczej Hitlera.

A potem? A potem każdy przejaw krytyki był bezwzględnie miażdżony. Wykazy wrogów państwa niemieckiego służyły za podstawę zgodnych z prawem postępowań: ująć, osądzić, zabić, a przed śmiercią wykorzystać do budowy III Rzeszy. Także za dowcip. Za cieszący się wielką popularnością w przedwojennej Polsce numer kabaretowy “Ten wąsik, ach ten wąsik” znakomity polski aktor Ludwik Sempoliński był poszukiwany przez gestapo. Na szczęście bezskutecznie.

Publicznie zachęcać do składania donosów na politycznego przeciwnika i zapewniać – będąc przy tym stroną procesu sądowego – że wyrok sądu jest z góry rozstrzygnięty, może tylko ktoś, kto gardzi prawem i sprawiedliwością i szykuje nam dyktaturę przekraczającą ludzkie wyobrażenie. Przed wyborami nawet Hitler nie mówił, że rządzi wymiarem sprawiedliwości.

Gdzie są obrońcy praw człowieka? Krajowi i zagraniczni? Na etacie i społecznie wynajdujący rzeczywiste, a często urojone, przykłady łamania praw człowieka w polskiej przeszłości i teraźniejszości. Czy wśród nich są sami agenci wpływów? A jeśli są uczciwi i bezstronni, dlaczego pomijają milczeniem stałe publiczne ataki na tle religijnym, etnicznym i rasowym skierowane przeciwko osobom, które nie poddają się presji poprawności politycznej i po prostu są zwykłymi ludźmi korzystającymi z naturalnego, niezbywalnego prawa wolności wypowiedzi? Łamaniem praw człowieka jest już mniej lub bardziej furiatyczny atak słowny polityka na obywatela. Na obywatela, który sam nie będąc politykiem, wyraża swoją opinię w sprawach publicznych, w tym dokonuje ocen działań i zaniechań polityków sprawujących władzę. Bo to nie obywatel ma w ręku takie narzędzia represji państwa, jak służby specjalne, policja, prokuratura i sądownictwo. Ma je polityk, stanowiąc prawo i to prawo wykonując. Nawet wtedy, kiedy z góry nie zna wyroków sądowych przed ich wydaniem. Prawo i jego egzekwowanie niezgodne z międzynarodowymi standardami jest przedmiotem szerokiej krytyki. Stosowanej jednak wybiórczo, co w rezultacie prowadzi do okradania ludzi z ich przyrodzonych, zgodnych ze zdrowym rozsądkiem, a nawet zapisanych w międzynarodowych konwencjach przywilejów płynących z samej istoty człowieczeństwa.

Na pytanie dlaczego zakres i siła krytyki łamania praw człowieka podporządkowane są doraźnym korzyściom kreatorów poprawności politycznej, niech odpowiedzą znawcy przedmiotu. Intuicyjnie można podejrzewać, że wynika to z uzgodnień pomiędzy pseudoobrońcami praw człowieka a ich mocodawcami, a nawet wprost z zatrudniania przez rządy, firmy, czy inne grupy interesów zawodowych krytykantów strojących się w piórka obrońców ludzkości. Stąd i instalowanie kulturowo niekompetentnych jednostek, a za wsparciem obcych potęg – całych struktur, które Polakom mają wybić z głowy wiarę katolicką, patriotyzm i wartości rodzinne. Instalatorzy słabo znają polską historię. Nie wiedzą, że kiedy dochodzi do podboju Polski poprzez walkę z kulturą – Kulturkampf – skutek jest odwrotny do zamierzeń najeźdźców.

Za partie polityczne mówią ich przywódcy. Są to ludzie obsadzeni na najwyższych stanowiskach państwowych, czyli cieszący się największym zaufaniem swoich partii. Napaść słowna na papieża Benedykta XVI, stały atak na duchownych prowadzony przez najwyżej postawionych przedstawicieli partii, której inni oficjele zapewniają o przywiązaniu do wiary, wszakże wybiórczym, zupełnie przypomina instrumentalne posługiwanie się znakiem krzyża przez Krzyżaków i ludobójców z Luftwaffe. Już bardziej wiarygodnie wygląda podkradanie fragmentów społecznej nauki Kościoła Katolickiego, aby je obrócić w hasła wydobywającej się z kawioru lewicy. Trzeba mieć nadzieję, że nowa lewica przeczyta i przyjmie za swój program cały katechizm, nie tylko jego wygodne fragmenty. Musi się jednak śpieszyć. Może nie zdążyć. Rozgrzani sędziowie czekają.

5. czerwca 2010

Wybiera się tego, kto jest najbardziej wiarygodny. Wybiera się tego, kto jest najbardziej godny zaufania. Wybiera się tego, kto nie oszuka a potrafi spełnić wyborcze obietnice. Jakie obietnice? Całkiem proste. Obietnice normalnego życia w spokoju, zarobków nieprzekraczających niezbędnych wydatków, strzeżenia wartości budujących wspólne dobro. Obietnice bezpieczeństwa albo też obietnice przewrotu, radykalnej zmiany na korzyść wszystkich lub też niektórych wyborców. Niekiedy na korzyść bardzo wąskich grup, po prostu mniejszości, którym w demokracji należy się ochrona. Wszak demokracja służy dobru większości, ale i zabezpiecza te interesy mniejszości, które nie szkodzą większości.

Są przecież interesy mniejszości, które bardzo szkodzą dobru wspólnemu. Na przykład interesy mniejszości polityków, którzy na rządzeniu dorobili się pokaźnego majątku. Co reforma, to okazja. A jak głosi stare powiedzenie, okazja czyni złodzieja. W tym przypadku złodzieja wspólnego majątku. Należącego do mniejszości, ale tej, której ochrona w żadnym razie się nie należy, bo reprezentującej interesy jakże szkodliwe dla większości, która rozkradziony przez mniejszość majątek publiczny albo odziedziczyła, albo wypracowała, albo zaoszczędziła, dosłownie odbierając własnym dzieciom chleb od ust, co było na porządku dziennym w rodzinach pracowników polskich zakładów pracy, ze szpitalami na czele. Kwieciste przemówienia na rzecz rzekomo niezbędnych i świetnie przemyślanych reform, tony papieru zapisane przez sowicie opłacanych ekspertów od uzasadniania nawet najbardziej bzdurnych zleceń i już można było ukraść pierwszy milion. Ukraść zwykłym ludziom – wyborcom i podatnikom. Ci zanim się zorientowali o co naprawdę chodzi w tych reformach, już stracili wszystko. Nie ma pracy, nie ma mieszkania, nie ma ochrony zdrowia, nie ma szkoły, nie ma transportu. Są niespłacone kredyty, są nieleczone choroby, są niezaspokojone podstawowe potrzeby rodziny i własne. Jest za to wysoka świadomość. Dyplomami wielu fakultetów i świadectwami ukończenia niezliczonej liczby kursów niejeden ledwo wiążący koniec z końcem może sobie wytapetować ścianę. Wysoka świadomość zdobyta na pospiesznie skleconych uczelniach lub na kursach strzyżenia psów i układania kwiatów jest nie do przecenienia. Wdzięczni absolwenci już nie myślą o zatrudnieniu zgodnym z cenzusem wykształcenia, już nie chcą pracować w Ceglorzu, czy w stoczni, a słuchają, ach słuchają z dziecięcym zaufaniem kolejnych obietnic wyborczych. I biegną radośnie do urn w Wielkiej Brytanii i w Poznaniu, w Irlandii i w Szczecinie, pędzą podziękować swoim dobroczyńcom jeszcze bardziej ochoczo niż górnicy bez kopalń na Śląsku, niż mieszkańcy Mazur bez domów, niż rolnicy bez dochodu na terenach wiejskich (ale nie ci z Marszałkowskiej), niż kolejarze bez pociągów w całym kraju, niż wreszcie marynarze bez polskich statków na morzach i oceanach całego świata. Ciekawe, że mniejszą niż w Londynie i Dublinie wdzięcznością za poniewierkę wykazali się dopiero co polscy wyborcy w Chicago i w Nowym Jorku, gdzie – jak słychać – zanotowano sporo głosów nieważnych.

Jeśli gdziekolwiek udział głosów nieważnych wydaje się nadmierny, dobrze byłoby poznać powody unieważnienia głosów. Puste karty do głosowania, czy np. dodatkowe skreślenia na kartach wypełnionych prawidłowo mają swoją wymowę. Jaką? Niech starsi opowiedzą młodzieży o anatomii reprodukcji władzy w realiach państwa komunistycznego i postkomunistycznego. Można też zaczerpnąć wiedzy u źródła. Niemała część macherów i beneficjentów wiecznie żywego w Polsce realnego leninizmu nie kryje się po kątach, a tokując w telewizji, z nadzieją na zagospodarowanie wpatruje się w nową gwiazdę lewicy. To nic, że on taki młody. Nawet lepiej. Jest zababawowy. Jak jego poprzednik może zatańczyć i zaśpiewać. Za to może nie wiedzieć, kto też na początku mijającej dekady wysłał polskie wojsko do Afganistanu, a potem do Iraku, na wojnę, której najbardziej głośnym krytykiem był Jan Paweł II, największy autorytet świata, autorytet katolików, muzułmanów i mniej liczebnych grup religijnych, a także wielu niewierzących. To, przed czym polski papież przestrzegał, spełniło się aż nadto. Ogrom cierpień ludności cywilnej przytłacza, wołająca o pomstę do nieba krzywda uchodźców nie powinna dawać spokoju nikomu, straty dla kultury, gospodarki i porozumienia między narodami w skali światowej są nieodwracalne. Trzeba mieć nadzieję, że umyślnie i uporczywie prowokowany incydent przedwyborczy nie doda dalszych ofiar – i to po naszej stronie – do niezawinionego przez nas starcia ze światem Islamu.

Niewątpliwą korzyścią z obecnej kampanii wyborczej w Polsce jest podejmowanie prób samookreślenia się polityków, w szczególności kandydatów na prezydenta. Odcinając się od socjaldemokratów miłujących pokój co najmniej od czasów Breżniewa, lider tzw. nowej lewicy ma szanse pociągnąć za sobą skrzywdzonych przez tychże zwykłych ludzi i próbować wydobyć ich z otchłani dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, dokąd trafili za sprawą etatowych przywódców robotników i chłopów. Jednak tego nie czyni. Poszukuje celów łatwiejszych do osiągnięcia, a tym samym przynoszącym lody do ukręcenia i konfitury do wylizania tak szybko jak tylko jest to możliwe. I z kim to wchodzi w sojusze? Nie do wiary! Z katolikiem! Naturalnie, takim katolikiem, który publicznie i wielokrotnie oświadcza, że jest za życiem, i dlatego popiera metodę in vitro. Jest to w oczywistej sprzeczności z nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego. Wydaje się, że chodzi to o inny Kościół katolicki...

2. lipca 2010

Ze względu na czas popełnienia oszustwa wyborcze można podzielić na trzy grupy, a to: 1) przedwyborcze, 2) dokonywane w czasie głosowania, 3) związane ze zliczaniem głosów. Oszustwa przedwyborcze polegające na kłamliwych obietnicach nie do spełnienia są łatwe do dostrzeżenia przez każdego i inspirują nawet kultowych artystów.

“Wałęsa, oddaj moje 100 milionów!” nie bał się zaśpiewać w 1992 r. pierwszy polski rapper Kazik Staszewski. Wtedy jeszcze nikt nie bał się niesprawiedliwych wyroków. Oszustwa związane ze zliczaniem głosów są prawdopodobnie już nie do upilnowania, nawet przed zrealizowaniem marzeń dyktatorów o głosowaniu przez internet.

Wobec tego kilka refleksji o oszustwach nad wyborczą urną.

Nie wiemy co się stanie z naszym głosem po wrzuceniu kartki do urny. Ani w jakim towarzystwie ta kartka wyląduje. Mało tego, nie wiemy ile głosów i na kogo oddanych znalazło się w urnie wyborczej zanim zagłosował pierwszy wyborca! Znam losy interwencji kogoś, kto będąc członkiem komisji nie należącym do lokalnej szajki wyborczej, oprotestował wynik wyborów w całym okręgu, gdyż komisja w pełnym składzie nie mogła zajrzeć do wnętrza urny zanim otwarto drzwi, aby wpuścić o 6.00 rano pierwszych głosujących. Urna była już przed sprawdzeniem zamknięta i zapieczętowana, co miałoby zaświadczać, że przed głosowaniem nie podrzucono do niej żadnych kartek wyborczych. Bo gdyby podrzucono, to tylko na korzyść jednego z konkurentów przecież, co mogłoby zadecydować o wyniku wyborów. Sędzia rozpatrujący sprawę uznał wszakże, że to wydarzenie nie miało wpływu na wynik wyborów i protest oddalił. Miało to miejsce dobrych kilka lat temu, na włościach ważnego barona. Ludzki był to pan, a że trzymał władzę wespół z każdym wdzięcznym mu za nominację komendantem, prokuratorem, sędzią, a nawet inspektorem, ręce same składały się do oklasków i nikt nie szczędził daniny na ochronę zwaną z ruska kryszą. Kto by tam się odważył. Baron to tytuł uważany powszechnie za niższy od tytułu hrabiego. Hrabia to dopiero potrafi! I to w skali całej Polski, nie jakiegoś starego województwa. Byle siedział cicho i nie chwalił się swoim tytułem za zasługi dla zaborców. Poza tym w Polsce konstytucja zniosła tytuły arystokratyczne. Konstytucja marcowa. Ta z 1921r. Tak objaśniam, bo nie wiem, czy jeden z dwóch – obok Wojciecha hr. Dzieduszyckiego – najsławniejszych hrabiów szczycących się swoim tytułem w Polsce XXI w., przerabiał dwudziestolecie międzywojenne na lekcjach historii, czy może akurat był na polowaniu. Hrabia hrabiemu nie równy. Taki hr. Dzieduszycki zniewalał kulturą i wykształceniem, tak uwodził lwowskością, że pomimo iż w 2006r. przyznał się do wpółpracy ze służbą bezpieczeństwa, co potwierdza 400 ręcznie pisanych raportów z lat 1949 – 1971, to jego na pogrzeb w 2008r. stawiły się liczne setki wrocławian, w dużej części tych co przywrócili żywioł polski na ziemach odzyskanych, tych ze Lwowi…Nauczonych historii na podstawie podręczników uzwględniających polską rację stanu. Znających wartość wspólnoty narodowej w pozornie pokojowej, a w istocie bezwzględnej konkurencji pomiędzy narodami. Doceniających patriotyzm jako spoiwo fundamentu dobrobytu i bezpieczeństwa własnego narodu. Wspierających rodaków i uzyskująch od nich pomoc w razie potrzeby. Dumnych z polskości i czerpiących z niej bodźce do kariery. Stąd i mogących stanąć w szranki konkurencji nawet na polowaniach tzw. dewizowych. I to nie jako naganiacze, których zadaniem jest spłoszyć dziką zwierzynę, będącą przedmiotem polowania i skierować ją na stanowiska myśliwych. A jako przedni myśliwi, także ci, którzy nie lubią, a nawet nie chcą zabijać i tylko fotografują. Tak, tak. Programy nauczania historii i sposoby nauczania historii wprost decydują o życiu. W słowach HISTORIA MAGISTRA VITAE EST, czyli historia jest nauczycielką życia, Marek Tuliusz Cyceron zawarł niezaprzeczalną mądrość, która po ponad dwóch tysiącach lat znalazła swoje opaczne zastosowanie nie gdzie indziej, jak właśnie w naszym kraju. Platforma Obywatelska z premierem Donaldem Tuskiem i jego totumfackimi na czele poddała pogramy nauczania historii procesowi swoistego `reductio ad absurdum”, co już wkrótce wykorzeni miliony młodych Polaków z ich tożsamości i pozwoli tym wszystkim konkurentom, którzy potrafią zadbać o wychowanie własnej młodzieży, po prostu przejąć bez oporu tubylców sporne – ich zdaniem – terytorium obecnego Państwa Polskiego. Do zatrudnienia w nagance nie trzeba też znajomości literatury ojczystej. Nawet – a zgodnie z tradycją obcych rządów w Polsce - zwłaszcza Mickiewicza i jego przydatnego na polowanie “Natenczasa" Wojskiego. Nie trzeba też Sienkiewicza. “Gdyby było nas tu więcej, mielibyście więcej noblistów” – to warte zapamiętania rasistowskie napomnienie skierowane do Polaków.

Widząc skalę zabiegów i charakter metod zdobywania totalitarnej władzy nad Polakami warto pomysleć, czy suma mniej lub bardziej drobnych oszustw, bądź nawet grubych, a za drobne arbitralnie uznanych – choćby dla świętego spokoju – a więc czy suma ogółem oszustw wyborczych decyduje czy też nie decyduje o ostatecznym wyniku wyborów? To pytanie można uznać za retorycznie jedynie wtedy, kiedy wybory uznaje się za jakiś rytuał, albo dobrą zabawę, finał wielkich wygłupów, że aż boki zrywać.

22. października 2010

Pogoda końca roku sprzyja refleksji nad kruchością ludzkiej egzystencji podatnej na efekty wahania natężenia światła, temperatury, ciśnienia atmosferycznego oraz wilgotności i ruchu powietrza. Na szczęście w najczarniejszą z czarnych nocy będzie można dostrzec gwiazdę na Betlejem i za nią podążyć, aby wydobyć się z otchłani.

Rok 2010 to dla Polaków czas wielkiej próby. A do końca roku pozostały jeszcze dwa miesiące z okładem. Co przyniesie listopad i grudzień, skoro minione miesiące 2010 roku zapisały się w kronikach Polski krwią i łzami? Do czego posunie się w teorii i praktyce budowany w Polsce apartheid? Istotą apartheidu jest segregacja, dokonywany siłą rozdział osób uprawnionych do korzystania z praw człowieka od osób tych praw pozbawianych. Kryteria selekcji w pospiesznie budowanym w Polsce systemie apartheidu są znacznie szersze niż stosowane w systemach dotychczas odpowiedzialnych za zbrodnie przeciwko ludzkości popełniane pod szyldem “Nur fuer Deutsche” , czy też “Whites only”. Polski apartheid odbiera prawa człowieka ludziom niespełniającym wymagań co do wieku, majątku i światopoglądu. Wymagania polskiego apartheidu określa władza i komunikuje je za pomocą powiązanych z nią finansowo narzędzi propagandy w formie gróźb, zastraszania, oczerniania, odbierania dobrego imienia i generalnej dehumanizacji ludzi zbyt młodych lub zbyt starych, zbyt chorych lub zbyt niepełnosprawnych, zbyt biednych lub zbyt mało zaradnych, zbyt religijnych lub zbyt wiernych przyjętym zobowiązaniom, zbyt niezależnych lub zbyt wolnych, ogólnie – zbyt innych niż władza tego chce, aby wolno im było korzystać z praw człowieka. Zbyt innych niż władza tego chce w chwili obecnej, na co warto zwrócić uwagę tym, którzy nie zdają sobie sprawy z faktu, że apetyt dyktatury jest niepohamowany.

Luterański pastor Martin Niemoeller w niemieckim obozie śmierci Dachau napisał w 1942 r. wiersz będący ostrzeżeniem przed każdym totalitaryzmem. Sam Niemoeller wielokrotnie zmieniał fragmenty swojego wiersza, inni także dopisywali do tego krótkiego utworu własne frazy odnoszące się do rozmaitych prześladowanych grup oraz zmieniali kolejność ofiar totalitarnej dyktatury. Łatwo zebrać wielojęzyczną i wielowariantową antologię przestrogi zaczynającej się od słów “Als die Nazis die Kommunisten holten…” – popularnie rozpoznawanych w wersji tłumaczenia “Kiedy przyszli po…” . Korzystając z wolności wypowiedzi, którą zapewnia wyłącznie Radio Maryja, katolicki głos w naszym domu, przedstawię P.T. Słuchaczom wiersz Martina Niemoellera w tej wersji, którą miał rozpowszechniać Bertolt Brecht, postać w oczach katolików jeszcze bardziej kontrowersyjna niż sam Niemoeller.

“Kiedy naziści przyszli po komunistów, siedziałem cicho. Żaden był ze mnie komunista.
Kiedy zamykali socjaldemokratów, siedziałem cicho. Żaden był ze mnie socjaldemokrata.
Kiedy przyszli po żydów, siedziałem cicho. Żaden był ze mnie żyd.
Kiedy przyszli po katolików, siedziałem cicho. Żaden był ze mnie katolik.
Kiedy przyszli po mnie, nikogo już nie było, kto mógłby protestować.”

["Als die Nazis die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen. Ich war ja kein kommunist.
Als sie die Sozialdemokraten einsperrten, habe ich geschwiegen. Ich war ja kein Sozialdemokrat.
Als sie die Juden holten, habe ich geschwiegen. Ich war ja kein Jude.
Als sie die Katholiken holten, habe ich nicht protestiert.Ich war ja kein Katholik.
Als sie mich holten, gab es keinen mehr, der protestieren konnte."]

29. października 2010

Cywilizacja europejska do niedawna była siła napędową rozwoju ludzkości. Ten przywilej Europa zawdzięczała gwarantowanemu przez Chrześcijaństwo i naukę rozkwitowi wolności osoby ludzkiej. W dziejowej konkurencji z innymi cywilizacjami sukces cywilizacji chrześcijańskiej wynikał wprost z poszanowania osoby ludzkiej, niezależnie od jej cech. Warto przypomnieć, że pierwsza osoba, która – według św. Łukasza (Dz 16, 14-15), apostoła i lekarza, przyjęła chrzest w Europie, była kobietą – businesswoman z powodzeniem sprzedającą w miejscowości Filippi w Macedonii tkaniny wyprodukowane w centrum ówczesnej mody w mieście Tiatyra (dziś: Ak-Hissar), po drugiej stronie Morza Egejskiego, w głąb lądu dzisiejszej Turcji. Późniejsza św. Lidia chrzest przyjęła od samego św. Pawła w połowie I wieku naszej ery, czyli 50 lat po narodzeniu Chrystusa.

Od samego początku siłą europejskiego Chrześcijaństwa był więc taki sam szacunek dla każdej osoby ludzkiej, bez względu na różnicę płci. Jakże żałośnie przy tym wyglądają tradycje antychrześcijańskiego lewactwa. Już podczas tzw. Wielkiej Rewolucji Francuskiej jakobini zawlekli na gilotynę Olimpię de Gouges. Pierwsza sławna abolicjonistka i feministka, autorka “Deklaracji praw kobiety i obywatelki”, w 1793r. straciła głowę za to, że odważyła się sprzeciwić dyktaturze masowych morderców – i to wcale nie z pobudek religijnych. Domagając się tych samych praw dla każdego człowieka bez względu na kolor skóry, czy płeć, Olimpia de Gouges dzisiaj tym bardziej mogłaby zostać zabita za swój światopogląd, gdyby stanęła w obronie praw ludzi skazywanych na zagładę od pierwszych chwil zaistnienia, dla których wynik badania selekcyjnego, np. dotyczącego koloru oczu, włosów lub płci staje się wyrokiem śmierci. I to w Europie, nie w Indiach, ani nie w Chinach, gdzie ofiary badania USG dziecka w łonie matki idą w dziesiątki, jeśli nie setki milionów. Dwa tysiące lat po chrzcie św. Lidii, w obronie europejskich kobiet, niewolnic antychrześcijańskiego lewactwa, staje nawet prezydent państwa o oficjalnej nazwie Wielka Arabska Libijska Dżamahirijja Ludowo-Socjalistyczna, pułkownik Muammar al-Kaddafi. Tak, tak, ten sam, którego ręce całuje premier Włoch Sylvio Berlusconi. Całuje przez pomyłkę, certamente!

Niezrównaną konkurencyjność cywilizacji europejskiej zapewniała do niedawna również nauka. Większość badaczy rozwoju cywilizacji świata podkreśla tu rolę rewolucji naukowej, którą zapoczątkowało opublikowanie w 1543r. dwóch dzieł. Autorem pierwszego pt. “O obrotach ciał niebieskich”, był astronom i lekarz ks. kanonik Mikołaj Kopernik. Autorem drugiego, pt. “O budowie ciała ludzkiego”, był również lekarz – Andreas Vesalius z Brukseli. Należy zaznaczyć, że obydwaj wybitni ojcowie założyciele fundamentów zwycięskiej nauki Europy nie byli żadnej mierze w takim konflikcie z hierarchią Kościoła Katolickiego, jakby tego chcieli wrogowie Chrześcijaństwa i jedności chrześcijan. W przypadku ks. Kopernika, po mieczu i po kądzieli wywodzącego się z niezwykle Polsce oddanych katolickich rodzin osiadłych w polskich miastach Nysa i Świdnica na Śląsku sprawa jest zupełnie oczywista, a rzekome prześladowania dr. Vesaliusa – lekarza z dziada pradziada – przez organa inkwizycji, okazały się być zamierzonym fałszerstwem rzeczywistości.

W tym momencie muszę przejść do smutnej prawdy o czasach obecnych. W oparciu o publiczne wypowiedzi wielu naukowców, w szczególności lekarzy, na podstawie ostatniej decyzji komitetu przyznającego nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, w wyniku obserwacji stanu spraw w ochronie zdrowia i innych kluczowych dziedzinach życia w Polsce, w Europie i na całym świecie należy wyrazić głębokie zaniepokojenie skutkami rozpadu cywilizacji europejskiej, która przestała gwarantować wolność osobie ludzkiej, bowiem wyrzekła się i Chrześcijaństwa i nauki. Sir Peter B. Medawar, arabskiego pochodzenia laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 1960r., już wtedy uznał teorię i doktrynę psychoanalizy za największy intelektualne nadużycie zaufania XX w. A przecież oparte o naukowe fałszerstwo urojenia Zygmunta Freuda zniszczyły i niszczą nadal cywilizację europejską. Już w pierwszej dekadzie obecnego wieku tzw. globalne ocieplenie zostało uznane za największe finansowe oszustwo XXI wieku. A przecież oparta o naukowe fałszerstwo propaganda, którą szerzy Albert Arnolda Gore i jego propagandysta, wyrzucony za stronniczość z Wikipedii, William Connolley, nadal jest podstawą decyzji polityczno – gospodarczych.

5.  listopada 2010

Kultura życia, która broni człowieka przed kulturą śmierci, powinna być w Polsce wyjątkowo dobrze znana, ceniona i uznawana za filar kultury narodowej.

Historia Polski i czasy obecne niezwykle wyraźnie i bardzo wieloma przykładami ilustrują pojęcie kultury śmierci, o której Jan Paweł II tak pisał w encyklice EWANGELIA ŻYCIA [EVANGELIUM VITAE], z 25. marca 1995r. : “..jest również prawdą, że stoimy tu wobec rzeczywistości bardziej rozległej, którą można uznać za prawdziwą strukturę grzechu: jej cechą charakterystyczną jest ekspansja kultury , która jest zaprzeczeniem solidarności z wszystkimi ludźmi i w wielu przypadkach przybiera formę autentycznej “kultury śmierci” (adversus omnem hominum solidarietatem, crebrius congruentem cum germana "mortis cultura”). Szerzy się ona wskutek oddziaływania silnych tendencji kulturowych, gospodarczych i politycznych, wyrażających określoną koncepcję społeczeństwa, w której najważniejszym kryterium jest sukces.

Rozpatrując całą sytuację z tego punktu widzenia, można mówić w pewnym sensie o wojnie silnych przeciw bezsilnym: życie, które domaga się większej życzliwości, miłości i opieki, jest uznawane za bezużyteczne lub traktowane jako nieznośny ciężar, a w konsekwencji odrzucane na różne sposoby. Człowiek, który swoją chorobą, niepełnosprawnością lub – po prostu – samą swoją obecnością zagraża dobrobytowi lub życiowym przyzwyczajeniom osób bardziej uprzywilejowanych, bywa postrzegany jako wróg, przed którym należy się bronić albo którego należy wyeliminować. Powstaje w ten sposób swoisty “spisek przeciw życiu”. Wciąga on nie tylko pojedyncze osoby w ich relacjach indywidualnych, rodzinnych i społecznych, ale sięga daleko szerzej i zyskuje wymiar globalny, naruszając i niszcząc relacje łączące narody i państwa.”

W kolejnych artykułach Encykliki Jan Paweł II w sposób perfekcyjnie klarowny i dosadny odniósł się do przejawów spisku przeciw życiu w obszarze nauk medycznych i zastosowań ich zbrodniczego dorobku w zakresie aborcji, antykoncepcji, technik sztucznej reprodukcji, badań prenatalnych i eutanazji. Jest oczywiste, że Benedykt XVI wytrwale wzmacnia naukę swojego poprzednika o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego, przesłanie skierowane przecież nie tylko do osób duchownych, lecz także katolików świeckich oraz do wszystkich ludzi dobrej woli.

Głęboki niepokój musi więc budzić pozostawienie obrony bezsilnych niemal wyłącznie osobom duchownym, skoro od 15 lat nie tylko kapłan, nie tylko katolik, ale każdy człowiek dobrej woli może przeczytać w encyklice EWANGELIA ŻYCIA dostępnej w wielu językach, – też po polsku – na stronach internetowych Watykanu, że: “Także różne techniki sztucznej reprodukcji, które wydają się służyć życiu i często są stosowane z tą intencją, w rzeczywistości stwarzają możliwość nowych zamachów na życie. Są one nie do przyjęcia z punktu widzenia moralnego, ponieważ oddzielają prokreację od prawdziwie ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego, a ponadto stosujący te techniki do dziś notują wysoki procent niepowodzeń: dotyczy to nie tyle samego momentu zapłodnienia, ile następnej fazy rozwoju embrionu wystawionego na ryzyko rychłej śmierci. Ponadto w wielu przypadkach wytwarza się większą liczbę embrionów, niż to jest konieczne dla przeniesienia któregoś z nich do łona matki, a następnie te tak zwane “embriony nadliczbowe” są zabijane lub wykorzystywane w badaniach naukowych, które mają rzekomo służyć postępowi nauki i medycyny, a w rzeczywistości redukują życie ludzkie jedynie do roli “materiału biologicznego”, którym można swobodnie dysponować.”

W 1995 czas obserwacji ludzi, którzy przeżyli selekcję na rampie mikroskopu, był za krótki, aby konkluzywnie ocenić ryzyko chorób związanych z techniką sztucznej reprodukcji a ujawniających się w kolejnych latach życia. Obecnie niezależni badacze zaczynają stopniowo ujawniać przerażająca prawdę. Prestiżowe czasopismo medyczne PEDIATRICS, w lipcu 2005 r. zamieściło artykuł pt. Ryzyko raka u dzieci i młodych dorosłych poczętych poprzez zapłodnienie in vitro (Cancer Risk in Children and Young Adults Conceived by In Vitro Fertilization). Prof. Bengt Källén wraz z zespołem zbadał losy 26 692 urodzonych po poczęciu in vitro w latach 1982-2005, posługując się Szwedzkim Rejestrem Raka i porównując liczbę dzieci, które zachorowały na raka i były poczęte in vitro z dziećmi, które nie były poczęte in vitro. Ustalono 53 przypadki chorych na raka wśród dzieci urodzonych w wyniku poczęcia in vitro, co wobec oczekiwanej liczby 38 chorych na raka pozwala określić ryzyko raka związane z zapłodnieniem in vitro na 42%, mieszczące się przy tym w 95% przedziale ufności od 9 do 87%. Wśród 53 przypadków raka u dzieci urodzonych w wyniku poczęcia in vitro najwięcej zarejestrowano przypadków raka krwi – 18 (w tym 15 przypadków ostrej białaczki limfoblastycznej), u podobnej liczby stwierdzono guzy oka i centralnego układu nerwowego – 17. Na trzecim miejscu znalazły się guzy lite o innej lokalizacji. Poza tym u dzieci poczętych in vitro stwierdzono 6 przypadków histiocytozy Langerhansa, sześciokrotnie więcej niż można było się spodziewać. Artykuł jest w całości dostępny w Internecie na stronie miesięcznika Pediatrics [PEDIATRICS Vol. 126 No. 2 August 2010, pp. 270-276 (doi:10.1542/peds.2009-3225)

Wbrew oszustwom sprzedajnych naukowców wspieranych przez toczących wojny religijne polityków epidemiologia lekarska odkrywa prawdę o in vitro. Eppur si muove!

Felieton ten dedykuję dyrekcji i radzie programowej Centrum Nauki Kopernik przy ul. Mokotowskiej 17 w Warszawie.

12.  listopada 2010

Niepodległość z definicji ma zapewnić ochronę i rozkwit tożsamości narodowej. Czym charakteryzuje się narodowa tożsamość najłatwiej dostrzec w przejawach solidarności z wszystkimi członkami narodu, zwłaszcza z tymi w potrzebie. Kto nie jest solidarny z chorymi, z ubogimi, z ofiarami zbrodni i klęsk żywiołowych, z oczernianymi przez zachowujących się jak faszyści i pozbawianymi podstawowych praw człowieka i obywatela, w tym prawa do pokojowej manifestacji miłości Ojczyzny, ten sam wyklucza się z narodowej wspólnoty. Kto nie jest solidarny z narodem, który wyniósł go do władzy, ten nie jest tej władzy godny i powinien być od niej odsunięty. Odsunięty i zastąpiony przez tego, kto chce i potrafi rządzić w interesie narodu. Wbrew próbom fałszywego definiowania interesu narodowego zdrowa wspólnota narodowa bez najmniejszego trudu potrafi odróżnić ziarno od plew, nawet jeżeli na obfity plon trzeba poczekać, a pomalowane w narodowe barwy plewy biją rekordy w sztuczkach mimikry.

Jednak nie każda wspólnota narodowa jest zdrowa i odporna na kolejne fale ataku na froncie niewypowiedzianej przeciwko niej wojny.

Jak tonący brzytwy się chwyta, tak niejeden życiową koniecznością uzasadnia swój udział w inscenizacjach na rzecz mętnie definiowanego interesu narodowego. Po krótkim czasie i tak sam utonie w otchłani niepamięci po tych narodach, które nie potrafiły zapewnić sobie ochrony i rozkwitu tożsamości narodowej. Samobójcza w istocie swoich następstw naiwność i łatwowierność mas wiedzionych na zagładę przez agentów wpływu, sprzedawczyków i oportunistów, w pierwszym pokoleniu ofiar napotyka jeszcze pewien opór, tłumiony siłą propagandy i tępiony przemocą, w tym bolszewicką interpretacją zasad demokracji. Kolejne pokolenia skutecznie wyzute z tożsamości narodowej już nie widzą potrzeby jej ochrony i rozkwitu, uznają propagandowe obelgi i oskarżenia rzucane na własnych ojców, dziadów i pradziadów za uzasadnione i warte poparcia. Tym bardziej warte poparcia, im większe zdrada narodowa przynosi doraźne profity: od działki narkotyku po dobrze płatne i prestiżowe stanowisko.

Charakterystyczny jest sposób przekształcania świadomego swojej tożsamości narodu w bezrefleksyjne i bezideowe masy przeznaczone na wyniszczenie lub roztopienie w otoczeniu. Za niezwykle skuteczne w kategoriach stosunku nakładów do zysku należy uznać pozbawianie ludzi środków utrzymania, odbieranie ludziom finansowych możliwości zaspokojenia ich podstawowych potrzeb, w tym jedzenia, leczenia, mieszkania, transportu. Proste bariery finansowe uczynią niewolnikiem z każdego głodnego, chorego, bezdomnego i wlokącego się poboczem drogi. Likwidacja miejsc pracy, kolonizacja rynków zbytu, amputacja przedsiębiorczości są na tyle zawinione przez rządzących, na ile rządzonym to osobiście nie przeszkadza. Bo to nie ja tracę pracę a tylko brat, bo to nie ja nie mogę sprzedać a tylko szwagier, bo to nie ja zostawiam za sobą eurosieroty a tylko siostra. Zacznie mi przeszkadzać dopiero wtedy, kiedy to ja przestanę zarabiać, wyczyszczę konto, nie zdołam od nikogo pożyczyć nawet na chleb i lekarstwa, oddam za grosze wszystko co mam – telewizor, obrączkę, dom, ziemię tylko po to, aby mieć na ogrzewanie, jedzenie, leczenie…

W dniu 17. października 2010r., Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem Wykluczeniem Społecznym, podczas konferencji pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej oraz Parlamentu Europejskiego ujawniono, że 2 100 000 osób żyje w Polsce w skrajnym ubóstwie. Narastające wyniszczenie gospodarcze rodzin to wstęp do zaboru własności, już nie tylko skazanej na obłędną “prywatyzację” własności publicznej, lecz także tej osobistej, należącej do każdego z nas i do naszych dzieci. Jest oczywiste, że młodzież walcząca o swoją tożsamość narodową walczy o prawo do godnego życia w Ojczyźnie.

19.  listopada 2010
tylko audio

26.  listopada 2010

Mądry Polak po szkodzie. Mądry, o ile przeżyje. Wartość życia Polaka jest zdumiewająco niska w porównaniu z wartością życia ludzi wielu innych narodowości. Świadczy o tym stosunek władz i opinii publicznej innych krajów do zagłady Polaków, zwłaszcza przez władze i ludność tych krajów zawinionej. Kryterium rasowe stosowane do podziału ofiar na warte i nie warte upamiętnienia jest kolejnym jaskrawym dowodem klęski programu denazyfikacji Niemców i współpracujących z nimi zbrodniarzy. Jest wręcz przeniesieniem z XIX w XXI wiek rdzenia nienawiści i pogardy dla innych, za Fryderykiem Nietzsche uznawanych za podludzi, bądź za Karolem Marksem i Fryderykiem Engelsem za niegodnych przeżycia. Nota bene, wobec ponawianego zawłaszczania przestrzeni publicznej Krakowskiego Przedmieścia przez marksistowskich bojówkarzy i ich polityczno-ideowe zaplecze, za pilne zadanie należy uznać przeprowadzenie kampanii informacyjnej na temat przepojonych rasizmem twierdzeń kompromitujących Marksa i Engelsa i wpływu tych twierdzeń na wydarzenia w przeszłości i we współczesnym świecie. Tym bardziej, że staraniem prezydenckiego marksisty pomnik wystawiony najeźdźcom spod czerwonej gwiazdy zdobi krzyż prawosławny. Czerwonoarmiści niosący rewolucję po trupie Polski równie ochoczo rozpruwali bagnetami brzuchy prawosławnych popów, jak palili żywcem katolickich księży, więc obok krzyża prawosławnego, musi stanąć krzyż upamiętniający inne niż prawosławne ofiary bolszewickiego ludobójstwa. Upamiętniający ofiary a nie katów. Na mogile katów powinna stanąć czerwona gwiazda. W odróżnieniu od swastyki czerwona gwiazda nie jest przecież zakazana, bowiem próby desowietyzacji nawet jeszcze nie podjęto, a Sowiety nawet odzyskują swój blask i wpływy.

Charakterystyczne dla marksistów odwracanie kota ogonem przyczynia się do dewaluacji nauki płynącej z przekonania, iż mądry Polak po szkodzie, o ile tę szkodę przeżyje. Realizacja cudzej polityki historycznej, takiej, która notorycznie i bez wyjątku Polaków dyskryminuje i poniża, a pamięć o Polakach zamordowanych, okradzionych i sponiewieranych uznaje za niewartą wspomnienia jest pod każdym względem haniebne i szkodliwe dla naszych obecnych i przyszłych interesów.

Mądry Polak po szkodzie, o ile potrafi przekuć w czyn mądrość nabytą za cenę poniesionych szkód. Za cenę utraty zdrowia. Za cenę utraty własności. Za cenę utraty pracy. Za cenę utraty szans. Za cenę rozpadu rodziny. Za cenę straconego czasu, który już nigdy nie wróci. Za cenę rozczarowań.

Mądry Polak po szkodzie, o ile potrafi przekuć w czyn mądrość nabytą za cenę poniesionych szkód. Przekuć w czyn mądrość nabytą za cenę rozczarowań kłamliwymi obietnicami polityków, Polak, ten Polak mądry po szkodzie, może biorąc udział w wyborach.

W wyborach samorządowych Polak mądry po szkodzie może rozliczyć partyjnych bonzów, którzy tyle nałgali w poprzednich kampaniach wyborczych, że w obecnej siedzieliby cicho, gdyby zachowali resztki przyzwoitości. Narzucanie partyjnych namiestników wsi, gminie, powiatowi i samorządowi wojewódzkiemu tylko wtedy może przynieść korzyść wyborcom, kiedy sołtys, wójt, burmistrz, prezydent miasta, starosta, marszałek województwa i radni poszczególnych szczebli uznają się za przedstawicieli wyborców, za nieugiętych reprezentantów wsi, gminy, miasta, powiatu i województwa przed władzami swojej partii. Wtedy partyjni mogą nas uczciwie reprezentować, kiedy są naszymi ludźmi w tej ich partii. Oczywiście z należnym szacunkiem dla naszego interesu narodowego i zapisów Konstytucji gwarantujących Polakom równość, a Polsce integralność. Mądry powinien być Polak po szkodzie, kiedy od eurodeputowanego, czy innego partyjniaka, którego zrobiono dygnitarzem Unii Europejskiej, co jakoby miało przynieść korzyść wszystkim Polakom, usłyszał, że “ę ą, ja już nie reprezentuję Polski, ja reprezentuję całą Unię Europejską”. Co oczywiście oznacza, że wykonuje polecenia unijnego hegemona.

3. grudnia 2010

Obserwując przebieg najgroźniejszej, a przy tym najlepiej opisanej epidemii, która w krótkim czasie ogarnęła cały świat – pandemii AIDS, każdy lekarz zawodowo zajmujący się epidemiologią lekarską musi podjąć ważne zadanie prognozowania dalszego rozwoju tej selekcji masową skalę.

Ostatni raport Wspólnego Programu Narodów Zjednoczonych ds. HIV/AIDS (UNAIDS) opublikowany jesienią 2010r., u progu czwartej dekady pandemii, przedstawia aktualne dane dotyczące poszczególnych regionów świata, porównywalne w czasie i przestrzeni, opracowane na podstawie raportów krajowych, rejestrów, badań epidemiologicznych, modeli matematycznych i szeregu oszacowań dokonanych profesjonalnie i według szczegółowo opisanych metodologii. Tym samym Raport UNAIDS jest wiarygodnym i miarodajnym źródłem informacji, tym bardziej wiarygodnym i miarodajnym, im mniej jawne są informacje z poszczególnych krajów, n. p . z Polski. Pomimo przynależności do Unii Europejskiej i teatralnych ról odgrywanych na jej scenie przez polskich polityków, nasz kraj nie potrafił dostarczyć informacji składających się na całość Raportu ONZ, w tym dotyczący programów HIV/AIDS, leczenia osób zakażonych HIV i przy tym chorych na gruźlicę, badań kobiet ciężarnych w kierunku HIV, danych dotyczących rozwiązłości mierzonej odsetkiem osób od 15 do 49 roku życia, które podjęły współżycie z więcej niż z jedną osobą w ciągu minionych 12 miesięcy, występowania zakażenia HIV w grupach ryzyka (do których ONZ zalicza osoby przyjmujące dożylnie narkotyki, trudniące się nierządem i homoseksualistów) oraz badań serologicznych tych osób.

Z raportu UNAIDS wynika, że szacowana liczba osób żyjących z HIV w Polsce w roku 2009, mieszcząc się w granicach od 20 000 do 34 000, wynosiła 27 000, w tym 18 800 mężczyzn i 8 200 kobiet. Dane dotyczące leczenia antyretrowirusowego wykazują, że w grudniu 2008 roku leczeniem obejmowano 3 822 pacjentów, a w grudniu 2009 już 4 329, czyli w ciągu jednego roku przybyło 507 osób leczonych, co stanowi przyrost o 13%. W grudniu 2009 leczono 3 130 mężczyzn i 1 199 kobiet, co oznacza, że – przyjmując średnie oszacowanie liczby żyjących z HIV w Polsce za 100% – nie obejmowano leczeniem 83% mężczyzn i 85% kobiet zakażonych HIV. W tym samym czasie, w krajach o niskim i średnim dochodzie ludności, do których zaliczono też Polskę, odsetek osób nie otrzymujących wymaganego leczenia antyretrowirusowego wynosił 64 % (9 800 000 spośród 15 000 000).

Jak widać szanse na leczenie, owszem niezwykle obciążające finansowo, ciężkie do zniesienia, komplikowane narastającą opornością i pojawianiem się nowych szczepów wirusa wywołującego AIDS, ale jednak przedłużające życie zakażonym, a do tego będące potężnym orężem w prewencji i profilaktyce HIV/AIDS, są w Polsce niższe niż przeciętnie w najuboższych państwach świata.

Tym bardziej więc należy zdawać sobie sprawę nie tylko z ryzyka ponoszonego w wyniku wyboru takiego czy innego zachowania sprowadzającego bezpośrednie zagrożenie HIV lub innego zakażenia wenerycznego, lecz przede wszystkim ze skutków zaniedbań sanitarno-higienicznych w zakładach opieki zdrowotnej w Polsce. Zarażenie pacjentów i personelu medycznego poprzez krew i inne nośniki wirusa pacjenta zakażonego HIV-em, który sam nie zna swojego stanu, jest tym bardziej prawdopodobne im większe oszczędności na zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń zakładowych, im większa dezorganizacja systemu opieki zdrowotnej, im szybsze tempo likwidacji Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Wobec gwałtownie narastającego ubóstwa wpychającego ludzi w tryby szybko rozwijającego się tzw. przemysłu rozrywkowego, dla którego zagłębiem żywego towaru są miliony rodzin doprowadzonych do nędzy przez pogrobowców dziewiętnastowiecznego kapitalizmu i w połączeniu z lewacką propagandą na złość ludziom religijnym lansującą zwyrodniałe zachowania już wśród przedszkolaków, należy się liczyć z tym, że bardziej prędzej niż później Polska podzieli los Federacji Rosyjskiej i Ukrainy, w których to państwach rozwój epidemii AIDS budzi coraz to większy niepokój. W krajach tych więcej niż jedna osoba na sto jest zakażona wirusem wywołującym AIDS.

10. grudnia 2010

Po upadku PRL-u do katalogu cnót narodowych dołączono wszelką bezpartyjność. “Do żadnej partii nie należałem i nie należę” brzmi credo wielu szukających poklasku wśród przekonanych o tym, że największe zło wyrządzone Polsce i Polakom dokonało się za sprawą członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz wszystkich jej mutantów i krótkotrwałych zamienników u steru władzy po zakończeniu II wojny światowej. Tymczasem partyjniactwo święci coraz większe tryumfy, zagarnia coraz to większe pola władzy każdego szczebla i każdego rodzaju. Ostatnie wybory samorządowe to przecież tryumf partyjniactwa pogardzanego słowem, lecz nie czynem, nie czynem wyborczym. Do płatników składek partyjnych wyznaczanych proporcjonalnie do zarobków na rządowych posadach zdobytych dzięki partii dochodzi rzesza samorządowców i zależnych od nich zakładów i instytucji, którzy – na miarę możliwości – albo pieniądzem, albo spolegliwością, wywdzięczą się partii za okazane zaufanie i szanse życia dostatniej. Od szefa po portiera każdy będzie dzieckiem partii matki i nie pozwoli odciąć się od piersi karmicielki, bo zginie z głodu w gospodarce rzekomo wolnej i rynkowej. Wichrzycielom na pohybel powie “nie” ich własna rodzina, będąca zakładnikiem bankowych kredytów i gwałtownie rosnących kosztów utrzymania, a fiskus, sanepid i cała reszta państwowego aparatu egzekucji woli partii szybko wykaże buntownikom, że racja jest tam, gdzie jest siła.

Za komuny kwitła przynajmniej satyra. Dzisiaj wystarczy obejrzeć telewizyjne występy niedoszłego prezydenta miejscowości Hindenburg, od końca trzynastego wieku znanej jako Zabrze, aby współczuć satyrykom, dla których fakt, iż życie przerosło wyobraźnię, jest pod każdym względem rujnującym doświadczeniem. Nie sposób porównywać dwóch etapów naszej powojennej historii poprzez pryzmat satyry szydzącej z ułomności sposobów i efektów sprawowania władzy przed i po formalnym jej zrzeczeniu się przez PZPR. Przede wszystkim dlatego, że rozmiar i ranga wyszydzanych błędów, wypaczeń i krzywd jest zupełnie nieporównywalna. Może dlatego w mediach publicznych nie ma miejsca dla satyryków, a ostatnio i dla odważnych dziennikarzy.

Jednak w dobie internetu coraz bardziej zaciskająca się pętla cenzury i poprawności politycznej nie ma szans na zaciemnianie prawdziwego obrazu rzeczywistości, pod warunkiem wszakże, że zwykli jego użytkownicy zrozumieją, że to co ukazuje się na listach dyskusyjnych, forach internetowych i tym podobnych platformach wymiany poglądów i prezentacji faktów jest w znacznej części emanacją działalności ośrodków propagandy i manipulacji opinią publiczną. Uwiarygodnić wypowiedzi funkcjonariuszy tych ośrodków mają za zadanie ordynarne sformułowania obficie kraszone wulgarnym słownictwem i ataki poniżej jakiegokolwiek poziomu cywilizacyjnego. Zalewające internet wypowiedzi to nieraz zwykłe formy ataku PSYOP, operacji psychologicznych, powtarzane wielokrotnie w różnych odcieniach agresywnego chamstwa i zamieszczane na licznych stronach internetowych przez tego samego autora lub małą grupkę zadaniową, osobę lub kilka osób występujących pod dowolnymi pseudonimami, z użyciem skradzionych adresów nadawców czy też z licznych komputerów. Stwarza to wrażenie, że duża, ogromna, przeważająca część opinii publicznej ma wyrobione zdanie w konkretnej sprawie, że siła wyrażanego przekonania jest wielka, że podziela ją większość i to ta bliska sercu i rozumowi odbiorcy komunikatu przynajmniej w sferze języka. Wspólny język to słowo na “k” i jemu podobne oraz rok “dwa dwanaście”, zamiast dwa tysiące dwunasty, na przykład.

Nie trzeba mieć wątpliwości, że w szczycąc się bezpartyjnością w kraju skolonizowanym przez monopartię, stajemy się coraz bardziej bezbronnymi ofiarami wąskiego grona decydentów dysponującego wszechwładzą wolną od jakiejkolwiek kontroli intencji i skutków swoich działań. Szczycąc się bezpartyjnością w kraju, w którym władza nie ma z kim przegrać, a przy tym spokojnie czekając w kolejce na kres własnej stabilizacji, w istocie stajemy się członkami w Polsce partii najbardziej licznej, choć nie zarejestrowanej PPPPPP: Polskiej Partii Prokrastynatorów Pokornie Przyjmujących Poniżenia.

17. grudnia 2010

W ostatnich latach główny inspektor sanitarny intensywnie zajmował się – zapewne dla zabicia czasu i z braku lepszych zajęć – reklamowaniem szczepień przeciwko grypie. W roku ubiegłym pod presją dramatycznych wydarzeń związanych z szerzeniem się w świecie zabójczego szczepu wirusa 2009 H1N1 nie zawierająca tego wirusa szczepionka na sezon grypy 2009/2010 była przez minister Ewę Kopacz i jej dwór prezentowana nie tylko jako środek profilaktyczny, który każdy musi koniecznie sobie kupić, aby uchronić się przed zwykłą grypą, lecz także jako doskonały zamiennik szczepionki przeciwko grypie świńskiej. Pomimo furiatycznych ataków sejmowej opozycji, której przedstawiciele w roli akwizytorów medycznych prowadzili jawny lobbistyczny nacisk na władze państwowe, minister Kopacz szczepionki przeciwko świńskiej grypie Polakom nie kupiła, co jest przedstawiane przez nią samą i premiera Donalda Tuska jako fantastyczne osiągnięcie. Można dodać, że – jak dotychczas – jedyne.

Jednak już w czasie wygłaszania opinii przez polską minister zdrowia o wysokiej skuteczności szczepionki na sezon grypowy 2009/2010 w profilaktyce grypy świńskiej, amerykańskie Ośrodki Zwalczania Chorób (CDC, Atlanta, Georgia) wyraźnie informowały, że szczepionka przeciwko grypie sezonowej przed grypą świńską nie chroni, a dokładne badania epidemiologiczne, prowadzone m.in. przez dr Danutę Skowronski z Kanady, wykazały, że szczepienia reklamowane przez minister Kopacz zamiast zapobiegać zakażeniom szczepem 2009H1N1 wręcz zwiększały ryzyko zachorowania na grypę świńską i to od 1,5 do 2,5 x.

Tej jesieni aktywność minister zdrowia i głównego inspektora sanitarnego na polu reklamy szczepień przeciwko grypie jest niedostrzegalna. Zapewne wynika to z faktu, że obecna trójwalentna szczepionka na sezon grypy 2010/2011 jest właściwie uzupełnioną o 2 antygeny szczepionką przeciwko grypie świńskiej, tą samą, którą tak niedawno minister Kopacz podejrzewała o działania szkodliwe. Głoszone przez polski rząd przekonanie o szkodliwości szczepionki przeciwko 2009H1N1 było podstawą nieugiętego odparcia ataku opozycyjnych lobbistów, chwalebnej rezygnacji z jej zakupu i tym samym w partyjniackiej Polsce stało się ważnym argumentem na rzecz przyrostu słupków popularności rządzącej partii.

Obecnie Amerykańskie Ośrodki Zwalczania Chorób, CDC zalecają stosować w sezonie 2010/2011 szczepionkę triwalentną, w które skład wchodzą dwa wirusy grypy A – obok H3N3 właśnie 2009H1N1 wywołujący grypę zwaną świńską oraz jeden wirus grypy B. Setki milionów osób, które – pomimo niepokojów polskich władz – zaszczepiły się wcześniej szczepionką przeciwko grypie świńskiej, powinny według CDC zaszczepić się ponownie, gdyż obok wirusa 2009H1N1 w aktualnej szczepionce sezonowej są zawarte wspomniane dwa inne wirusy.

CDC zaleca szczepić przeciwko grypie wszystkich powyżej 6 miesiąca życia. Przeciwwskazaniem do szczepień przeciwko grypie jest mocno nasilona alergia na jajko kurze, ciężki odczyn na szczepienie przeciwko grypie w przeszłości oraz przebyty zespół Guillaina-Barrégo który wystąpił w ciągu 6 tygodni po szczepieniu przeciwko grypie. W zespole Guillaina-Barrégo procesy autoimmunologiczne prowadzą do narastającego od kilku dni do kilkunastu tygodni uszkodzenia nerwów z takimi objawami, jak mrowienie, drętwienie, bóle stóp, niedowład kończyn dolnych a w połowie przypadków obustronny niedowład mięśni twarzy, niedowłady mięśni gałki ocznej, zaburzenia rytmu serca, wahania ciśnienia krwi i niewydolność oddechowa.

Przeciwwskazaniem tymczasowym do szczepień przeciwko grypie jest umiarkowana lub ciężka choroba gorączkowa, po której ustaniu CDC zaleca grypę szczepić. Według CDC żaden inny stan chorobowy, ani też ciąża nie stanowią przeciwwskazań do corocznych szczepień przeciwko grypie.

Wszelkie zalecenia dotyczące interwencji medycznych, zwłaszcza szczepień, wymagają weryfikacji zgodnej z zasadami epidemiologii lekarskiej. O tym, które z spośród dwóch wiarygodnych źródeł informacji, czy to minister Kopacz czy też wiodące w świecie amerykańskie ośrodki epidemiologiczne wypowiadają się odpowiedzialnie w sprawach szczepień przeciwko grypie, powiem Państwu za tydzień.

24. grudnia 2010

W Piśmie Świętym można odnaleźć całą prawdę o Bogu i Jego stworzeniu. Zalety i przywary ludzkiego charakteru jakie były w czasach biblijnych, takie są i dzisiaj. Podobnie z losem człowieka: czy to w czepku urodzony i nie znający smaku porażki, czy też przez większość życia uginający się pod ciężarem budzących grozę nieszczęść, człowiek, ten z kart Pisma Świętego i ten nam współczesny – czyli każdy z nas – reaguje tak samo na to, co mu się przydarzy.

Gdzie wobec tego jest postęp? Ile kroków człowiek uczynił w swoim rozwoju od czasów biblijnych?

Jest może mniej okrutny? Mniej krwiożerczy? Ależ skąd! Mordowanie na skalę przemysłową to wynalazek rewolucji francuskiej udoskonalony w strasznym XX wieku, a obecnie coraz silniej wiązany z zawodem lekarza, pomimo wyraźnie sformułowanego zakazu z zawartego w przyrzeczeniu Hipokratesa: “nie podam nigdy niewieście środka poronnego.”

Czy może człowiek XXI wieku jest mniej zniewolony niż przed dwoma tysiącami lat? Otóż nie. Świat nie widział jeszcze tak wielkiej liczby niewolników jak obecnie, tak bezwzględnej eksploatacji ludzi bezbronnych, młodych, starych, biednych. Już nie tylko praca w straszliwych warunkach i za głodowe wynagrodzenie, ale traktowanie ludzi jako żywe zabawki erotyczne albo chodzące źródła narządów do przeszczepów, to żałosny dorobek naszych czasów, w których rozkwita handel żywym towarem i narządami.

No to może jesteśmy bardziej otwarci na innych, przyjaźniej nastawieni do ludzi inaczej myślących? Też przecież nie. Eskalacja wojny religijnej przyspiesza. Kto by nie zawinił, to chrześcijan, w szczególności rzymskich katolików, obarcza się winą za kolonialne ekspedycje i okupacje i, jak za Nerona, poddaje bezwzględnej eksterminacji. Albo też na zasadzie nienawiści sprawcy do przez siebie samego skrzywdzonych, poniżonych i prześladowanych, drogą bezkrwawą, po cichu i tym bardziej skutecznie wypiera się katolików z miejsc, w których żyli od zarania kościoła, bądź też wykorzenia wszelką religijność, aby wyeliminować wszelkie poczucie wolności osobistej opartej na wierze w Boga, nie napotykając oporu, samemu wykreować się na bożka.

Może w takim razie jesteśmy lepiej zorganizowani, nasze demokratyczne instytucje może lepiej chronią nasze interesy niż systemy panujące w zamierzchłych czasach. Hm. Tu same przychodzą na myśl przykłady z naszego kraju a odnoszące się do nieszczęść, które spadły na nasz naród w mijającym roku 2010. Los ogromnej rzeszy ofiar klęsk żywiołowych to przecież los Hioba. Doświadczenia milionów ludzi z kradzieżą ich ciężko zarobionych pieniędzy poprzez sztuczki nigdy nie nasyconych finansistów to świadectwo ułudy obecnych doktryn gospodarczych. Starcie z codziennymi w Polsce sytuacjami o katastrofalnym, tragicznym przebiegu to cena, którą uboga większość płaci za pomyłki, oszustwa i chciwość mniejszości. Cywilizacyjna degradacja a nie demokracja jest dorobkiem naszych czasów.

I co by z nami było, gdybyśmy byli sami? Ale sami nie jesteśmy.

Bracia, patrzcie jeno, jak niebo goreje!

Bóg się rodzi, moc truchleje!

31. grudnia 2010

Pokoleniom Polaków idących na swoje w drugiej dekadzie XXI w. po narodzeniu Chrystusa należałoby dedykować ostatni felieton roku 2010.

Ale przecież ich powodzenie jest warunkiem przetrwania także ich rodziców, dziadków i pradziadków. Stąd oczywista dla każdego prosta zależność własnego przeżycia od sposobu wychowania i wkładu pracy w wychowanie własnych dzieci. Wychowasz łajdaka, będziesz ofiarą łajdaka. Powiadasz, że nie dajesz rady wychować, bo telewizja demoralizuje, koledzy psują, programy szkolne piszą lewacy? Nie jesteś sama, matko. Nie jesteś sam, ojcze. Wszyscy mają podobne problemy. Niektórzy większe, bo sami dają zły przykład własnym dzieciom, a potem obwiniają cały świat za lawinę nieszczęść spadającą na całą rodzinę. Inni, choć świecą dobrym przykładem, to nie potrafią sprostać konkurencji przykładów złych. Nie umieją przedstawić swoich wartości w sposób zrozumiały i pociągający. Tchórzą nieraz przed ostrą wymianą poglądów i bez jednego wystrzału ustępują pola sprytnym i bezczelnym złodziejom własnych dzieci. Niepewni swoich racji i z natury nieśmiali biorą przykład z konformistów, a ci jak w obraz wpatrują się w wilcze oczy Wodza, aby na czas odczytać co wolno robić, mówić, myśleć…

I tak oto dzisiejsi dwudziestolatkowie zamiast w Polsce ich pradziadów sławnej z siły ducha wolności promieniującej na cały świat – choćby i z podziemia – witają Nowy Rok na pogorzelisku demokracji. Indeks demokracji wyliczony przez brytyjskiego giganta medialnego The Economist pokazuje Polsce jej miejsce wśród 167 państw świata. Jest to miejsce 48. W stosunku do roku 2008 nasza sytuacja uległa pogorszeniu o 3 punkty, a spośród 27 państw członkowskich Unii Europejskiej za nami są tylko 3 państwa: Łotwa, Bułgaria i Rumunia. Grupa państw, do której zakwalifikowano Polskę, to flawed democracies – demokracje zepsute, skorumpowane, wadliwe, w najbardziej eufemistycznej wersji przekładu są to demokracje ułomne. Otóż w tej grupie, grupie demokracji ułomnych, mniej ułomną niż w Polsce demokracją szczycą się m. in. Wyspy Zielonego Przylądka, Południowa Afryka, Botswana, Izrael, Indie i Panama. Kto zna realia tych państw, przynajmniej ma jakąś wiedzę na ich temat ze środków masowego przekazu, musi popaść w zadumę nad kryteriami rankingu, w szczególności zastanowić się nad przyczynami, dla których nasza demokracja w 2010 roku zasłużyła na ocenę gorszą niż na przykład indyjska, konserwująca system kastowy i tolerująca potworne prześladowania religijne, w tym masowe zbrodnie, których ofiarą padają chrześcijanie.

Mimo tego w kategorii klasyfikacyjnej pod nazwą “Wolności obywatelskie” Indie otrzymały ocenę 9,41, tak jak Szwajcaria, a Polska: 9,12. W kategorii “Proces wyborczy i pluralizm” Indie i Polska otrzymały te same oceny, po 9,58. Zapewne i w Indiach udział głosów nieważnych spośród oddanych bije wszelkie rekordy, a jednak mieści się w ramach tolerancji obywateli na jawne oznaki wyborczych oszustw.

Również kulturę polityczną w Indiach i Polsce oceniono na tym samym, wszakże niskim poziomie: 4,38. Identycznym – uwaga, uwaga! – jak w Czadzie. Powtarzam: kultura polityczna w Polsce jest na takim samym poziomie jak w Czadzie, a także w Swazilandzie, Gabonie, Angoli, na Białorusi, na Kubie i w Pakistanie.

A teraz kategoria oceny demokracji, która najbardziej wpłynęła na niską pozycję Polski. Jest to funkcjonowanie rządu, za które wystawiono nam ocenę 6,07 na 10,00 możliwych. Na taką samą ocenę jak Polski zasłużył rząd Kambodży, Lesoto, a na wyższą nawet Beninu i Mali. Pomiędzy oceną funkcjonowania rządu Polski i Indii jest przepaść 2,5 punktu na 10 możliwych. Na korzyść rządu Indii, oczywiście. Oczywiście niestety.

Młodym Polakom życzmy, aby odzyskali dom z którego mogliby być dumni, aby na przekór przekleństwu rzuconemu na naszą ojczyznę w słowach “Polska to dziki kraj”, w nowym roku nasza demokracja odrodziła się jak Feniks z popiołów.

ROK 2011

7. stycznia 2011

Powrót święta Objawienia Pańskiego do państwowego kalendarza Rzeczypospolitej i pochodu Trzech Króli na ulice naszych miast to kolejny dowód na starą jak dzieje Chrześcijaństwa prawdę o człowieku, któremu tym bliżej do Boga, im bardziej jest sponiewierany i poniżony przez zło i ludzi oddanych służbie zła. Decyzja o przywróceniu święta Trzech Króli zapadła w tym samym roku, w którym na ziemi polskiej odsłonięto najwyższy na świecie monument Jezusa Chrystusa.

21. listopada 2000 roku ks. biskup Adam Dyczkowski rodem z Kęt, podczas uroczystej intronizacji, zawierzył miasto i gminę Świebodzin pod opiekę Chrystusa Króla. Dziesięć lat później na ziemi śląsko-wielkopolskiej, kolebce polskiej państwowości, w mieście słowiańskiego Świeboda, w którego imieniu kryje się i swoboda i bogactwo, ks. biskup Stefan Regmunt poświęcił najwyższy na świecie Pomnik Chrystusa Króla – Wotum wdzięczności, Figurę Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Główny budowniczy monumentu ks. prałat Sylwester Zawadzki, proboszcz parafii – sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie dobitnie udowodnił wątpiącym, że Królestwo Boże nie z tego świata, co mądrość ludowa parafrazuje w słowach: wiara czyni cuda. Warto dodać, że dzierżący wcześniej światową palmę pierwszeństwa co do wysokości Cristo Redentor, Pomnik Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro w 2007 został ogłoszony jednym z siedmiu nowych cudów świata. Pomnik w Rio de Janeiro odsłonięto w 1931r. po dziesięciu latach od rozpoczęcia zbiórki na ten cel w kościołach. Projektantami obydwu pomników byli Polacy – tego w Rio – Paul Landowski żyjący we Francji, gdzie pomnik zbudowano i skąd przetransportowano do Brazylii, tego w Świebodzinie – rzeźbiarz pan Mirosław Kazimierz Patecki z Przybyszowa i eksperci do spraw konstrukcji budowlanych – dr hab. inż. Jakub Marcinowski i doc. Mikołaj Kłapeć z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Kapłan, artysta, inżynierowie i rzesze tych, którzy im zaufali pozostawią po sobie niezwykłe świadectwo wielkości człowieka w służbie Boga i Ojczyzny, świadectwo, które zaistniało w tym 2010 roku.

W tym samym roku, roku panoszących się nieszczęść, Polacy podjęli wyzwanie walki z ze złem wcielonym w pozornie niewinną zabawę pod nazwą halloween. W ślad za innymi chrześcijanami Europy, stopniowo i coraz powszechniej zaczynamy rozumieć rzeczywiste znaczenie mentalności magicznej i demonicznej oraz jej roli w praniu mózgów młodych ludzi, sprytnie kuszonych przez diabła i jego współpracowników czy to za pomocą serii książkowo-filmowej o Harrym Potterze, czy corocznych orgii naigrawania się z ludzi nieżyjących, tuż przed świętem Wszystkich Świętych i Świętem Zmarłych.

Na demoniczne wypociny o Harrym Potterze kontry światu i Polsce nie zaoferuje współczesna polska literatura, gdyż podobnie jak znaczna część innych gatunków polskiej kultury naszych czasów, nie potrafi wydobyć się z bagna, w które wpadła bądź w które została wepchnięta i w nim przytrzymywana do utraty tchu, co kończy się widocznym niedotleniem mózgu i serca piszących po polsku. Z takimi literatami zaborów byśmy nie przetrwali i II Rzeczypospolitej na pewno nie zbudowali.

Ale na halloween jest rada. Są to imprezy Holly Wins, czyli Święte Zwycięża, czy to w postaci festynów, czy w formie filmowej Nocy Świętych, jaką proponuje od niedawna o. Remigiusz Langer, franciszkanin z Tychów. Warto już na początku roku pomyśleć o tym, jak w każdej miejscowości w Polsce i wszędzie tam, gdzie są Polacy, zaproponować ludziom na koniec października atrakcje pod szyldem Holly Wins – Święte Zwycięża. Od czegoś trzeba zacząć, aby zwyciężyć w sprawach najważniejszych. Jeśli nie my, to kto? Objawienie Pańskie nas i dotyczy i zobowiązuje bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bowiem dzisiaj w Betlejem stoi betonowy mur wysokości 8 metrów.

14. stycznia 2011

Mogłoby się wydawać, że chrześcijanie są dobrze obeznani ze znaczeniem słowa podłość. Podłe traktowanie Jezusa Chrystusa przez naród wybrany, a zwłaszcza jego przywódców, zarówno przy narodzinach w Betlejem, jak i w wydarzeniach związanych z męką Syna Bożego, od dwóch tysiącleci budzi niepokój w ludzkim sumieniu. Można powiedzieć, że podłość Heroda, Judasza, Kajfasza, czy wreszcie tłumu żądnego niewinnej krwi jest glebą, z której wyrasta chrześcijańskie sumienie. A ponieważ to siła chrześcijańskiego sumienia ukształtowała znany nam świat, świat którego mechanizmy rozpoznajemy dzięki chrześcijańskim kryteriom dobra i zła, stając obliczu podłości czujemy się zupełnie zagubieni, nie wiemy co powiedzieć, jak się zachować, jak argumentować swoje racje. Mówiąc obrazowo, zderzamy się z nosorożcem, którego zachowań i motywacji postępowania nie rozumiemy, albo uznajemy je za zbyt drastycznie obce, abyśmy mogli podjąć choćby próbę ich analizy, oceny i nowej syntezy detali, tym razem służącej obronie przed atakiem podłości.

Pojęcie podłość ma w języku polskim szereg synonimów. Są to: łajdactwo, niegodziwość, łotrostwo, bezeceństwo, cios poniżej pasa, draństwo, nikczemność, szubrawstwo, a w języku potocznym – mniej precyzyjnie, ale za to dosadnie – złośliwość, chamstwo i świństwo. Podłość to uczynek podły, nikczemny, niegodziwy, niecny, niehonorowy, niegodny, nieszlachetny, łajdacki, haniebny. Podły jest człowiek, który dopuszcza się podłych uczynków. Według Słownika Języka Polskiego podły jest uczynek będący rezultatem wymierzonego przeciw komuś, prowadzonego nieuczciwie, podstępnie działania i podły jest człowiek, który wzbudza odrazę swym podstępnym, płynącym z niskich pobudek postępowaniem.

Inne znaczenie słowa podły, to kiepski, zły, marny, lichy, nędzny, niedobry, byle jaki, słabej jakości, kiepskiego gatunku, niewiele wart.

I w tym rozumieniu słowa podły, a mianowicie, że podły równa się byle jaki, słabej jakości, niewiele wart, kryje się prawdziwa dla Polaków pułapka pojęciowa. Zgodne z chrześcijańskim sumieniem potępienie dla podłości prowadzi nas dalej niż zdrowy rozsądek nakazuje, bowiem przyczynia się do lekceważenia podłości, niedoceniania podłości w polityce, w gospodarce, a nawet w zwykłych stosunkach międzyludzkich, czy nawet rodzinnych. Patrząc z góry na podłość, bujamy w obłokach, tak długo aż wektory podłości spowodują nasz upadek i szok wybudzenia z pięknego snu o tym, że co podłe to byle jakie.

Najwyższy czas zdać sobie sprawę, że podłość to cecha zwycięzców na arenie zmagań tego świata. Do najbardziej podłych należą najbardziej skuteczne działania dyplomatyczne, militarne, finansowe przynoszące władzę i pieniądze prowadzącym je narodom i ludziom stojącym na czele tych narodów, czy też dynastii, rodów, korporacji, grup kapitałowych, mafii, szajek i innych organizacji, nieraz noszących nazwy partii politycznych. Tak było, jest i będzie aż do końca świata. Komu to mówić! Jako ofiary podłości Polacy biją rekordy historii i współczesności. Czy dalej tak będzie, zależy od właściwej oceny – też w sferze nazewnictwa – podłości w każdym jej przejawie. Lekceważąc podłe zachowania i ich narastające prodromy tracimy z dnia na dzień wszystko i dalej tak będzie, o ile nie zaczniemy wyraźnie i jednoznacznie nazywać podłości po imieniu. Nie możemy żyć złudzeniami. Podłość naszych sąsiadów wykreślających paktem Ribbentrop – Mołotow bękarta traktatu wersalskiego z mapy Europy nie została właściwie odczytana w jednostkach Wojska Polskiego składających broń przed Armią Czerwoną, co ułatwiło Sowietom czystkę etniczną, włącznie z ukrywaniem o prawdy o ludobójstwie z arcypodłym objaśnianiem losów polskich oficerów słowami “uciekli do Mandżurii”. Ten przejaw podłości mógł zaistnieć bez globalnego potępienia, gdyż przed wojną zbyt mało polskie władze informowały światową opinię publiczną o terrorze i dywersji komunistów nasyłanych przez Moskwę oraz składających się na piątą kolumnę organizacji niemieckich działających legalnie w Polsce, jak Jungdeutsche Partei fur Polen, Deutsche Vereinigung, Deutscher Volksbund, Deutscher Volksverband, w których to i im podobnych przygotowywała się do czystki etnicznej Polski z Polaków 1 Niemców zamieszkałych w Polsce. Podłość takich sąsiadów niejeden z tych, co przeżyli, pamięta do dzisiaj.

21. stycznia 2011

Z czarnych chmur, które tak grubą warstwą spowiły niebo nad Polską, mało kiedy spada na nas coś więcej niż kolejne nieszczęście. Nie są to nieszczęścia osobiste, rodzinne, zakładowe, lokalne, branżowe, czy też ograniczone do jakiejś innej grupy ludzi charakteryzującej się określonymi cechami. Nie są to też nieszczęścia sporadyczne, ujawniane z rzadka przez reżimowe środki masowego rażenia w konwencji Telewizji Nocą Aleksandra Małachowskiego, tak, aby nie kompromitować systemu, ale jednak pozwolić ludziom na kontrolowany upust pretensji i żalów. Nie są to też nieszczęścia bagatelne w rodzaju zgubienia kilku złotych.

Od ponad dwudziestu lat spada na nas grad nieszczęść narodowych, przed którymi niewielu umie się uchronić i to nie dzięki opanowaniu umiejętności uniku a tylko poprzez współudział w ściąganiu tych nieszczęść na głowy innych. Oczywiście do czasu. Kiedy nie będzie już czego kraść, kiedy nie będzie więcej brudnej roboty do wykonania, kiedy pojawią się jeszcze bardziej pozbawieni skrupułów konkurenci, wtedy trzeba będzie przesiąść się z samolotu do samochodu i spróbować przejechać choćby z Poznania do Wrocławia, szlakiem łączącym od ponad tysiąca lat dwie kolebki Państwa Polskiego, a w XXI w. przerwanym z powodu dwóch dekad zaniedbań w zakresie melioracji i ochrony przeciwpowodziowej. Gdyby władze Niderlandów leżących na polderach wyrwanych morzu dopuściły się podobnych zbrodniczych zaniedbań swoich obowiązków i doprowadziły do uszczerbku na mieniu, życiu i zdrowiu mieszkających tam ludzi, zdroworozsądkowa reakcja Holendrów byłaby energiczna i natychmiastowa. Ale Poland to nie Holland. Tu za zalanie polderów pomiędzy Odrą a Oławą nikt nie odpowiada, a zalecenie klasyka "trzeba było się ubezpieczać”, brzmi tu jeszcze bardziej szyderczo, skoro ubezpieczyciel żąda 800 zł od hektara właśnie z uwagi na wysokie ryzyko zalania wynikające z zaniedbań w zakresie melioracji i ochrony przeciwpowodziowej. Podobny, często jeszcze gorszy los, zgotowali rządzący państwem, województwem, powiatem i gminą swoim wyborcom w wielu, bardzo wielu innych miejscach Polski. Część z nich lokowała ciężkie pieniądze zagarnięte w postaci niezasłużonych pensji, nagród, premii i odpraw oraz wprost ukradzione z budżetu krajowego lub funduszy unijnych właśnie w nieruchomości i to nie na Florydzie, ani nie na Lazurowym Wybrzeżu – co jest obecnie trendy wśród nagle wzbogaconych Polaków, dopowiednika Nowych Ruskich – a właśnie w Polsce, na terenach z ich własnej winy pozbawionych ochrony przeciwpowodziowej i dostępu drogowego. Po drogach zdemolowanych w ciągu minionego dwudziestolecia i nie uzupełnionych nowymi, po których dałoby się jeździć, bonzowie dwudziestolecia nie przejadą nawet swoimi najdroższymi zabawkami z napędem na cztery koła. Gdyby zdołali wpakować się na rowery, mogliby na krótkim dystansie pojechać po ścieżce rowerowej, ale nie we Wrocławiu, gdzie wojna Klubu Złośliwych i Niedobrych Cyklistów z prezydentem miasta toczy się w najlepsze, bowiem dla wrocławskiego magistratu europejskość polega na pielęgnowaniu zaledwie dwóch wieków tradycji pruskiej w tysiącletniej śląskiej metropolii Piastów i na wydawaniu milionów na szczepienia dzieci przeciwko chorobom wenerycznym.

Z powodu niewybudowania z własnej winy dróg, niektórzy decydentów, spośród tych pozbawionych już przywileju wożenia samolotami, mogliby przemóc jaśniepański wstręt do podróżowania koleją w towarzystwie obrabowanych wyborców, gdyby wszakże kolej w Polsce nie też została rozkradziona, za co konstytucyjnie odpowiedzialny minister został nagrodzony w Sejmie owacją i pięknym bukietem kwiatów. Wypadałoby podzielić się tym bukietem z równie zasłużonymi dla sprawy swoimi poprzednikami, panie ministrze.

Najbardziej martwić nas wszystkich powinno to gdzie też decydenci minionego dwudziestolecia będą się leczyć. Nie chodzi tu nawet o leczenie w Tworkach, na które skierowania od ręki wystawia naukowiec, intelektualista, autorytet moralny rządzącej partii, a tym samym wszystkich Polaków – wicemarszałek sejmu profesor Stefan Niesiołowski. Ze względu na stan lecznictwa psychiatrycznego w Polsce, w szczególności na zagrożenia zdrowia i życia pacjentów pozbawionych należnej opieki w związku ze stanem kadrowym personelu i technicznym obiektów dobrze byłoby wcześniej poddać się samemu hospitalizacji psychiatrycznej, panie marszałku, w trosce o kierowanych tam konkurentów, oczywiście.

Znaczna część prominentów minionego dwudziestolecia trafiła do instytucji Unii Europejskiej, gdzie w nagrodę za poczynania w rodzimym bantustanie, dostaną wystarczająco dużo euro i różnych innych korzyści w skali niewyobrażalnej dla europejskich podatników. O tych nie musimy się martwić. Ci się wyleczą.
Nam pozostawili reformę. Reformę ochrony zdrowia. Leży przede mną ulotka wydana w grudniu 1998 r. przez Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej oraz Departament Koordynacji Reform Społecznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Dużymi literami ówcześni decydenci, z obecnym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego na czele, obiecali Polakom, co następuje:
1.Ubezpieczenie zdrowotne będzie powszechne
2.Postawą ubezpieczenia będzie składka
3.Każdy będzie miał zapewnioną opiekę medyczną
4.Każdy będzie mógł wybrać u kogo i gdzie chce się leczyć
5.Za nasze leczenie zapłaci Kasa Chorych

Kolejny decydent, tym razem z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czy jak tam oni wtedy się nazywali, złapał pieniądze z kas chorych w jeden Narodowy Fundusz Zdrowia. Dzisiaj ówczesny minister, kardiolog, profesor nauk medycznych występuje w programach telewizyjnych reklamujących tzw. medycynę niekonwencjonalną, wespół z panią uprawiającą masaż kaukaski. I to dopiero jest rzetelna oferta dla Polaków.

28. stycznia 2011

Do najmniej rozsądnych zachowań ludzkich należy wishful thinking, czyli myślenie życzeniowe. Nie jest to przesadny optymizm, ofiarna wola walki o swoje racje, ani nie jest to pozytywny ogląd rzeczywistości z jego samospełniającymi się prognozami. Myślenie życzeniowe nie ma też nic wspólnego z poświęceniem się dla jakiejś idei, religijnej, patriotycznej, która powoduje, że płyniemy pod prąd na wzór naszego mistrza Jezusa Chrystusa i za przykładem niestrudzonej służby ojca Tadeusza.

Tutaj myślenie życzeniowe oznacza przekonanie, że inni zachowają się według naszego wyobrażenia, zgodnego z naszym życzeniem niedopuszczającym możliwości istnienia innych przesłanek do podjęcia działania niż nasze własne. Na przykład przesłanek moralnych. Człowiek przekonany o swojej wyższości moralnej nieraz pada ofiarą niedoceniania zagrożeń ze strony sposobu myślenia kierującego się innym systemem wartości, dla niego samego zgoła niemoralnym. Dla myślenia życzeniowego dotyczącego zachowań innych ludzi charakterystyczne jest wygłaszanie opinii: “nie wierzę, żeby on mógł tak postąpić”"oni nie byliby do tego zdolni”, “oni nie mogliby tego zrobić”. Wygłaszanie tego rodzaju opinii to nasza narodowa specjalność. A to z nadmiaru okazji. I to od dawien dawna.

Usprawiedliwiające ludobójstwo hasła rewolucji francuskiej “wolność, równość i braterstwo” wyniosły do władzy Napoleona. Ten, pomimo zawarcia pokoju z Austrią w 1801r. wykazał czarną niewdzięczność wobec dzielnych wiarusów z Legionów Polskich i zamiast przywrócić im wolną Ojczyznę, wysłał ich na Haiti, gdzie mieli stłumić powstanie niewolników, którzy uwierzyli w hasła rewolucji francuskiej i proklamowali niezależną republikę. Z 6 tysięcy legionistów, czterystu pozostało na wyspie, dając początek polskim rodom na Karaibach, trzystu wróciło do kraju, reszta zginęła w walkach z powstańcami, zapewne pod sztandarem z napisem “Za wolność waszą i naszą”. Do udziału Polaków w tego rodzaju ekspedycjach władcy Zachodu najwyraźniej przywykli, co obecnie jest tak samo sprzeczne z naszym narodowym interesem jak za czasów Napoleona. W kilka dni po obchodach XI Dnia Islamu w Kościele katolickim skupionego na temacie “religie przeciw przemocy” warto po raz kolejny przypomnieć żywiołową aktywność Jana Pawła II na rzecz ratowania ludzi przed wojną w Iraku i odwrotne decyzje tych ówczesnych władców Polski, którzy i z Jana Pawła II szydzili i obiecywali wielkie korzyści z udziału w inwazji. Osobiście sami te korzyści niewątpliwie pozyskali. Kto wtedy oddalał myśl o oszustwie, mówił sobie: “nie wierzę, żeby on mógł tak postąpić”"oni nie byliby do tego zdolni”, “oni nie mogliby tego zrobić” i umacniał się w życzeniowym myśleniu jak legioniści przed wyniszczeniem na San Domingo, jak Wojsko Polskie i ludność cywilna w obliczu najazdu bolszewików, Niemców, Sowietów, jak Polacy wobec zdrady narodowej i zaprzaństwa tych współobywateli, którzy w służbie obcych, odbierali im zdrowie, życie i majątek. Większość z nas pamięta podniosłe nastroje powiewu wolności tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Owszem, co kilka tygodni pojawiały się ostrzeżenia, że pacyfikacja tuż tuż, że należy zwalniać łóżka w spitalach, aby było gdzie położyć rannych. Ale właściwie panowało przekonanie, że “oni nie byliby do tego zdolni”, “oni nie mogliby tego zrobić”. A jednak 13. grudnia okazało się, że “on mógł tak postąpić”, że Polacy byli do tego zdolni…

Niezależny Samorządny Związek Zawodowy “Solidarność” uzyskał w legendzie narodowej status Legionów, tych od Piłsudskiego. Obok prawdziwych bohaterów, głodni władzy byli działacze “Solidarności” przybierają pozy legionistów, czy też rewolucjonistów narodowo-niepodległościowych z czasów zaborów, kroją się na miarę niezłomnych patriotów, niemal jak ci, którzy kończyli życie dla Polski przed plutonem egzekucyjnym, na szubienicy, w syberyjskiej tajdze lub niemieckim lochu. To dopiero maskarada! Panie i panowie, tylko partyjną nalepką odróżniacie się od towarzyszek i towarzyszy najbardziej spolegliwych wobec obcych, a ze swojej solidarnościowej przeszłości zrobiliście zasłonę dymną dla grabieży Polski. W razie wątpliwości porównajcie dorobek waszego i międzywojennego dwudziestolecia. Myślenie życzeniowe Polaków potrzebujących – jak wszyscy – patriotycznych przywódców, sprzyja wam jak mało komu. Nie zostało udowodnione, że służycie Polsce, a zatem nie jej służycie. Przyznajcie się do winy, naprawcie choć część wyrządzonych krzywd, a może Naród wam odpuści. Już mało kto o was mówi “nie wierzę, żeby on mógł tak postąpić”, “oni nie byliby do tego zdolni”, “oni nie mogliby tego zrobić”.

4. lutego 2011

W pewnej mierze wszyscy jesteśmy Egipcjanami. Korzenie kultury europejskiej sięgają przecież nie do Chin a za Morze Śródziemne, do Nilu. Niemal nikomu nieznana najstarsza cywilizacja Europy pokrywająca się z obszarem kultury łużyckiej, z której rozwinęła się kultura autochtonicznych Prasłowian, poza krótkim artykułem w The Independent (tutaj) nie daje światu o sobie znać, bowiem nie pozostawiła po sobie prawie żadnych śladów. Za to kultura egipska co do rangi dotychczas odkopanych zabytków zdecydowanie dzierży palmę światowego pierwszeństwa. Te nadal nieodkopane bodaj nadal kryły się pod ziemią przed ludzkością zbyt mało jeszcze dojrzałą, aby potrafiła zapewnić bezpieczeństwo niepowtarzalnym dziełom sprzed tysięcy lat. Sam miałem okazję w 1972r. podziwiać pyszniące się pełnią barw reliefy pokrywające mury i kolumny świeżo złożone przez ekipę profesora Kazimierza Michałowskiego w świątynię Hatszepsut w Tebach, czyli Deir el Bahari. Po 25 latach ekspozycji na słońce po wspaniałych kolorach sprzed tysięcy lat pozostałt marne ślady, a i same płaskorzeźby za niedługo po prostu znikną. Rozjechanie czołgami Babilonu podczas najazdu tzw. koalicji na Irak, sprowadza odpowiedzialność za tak wielką zbrodnię na wszystkich podejmujących w tej sprawie decyzje i/lub nie podejmujących decyzji wymagających minimum ucywilizowania. Ale obecnie efekty kilkuwiekowej aktywności archeologicznej w Egipcie są jak nigdy wcześniej narażone na rabunek i zniszczenie, co obok możliwych do przewidzenia skutków toczącej się tam rewolucji i kontrrewolucji musi budzić zgrozę wszystkich ludzi dobrej woli na całym świecie.

Podwyżki cen chleba, bezrobocie wśród młodych, korupcja i dyktatura są ogłoszone jako powody wystarczające do pojawienia się burzliwych niepokojów społecznych, a prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama nakłania do podjęcia politycznego dialogu z manifestującymi na ulicach stolicy. Stolicy Egiptu. Bo gdyby ludzie doprowadzeni do rozpaczy galopującą drożyzną, brakiem pracy, możliwości założenia i utrzymania rodziny, korupcją, nepotyzmem, regresem cywilizacji mierzonym brakiem transportu, dostępu do leczenia i sprawiedliwości, wyszli na ulice stolicy Polski, pies z kulawą nogą by się o nich za granicą nie upomniał.

Od czasów Ronalda Reagana miłość prezydentów Ameryki do narodu polskiego niezwykle wyziębła, o co trzeba winić nie tylko kreatorów globalnej polityki USA, defamatorów Polski, czy destruktorów jedności amerykańskiej Polonii, ale przede wszystkim krajowe elity minionego dwudziestolecia, polityków znanych z imienia i nazwiska, którzy doprowadzili do tego, że – jak skonstatowa